02 czerwca 2008

Dokładnie 24 godziny temu na scenę w Poznańskich Kisielicach wchodziła Woelv, jako jedyny support dla Phila Elveruma. Siedząc metr obok niej nie mogłem się zdecydować czy podziwiać jej anielski głos, czy raczej dostać zawału na myśl o tym, że za pół godziny usłyszę na żywo swojego ulubionego artystę ever. Kanadyjka dała fantastyczny występ, czego szczerze powiedziawszy się nie spodziewałem. W nagraniu, które umieściłem poniżej zwróćcie uwagę na to, co zaczyna się dziać w 26 minucie - przepiękny utwór oparty wyłącznie na głosie Geneviéve niemal zamiata to, co robiła Bjork na Medulli :>
Czterdzieści minut minęło w okamgnieniu i do występu szykował się Phil. W końcu padły pierwsze słowa I Want Wind to Blow i tak znalazłem się w innym świecie. Już kiedyś stwierdziłem, że o muzyce Phila pisać nie umiem i teraz również nie będę próbował - czegoś takiego nie da się ująć w sztywne i nieplastyczne literki. Do tego to uczucie, że ktoś kogo podziwiam od tak długiego czasu, ktoś, kogo twórczość jest dla mnie częścią życia siedzi teraz na wyciągnięcie ręki - uczucie totalne i niemożliwe do opisania.

Koncert nagrałem, jakość jest słaba - iriver jednak bardziej służy do słuchania niż do nagrywania, pliki dla tych, którym nie przeszkadza troche szumu i buczenia, w kilku miejscach mojego sapania (?!) i komentarzy w stylu "przesuń się chamie". Ci którzy tam byli na pewno będą chcieli posłuchać tego jeszcze raz:

Woelv (rapidshare - 20mb)
Mount Eerie (rapidshare - 25mb)


"Skan" setlisty nagryzmolonej przez Phila macie obok, powiem tylko, że średnio się jej trzymał. Gdzieś czytałem, że PE lubi się spinać - nie ma większej bzdury. Mam zdjęcie, autograf, rysunek z dalszą częśćią okładki Mount Eerie, a znajomego uczył grać I Hold Nothing (tak). Zdecydowanie najlepszy i najważniejszy koncert w moim życiu. Aż boje się czytać co tu napisałem, bo pewnie to bełkot, ale ja nadal nie ogarniam tego co się wczoraj działo, sorry.

Ps. Ogromny szacunek dla Jędrzeja Michalaka, za organizację tej trasy, i w sumie spory udział w spełnieniu jednego z moich marzeń.
Pss. Pozdrawiam wszystkich, którzy tego dnia w Kisielicach byli, szczególnie dla dziewczyny, która siedziałą obok mnie i doznawała przy tych samych utworach co ja, haha.



30 maja 2008

Właśnie w tym momencie rozpoczyna się koncert Phila Elveruma w Trójce, chyba nikomu zorientowanemu nie trzeba mówić co należy w takiej sytuacji zrobić. Ci którzy przegapią, lub nie mają możliwości posłuchania - nagrywam i niedługo gdzieś tu udostępnie. Najważniejsze muzyczne wydarzenie roku rozpoczyna się - już powoli nie jestem w stanie myśleć o niczym innym niż o tym co będzie się działo 1 czerwca w Kisielicach (jeśli ktoś chce mnie spotkać tam - ten zahipnotyzowany w pierwszym rzędzie to będę ja :P). (Phil właśnie powiedział Dzienkui) aaaaaa

10 kwietnia 2008


31.05 Gdańsk, Cafe Delfin
01.06 Poznań, Kisielice
02.06 Wrocław, Firlej
03.06 Chorzów
04.06 Kraków
05.06 Warszawa, Jadłodajnia Filozoficzna



Jeden Elverum przebija line-up'owo narazie całego Openera ;) Piszę, bowiem jest to muzyczna wiadomość roku, i kilka osób prosiło. Z tej listy będę na pewno w Poznaniu, jak się uda może Wrocław, albo cuś jeszcze innego. AAAAAAAA!!!#$#$!

02 września 2007

Sopot Festival 2007
Wczoraj, w oczekiwaniu na Ghoticke, widziałem kawałek Sopot Festiwalu. Fajna sprawa, jeśli ktoś chciał się przekonać na własne uszy, jak to Polacy mają dokumantnie spieprzony gust. Zwycięski Feel uświadomił mi, że disco polo się rozwija, i tandetną elektronike zamienić można na tandetne gitary. I niech mi ktoś powie - co w takim towarzystwie robiła Sophie Elis-Bextor?

The Doors
Twórczość The Doors ni to mnie grzeje, ni ziębi. Lubię pierwszą płytę, ale później to już niebardzo. Morrison też mnie nigdy zbytnio nie fascynował, i może to to zadecydowało o tym, że film The Doors w reżyserii Olivera Stone'a mocno przemęczyłem. Film swoje lata już ma, pamięta rok '91. Val Kilmer w roli głównej, całkiem przyzwoicie zagrał, choć co do podobieństwa do oryginału się nie wypowiem. Początek był przerażająco nudny, w efekcie czego zabierałem się do oglądania aż trzy razy (przy dwóch podejściach usypiałem po kilku minutach) co chyba wystarczy za komentarz. Wątek indiański kretyński kompletnie, jednak trochę się to wszystko broni klimatem i obsadą. Po godzinie wreszcie zaczęło się coś dziać. Morrison przedstawiony jako kompletny pijak i ćpun, nic ciekawego - już chyba wiem na czym wzorowali się twórcy Skazanego na Bluesa. Sekwencje koncertowe zdecydowanie przydługawe, nudziły się szybko. W sumie to już bardziej opłacało się przeczytać całą biografię Jima, pewnie ciekawsza, a na pewno bliższa prawdy. Jednak jeden wątek świetny - przyjęcie u Andy Warhola, w tle muzyka The Velvet Underground i rola Nico, no świetne, choć i tak nie naprawi bardzo przeciętnego przyjęcia całego filmu.

20 sierpnia 2007

To był coś fantastycznego, o tak. Jeśli szukasz pocieszenia, Ciebie tam nie było i liczysz, że napisze: nic nie straciłeś - uciekaj. Relacja może zachaczać często o wątki znane tylko autorowi i towarzyszom, więc bierzemy to w dwa wymiary: ja na festiwalu, bauns i zabawa oraz ja słuchający koncertów. Teraz na to patrzę, i wyszedł mi potężny kawał tekstu, który przypuszczalnie przeczyta osób tyle, że na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć, ale trudno.
Ponadto wyjaśniając na wstępie obecność słów Fuckingood, Kingdom itp.: Festiwal był tłem (czy odwrotnie) dla spotkania grupy Fuckingood Kingdom, czyli najfajniejszych, najładniejszych oraz najlepiej znających się na muzyce ludzi w caałym internecie. Jeśli spełniasz warunki, możesz starać się o przyjęcie do Królestwa, zapraszamy.

Skrobluj dziwko!!

Wymuszony rozkładem jazdy, wstałem o godzinie, o której zazwyczaj kładę się spać - 3:30. Czas rozpocząć podróż, po której chętnie zakrzyknąłbym iHATEtrains - 9 godzin w pociągu, w towarzystwie ludzi, którzy najprawdopodobniej wychowują dzieci bezstresowo, oraz nie mają pojęcia, że dla niektórych zapach i widok bułki z okropnym mięchem to nic sympatycznego. Trudno, swoje trzeba wycierpieć. W końcu stacja Mysłowice, podążam za tłumem ludzi, owczy pęd w strone Parku Słupna. Spotykam pierwszych towarzyszy, gra George Dorn Screams, chyba pierwszy debiutant. Sennie, spokojnie - pani wokalistka z grzywką godną młodego emo daje radę, skromnie nawiązując kontakt z publicznścią. Niestety, czasu starczyło tylko na dwa kawałki, udaliśmy się na pole namiotowe, w celu pozbycia się częsci bagażu.

Only music can save us

Tam też zapoznaliśmy się już z większością Fuckingood ekipy (najpiękniejsi bohaterowie: jacc, arek, konjo, konrad_vme oraz czik, dzięki któremu przegapiłem połowę Pink Freud;)). Prawie biegiem udaliśmy się na pierwszy koncert na dużej scenie - Blue Raincoat. To, że zdążyliśmy zawdzięczamy genialnemu skrótowi przez tory, który skracał drogę z pola do Słupnej gdzieś tak dwudziestokrotniekrotnie, brawa dla organizatorów. Cud, że nikt się tam nie zabił ;) Okazało się, że nie było wcale nam się tak śpieszyć. Blue Raincoat to jeden z największych rozczarowań line-upu, zagrali strasznie bezpłciowo i bez wyrazu. Kontakt wokalista - publiczność praktycznie nie istniał, równie dobrze można pooglądać koncertówki na kompie. Zagrali kilka nowych kawałków, które raczej nie zachwyciły. A szkoda, tegoroczne Everything Is a Piece of Something wyszło im całkiem dobrze (pomijając (nie)angielski wokalisty).

Punk Freud

Po Rejnkołtach od razu udaliśmy się pod scene leśną, gdzie wystąpić miał Pink Freud. Pan zapowiadający zespół przedstawił ich jako PUNK Freud, co trochę rozbawiło towarzystwo. Po chwili się zaczęło, bardzo efektownie, żeby nie powiedzieć efekciarsko. Duda na saksofonie, wystepujący nieostatni raz, dał popis. Mazolewski i reszta również - udanie, ostra jazzda. Później Lao Che, nie ma co opowiadać, że się podobało, bowiem to odejmuje 5 punktów od lansu ;) Fanów Dezertera, Manowara, Skrzatów (eloo) oraz ludzi w koszulce Cobaina zostawiliśmy pod sceną, sami udaliśmy się na piwo i jedzenie (bigos z nerką, nie skusiłem się, przez co później miałem trochę zołądkowe jazdy). Rozmowy o tym, czy nam dzisiejsze koncerty zeskrobluje do profili i tak dalej.

Ten bigos mówi!!

Tak nam zeszło kilka mało atrakcyjnych dla mnie koncertów. Pojawiliśmy się wreszcie na Ściance, która dała niezły pokaz. Zagrali z niezłym wykopem, eksperymentalnie i zawile. Niestety odbiór popsuła grupa ludzi, która przypuszczalnie rozkeciłaby pogo nawet przy Między Ciszą a Ciszą Turnaua. Widocznie nie zauważyli, że Dezerter zszedł ze sceny godzinę temu.
Poszedłem do jakiegoś budynku coś zjeść, czekając na zapiekankę, wpadł na mnie Artur Rojek wychodzący z kuchnii (WTF?!). Zaraz potem pojawił się mój gorący, spożywczy ratunek - tak więc, zawsze mogę przypuszczać, że zjadłem zapiekankę, którą robił dla mnie sam lider Myslovitz.

Drink My Kefir!

Prawdziwe piekło wywołali Dick4Dick. Nikt nie zrobił takiego show, taniec, szaleńczy bauns i striptiz. Fantastyczny spektakl, punkowy i ostry. Pod koniec taniec na rurze pod dachem sceny, absolutne szaleństwo członków (dicków) zespołu. Widać, że bawli się jak nikt wcześniej i później. Następnie wszystko trochę się zjebało, zaczęło padać. Ja byłem już kompletnie zniszczony, minęło 20 godzin od których jestem na nogach. Schowałem się pod sceną machiny, jedyną zadaszoną. Grał Phillipe Petit Dj set, a ja położyłem się na podłodze i prawie spałem. Muzyka strasznie psychodeliczna, trochę kakofoniczna, dobrze mi się przy tym leżało, ale w innych warunkach nie do przyjęcia ;)

And I'm... Justin Timberlake

Wróciłem do życia pod koniec Piano Magic. Instrumetnalnie pojechali ostro, aczkolwiek podkłady monotonne i z czasem nużące. Fakt, fanem nigdy nie byłem, więc niczego szczególnego nie zarejestrowałem. Pan frontman za to miał świetny kontakt z publicznością i poczucie humoru.
Na sam koniec gwiazda pierwszego dnia - Architecture In Helsinki. Mimo, że ledwo tam pod sceną kontaktowałem i stałem na nogach - świetna zabawa. Jedyna Pani w składzie rozwalała wszystkich swoją energią i przeuroczym głosem. Wszyscy biegali po scenie, wymieniając się instrumentami - bawli się lepiej niż większość przemoczonej i zmulonej publiczności. Było dużo z nowej płyty i ogólnie przekazywali tony ciepła w moją stronę.

TERROOOOOOOOOORRR!!!!

Podróż na pole, jeb do pustego namiotu. Taki urok wyjazdów. Namiot wygodny niczym PKS z podwójną ilością ludzi, nie mieliśmy nic do przykrycia, żadnego śpiworu ani innych luksusów. Dodatkowo budził mnie każdy przejeżdzający pociąg, czyli praktycznie w ogóle nie spałem. Ale to nic, bo właśnie zaczynał się drugi dzień festiwalu, absolutnie czarujący.

Oto nadciągają kumulusy, chyba rozumiesz co to znaczy...

Poranne rozmowy leżąc plackiem na materacu. Mysłowice, które wyglądały na miasto całkowicie wymarłe, prawie nikogo na ulicach oprócz festiwalowiczów. Liczenie kościołów, których jest SIEDEM. Stwierdziliśmy, że najprawdopodbniej wszyscy siedzą w kościołach jednak, skoro nie widać na ulicach. Bardzo ciekawy sam poszedłem na koncert Hatifnats. Jeden z najlepiej obiecujących się polskich zespołów. To był ich 6 koncert w karierze, i niestety - zdecydowanie było to widać. Charyzma zespołu na poziomie betoniarki (niepodłączonej do prądu), wokal choć źródłem mężczyzna - całkiem kobiecy. Nie podołali, choć słuchając wcześniej grali całkiem ładnie. Powrót na pole namiotowe.

Czeeeść, żałuj, że Ciebie nie ma - właśnie gra Modest Mouse

Wzięliśmy najnowszą płytkę Modest Mouse i poszliśmy do ogródka piwnego - włączyli. To był pierwszy koncert Modest Mouse w Polsce. Śpiewaliśmy, krzyczeliśmy, głośno gadaliśmy o geniuszu Brocka - ludzie jakoś się tak dziwnie na nas patrzeli. Ile musiałem przejechać kilometrów, żeby spotkać się z ludźmi, którzy kochają ten band tak samo jak ja. Kolektywnie, w czwórkę doznawaliśmy, przypominając sobie tekst Bankrupt On Selling i tym podobne historie. Absolutnie fantastyczne zjawisko, obiecaliśmy sobie powtórzyć w nocy i w przyszłości. W efekcie upici udaliśmy się na koncerty, pierwszy Tymon.

...SZATAAAAAN, SZAAAATAAN, OŁ JEEEEE

Z krzykiem, śpiewając Szatana Kur podeszliśmy pod samą scene. Wspólnie wykrzeczyliśmy jeszcze raz ten tekst, gdy pojawił się Tymon: zauważył nas, pokazał nam znak Sejtena i oznajmił: Spokojnie, piosenki Kur też będą. Najpierw grali piosenki z nowej płyty, co dla mnie raczej obojętne. Ale w końcu poszła Jesienna Deprecha i Szatan, ekstaza totalna. Gardło zdarte na maksa, wspaniała zabawa. Ciężko mi zachować obiektywność w tym wszystkim, bo PO PROSTU, mówiąc kolokwialnie - byłem najebany, nie bierzcie sobie do serca.

Bassisters Orchestra jest numer jeden

Bassister Orchestra. Skład nieziemski: Moretti, Mazolewski, Bunio, emade i oczywiście Fisz. Kompletnie odjechali, jazz i hip hop połączone złotą nitką. Podkłady z płyty BO, teksty Fisza. O ile studyjne Numer jeden mi się nie spodobało, to na żywo dali popis. Lepiej niż Pink Freud.
Scena leśna i koncert Cool Kids Of Death. Na początek grali nowe kawałki, z czasem się rozkręcając. Druga połowa koncertu - pierwsza płyta. Ogólnie łatwo było zauważyć, że lepsze wrażenia dawały koncerty na scenie leśnej, tej mniejszej. Lepszy kontakt z publicznością, mniej ludzi i mały dystans do sceny. Wracając do CKOD - stanąłem przy dwóch fankach, które wydawały z siebie dzwięki i tony, o których pojęcia nie miałem. Darły się niewyobrażalnie, te głośniki dawały mniej. Nieźle to nas nakręciło, i szaleliśmy ogromnie. Energia, mamy Butelki z Benzyną i Kamienie - aż ludzie na boki się odsuwali. Nie rozumiem, jak można przy tej muzyce po prostu STAĆ i się nie ruszać. Nie da rady.
Więc nie bój się deszczu, bo ja jestem deszczem...

...śpiewaliśmy, choć nie padało i wcale nic na to nie wskazywało. Pogodno dało świetny koncert, przynajmniej z perspektywy osób trochę pijanych. Pan frontman wykazał się świetnym dystansem do samego siebie (-ej no tak dobrze się bawicie? rzućcie chociaż kamieniem czy coś... - spierdalaaaaj! -o, już lepiej) i sprośnym humorem (a ja jestem Sinead O'Connor, to nieprawda, że jestem łysa, ale nie pokaże wam cipki). Co mi się bardzo podobało w ich występie to to, że nie promowali na siłe nowej płyty, nie zagrali z niej chyba nic, tylko dali ładny przekrój przez największe przeboje. Wyciągneli z publiki co tylko było do wyciągnięcia.
Po ogarnięciu się, powrót na Nosowską. Oczekiwałem wiele, i chyba się przeliczyłem. W sumie to show nie mógł z tego wyjść, dużo nowej płyty - wydawało się, że nikt nie zna, bo gdy poleciał jakiś stary utwór to nagle wszyscy się ożywili i zaczęli śpiewać. Jak dla mnie trochę zawód, bo byłem w zupełnym innym klimacie w tamtym momencie.

ILOVETRAINS, czyli: Z czego się cieszysz, i tak nie byłeś na najlepszym koncercie.

Tak, czas na to, na co czekałem najbardziej: iLiKETRAiNS. I to co przeżyłem pod sceną leśną, ciężko ująć w jakąkolwiek ramkę, naznaczyć prostymi słowami. Zespół z Anglii dał taki kosmiczny popis, że prawie padłem tam na ziemie zgnieciony tymi fantastycznymi gitarami, ścianami dźwięku. Wydawałem się przy tej muzyce taaki mały, powaliło mnie (i nie tylko mnie) totalnie na kolana. Grali nowe i stare numery, o dziwo nowe podobały mi się bardziej, ta ich debiutancka płyta musi wymieść, nie ma dicka. Dodatkowo fantastyczne wizualizacje w tle, drzewo z pętlami dla samobójców na każdej galęzi, próbujacy się ratować topielec. Ekspresja chłopaków, ubranych jednakowo w koszule z krawatami i czarnymi opskami na ramieniu przeogromna. W pewnym momencie zaczęli skakać po całej scenie, wić się z gitarami... szczęka mi opadła. Złapałem się za głowę, spojrzałem w bok - Arek zrobił to samo, konjo w innym świecie. Odpłynąłem. Kolejny koncert, Electrelane sobie odpuściłem, chciałem ten festiwal zakończyć właśnie tym występem. Wychodziliśmy z terenu Parku z rozdziabionymi gębami.

TERRRRRROOOOR!!!! ZAJĄĄĄĄĄĄĄĄĄC!!!

Kupiliśmy picie, i uroczyście zakończyliśmy festiwal przy ogródku piwnym. Okazało się, że prąd uciekł i słuchanie Modest Mouse nie wypali. Co robić, w końcu sami daliśmy koncert. W naszym repertuarze znajdowali się miedzy innymi: Kury, Pogodno, MM, Radiohead czy nawet Joy Division. Niesamowite, nie do zapomnienia. Krzyki na polu namiotowym: TERRRROOOR!!, inni odpowiadający tym samym lub zającem. Atmosfera niesamowita, w końcu pojawił się prąd i słuchaliśmy Pink Floydów. Tak to się powoli kończyło... rano droga na dworzec, pożegnalny terror i powrót do domu. Festiwal się zakończył, pozostały piękne wspomnienia. I jaram się, jak nastolatek będący pierwszy raz na koncercie, ale nie mogę inaczej. Bo było pięknie.

11 sierpnia 2007

Jako, że do Off Festivalu został już niecały tydzień, a ja wybiore się do Mysłowic niechybnie, zacząłem przyswajać reszte z tego, czego z plakatu nie znam. Tak też perspektyw na inną muzykę niż przyszłą-mysłowicką nie ma - dlatego stworze mini przewodnik po zespołach, które na Offie się pojawią. Niezobowiązujaco, w luźnej formule i bez wyznaczonego szablonu, zaczynając:

iLiKETRAiNS
Z początku: fajna nazwa; teraz przeobraziło się chyba w główny muzyczny cel mojej podróży. Słucham w kółko (podobno) EPki Progress - Reform, która ze spokojem mogłaby robić za długogrający debiut. Tak długością, jak i tym bardziej jakością odpowiada ogólnie przyjętym normom, normom Unii Europejskiej i tak dalej. Post rockowy shoegaze z trupim, grobowym wręcz wokalem - mniam, niczym ghotujące się ziemniaki. Głos Dave'a Martina do złudzenia przypomina mi wokal z tego doom-metalowego (? whatever) Moonseplla. Na początku dziwnie to wszystko wygląda, z czasem poraża wyrafinowaniem i wykopem. Na żywo musi brzmieć niesamowicie, więc zacieram ręce z uśmiechem na ustach. Ha!
www | myspace | youtube 

Architecture in Helsinki
To za to zupełne przeciwieństwo wcześniej opisywanego zespołu, szał, kolory i popowy bałns. Nie ma co się dużo rozpisywać na temat tej ekipy, zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji, gdzie co ważniejsze - zostało napisane. Ogólnie ciesze się, bo grany pewnie będzie materiał z najnowszej płyty, a tą znam najlepiej, i ma moc. Osiem osób na scenie musi dawać radę, nie ma szans.

Dick4Dick
No to czas na coś polskiego. Pod tą bezpruderyjną nazwą kryje się czwórka równie bezpruderyjnych chłopców (phi), którym jak widać na KAŻDYM kroku wszystko kojarzy się z jednym. LPRowi i bojownikom Młodzieży Wszechpolskiej już zostawmy, dlaczego akurat temu, męskiemu organowi oddają tyle uwagi i zainteresowania (a nie tak jak bóg przykazał...). No więc wulgarność, pornografia i parodia gości w każdym utworze tej gdańskiej formacji. Zostawiając już w spokoju podłużną treść, zajmijmy się formą ich muzyki. Jest to dance'owa elektronika, często zachaczająca o coś w stylu Kraftwerka i temu podobnych. Widoczna jest zabawa stylami i znamymi motywami - można bawić się w zgadywanie na czym wzorowany był dany utwór. Jeśli nie jesteś wrażliwy na punkcie swojego penisa, tudzież nie masz kompleksów z nim zwiazanych - przy tej muzyce można wspaniale się bawić. Enjoy.
www | myspace

18 maja 2007

Wielkiemu muzykowi nie wypada żyć dłużej, niż 27 lat. Jimi Hendrix i Janis Joplin zmarli w wieku 27 lat, jedno po drugim w odstępie kilkudziesięciu dni. Morrison kilka lat później - 27. Kurt Cobain gdy się zastrzelił, brakowało mu trzech lat do trzydziestki. Dlaczego więc Ian Curtis zrobił to tak wcześnie? 24 lata... Dzisiaj mija dokładnie 27 rocznica śmierci lidera Joy Division, a wokół tej ikony w ostatnich dniach zrobiło się, paradoksalnie - żywiej.
Wczoraj festiwal w Cannes zaingurował seans filmu Control. Jest to adaptacja książki wdowy po muzyku, Deborah Curtis - "Przejmujący z oddali" - tym samym biograficzny zarys Iana. "To nie jest film o zespole Joy Divison, ale portret Iana Curtisa" - mówi Anton Corbijn, reżyser debiutujący w tej roli. Obraz jest czarno biały - co ma za zadanie uwypuklić klimat panujący wokół zespołu, brudny i szary Manchester. Film pojawia się na wielkich festiwalach, gdzie oglądają go dupki w garniturach, a ja nie mogę. Tak więc oprócz wstępnego opisu więcej powiedzieć nie mogę, choćbym chciał. Liczmy na to, że nie będzie to chałka całkowita, panu C coś się jednak należy.
Polacy też dadzą coś od siebie, w tę okrągłą rocznice. Warszawski Tribute to Joy Division dzisiaj pojawił się na półkach sklepowych. Oczywiście nie pojawił się na półkach sklepowych w moim pseudo-mieście, więc o tym też zbyt wiele powiedzieć nie mogę. A ciekawość co do tego produktu mnie zżera dosłownie, gdy w końcu zdobędę - podziele się wrażeniami. I mają tu wybudować podobno Empik specjalnie na moje potrzeby.
Gdyby Curtis żył te 3 lata dłużej, jak na prawdziwego rockmana przystało - jakby to wyglądało? Może stworzyłby jakąś kupę, i z całego kultu nic by nie zostało? Ale nic to - zostaje nastawienie odtwarzaczy na Love Will Us Tear Apart, co sam właśnie czynię, i Wam radzę. Pamiętajcie.

16 kwietnia 2007

Fear of a Blank Planet to świeżo wydany album Porcupine Tree, potęgi w światowym rocku progresywnym. Steven Wilson wraz z kolegami od roku 1989 płodzą kolejne wydawnictwa z niesamowitą wręcz intensywnością. Mimo tego przesytu PT nie widać, a w Polsce mają zadziwjającą ilość 'fanatyków' (sam znam dwóch :D).
Na krążku znajdziemy sześć długich utworów (od 5 do 17 minut), po wstępnym przesłuchaniu mogę zaryzykować stwierdzenie, że wracają do formy po, jak dla mnie, słabiutkim Deadwingu. Osobiście nie będę recenzował tego albumu (odszedłem trochę od muzyki progresywnej, co chyba najlepiej po blogu widać), ale mogę polecić tekst (wspomnianego wcześniej z resztą) kolegi.

05 kwietnia 2007

Dzisiaj poznaliśmy część polskich artystów, która wystąpi na Openerze. Są to:

The Car Is On Fire, Indios Bravos, Smolik, Bassisters Orchestra, Apteka, Łąki Łan, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, Novika, EastWest Rockers i Pink Freud.


Pogrubiłem te, które są ciekawe, i już możecie się cieszyć z ich obecności tam. Szczególnie ucieszyłem się z Kombajnu, jakiś spory sentyment mam do tej kapeli, wreszcie będzie* okazja posłuchać na żywo. Co ciekawe, organizatorzy postanowili, że na festiwalu postawi trzecia scena, na której pokażą się utalentowane młode grupy. Coraz ciekawiej to wygląda, trzymamy kciuki za Ściankę, co nie?

* - jeżeli chcesz przygarnąć autora bloga na podróż/pobyt na festiwalu - pisz. Gwarantuje: narzekanie na Muse, narzekanie na wszystko wokół, i swoją obecność. Śmiało.

17 marca 2007

Szukając w sieci informacji o Modest Mouse spostrzegłem, że w polskiej części tego medium MM praktycznie nie istnieje. Kilka stron z tekstami do Good News For People Who Loves Bad News, kilka recenzji i to wszystko, ślad się urywa. O Fansajcie nawet nie ma co marzyć. Zdziwiony takim stanem rzeczy stwierdziłem, że tak zajebisty zespół nie może nie mieć polskiej strony :D

Czytaj dalej...

07 lutego 2007

Dzisiaj ogłoszono nominacje do Fryderyków 2006 - jak zwykle okazał się konkursem tylko dla tej bardziej komercyjnej strony sceny. Miałem napisać jakąś notkę na temat nominacji, ale brak KDZKPW (stworzyli najlepszą polską płyte roku moim zdaniem) w jakiejkolwiek kategorii tak mnie poirytował, że zrezygnowałem. Mam nadzieję, że Fisz i Smolik zgarną wszystko.