
Dzisiaj będą dwa teksty jak się uda, więc pierwszy - o Marii Awarii krótko i konkretnie. Szum wokół tego wydawnictwa zrobił się przogromny, a ja takiej okazji nie przepuszczam, żeby trochę podbić staty i powkurzać ludzi. I OGŁOSIĆ PRAWDE PRZEDE WSZYSTKIM.
A prawda jest taka, że ta płyta jest dla mnie definicją okolic zerowych w muzyce. Pozwole sobie wkleić mój komentarz dotyczący jej, żeby się nie powtarzać: teksty, sa tak odstraszajace, beznajdziejne, głupie, trywialne, ze mnie odrzuca na kilometr. rymy ktore sklada przecietny przedszkolak, niby zabawne gry słów które są absolutnie żenujace i banalne (poliż mnie i’m polish – boże, niech mi ktos powie ze to nie jest poczatek podstawowki). śmieszne proby wywoływania szoku jakas tania seksualnoscia, az brak mi slow zeby to opisac ;] no, sama płyta dostałaby jakies 0.5 (bo Marzne ma kilka ciekawych wersów), ale za osobe Marii ktora ta beznadziejnosc wynosi niemal na skale minusowa (ogladal ktos Kube z nia?) 0.0
Hejting można rozpocząć. Czas start.





Czesław Śpiewa (gorzej nazwać się nie można było) wyskoczył na mainstream jak filip z konopii, czołówka sprzedaży płyt w Polsce, wszędzie go pełno. A ja się pytam - KE? Szukam choćby jednego zadowalającego uzasadnienia tego hype'a. Czesław od 6 roku życia zamieszkuje Danię, może w tym szkopuł? Taki zagraniczny, nietypowy. Słucham i nie wierzę, już dawno nie miałem doczynienia z bardziej przereklamowanym produktem.

Debiut L.Stadt w zamiarze zrecenzowania przesłuchałem kilka razy, aż o tym zamiarze zapomniałem. I w tych słowach recenzja ta mogłaby się zamknąć, ale w sumie, to czemu bardziej ich z tego czasu nie rozliczyć.
