16 maja 2008

Droga Scarlett,
mogło być nam razem tak pięknie. Nie żeby na moje uwielbienie względem Ciebie decydujący wpływ miało moje przekonanie, że jesteś jedną z kilku najpiękniejszych istot chodzących po Ziemi. Wcale nie. Przy pierwszym ujęciu w Lost in Translation nie widać Twojej twarzy, więc o jakimś szowinistycznym zachowaniu nie może być mowy. A jednak od tego właśnie ujęcia pokochałem Cię, i z zachwytem oglądałem gdy spacerowałaś sobie sennie przez Tokio, czy grałaś zagubioną nastolatkę w Ghost World.
Gdy zapowiedziałaś, że wydasz album byłem bardzo ciekawy, tym bardziej, że kiedyś już udowodniłaś, że potencjał wokalny masz, nagrywając swoją wersję klasyka George'a Gershwina - Summertime.

Czytaj dalej...

29 kwietnia 2008

Przed przeczytaniem, koniecznie obejrzyj powyższy filmik.

Proszę Państwa! Przerywamy naszą stałą pozycję, ponieważ mamy sensacyjny materiał. Nasz reporter powie o nim za chwile kilka słów: Dobry wieczór państwu. Sensacjaaaa. Odnalazłem w piwnicy w Londynie oryginał nieznanej zupełnie kolaboracji Briana Eno, Cocteau Twins i Kate Bush, nie ma go żaden inny blog na świecie. I za chwile premiera:

Czytaj dalej...

20 kwietnia 2008

Kyte, gdy tylko zaznaczyło swoją obecność na muzycznym rynku od razu porównano do Sigur Rós. Porównanie do Sigur Rós ostatnio brzmi jak zapowiedź tragedii. Tragedią było wydanie rok temu albumu Amiinii, czyli ziomków Sigurów z Islandii (porównywania wtedy były nawet głośniejsze), którzy wydali jedną z nudnejszych płyt 2007 roku. Tragedią jest też to, że każda nowa post-rockowa kapela z północy Europy *musi* mieć w sobie cząstkę Sigur Rós, inspirować się nimi lub cokolwiek. Musi.
Tak też do albumu o minimalistycznej (każdy zespół inspirujący się Islandią musi mieć taką) okładce podszedłem z niejaką trwogą. Okazało się, że jednak niesłusznie.

Czytaj dalej...

07 września 2007

Niewiele brakowało, a iLiKETRAiNS na stałe wpisałby się do listy uwielbianych przeze mnie zespołów. Wybudowałbym im mały ołtarzyk w rogu pokoju, stawał na baczność przy słuchaniu i tak dalej. Niestety, tak się nie stało, zaprzepaścili szansę, zjebali mówiąc kolokwialnie. A wystarczyło nagrać debiut dorastający poziomowi EPki...
18 sierpnia zapamiętam na długo. Finał mysłowickiego fesiwalu, na scenę wchodzi oczekiwane przeze mnie iLiKETRAiNS i zaczyna się - godzina totalnej miazgi sensorycznej. Przygnieciony potęgą tej muzyki nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa. I jak po takim czymś nie wymagać wiele? A Elegies to Lessons Learnt jest do cholery, tylko i wyłącznie poprawną płytą! Jak mogli nagrać poprawny album? Byli zobowiązani nagrać najlepszy!
Nie ma tutaj już takiego ciężkiego klimatu jak na Progress - Reform, nie ma tak absolutnie niszczących gitar, które przeszywały każdą komórkę mojego ciała na wspomnianym koncercie. Kompozycje są statyczne, nieruchome, brak jakiś masowych odjazdów instrumentalnych. Mało się dzieje. Utwory oparte na schematach, mantrycznym wręcz wyśpiewywaniu pojedyńczych zdań w kółko, z powoli narastającą linią dźwiękową. I w taki sposób właśnie powstaje chociażby takie We All Fall Down, gdzie większość utworu powtarzane są słowa 'We play a waiting game / And we play a waiting game' i tak (sic!) pięć minut! Dopiero pod koniec zaczyna się coś dziać, i nawet to nie ratuje tego openera, że koniec jest zaiste świetny. Niee, to nie o to chodziło, chłopaki. Przez całe 50 minut trwania albumu, nie znalazłem nic, co godnie zastępowałoby takie A Rook House For Bobby. Płyta pod każdym względem przegrywa w starciu z Epką, którą w tym miejscu wyjątkowo polecam. Jak się okazuje, czas nie zawsze przynosi rozwój w dobrą stronę.
Jasne światełka w tunelu to rozbudowane Spencer Perceval, i Remnants of an Army.
Przykro, co nie? Nie wyszło, a miało być tak pięknie. Jednak, jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazje pójść na ich koncert, to macie obowiązek się tam stawić. Odmaszerować.

18 lipca 2007

Teraz uważajcie, bo takie recenzje nie będą się pojawiały często. Recenzje czegoś, co za kilka lat może być powszechnie uznawanym klasykiem, tak jak teraz uznajemy Loveless czy OK Computer. Po prostu czuje w kościach, bębenkach uszu, że będzie to coś wielkiego. Mam przyjemność przedstawić Wam album Alcest - Souvenirs d'un Autre Monde.
Jeżeli nie jesteś starożytnym black-metalowcem, to najprawdopodobniej nigdy nazwy tego jednoosobowego zespołu nie słyszałeś. Nic zresztą dziwnego; wpisuję w google frazę 'alcest', wyskakuje mi stronka hotelu, gdzie byłem sto lat temu, jako mały dzieciak na kolonii. Właściwie to dzięki temu przypomniałem sobie o tym krótkim epizodzie z mojego życia, zabawny zbieg okoliczności. Koleżanka, która stoi z francuskiego lepiej ode mnie (ja z francuskiego leżę) tłumaczy Souvenirs d'un autre monde jako 'Wspomnienia Jeden Drugiego Czysty', mam dziwne wrażenie, że to tłumaczenie nie jest do końca poprawne ;)
No to teraz garść faktów. Alcest niewątpliwie ma korzenie black-metalowe, jest to projekt Neige'a, gościa mocno cenionego na francuskiej scenie. Jeszcze wydany w 2005 roku mini-album Le Secret wtapia się w tą stylistykę. Nowy, właściwie to debiutancki album (jeśliby Le Secret uznać za EPkę) przynosi nieoczekiwaną zmianę. Bo bardzo niewiele jest tu takiego stereotypowego czarnego, mocnego metalu. Zamiast tego otrzymujemy największej klasy mieszankę tego z shoegazem, okraszonego fantastycznymi post-rockowymi strukturami. Głośne ściany dźwięku przebija tu delikatny (!), subtelny wokal, śpiewający po francusku. W Les Iris jest to kobieta, nie wiem czy we wszystkich utworach ta sama, ale jakie to ma znaczenie! Gdy włączasz tę płytę świat za plecami zanika, zostajesz sam na sam z dźwiękami tłocznie wychodzącymi z słuchawek. Fantastyczne, eteryczne zjawisko. Tak, ta płyta to zjawisko.
Gdy jesteśmy dziećmi, chcemy jak najszybciej dorosnąć. Z podziwem i zazdorścią patrzymy na rodziców, pragniemy się do nich upodobnić. Lecz gdy czas zrobi swoje, a dzieciństwo stanie się wspomnieniem, zaczynamy tęsknić za tym beztroskim okresem. Ile dalibyśmy, by znów stać się małymi dziećmi. O tym właśnie jest ta płyta. Muzyka z pogranicza szczęścia i rozpaczy, radości i nostalgii. Czy cieszyć się wspomnieniami, czy rozpaczać nad brakiem możliwości cofnięcia czasu?
Wspaniałe instrumentarium, bardzo ciężkie gitary wykorzystane w shoegezowym graniu sprawdziły się znakomicie, dając nową jakość. Nawet niedociągnięcia producenckie nie zniechęcają mnie do wychwalania tego dzieła ani trochę. Wielkich poznajemy również po tym, jak radzą sobie z dostarczaniem różnorodności w swoich dziełach. Tutaj nawet tego nie zabrakło, przykładowo, ostatni utwór - Tir Nan Og zaczyna się bębnami, później wchodzi spokojna gitara i rytmiczny głos, niemal etniczne brzmienie. Ładne, oryginalne, wieloczęściowe zakończenie (ponad sześć minut).
Jeżeli pragniesz chwilowego odpoczynku od dorosłego życia, koniecznie oddaj się temu albumowi. Porwie Cię w inny świat, dzięcięcych marzeń i niewinności. Ekspresja Alcest wybucha tutaj co chwilę, co aż ciężko mi to wszystko ogarnąć. Może to trochę niepoważne, że aż tak się ekscytuje, ale nie mam wyjścia - słucham Souvenirs d'un Autre Monde od początku lipca, i nadal działa na mnie tak samo.

Teoretycznie album wyjdzie dopiero 6 sierpnia, ale tu i ówdzie jest już dostępny. Posłuchać możecie na myspace, lecz to jedynie mały procent, który nie odda piękna całego krążka. Zdecydowanie namawiam do zamówienia go, czy poszukania u innych źródeł.