27 marca 2008

Bob Dylan w czerwcu w Polsce, za barbarzyńską cenę 260 złotych. I w sumie to wcale się nie przejmuję, bo takiego burżujskiego Dylana chętnie zamieniłbym na pana kryjącego się pod pseudonimem artystycznym The Tallest Man On Earth. Człowiek ten mieszka w Szwecji, a swoją prezencją, talentem i natchnieniem jest kolejnym żywym dowodem na to, że ten niebiesko-żółty kraj musi być rajem na ziemi. Przydomek jego wcale nie bierze się z tego, że jest jakimś mutantem - po prostu buja głową w obłokach.

Czytaj dalej...

17 lutego 2008

A campire and a tent and a flashlight and some matches and a tree and that river and my glasses and a spaceship and a really really big bear but the bear is really really far away.

Phil Elverum raczy nas kolejną EPką. Rekompensując nam to, że ostatnią można było zdobyć tylko wraz z książką, Nobody's Perfect jest całkowicie darmowa, a link do jej ściągnięcia znajdziecie pod tekstem. To już kolejny mini-album, zapowiedzi pełnej płyty jak nie było tak nie ma, a przecież już za chwile minie 3 wiosna od wydania No Flashlight.

Czytaj dalej...

15 lutego 2008

The most passionate, beautiful, emotional album; her voice emanates all the sadness that fills her world. I would cry if i was gay.

Jest kilka powodów dla których zamiast recenzować kolejne marne British Sea Power czy inne indie-obojniactwo, napiszę o ponad 40 letnim i w dodatku polskim albumie. Pierwsze - bo to rzecz wybitna; dwa - bo to rzecz wybitnie nieznana w kręgach moich czytelników podejrzewam - przykładowo - wśród moich 25 znajomych na RYMie, żaden nie ma w katalogu tego wydawnictwa. W końcu trzy - chodzi mi drugi dzień po głowie bez_przerwy.

Czytaj dalej...

18 grudnia 2007

'Album o wszystkich kobietach, które kiedykolwiek odeszły od mężczyzn; deszczu, który nigdy nie przestaje padać - i całej wódce, która skończyła się w nieodpowiednich momentach, a po następną nie było komu pójść. - czerski'

Poezji w wersji śpiewanej wiele w Polsce nie uświadczymy: jest Świetlicki i jego niezliczone projekty; są oazowe alternatywy typu SDM. Pewnego, prawdopodobnie deszczowego wieczoru, przed moimi oczyma, i uszyma też, ukazały się Towary Zastępcze.

Czytaj dalej...

22 listopada 2007

Bon Iver to pseudonim, pod którym ukrywa się Justin Vernon, nieznany ex-członek nieznanego szerzej zespołu DeYarmond Edison. Po nieudanych próbach zrobienia czegoś zauważalnego, wziął gitarę w rękę i wyizolował się muzyczną smutą w wydźwięku 'znowu w życiu mi nie wyszło'. Paradkosalnie, przez ową izolacje i leczenie błędów przeszłości, stworzył coś co godne jest przyszłości na muzycznych listach podsumowań tego roku. Może nie na szczytach, ale skromnie, cicho, gdzieś na wygodnch miejscach...

Czytaj dalej...

12 października 2007

Tak wyszło, że w bardzo krótkim odstępie czasowym płyty wydały dwie tuzy, z trójki wielkich amerykańskich (no, może nie do końca), folkowych songwriterów. Do walki i bezpośredniego pojedynku doszło między Samem Beamem znanym jako Iron & Wine a Davendrą Banhartem. Lider klasyfikacji generalnej, Sufjan Stevens w tej kolejce pauzuje.

Do obu płyt podszedłem bez uprzedzeń, bo obu zawodników cenię. Iron & Wine za magnifique debiut, Banharta za Cripple Crow, którego nawet recenzje możecie znaleźć gdzieś w czeluściach tego bloga. Tak więc sędzia obiektywny w swojej subiektywności, myślę.

Kto zna twórczość Davendry wie, że jego albumy cechuje niebywała nierówność. Choćby nagrał materiał doskonały, i tak byłby przeplatany w najlepszym wypadku średniakami. Kto liczy na jakiś progres w tej sprawie, to niech lepiej przestanie. Ale o tym trochę później, najpierw o treści. Mamy tutaj 16 piosenek, tradycyjnie urzymanych w klimacie latynoskim, do leżenia pod drzewem z wymalowanym na twarzy hasłem "pierdolę, nie robię". Banhart jednocześnie przeszedł sam siebie, jeśli chodzi o rozrzut stylowy materiału, żonglowanie melodiami i klimatem. Są tutaj leniwe ballady, są inspirowane latami pięćdziesiątymi piosenki a'la Elvis (Shabop Shalom). Jest soul w Lover, uważny znajdzie nawet wpływy reagae (The Other Woman). Ciekawie to wygląda chyba tylko na papierze, muzycznie to wielki misz-masz nie trzymający się kupy. Album jest sporo za długi (ponad siedemdziesiąt minut), i w połowie mimowolnie spoglądamy na to, ile jeszcze utworów przed nami. Materiał rozlazł Banhartowi w rękach, i zamiast to jakoś zespolić, wygląda jak taśma przed sensownym montażem. Wywalić z dwadzieścia minut zapychaczy, i mamy bardzo dobrą płytę. Dlaczego się na to nie zdecydował? Wtedy może takie perełki jak na przykład Bad Girl (to łaaaa, boskie!) nie tonęłyby w tonie przeciętności.

Brodaty Beam wie jak to się robi. Spokojniejszy, bardziej stonowany od latynoskiego kolegi konsekwentnie brnie do przodu, i wydaje kolejną, równą, i równie dobrą płytę. Pomimo stylistycznych styków z Banhartem to jednak zupełnie inny biegun. O ile ten pierwszy potrafi wywołać uśmiech swoją ekstrawagancją i sympatycznym dziwactwem, to Sam Baum to bardziej muzyczny introwertyk, kultywujący raczej zachowania typowe dla chociażby takiego Nicka Drake'a. Na kolejnej już płycie daje temu wyraz, wypełniając krążek często melancholijnymi, nostalgicznymi kompozycjami (cały album dostępny na myspace, posłuchajcie ostatniego Flightless Bird, czysta magia). Czujemy spójność materiału, autentyczność (na dobre wyszedł powrótd do Sub Pop) i wszystko pięknie się układa, dając naprawdę dobre wydawnictwo.

Werdykt jest prosty - zwycięstwo należy do Iron & Wine.

30 września 2007

Jens Lekman - Night Falls Over Kortedala
Poszedł w świat nowy hajp - Jens Lekman nowym, sezonowym bogiem. Z niechęcią do zjawiska w końcu zbadałem jego nowy album, Night Falls Over Kortedala, i zdaje się być conajmniej sympatyczny, ale ludzie - bez przesady.
Dziwne to zjawisko, gdy artysta ma na koncie więcej EPek niż albumów i singli razem wziętych. Mamy tu bardzo miłą, ciepłą i lekką w odbiorze płytę. Melodie chwytliwe, ale nic na tyle oryginalnego, żeby nie było wcześniej. I w zasadzie miękkość tej muzyki, to, że jest gładka jak pupa niemowlaka, mnie odrzuca. Nie dla mnie, nie w jesień.

PJ Harvey - White Chalk
Wydanie nowego albumu PJ Harvey to zawsze musi być wydarzenie. Do artystki mam stosunek ambiwalentny, bo tak: lubię jej styl, całą oprawę jej muzyki, okładki płyt (prawie zawsze świetne!), zdjęcia, ale sama muzyka mnie nie zachwyca. I czy to To Bring You My Love czy White Chalk, tak też zmian nie ma, Polly dla mnie neutralna, i jeśli miałbym stawiać ocenę temu albumowi, strzelałbym w sam środek skali. Choć momenty są, jak chociażby The Devil.

12 lipca 2007

Ostatnio sporo na blogu o młodych songwriterach, nic dziwnego, jakoś przyjemnie mi się z taką spokojną muzyką obcuje. Do Tillmana i Silbermana dołącza właśnie Benoit Pioulard. Nie dajcie się zwieść francuskiemu pseudonimowi, tak naprawdę ten dwudziesto dwu latek pochodzi z Michigan, a nazywa się Thomas Meluch. Multinstrumentalista, bard, pisarz i fotograf. Dusza bardzo kreatywna, o wyraźnym, artystycznym zmyśle.
Précis to jego pierwszym wydany oficjalnie album. Wcześniej sam produkował swoje nagrania, do obiegu w kręgu przyjaciół i rodziny, nawet nie wiem czy można to jakoś zdobyć. Tak więc, udało mu się zdobyć kontrakt z wytwórnią, i na tym krążku zawarł swoją dotychczasową twórczość.
Meluch tym się różni od wspomnianych wcześniej Tillmana i Silbermana, że nie oszczędza w formie. Dźwięków jest dużo, a instrumentarium nie ogranicza się do jednej, akustycznej gitary. Budowane, nakładające się na siebie szarpnięcia gitar, elektroniki czy innych niezidentyfikowanych narzędzi tworzy wrażenie małych ścian dźwięków. Songwriter operujący shoegaze'owymi wynalzkami? A to ci dopiero! Wychodzi mu to bardzo dobrze, jest bogato, magicznie i ciekawie. Dodajmy do tego interesujący wokal, troche szepczący, czasami mało wyraźny, wręcz rozmyty... ślicznie. To jest wręcz songwriting eksperymentalny! Melodie wyrwane z kontekstu, niebanalne, przedstawiające nieznane nam do tej pory muzyczne pejzaże - aż dziw, że ten album ominął większość podsumowań roku 2006. Jedna z mocniejszych pozycji (lepsze określnie - ładniejszych).

Ps. Myspace.

09 lipca 2007

Otworzyłem edytor tekstu, bezsilnym wzrokiem patrzę się w monitor. Cóż, rutynowa czynność, którą od pół roku skrupulatnie staram się wypełniać. Słucham, czytam teksty, a później o tym piszę. Lecz nie tym razem - jak to wszystko ogarnąć? Jak sprowadzić do poziomu zwykłych, płaskich, wirtualnych literek (które same w swojej nierealności są tak naprawdę ciągami równie nierealnych cyferek) te pięćdziesiąt minut, które przed chwilą minęły? Porażająca, niespełna godzina, która prawie przeniosła mnie w inny stan świadomości i rzuciła na kolana. Bo chyba tylko na takiej, metafizycznej płaszczyźnie, można mówić o Twilight as Played by the Twilight Singers.

Długo zastanawiałem się nad tym, w jakiej formie to ująć. Pisać tylko o tej płycie, czy może o całym dorobku The Twilight Singers? A może wcale nie pisać, zapomnieć? Cóż, chyba nie po to zakładałem tego bloga, jednak napiszę. Ale... ale. Z pewnością wielu z Was album ten doskonale zna, możliwe, że wielu uważa go za jeden ze swoich ulubionych. Wiem o tym, bo wcale to nie jest nowa pozycja (siedem lat na karku), a w Polsce zespół wcale na popularność nie musi narzekać. Jednak potraktuje to jako podziękowanie, rachunek sumienia, podsumowanie.

Greg Dulli, po rozpadzie dotychczasowego zespołu, Afghan Whigs, postanowił założyć własny projekt. Żeby nie być ostamotniony, zaprosił znajomych muzyków (m.in. Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby), a produkcją zajeli się Fila Brazilia. W sumie, do tego albumu ręki przyłożyło aż osiemnaście osób.

Cały ton Twilight, charakterystykę i klimat można odgadnąć już przy pierwszym Twilite Kid. Początkowe pianino, melancholijna melodia, i zapętlone instrumenty, cicha perkusja, bas, co jakiś czas mocniejsze szarpnięcie strun. I przede wszystkim, główny aktor dzisiejszej nocy, Dulli. Jego głos, trochę zachrypnięty, nieczysty - zniewala, zauracza. Nawet nie próbuje robić jakiś technicznych sztuczek, tu liczy się autentyzm, prawdziwość i przede wszystkim emocje. Zaczyna się opowieść o miłości, opuszczeniu, samotności, kobiecie.
Wszystko jest tutaj tak doskonale harmonijne, wszystko ze sobą współgra, każdy instrument i wokal ma swoje dokładnie wytyczone miejsce. Szczególnie słychać to w trzecim utworze, Clyde - refren podzielony na trzy głosy, idealnie współpracujące ze sobą, powalające ekspresją: "you're makin' me want it so / what i feel inside, i can't deny".
King Only, Greg z gitarą, nostalgiczna partia gitarowa, i wejście w wspaniały refren, jeden z żywszysch momentów na płycie - coraz wyższe śpiewnie wraz z damskimi chórkami w akompaniamencie sekcji dętej.
Verti-Mae to z kolei instrumentalny utwór, w którym pojawiają się powycinane, wypowiedziane przez nieznaną nam kobietę, zdania. Bez większego sensu, brzmią jak fragmenty rozmów telefonicznych czy taśm wideo. Do tego rozwinięta partia gitary, basu, monotonna perkusja i od czasu do czasu nawoływanie. Kobieta ta odeszła, żegnając się mało miłym "Goodbye, motherfucker" a te taśmy to wspomnienia, oraz jedyne co po niej pozostało.
Przechodzimy od razu do końca, Into The Street. Półsenna, rozemglona ballada, w tle płaczliwa gitara i smyczki. Duet Dullego z którymś z zaproszonych artystów, nie jestem w stanie rozpoznać z kim. Niesamowity, przestrzenny, rozpływający się utwór, płynnie przechodzący do finału, tytułowego Półmroku. Jest to chyba jedyny utwór na tej płycie, który nosi w sobie krztę jako takiego optymizmu. Dulli kończy to fantastyczne widowisko dając sobie i nam nadzieję, na to, że będzie lepiej. Everything's gonna be alright...

Co składa się na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej płyty? Może to, że gdy czytam teksty Drullego przewijają mi się przed oczami sceny z mojego życia? Może dlatego, że jest to po prostu szczerze wzruszający album, który sprawa, że każdemu cisną się łzy do oczu? W końcu, jestem pewien, że każdy, kto kiedykolwiek kochał - nie będzie obojętny na zawartą tu muzykę.
Więcej nie zdołam, dobranoc. (czwarta nad ranem, o, widno się zrobiło)

30 maja 2007

O płycie tej dowiedziałem się bardzo późno, bo tylko miesiąc przed premierą. To chyba dobrze, oszczędziłem sobie kilka tygodni niecierpliwości. Po miesiącu krążek ujrzał światło dzienne, a wszyscy zaczęli go wychwalać, szczególnie - Nosowska. Rzadko się zdarza, by artysta sam o swojej płycie wypowidał się tak dobrze, Kasia przy każdym wywiadzie ekscytuje się Unisexbleus bardzo. Przy pewnym pytaniu, obawia się, że jest sama w tej swojej euforii - nie trzeba, przynajmniej jednego zwolennika już ma.
To był dobry pretekst do przypomnienia sobie wcześniejszych muzycznych dzieci Nosowskiej. Muszę od razu się przyznać do dużej, nieskrywanej sympatii do niej. Znam wszystkie albumy Heya, łączy mnie z nimi niebywały sentyment, i cenie sobie bardzo - choć to chyba odważne wyznanie, znając niektórych czytelników. Uwielbiam tę dekadencje i kobiecość w jej głosie i tekstach. Urzeka(ło) mnie to ogromnie, i stawia ją w jednej linii z Świetlickim, w moich oczach jej męskim odpowiednikiem. Wspaniałe artystyczne małżeństwo by to było, nie uważacie? Przy okazji, Nosowska kiedyś mocno przyłożyła ręki do jednej z płyt Świetlików - Złych Misi. Duet Kasia-Marcin jest naprawdę świetny, polecam posłuchać.
O solowych dokonaniach już nie mam tak dużo do powiedzenia. Znam tylko Sushi, które nomen-omen nie przypadły mi do gustu. Zimne, ultra-elektroniczne kreacje Nosowskiej były dla mnie kompletnie nietrafione. Całkowicie do niej nie pasujące, bo co to ma być - ciepła, romantyczna Pani w jakimś technicznym, syntezatorskim trzaskaniu, zgroza. Od premiery Sushi minęło aż siedem lat, więc powtórki z rozrywki raczej nie powinienem się obawiać.
Podstawowym ruchem, i punktem wyjścia do oceniania zmian, jest wymiana producenta płyty. Dotychczasowy opiekun solówek Nosowskiej - Andrzej Smolik został zastąpiony Marcinem Macukiem z Pogodno. Zmianę widać na pierwszy rzut ucha - pozbyto się wszechbędącej elektroniki, zastępując ją żywymi instrumentami. Oczywiście jest - lecz w bardziej skondensowanej formie, mniej i delikatniej. Za to dużo tutaj chociażby gitary akustycznej. Nie znaczy to równocześnie, że artystka poszła w stronę nostalgiczego smęcenia - wręcz przeciwnie. Singlowy Era Retuszera, czy chociażby Poli Dno przesuwa nas na siedząco. Mocno popowy materiał, wpadający w ucho, drapieżny.
Przyjrzyjmy się na przykład drugiemu utworowi - Grand Prix. Z zasady nie lubię piosenek z takim końskim rytmem: klask-trzask-blabla, jednak to mantrowane w refrenie "gotujmy, gotujmy się" chodzi za mną jak cholera. I tak jest z większośćią płyty, żeby zobrazować jej nośność, piosenkowość: gdy wychodzę z domu bez odtwarzacza, natychmiast w głowie pojawia się albo wspomniane "gotujmy, gotujmy się", główny motyw z Metempsycho czy refren z openera. No i tak chodzę i nucę, bez przerwy.
I jeśli nawet to nie przekona jakiegoś smutasa, to jest na tym albumie utwór, który musi w sobie rozkochać każdego, albo przynajmniej wywołać na twarzy uśmiech. W Metempsycho Kasia śpiewa, a raczej melorycytuje tekst głosem dziecka. Bez żadnych syntezatorów, naturalnie - przeurocze to jest, naprawdę.
Typowej, nosowskiej melancholii również nie brakuje, chociażby warto zwrócić uwagę na utwór tytułowy, w którym usłyszeć możemy również zaproszonego Stanisława Sojke. Coraz dłuższy się ten tekst robi, wypadałoby zamykać. O czym tu jeszcze? No tak, jeden z najważniejszych aspektów płyty - teksty. Warstwa liryczna Unisexblues jest fantastyczna - czyli Kaśka... wyrabia normę. Wszystkie teksty, oprócz Karatetyki i My Faith Is Stronger Then The Hills, są jej autorstwa. Cieżko przytoczyć jakiś dłuższy fragment, każdy liryk ociera się o poezję (?).

"A kiedy zaniknie, jak mięsień zanika
Korzonek, którym w pozór tak wrosłam
I znaki rozpoznam iluzji - szczególne, to
Runę w szaleństwo, w stuporze zastygnę
Gdy wyda się, że wydaje się to wszystko..."


Absolutnie polecam, Kasia pokazała kto tu rządzi. Najlepsza polska wokalistka wydała najlepszą polską płytę roku. Przynajmniej na razie nikt jej do szyji nie dosięga.

28 kwietnia 2007

John Frusciante to postać, która łączy takie zespoły jak Red Hot Chili Peppers, Ataxia, The Mars Volta czy Pearl Jam. I żeby było śmieszniej, nie lubię żadnego z powyższych zespołów, a mimo tego, Frusciantem solo ostatnio się zachwycam. Już mam swoją teorię, że takie cienkie zespoły zabijają w naszym Johnym całą kreatywność, i to wszystko ich wina. No, i dzięki temu na przykład nie mam mu za złe kompletnie beznadziejnego Stadium Arcadium, ufff.
Każdy kto zna w choćby najmniejszym stopniu biografię tego gitarzysty wie, że w niej punktem odniesienia jest heroina. Ewidentnie chłopak zbłądził, co odbiło się na nim dobitnie, na jego twórczości z resztą też. Wystarczy posłuchać Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt, płytę którą nagrywał po to, żeby mieć czym spłacić długi u dealerów. Poza samym tym wiele mówiącym faktem z tekstów i tak dowiemy się co i jak, Frusciante'a charakteryzuje zadziwiający wręcz ekhibicjonistyczny songwriting. Ciężko o drugiego tak szczerego artystę. Niadra, mimo, że nagrana na kompletnym heroinowym zwale i w beznadziejnej jakości rusza, głównie za sprawą wspomnianych już (nie zawsze jasnych dla nas) tekstów i obłąkańczym sposobem śpiewania Johna.
Później zdecydował się na długi odwyk, w końcu wrócił na scenę i zrobił coś niesamowitego. Nagrał 6 albumów (słownie: sześć) w przeciągu pół roku. Kolejno: The Will To Death, Inside of Emptiness, Automatic Writing (tutaj z Ataxią), A Sphere In The Heart of Silence, DC EP, Curtains.
Jeśli wierzyć głosom innych, i wszystkie są równie dobre co ostatnie Curtains, to mamy tu wydarzenie dziejowe. Z resztą, sam niedługo zbadam to empirycznie.
Na szczęście albumy solo stoją daleko w opozycji do twórczości chociażby takich Red Hotów. Swoją drogą, ciekawe czy zostane schłostany za 2 pierwsze zdania recenzji. ;> Nad przebojowością i piosenkowością utworów bierze górę nostalgia dźwiękowa i liryczny rachunek sumienia za życie. Gitara elektryczna jest odstawiona na rzecz klasycznej (choć tą pierwszą słuchać, rzadko), czasami fortepianu (gdy się pojawi - nadstawiać uszy, prze-prze) no i wokalu.
I co by tu więcej, po prostu słuchać. Płyta ma świetny, choć ciężki nastrój, idealny do samotnego leżenia i nicnierobienia (z nicnierobienia koniecznie trzeba wyłączyć samo słuchanie, ewentualnie analizowanie tekstów). Utwory są stonowane, pozbawione jakiś głupich udziwnień, fajerwerków - po prostu - autentyczne. Czyli posiadają cechę, którą zaliczam do jednych z najważniejszych w kwestii muzyki. Polecam.
Wracam do nicnierobienia, aktualnie zaczął się megadługi weekend, który trzeba godnie przyjąć, no to cześć.

27 marca 2007

Wydał cztery kompletne albumy, a przy jego nazwisku ciągle wisi etykieta "przyszłość amerykańskiego folku". Taki bard w Stanach to nie ma łatwego życia. Skoro talentem jest się nadal z pięcioletnim stażem, to żeby zyskać miano spełnionego i doświadczonego, to nagrać 50 płyt musi lekko.
Włączam tę płytę, zamykam oczy i widzę amerykę łacińską, jakąś wioske, czas sjesty. Podstarzały mulat z brakami w uzębieniu gra na gitarze spokojne, rozmarzone ballady. Wokół dzieci biegają za udomowionymi zwierzętami, a ludzie leżą w hamakach, patrzą w niebo lub śpią. Ta płyta zabiera nas wprost do takiej wioski, i choć nigdy nie byłem w Peru czy Boliwii (najdalej Francja, haha) to mogę się założyć, że tak tam wygląda popołudnie na wsi.
Zapędy w strone dalszych południowych sąsiadów nie są tutaj zaskoczeniem. Korzenie Banharta sięgają głęboko Wenezueli, gdzie z resztą jako dziecko mieszkał.
Pierwsze skojarzenie gdy usłyszałem Cripple Crow to Sun King Beatlesów. Typ to bardzo trafiony, bowiem motywy i wariacje na temat Lennona i jego bandy pojawiają się tu często. Raz, spójrzcie chociażby na okładkę - nie przypomina Wam czegoś? Jak nic - taka biedniejsza wersja Sierżanta Pieprza. Dwa, nawiązania tekstowe są tu nierzadkie - ba, nawet jedna piosenka nazywa się... (tutaj zaskoczenie) The Beatles. No i trzy - Devendra ze swoim stylem wstrzela się wprost do końcówki lat sześćdziesiątych, opanowanych przez Żuczków. Dzieci Kwiaty, pokój, marihuana.
Długość materiału jednak nie pozwala na to, by nazwać go równym. 22 piosenki, w tym genialne, świetne, średnie i nudne. To też jest chyba największym minusem albumu - najlepsze piosenki przeplatane są tymi słabszymi. Dobrym rozwiązaniem jest ułożenie sobie własnego seta, w którym pozbędziemy się przeciętniaków.
Atmosfera wytwarzana na płycie jest ciepła i leniwa. Ballady z świetnymi tekstami (no, przynajmniej ich angielska część) potrafią zauroczyć. Ideał dla lubiących spokojny, choć dziwny folk.

06 marca 2007

Czy muzyka tworzona przez jednego artyste nieprzerwanie nawet kilkadziesiąt lat może być dobra? Tak, to właśnie charakteryzuje specyficznych starszych panów z przyklejoną etykietą: singer/songwriter.

Czytaj dalej...