Otworzyłem edytor tekstu, bezsilnym wzrokiem patrzę się w monitor. Cóż, rutynowa czynność, którą od pół roku skrupulatnie staram się wypełniać. Słucham, czytam teksty, a później o tym piszę. Lecz nie tym razem - jak to wszystko ogarnąć? Jak sprowadzić do poziomu zwykłych, płaskich, wirtualnych literek (które same w swojej nierealności są tak naprawdę ciągami równie nierealnych cyferek) te pięćdziesiąt minut, które przed chwilą minęły? Porażająca, niespełna godzina, która prawie przeniosła mnie w inny stan świadomości i rzuciła na kolana. Bo chyba tylko na takiej, metafizycznej płaszczyźnie, można mówić o Twilight as Played by the Twilight Singers.
Długo zastanawiałem się nad tym, w jakiej formie to ująć. Pisać tylko o tej płycie, czy może o całym dorobku The Twilight Singers? A może wcale nie pisać, zapomnieć? Cóż, chyba nie po to zakładałem tego bloga, jednak napiszę. Ale... ale. Z pewnością wielu z Was album ten doskonale zna, możliwe, że wielu uważa go za jeden ze swoich ulubionych. Wiem o tym, bo wcale to nie jest nowa pozycja (siedem lat na karku), a w Polsce zespół wcale na popularność nie musi narzekać. Jednak potraktuje to jako podziękowanie, rachunek sumienia, podsumowanie.
Greg Dulli, po rozpadzie dotychczasowego zespołu, Afghan Whigs, postanowił założyć własny projekt. Żeby nie być ostamotniony, zaprosił znajomych muzyków (m.in. Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby), a produkcją zajeli się Fila Brazilia. W sumie, do tego albumu ręki przyłożyło aż osiemnaście osób.
Cały ton Twilight, charakterystykę i klimat można odgadnąć już przy pierwszym Twilite Kid. Początkowe pianino, melancholijna melodia, i zapętlone instrumenty, cicha perkusja, bas, co jakiś czas mocniejsze szarpnięcie strun. I przede wszystkim, główny aktor dzisiejszej nocy, Dulli. Jego głos, trochę zachrypnięty, nieczysty - zniewala, zauracza. Nawet nie próbuje robić jakiś technicznych sztuczek, tu liczy się autentyzm, prawdziwość i przede wszystkim emocje. Zaczyna się opowieść o miłości, opuszczeniu, samotności, kobiecie.
Wszystko jest tutaj tak doskonale harmonijne, wszystko ze sobą współgra, każdy instrument i wokal ma swoje dokładnie wytyczone miejsce. Szczególnie słychać to w trzecim utworze, Clyde - refren podzielony na trzy głosy, idealnie współpracujące ze sobą, powalające ekspresją: "you're makin' me want it so / what i feel inside, i can't deny".
King Only, Greg z gitarą, nostalgiczna partia gitarowa, i wejście w wspaniały refren, jeden z żywszysch momentów na płycie - coraz wyższe śpiewnie wraz z damskimi chórkami w akompaniamencie sekcji dętej.
Verti-Mae to z kolei instrumentalny utwór, w którym pojawiają się powycinane, wypowiedziane przez nieznaną nam kobietę, zdania. Bez większego sensu, brzmią jak fragmenty rozmów telefonicznych czy taśm wideo. Do tego rozwinięta partia gitary, basu, monotonna perkusja i od czasu do czasu nawoływanie. Kobieta ta odeszła, żegnając się mało miłym "Goodbye, motherfucker" a te taśmy to wspomnienia, oraz jedyne co po niej pozostało.
Przechodzimy od razu do końca, Into The Street. Półsenna, rozemglona ballada, w tle płaczliwa gitara i smyczki. Duet Dullego z którymś z zaproszonych artystów, nie jestem w stanie rozpoznać z kim. Niesamowity, przestrzenny, rozpływający się utwór, płynnie przechodzący do finału, tytułowego Półmroku. Jest to chyba jedyny utwór na tej płycie, który nosi w sobie krztę jako takiego optymizmu. Dulli kończy to fantastyczne widowisko dając sobie i nam nadzieję, na to, że będzie lepiej. Everything's gonna be alright...
Co składa się na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej płyty? Może to, że gdy czytam teksty Drullego przewijają mi się przed oczami sceny z mojego życia? Może dlatego, że jest to po prostu szczerze wzruszający album, który sprawa, że każdemu cisną się łzy do oczu? W końcu, jestem pewien, że każdy, kto kiedykolwiek kochał - nie będzie obojętny na zawartą tu muzykę.
Więcej nie zdołam, dobranoc. (czwarta nad ranem, o, widno się zrobiło)