02 października 2008

Dzisiaj będą dwa teksty jak się uda, więc pierwszy - o Marii Awarii krótko i konkretnie. Szum wokół tego wydawnictwa zrobił się przogromny, a ja takiej okazji nie przepuszczam, żeby trochę podbić staty i powkurzać ludzi. I OGŁOSIĆ PRAWDE PRZEDE WSZYSTKIM.

A prawda jest taka, że ta płyta jest dla mnie definicją okolic zerowych w muzyce. Pozwole sobie wkleić mój komentarz dotyczący jej, żeby się nie powtarzać: teksty, sa tak odstraszajace, beznajdziejne, głupie, trywialne, ze mnie odrzuca na kilometr. rymy ktore sklada przecietny przedszkolak, niby zabawne gry słów które są absolutnie żenujace i banalne (poliż mnie i’m polish – boże, niech mi ktos powie ze to nie jest poczatek podstawowki). śmieszne proby wywoływania szoku jakas tania seksualnoscia, az brak mi slow zeby to opisac ;] no, sama płyta dostałaby jakies 0.5 (bo Marzne ma kilka ciekawych wersów), ale za osobe Marii ktora ta beznadziejnosc wynosi niemal na skale minusowa (ogladal ktos Kube z nia?) 0.0

Hejting można rozpocząć. Czas start.


22 września 2008

The Verve - Forth
Jeśli ktoś się spodziewał powrotu pełnoprawnego, mocarnego The Verve z lat dziewięćdziesiątych to się zawiedzie. To najsłabsza płyta tego zespołu. Lecz to nie jest słaba płyta. Forth wydaje się być trochę rozdarte pomiędzy dwiema wizjami The Verve - tej, która osiągnęła potężny sukces komercyjny dzięki Urban Hymns i tej psychodelicznej, z rospasłymi formami piosenkowymi, głównie z Northern Soul i Storm in Heaven. Cztery pierwsze utwory to dość popowe, melodyjne kawałki, na czele z singlowym Love is Noise (Sit and Wonder godnie kontynuuje tradycje >bardzo dobrych< openerów). Dalej zaczyna się już odgrzewanie tej starszej części dyskografii, rozciąganie jamujących kompozycji po osiem minut, niestety duża część z tego to straszne nudy. Bo nikt mnie nie przekona, że ponad siedem minut Columbo to coś ciekawego. Sytuacje ratują takie utwory jak I See Houses - dla mnie absolutny highlight płyty, wypełniony jakąś nieokreśloną melancholią przypominającą The Verve. Płyta może rozczarować oczekujących zbyt wiele, ale nadal to The Verve, mimo, że jedenaście lat starsi...


Kings of Leon - Only By The Night
Jeśli ktoś grał/gra w gry, to zna tą sytuację, kiedy cieszysz się jakąś grą kilka godzin, wymęczysz jakiś motyw który Ci się w niej podoba, w końcu rzucasz ją na bok i zapominasz całkowicie. Nie masz ochoty grać dalej, chociaż przez tych kilka godzin bawiłeś się dobrze. Dokładnie tak samo mam z Only By The Night. Czwarty album amerykanów okazał się dla mnie zabawką na chwile, i po tych kilku przesłuchaniach nie mam ochoty słuchać dalej. Wymęczyłem bardzo dobre Sex on Fire, przyjemne Use Somebody, lecz na dłuższą metę nie jest to płyta, do której będę wracał. Czy to oznacza, że jest słaba? Chyba tak, haha. I przyjadą pewnie na Openera, cała radiowa Trójka będzie się podniecać, mimo, że na ich miejsce mogłoby przyjechać 100 lepszych zespołów. I nawet nie wiecie jak się narażam pisząc te słowa ;]

22 maja 2008

Duffy - Rockferry (2008). Nie wiem jak Wy, ale ja już tych śpiewających panien z UK mam dosyć. W tamtym roku promowanie Kate Nash przyjąłem ze sporym entuzjazmem (kapitalny singiel!) i sam właściwie w nim uczestniczyłem, ale teraz mówię pass. W tym roku była już Adele, która nic muzycznie sobą nie prezentuje, teraz pojawiła się Duffy, z którą pod tym względem jest trochę lepiej, ale i tak nie wystarczająco, żebym nie rzucił Rockferry pod łóżko po 3 przesłuchaniach. Dodatkowa przewaga Duffy to jej śliczna buźka, którą świeci z okładki debiutanckiego krążka.
Produkcją płyty zajeli się Bernard Butler z Suede i Jimmy Hogarth, dla mnie anonimowy. Cudów nie zdziałali, udało im się pod Walijkę podłożyć przeciętny retro-popowy klimat, balladowy, Amy wyśpiewała co swoje i tyle. Mi się nie podoba i brit-girls-wave mówię nie.

Unkle - Never, Never, Land (2003). Jednak sprawdziłem tego Hogartha od Duffy, i okazało się, że gość maczał palce w Never, Never, Land Unkle, tym samym przypomniałem sobie tę znakomitą pozycję. Należe do nielicznego grona osób, które właśnie ten album przekładają nad Psyence Fiction nagrane jeszcze z Shadowem. Debiut ma dwie przepotężne karty przetargowe - Rabbits in Your Headlights i Lonely Soul, lecz Never Land wydaje mi się równiejszy i ciekawszy całościowo. Na trackliście plejada gwiazd - m.in. Jarvis Cocker, Brian Eno i Ian Brown, w środku kapitalny, dziki, trochę psychiatryczny (lol?) klimat. Niezapomniane intro (gdybym robił ranking najbardziej specyficznych początków płyt, to ten miałby murowane pierwsze miejsce) i Reign. Czy coś trzeba dodawać?

Kayo Dot - Choirs of the Eye (2003). Follow-up Maudlin of the Well rozwiązanego w 2003 roku. Jako, że raczej wolę powstrzymywać się od recenzowania ciężkiej muzyki, powiem tylko, że jest to najlepszy album w tym klimacie jaki słyszałem od bardzo, bardzo dawna. Całkowity mus.





11 maja 2008

Czesław Śpiewa (gorzej nazwać się nie można było) wyskoczył na mainstream jak filip z konopii, czołówka sprzedaży płyt w Polsce, wszędzie go pełno. A ja się pytam - KE? Szukam choćby jednego zadowalającego uzasadnienia tego hype'a. Czesław od 6 roku życia zamieszkuje Danię, może w tym szkopuł? Taki zagraniczny, nietypowy. Słucham i nie wierzę, już dawno nie miałem doczynienia z bardziej przereklamowanym produktem.

Czytaj dalej...

01 maja 2008


Pierwszy teledysk Scarlett coverującej Toma Waitsa. Mówcie sobie co chcecie, ale to ścisła czołówka dotychczasowych singli roku. Kapitalna aranżacja, trochę w klimatach Sigurów, plus niski wokal Scarlett, taki zwyczajny, beż żadnych upiększaczy, czasami nawet chrypliwy. Prze, przemiodność, u mnie ciąle na repeat'cie. Płyta już za dwa tygodnie ujrzy światło dzienne (podobno w sieci można przesłuchać całość - gdzie?!), już widzę te krucjaty gotowe zrównać cokolwiek tam zaśpiewa, z ziemią. W pierwszym pojedynku jednak obronną ręką wychodzi Dunka, która podbija moje serce na kolejnym polu. Ach.

13 kwietnia 2008

Raz. Poszła na początku roku plota, że MGMT debiutując albumem Oracular Spectacular stają sie nowymi królami electro-popu. Fakt, amerykański duet próbuje nas debiutem całkiem skutecznie czarować, atakując całą ferią kolorów, przyjemnych melodyjnych brzmień i podróżując w swoich inspiracjach po popie róznych dekad. Ale z mojej strony veto, bowiem najnowsze Cut Copy zabawia dużo lepiej, i przede wszystkim dłużej. Gdy potencjał Oracular Spectacular wyczerpuje się gdzieś w połowie i tak krótkiego albumu, najnowsze dzieło australijczyków trwa nadal i nie słabnie. Dobra pozycja na wiosnę, jeśli_się_w_końcu_pojawi.


Dwa. Tak dla kontrastu do muzyki w pierwszym punkcie (ma sie ten rozrzut): Meshuggah - ObZen. Płytę sciągnałem chyba tylko ze względu na okładkę (możecie mówić, że jakiś wypaczony jestem, ale ta jest najlepsza, jaką w tym roku widziałem), a okazała się całkiem znośna. Mocno odhumanizowana i o specyficznym, przyłaczającym klimacie. Raczej przestraszy niż przyciągnie przeciętnego czytelnika bloga ;] W tych klimatach ostatnio uwagę moją przyciągnął band również ze skandynawii, raczej nieznany The Spectacle. Zasłuchuje się w ich albumie z 2004, Rope or Guillotine. Tu już troche bardziej metalcore'owo, melodyjniej, przede wszystkim przystępniej. Ciekawostka: wydali tę płytę w wytwórni Phila Elveruma. Trochę trudno ogarnąć, że on może czegoś takiego słuchać :>



08 kwietnia 2008

Debiut L.Stadt w zamiarze zrecenzowania przesłuchałem kilka razy, aż o tym zamiarze zapomniałem. I w tych słowach recenzja ta mogłaby się zamknąć, ale w sumie, to czemu bardziej ich z tego czasu nie rozliczyć.
Łodźki zespół określa się mianem popowego, co jest jednym z większych kłamstw, jakie ostatnio usłyszałem. Pop ma melodię, chwytliwą najlepiej, ma hook, ma lekkość odbioru. L.Stadt żadnej z tych rzeczy nie ma, jest w sumie kontrastem dla tych pojęć. Czterdzieści minut wypełnione dźwiękami obojętnymi, zwykłymi, przeźroczystymi. Ta płyta jest niewidzialna. Ile razy słuchałem, za bardzo nie zwróciłem uwagi na to, kiedy się skończyła.
Nie rozróżniam utworów jednych od drugich, bo nie mają w sobie nic, na czym ucho i uwagę możnaby zawieśić, nadać im tożsamość. Tutaj ratuje set tylko Londyn, jedyny polskojęzyczny kawałek, który na tle pozostałych mocno się wybija (melodia, uhm). Dzięki niemu płytę podzielić można na dwie części: 'przed Londynem' i 'po Londynie'.
Proponuję trzymać się z daleka.