14 października 2008

A właściwie to nie Fushitsusha tylko 不失者. Co ja miałem napisać? A, że jest to płyta genialna. Aż pofatygowałem się sprawdzić, chyba tylko dwa razy użyłem słowa 'genialność' na tym blogu w odniesieniu do jakiejś płyty, był to King Crimson i Demarczyk. No więć dzisiaj podbijam tę liczbę do pięciu: PSF 3/4 jest genialne. I nie pytajcie dlaczego, ja ani słowa z tego albumu nie rozumiem. Co nie zmienia faktu, że jest... genialny.

[właściwie to bardzo bym chciał kiedyś napisać więcej o mózgu tego zespołu - Keiji Haino, ale zanim przerobie wszystkie jego projekty, będę już chyba odliczał dni do emerytury. dobra, żeby Was tak na lodzie nie zostawiać, kilka słów kluczowych: japonia, '89, noiz, psychedelic, experimental rock, noiz, electricblues (?!), ethereal guitars, noiz]



02 czerwca 2008

Dokładnie 24 godziny temu na scenę w Poznańskich Kisielicach wchodziła Woelv, jako jedyny support dla Phila Elveruma. Siedząc metr obok niej nie mogłem się zdecydować czy podziwiać jej anielski głos, czy raczej dostać zawału na myśl o tym, że za pół godziny usłyszę na żywo swojego ulubionego artystę ever. Kanadyjka dała fantastyczny występ, czego szczerze powiedziawszy się nie spodziewałem. W nagraniu, które umieściłem poniżej zwróćcie uwagę na to, co zaczyna się dziać w 26 minucie - przepiękny utwór oparty wyłącznie na głosie Geneviéve niemal zamiata to, co robiła Bjork na Medulli :>
Czterdzieści minut minęło w okamgnieniu i do występu szykował się Phil. W końcu padły pierwsze słowa I Want Wind to Blow i tak znalazłem się w innym świecie. Już kiedyś stwierdziłem, że o muzyce Phila pisać nie umiem i teraz również nie będę próbował - czegoś takiego nie da się ująć w sztywne i nieplastyczne literki. Do tego to uczucie, że ktoś kogo podziwiam od tak długiego czasu, ktoś, kogo twórczość jest dla mnie częścią życia siedzi teraz na wyciągnięcie ręki - uczucie totalne i niemożliwe do opisania.

Koncert nagrałem, jakość jest słaba - iriver jednak bardziej służy do słuchania niż do nagrywania, pliki dla tych, którym nie przeszkadza troche szumu i buczenia, w kilku miejscach mojego sapania (?!) i komentarzy w stylu "przesuń się chamie". Ci którzy tam byli na pewno będą chcieli posłuchać tego jeszcze raz:

Woelv (rapidshare - 20mb)
Mount Eerie (rapidshare - 25mb)


"Skan" setlisty nagryzmolonej przez Phila macie obok, powiem tylko, że średnio się jej trzymał. Gdzieś czytałem, że PE lubi się spinać - nie ma większej bzdury. Mam zdjęcie, autograf, rysunek z dalszą częśćią okładki Mount Eerie, a znajomego uczył grać I Hold Nothing (tak). Zdecydowanie najlepszy i najważniejszy koncert w moim życiu. Aż boje się czytać co tu napisałem, bo pewnie to bełkot, ale ja nadal nie ogarniam tego co się wczoraj działo, sorry.

Ps. Ogromny szacunek dla Jędrzeja Michalaka, za organizację tej trasy, i w sumie spory udział w spełnieniu jednego z moich marzeń.
Pss. Pozdrawiam wszystkich, którzy tego dnia w Kisielicach byli, szczególnie dla dziewczyny, która siedziałą obok mnie i doznawała przy tych samych utworach co ja, haha.



09 lipca 2007

Otworzyłem edytor tekstu, bezsilnym wzrokiem patrzę się w monitor. Cóż, rutynowa czynność, którą od pół roku skrupulatnie staram się wypełniać. Słucham, czytam teksty, a później o tym piszę. Lecz nie tym razem - jak to wszystko ogarnąć? Jak sprowadzić do poziomu zwykłych, płaskich, wirtualnych literek (które same w swojej nierealności są tak naprawdę ciągami równie nierealnych cyferek) te pięćdziesiąt minut, które przed chwilą minęły? Porażająca, niespełna godzina, która prawie przeniosła mnie w inny stan świadomości i rzuciła na kolana. Bo chyba tylko na takiej, metafizycznej płaszczyźnie, można mówić o Twilight as Played by the Twilight Singers.

Długo zastanawiałem się nad tym, w jakiej formie to ująć. Pisać tylko o tej płycie, czy może o całym dorobku The Twilight Singers? A może wcale nie pisać, zapomnieć? Cóż, chyba nie po to zakładałem tego bloga, jednak napiszę. Ale... ale. Z pewnością wielu z Was album ten doskonale zna, możliwe, że wielu uważa go za jeden ze swoich ulubionych. Wiem o tym, bo wcale to nie jest nowa pozycja (siedem lat na karku), a w Polsce zespół wcale na popularność nie musi narzekać. Jednak potraktuje to jako podziękowanie, rachunek sumienia, podsumowanie.

Greg Dulli, po rozpadzie dotychczasowego zespołu, Afghan Whigs, postanowił założyć własny projekt. Żeby nie być ostamotniony, zaprosił znajomych muzyków (m.in. Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby), a produkcją zajeli się Fila Brazilia. W sumie, do tego albumu ręki przyłożyło aż osiemnaście osób.

Cały ton Twilight, charakterystykę i klimat można odgadnąć już przy pierwszym Twilite Kid. Początkowe pianino, melancholijna melodia, i zapętlone instrumenty, cicha perkusja, bas, co jakiś czas mocniejsze szarpnięcie strun. I przede wszystkim, główny aktor dzisiejszej nocy, Dulli. Jego głos, trochę zachrypnięty, nieczysty - zniewala, zauracza. Nawet nie próbuje robić jakiś technicznych sztuczek, tu liczy się autentyzm, prawdziwość i przede wszystkim emocje. Zaczyna się opowieść o miłości, opuszczeniu, samotności, kobiecie.
Wszystko jest tutaj tak doskonale harmonijne, wszystko ze sobą współgra, każdy instrument i wokal ma swoje dokładnie wytyczone miejsce. Szczególnie słychać to w trzecim utworze, Clyde - refren podzielony na trzy głosy, idealnie współpracujące ze sobą, powalające ekspresją: "you're makin' me want it so / what i feel inside, i can't deny".
King Only, Greg z gitarą, nostalgiczna partia gitarowa, i wejście w wspaniały refren, jeden z żywszysch momentów na płycie - coraz wyższe śpiewnie wraz z damskimi chórkami w akompaniamencie sekcji dętej.
Verti-Mae to z kolei instrumentalny utwór, w którym pojawiają się powycinane, wypowiedziane przez nieznaną nam kobietę, zdania. Bez większego sensu, brzmią jak fragmenty rozmów telefonicznych czy taśm wideo. Do tego rozwinięta partia gitary, basu, monotonna perkusja i od czasu do czasu nawoływanie. Kobieta ta odeszła, żegnając się mało miłym "Goodbye, motherfucker" a te taśmy to wspomnienia, oraz jedyne co po niej pozostało.
Przechodzimy od razu do końca, Into The Street. Półsenna, rozemglona ballada, w tle płaczliwa gitara i smyczki. Duet Dullego z którymś z zaproszonych artystów, nie jestem w stanie rozpoznać z kim. Niesamowity, przestrzenny, rozpływający się utwór, płynnie przechodzący do finału, tytułowego Półmroku. Jest to chyba jedyny utwór na tej płycie, który nosi w sobie krztę jako takiego optymizmu. Dulli kończy to fantastyczne widowisko dając sobie i nam nadzieję, na to, że będzie lepiej. Everything's gonna be alright...

Co składa się na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej płyty? Może to, że gdy czytam teksty Drullego przewijają mi się przed oczami sceny z mojego życia? Może dlatego, że jest to po prostu szczerze wzruszający album, który sprawa, że każdemu cisną się łzy do oczu? W końcu, jestem pewien, że każdy, kto kiedykolwiek kochał - nie będzie obojętny na zawartą tu muzykę.
Więcej nie zdołam, dobranoc. (czwarta nad ranem, o, widno się zrobiło)

04 czerwca 2007

Dzisiaj padał deszcz, gęsty, intensywny, głośny. Wyszedłem z domu sam, z słuchawkami na uszach, na ulicach brak żywej duszy. Słuchałem Pornography The Cure, i doznałem olśnienia. Ta płyta idealnie wpasowuje się w taką aurę - w odgłos kropel, w ponure, nostalgiczne ulice, wilgotne powietrze. Ta płyta ma niesamowitą atmosferę, porównywalną chyba jedynie do tej z Closera. Te dźwięki można by kroić nożem. Najprawdziwszy Cure for optimism.
Uwielbiam deszcz. Gdy wszyscy się przed nim chowają w domach, ja wychodzę na zewnątrz i się bawię. Powodem podobno jest to, że mam deszczowe, bagienne usposobienie.
[I urodę też chyba bagienną, ale to pomińmy milczeniem]
Tak więc z dzisiejszym dniem Pornography oficjalnie trafia do moich albumów sto jeden na sto. A podobno tego słuchali starożytni emowcy, prawda to?

No i czas chyba zadać sobie jedno, ale to zajebiście ważne pytanie:
Pornography czy Disintegration?

10 kwietnia 2007

Dziś włączyłem The Wall Pink Floydów. Od początku do końca przerecytowałem cały Mur (jak można ten tytuł tłumaczyć jako 'Ściana'?), okazuje się, że znam na pamięć każde słowo. Umiem wypowiedzieć każdą kwestię na trzy sekundy przez Watersem. Ciągle zastanawiam się nad tym, kim jest wołana Vera w siedemnastym utworze. Mimo, że film dał mi odpowiedź, uznałem ją za mało wystarczającą (i banalną) i wyrzuciłem z pamięci. Vera zawsze była dla mnie zagadką.

Pinky, który w dorosłym życiu stał bezsilny między murem, sam go w dzieciństwie budował. To nie tylko dzieło otoczenia - to także wytwór jego samego. Jeszcze do jakiegoś czasu, gdy słyszałem od kogoś słowo "dzieciństwo", brałem to za coś, co nadal mnie dotyczy. Ludzie często wspominają lata wczesnej młodości. Chętnie się temu przysłuchiwałem, myślałem, że jestem poza tym. Ostatnio zorientowałem się, że już od paru dobrych lat tak samo jak inni mogę opwiadać o swoim dzieciństwie. Spostrzegłem, że już nic do tego okresu nie dopiszę - to skończone, oddzielone grubą kreską wieku. Za chwilę będę już oficjalnie dorosły.

Nie mam zeszytu z poezją. Nigdy nie potrafiłem pisać wierszy, chociaż chciałbym. Mam drugą osobowość, zadziwiającą umiejętność obserwacji. Mam silne pragnienie latania, lecz nie mam już gdzie lecieć. Mam popiół po spalonych listach i zamglone wspomnienia. Jesteś tam za Murem? Nasłuchuję nadal bicia Twojego serca, powiedz, że tam jesteś.

Kult rocka progresywnego jest dla niektórych niezrozumiały (z pozdrowieniami dla Och!, tak, to znowu ja;), dla mnie niezrozumiałe jest to jak można stawać plecami do takich dzieł jak The Wall na przykład. Każda gitara tutaj to mistrzostwo świata, każdy wokal Watersa pachnie geniuszem, a warstwa tekstowa składa się na jedną z najbardziej poruszających i złożonych historii zaprezentowanych w wersji audio. Ile znacie takich dwupłytowych albumów? Ile koncept-albumów?

Oglądam ostatnio sporo filmów. Opowiadają o ludziach, którzy w coś wierzą i mają marzenia. Gdy kończe je oglądać - jestem przerażony. Ja chyba w nic już nie wierzę, a marzenie pozostaje ciągle za Murem.

Ps. Film Knockin' On Heaven's Door w reżyserii Thomasa Jahna, polecam - polecam.

18 marca 2007

Gdyby Bóg słuchał muzyki, to co by to było? Zastanawiam się nad tym kilka sekund - i odpowiadam pewnie - Agaetis Byrjun. Kwartet Sigur Ros siedem lat temu zarejestrował najbardziej magiczne, anielskie dźwięki jakie świat słyszał. Nie wiem jak tego dokonali, ale gdy włączam tę płytę, wszystkie moje dotychczasowe ulubione albumy nie istnieją - liczy się tylko to co w słuchawkach.

Czytaj dalej...

25 lutego 2007

To nie jest płyta mojego dzieciństwa, wcale przy niej nie dorastałem i nie słuchałem na kasecie na starym magnetofonie. Nie mantrowałem podczas młodzieńczego buntu. Mimo to, już teraz wiem, że to będzie (jest) jedno z dzieł, które będą mi towarzyszyć zawsze i nigdy o nim nie zapomne. Co z tego, że historie Joy Division zna pewnie większość z Was - nie byłbym sobą, gdybym tu o tym nie napisał.

Zespół składał się z czterech młodych anglików, którzy beznadziejność industrialności otoczenia postanowili odreagować w muzyce. Ich debiut "Unknown Pleasures" zapewnił im rozgłos w świecie, odbywali trasy koncertowe po europie i wszystko układało się wspaniale. Do czasu, gdy lider zespołu - Ian Curtis zaczął chorować na epilepsję. Tutaj zaczyna się również historia albumu Closer, który to Curtis nagrywał z zespołem przez cały okres choroby powoli go wyniszczającej. Gdy materiał został już nagrany, Curtis w swoim mieszkaniu w Manchesterze powiesił się na kablu od suszarki.
Ta nadchodząca śmierć nadała ton całemu albumowi - możemy spobie wyobrazić jaki bez słuchania. On wygląda jak list pożegnalny Iana. Krzyk bezradności, cierpienia, zrezygnowania.

Więc tak już będzie – duma zniszczyła miłość
Co kiedyś było niewinnością, przekręciło się
Wisi nade mną chmura i znaczy każdy mój ruch
A głęboko w mej pamięci coś, co kiedyś było miłością

Jak dobrze zrozumiałem, że pragnąłem czasu
We właściwych proporcjach, starałem się go szukać
Przez chwilę zdawało mi się, że odnalazłem drogę
I gdy odkryłem przeznaczenie – ujrzałem że mi się wymyka

Ta muzyka ma w sobie zawartą niesamowitą wręcz ilość emocji - mimo, że brzmi zupełnie tak, jakby grający ją byli ich pozbawieni. Surowość dzwięków poraża. Wszechobecne zimno, załamujący się głos Curtisa, znów krzyk o pomoc, a zaraz potem znowu krzyk bezradności. Toczy tutaj walkę z samym sobą, ze swoją chorobą, jak i otaczającym go brudnym światem. W tym albumie jest wszystko, co może dziać się w psychice człowieka skazanego na śmierć. Napisałem, że ta muzyka jest zimna? Odwołuje. Ona jest lodowata. Z każdym kolejnym utworem posuwamy się wciąż dalej, a apokaliptyczny klimat otacza nas coraz bardziej. Dwie ostatnie piosenki to dla mnie coś w stylu ostatniego namaszczenia samobójcy. Wszystko się wtedy zatrzymuje w miejscu, a dla mnie istnieje tylko źródło muzyki i moja głowa.

Egzystowanie? Czym ono jest?
Żyję najlepiej jak potrafię
Przeszłość jest częścią mojej przyszłości
Teraźniejszość wymyka się spod kontroli

Reszta niech pozostanie milczeniem.

16 lutego 2007

Jak powinien wyglądać nowoczesny rock progresywny? Może odejść od złożonych, instrumentalnych kilkunastominutowych kompozycji? Może powinien poromansować z elektroniką? Moim zdaniem na to pytanie idealnie na to pytanie odpowiedziała grupa Archive w 2002 roku albumem You All Look The Same To Me.

Członem zespołu jest duet Danny Griffith/Darius Keeler, którzy do każdej nowej płyty zapraszają innych wokalistów, i praktycznie na każdej z nich dzięki temu ukazują inny styl. Tutaj wspierał ich akurat Craig Walker.
Wspominałem o modelu neo-prog rocka - Archive przedstawiło mniej więcej taki przepis: melodyjność i klimat Pink Floydów + wszystko co najlepsze z trip-hopu. Wszyszło to naprawdę wspaniale. Długie, niesamowicie melodyjne kompozycje z elektroniczną oprawą sprawiają, że po wciśnięciu play przerywamy, jeśli coś akurat robimy, kładziemy się na łóżku, zamykamy oczy i odpływamy. Ale w tym czasie nie uśmiechamy się - Archive przekazuje nam taką porcje smutku i melancholii, że przestajemy o czymkkolwiek myśleć i zapominamy jak się nazywamy z wrażenia (tak, właśnie tak na mnie działa(ła) ta płyta.

Czytaj dalej...

06 lutego 2007

Każdy ma płyty, które są dla niego w jakiś sposób wyjątkowe. Uważa je za genialne, wiąże je z nim sentyment czy wspomnienia. Mogą to być płyty, które nawet kształtowały jego osobowość, w końcu muzyka dla niektórych jest niesamowitym bodźcem.
Mam takich kilka, to one sprawiły, że jestem kim jestem, i pisze właśnie te słowa. Dzięki nim zakochałem się w muzyce i stała się moją największą pasją. Wpadłem na pomysł, by je uporządkować, i prezentować tutaj w specjalnej kategorii (co z tego, że większość te płyty zna;)).

King Crimson - In The Court of Crimson King

Czytaj dalej...