11 listopada 2008

Coma zaszalała i nagrała dwupłytowy album koncepcyjny. Czekają mnie więc tutaj prawie dwie godziny przeprawy przez tą soczystą porcję muzyki. Odpaliłem to 3 minuty temu. Intro jest za długie o jakieś 3 minuty.
Na początek ranking najśmieszniejszych nazw piosenek Comy: 5. Nowe Tereny Migreny; 4. Nie Wierze Skurwysynom; 3. Stosunek Do Służby Wojskowej; 2. Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków; 1. Świadkowie Schyłku Czasu Królestwa Wiecznych Chłopców. Na podium ostra walka o najwyższy stopień, jednak Królewstwo Wiecznych Chłopców zgodnie z oczekiwaniami bukmaherów wygrało. Czarnym koniem wyścigów okazał się Stosunek Do Służby Wojskowej, który sam w sobie jest jak się okazuje jest zapisem dźwiękowym stosunku seksualnego dwóch homoseksualistów. Nie wnikam czy członków zespołu.

Czytaj dalej...

14 października 2008

A właściwie to nie Fushitsusha tylko 不失者. Co ja miałem napisać? A, że jest to płyta genialna. Aż pofatygowałem się sprawdzić, chyba tylko dwa razy użyłem słowa 'genialność' na tym blogu w odniesieniu do jakiejś płyty, był to King Crimson i Demarczyk. No więć dzisiaj podbijam tę liczbę do pięciu: PSF 3/4 jest genialne. I nie pytajcie dlaczego, ja ani słowa z tego albumu nie rozumiem. Co nie zmienia faktu, że jest... genialny.

[właściwie to bardzo bym chciał kiedyś napisać więcej o mózgu tego zespołu - Keiji Haino, ale zanim przerobie wszystkie jego projekty, będę już chyba odliczał dni do emerytury. dobra, żeby Was tak na lodzie nie zostawiać, kilka słów kluczowych: japonia, '89, noiz, psychedelic, experimental rock, noiz, electricblues (?!), ethereal guitars, noiz]



26 września 2008
http://img.wklej.org/images/58165bloc_party.jpg



24 kwietnia 2008

Wstęp: ..............................................................................................
...........................................................................................................
...........................................................................................................
...........................................................................................................
...........................................................................................................

Czytaj dalej...

25 marca 2008

Wcale nie kocham Marka Lanegana, a na jego wyczyny w QOTSA jestem nieczuły i obojętny. A Stich In Time, gdzie ostatnio startły się głosy Grega Dulliego i wyżej wymienionego, na pewno nie jest moją ulubioną produkcją Twilight Singers. Gdy w styczniu usłyszałem dwa kawałki zapowiadającę ich wspólną długogrającą płytę, byłem zawiedziony. The Stations i Idle Hands nie są najwyższych lotów, a przede wszystkim nie są utrzymane w tej stylistyce, w której Dulliego mógłbym słuchać zawsze. Langan jest dla Grega jak złe towarzystwo dla przeciętnego nastolatka. Sprowadza go w złą, dawno porzuconą drogę, pełną gitarowych zgrzytów i metalicznych wokali. Nie, nieee... oddaj nam Dulliego, tego z debiutu TS, tego uwodziciela, mr ever lover...

Czytaj dalej...

17 stycznia 2008

Do płyt Xiu Xiu powinno dodawać się instrukcję, ile razy trzeba owy krążek przesłuchać, zanim zdecyduje sie go źle ocenić. Woman As Lovers zmian nie przynosi, nadal panują porozrzucane, chaotyczne dźwięki niewiadomego pochodzenia, które z początku zdają się być bezsensownym łomoto-grzechoceniem. Ale tylko z początku, później narasta zaintrygowanie, i w końcu za tym czwartym-piątym razem orientujemy się, że to jest przeuroczy avant-pop.

Czytaj dalej...

16 stycznia 2008

Typowy artykuł o NYC: New York Crasnals grają pod Joy Division (bardzo wyraźne wpływy new wave), Interpol (konieczne dodanie: to ci, którzy naśladują Joy Divison), Radiohead (to coś innego, ale też z Wielkiej Brytanii) i Sonic Youth (oni już zupełnie z innego kontynentu, ale też mają gitary).

Czytaj dalej...

01 grudnia 2007

Jeden jest plus wydania tego albumu - znów, bez pytająco przymrużonych oczu znajomych, mogłem posłuchać Heya, powspominać, i się przy tym nie tłumaczyć. I to by było chyba na tyle.

Czytaj dalej...

28 listopada 2007

Nadszedł złoty wiek dla psychodelicznego grania. Po Animal Collective i Akron/Family przychodzi czas na Yeasayera, który atakuje debiutem aspirującym do ochowych rejonów. W roku 2007 spadł prawdziwy, muzyczny, kwaśny deszcz.

Przystawke i naostrzenie apetytów miało miejsce już w tamtym roku, wraz z wydaniem singla - 2080, który sprawnie podniósł na nogi niewielką część internetowej społeczności w oczekiwaniu na debiut. Ten ujrzał światło dzienne niedawno, i niespodziewanie przerósł i tak wysokie oczekiwania. To pozytywne zaskoczenie jednak może też dać powody do niedosytu - Yeasayer najprawdopodobniej nie zajmie należnego im miejsca indie-światku. Na tak dobrą płytę nikt nie był przygotowany, nikt nie zwolnił im odpowiedniej ilości miejsca.

Czytaj dalej...

24 listopada 2007

Odstrzelić powinno się każdą kolejną osobę, która przy recenzji debiutu Much używa sformułowań: "najlepszy polski zespół z płytą/bez płyty", "najbardziej wyczekiwany debiut tego roku" lub "Terroromans to najlepsza płyta od czasów pierwszego CKOD/Turn On The Bright Lights/Sgt. Peppersa". Brawo, nasi nadwiślańscy indierecenzenci obrzydzili mi ten album, zanim w ogóle miałem okazję go posłuchać. Po przeczytaniu kilku ton tekstu odruchy wymiotne biorą mnie na sam wydźwięk słowa 'muchy'. Szkoda, bo tak ważnej płyty u nas już dawno nie było.

Czytaj dalej...

28 października 2007

Krótkie zainteresowaniem SOADem chyba każdy musi przejść, to tak jak z Nirvaną - posłuchasz w młodości, a później już Ci się nie chce do tego wracać. Tak też miałem i ja kilka lat temu, więc gdy Serj ogłosił zawieszenie zespołu, raczej przeszło mi to koło ucha. Gdy jednak wydał album 'solowy' i podniosły się głosy, że to jedna z najważniejszych płyt roku - tego zignorować nie mogłem.
Co my tu właściwie mamy? To nie jest debiut Tankiana, to jest szósta płyta System Of a Down. A przynajmniej spokojnie mogłaby nią być, i tak nikt by nie zauważył różnicy. To kolejne 12 piosenek z charakterystycznymi, energetycznymi riffami, gwałtownymi wybuchami, przejściami, zrywami - z tym wszystkim, co sprawia, że muzyki Systemu nie da się pomylić z żadną inną. I choć, że w tym wszystkim Serj zjada (nie do końca swój) ogon, trzeba przyznać - przez te lata wraz z kolegami udało mu się wypracować STYL i ORYGINALNOŚĆ, która właściwie jest zagrożona tylko przez nich samych.
Jedyne, co Tankianowi wyszło w pełni, to dobór singli. Oba trzymają naprawdę dobry poziom (do tego świetny teledysk Empty Walls), i gdybym znów miał czternaście lat, to po samych Empty Walls i The Unthinking Majority byłbym bliski dostania usznego orgazmu. Dalej już jest bardzo średnio na krzyż z bardzo miernie, może z wyjątkiem w postaci dobrego Saving Us. Jednak dla ludzi, którzy przebywają w klimatach okołosystemowych w dni powszednie może to być coś naprawdę świetnego, nie zaprzeczam.
A, i jeszcze mała dygresja, której nie dam rady pominąć. Czy tylko mnie Serj kojarzy się z Boratem? Ale tak bardzo, że nieraz łapie się na tym, że myśle "o, Borat wydał solówkę". Paranoja. No powiedzcie, że też tak macie?
Jeszcze kwestia, której nie sposób pominąć - teksty. Nie lubię, gdy muzycy biorą się za zbawianie świata, angażując się politycznie, a już naprawdę nie lubię, gdy robią to słabo. Serj mimo chęci, często wkracza w rejony już patetyczne, które nie powinny się pojawić. Terroryści, wojna w Iraku - serio, zostawmy to innym.
Średnio jest. Podsumowując - przeciętny czytelnik bloga powinnien zainteresować chociaż singlami. Fani SOADu, czy innych tego typu stwórów - wystąp i kupić/ściągnąć. Odmaszerować.

15 października 2007

Czekaliśmy cztery lata, wielu z nas na coś rewolucyjnego. Dostaliśmy In Rainbows, być może jedynie z rewolucyjnym sposobem dystrybucji. Czekaliśmy na drugie OK Computer, na drugie Kid A. Dostaliśmy... pierwsze In Rainbows.

Ostatnio przypomniałem sobie, że latem, podczas naszych offowych muzycznych rozmów, często używaliśmy określenia 'robi mi'. Ta piosenka mi robi, ten album mi robi i tak dalej, w różnych kombinacjach. Co oznacza, że coś nam robi? Otóż, sprawia, że targają nami skrajne uczucia, tak też album robiący nam: albo wywołuje u nas scisk w gardle, dziwne wzruszenie; albo kolokwialnie mówiąc, kopie dupe.
Podstawowym i bazowym pytaniem, na które chciałbym odpowiedzieć w tej recenzji jest: Czy nowy album Radiohead mi robi?

Pisanie o Radiohead nie jest wcale wygodne. Pisanie o tej płycie tym bardziej - pięć dni wystarczyło, żeby zazwyczaj żelazni niczym elektorat Pisu fani Radiogłowych podzielili się na dwa wrogie sobie obozy. Jak nie trudno się domyślić, na tych za i na tych przeciw. Dziwi mnie to trochę, bo takie podziały tworzą się zazwyczaj przy jakimś zwrocie o 180 stopnii, w stylu graliśmy rock to pogramy teraz elektronikę. Jednak przy Radiohead wystarczy nawet to, że zamiast dziejowej, genialnej płyty nagrali płytę po prostu bardzo dobrą.

Presja, oczekiwanie, wymaganie. Do końca kariery będą traktowani jak maszyna, która MUSI wydawać genialne dzieła. Patrzenie z tej perspektywy skazywało In Rainbows na porażke w przedbiegach. Do tego stopnia, że niektórzy mieli wyrobinione zdanie o tym albumie przed pierwszym przesłuchaniem.

10 października, budzę się wcześniej niż zazwyczaj. Nie do końca jeszcze przytomny, wchodzę na maila, gdzie czeka na mnie trzeźwiący link. Ściągam, wrzucam na odtwarzacz, ruszam do szkoły, do której jednak ostatecznie nie docieram. Szukam spokojnego miejsca, jest, naciskam play...

Robi mi 15 Step. Klaszczony, szybki rytm, bas (!), przypomina najlepsze elektroniczne wycieczki Brytyjczyków. Jedynie Everything in Its Right Place nie pozwala mi nazwać tego numeru najlepszym openerem Radiogłowych.
Robi mi jazgot gitar w Bodysnatchers. No powiedzcie, że ostatnie pół minuty to nie jest ostre kopanie dupy, jak za ich najlepszych, rockowych lat.
Po Nude niektórzy mogą być już w kawałeczkach, ale to nie wszystko. All I Need to w moim przekonaniu najlepszy utwór In Rainbows, i najlepszy utwór Radiohead od dawna. Pachnąca trochę klimatem How To Disappear Completly ballada, która na wysokości 2:56 przechodzi w coś nadprzyrodzonego, wspaniałego. Ciach, Trach, kabuuuum!

Nie ma tak dobrze jednak, album nie jest pozbawiony słabszych momentów. Działać na nerwy może szczególnie pościelowe, miękkie, banalne House of Card. Nie podobać się może proste Faust Arp. Tak jak brak jakiegoś spektakularnego zamknięcia - Videotape, mimo, że to całkiem ciekawa kompozycja (to pianino!) nie jest jakąś wielką kropką nad i, tak jak kiedyś był chociażby Motion Picture Soundtrack.

In Rainbows nie jest płytą wybitną. Nie wprowadza nic szczególnie nowego, jest inspirowane tym co było wcześniej, oparta na sprawdzonych patentach. Ma jednak swój czar, urok, piękno, którego nie odkryjemy, przesłuchując dwa razy w dniu wydania, w trakcie jedzenia śniadania.

14 października 2007

Naprawdę starałem się pokochać Beirut, serio. Widząc jak ta muzyka pochłonia kilku znajomych, którzy potrafili słuchać Gulag Orkestar bez większych przerw po kilka miesięcy, rozdziabiałem paszcze ze zdziwienia. Niektórzy żyli tym albumem, a ja - hmm, spasowałem po trzecim, bodajże, przesłuchaniu. Dla mnie to była mierna, mało konkretna, przeźroczysta wycieczka w klimaty, które i tak mało mnie interesują, no może poza kilkoma filmami Kusturicy. Chociaż i tak już bardziej mi odpowiadają autentyczne folkowe przyśpiewki z Czarny Kot, Biały Kot, niż wysiłki jakiegoś amerykanina, który nawet na Bałkanach nigdy nie był.
Ten rok przynosi nam nowy album Zacha Condona, który tym razem, swoje klimatyczne zapatrywania przeniósł o kilka tysięcy kilometrów na północny-zachód, lądując w kraju ślimakożerców. Gdyby ktoś od razu nie poczaił gdzie jesteśmy (tak jak ja, haha), to tytuły służą za drogowskaz: Nantes, La Banlieu itd. Wspominałem już kiedyś, że nie lubię Francji?
Dla odmiany, The Flying Club Cup zaczyna się wyśmienicie. Po ledwie dwudziestosekundowym intrze, dochodzi nam do uszu kapitalna melodia (zabijcie mnie, nie wiem jakie jest tego źródło, instrument), która ogarnia całe Nantes, i tym samym winduje ten kawałek na największego highlighta płyty.
Cały album podobno został zainspirowany starą, grubo przedwojenną fotografią, pokazującą Pole Marsowe w Paryżu. Fakt, album swoją atmosferą może przypominać starą, zżółkłą fotografię, wyniszczoną przez czas, jednak zachowaną gdzieś w ukryciu przez lata. Condom próbuje przenieść nas do starego Paryża, pełnego kawiarenek i sztuki, Paryża będącego jeszcze kulturalną stolicą świata. Na tym polu sukcesu nie można mu odmówić, ale co z tego, skoro muzycznie nadal kuleje?
Prosty sposób na przekonanie się o tym, że BYŁO wcześniej i lepiej: posłuchajcie scieżki dźwiękowej do Amelii Yanna Tiersena. Tyle w tej sprawie, choć Latający Klub wyzwolił we mnie jakąś ciekawość i chęć kolejnych odsłuchów, i w sumie podoba mi się dużo bardziej niż debiut - to nadal nie to.

06 października 2007

No to czas na recenzje z serii tych istotniejszych. Bowiem gdy gdzieś na przełomie grudnia i stycznia ukaże się tutaj podsumowanie roku 2007, tej płyty na pewno tam nie zabraknie.
Akron/Family to typowe (?), amerykańskie folkowe freaki. Czwórka facetów z długimi włosami i/lub brodami, najprawodpodobniej mieszkającymi razem w jednym, zgruchociałem samochodzie, aczkolwiek to tylko moje domysły. Ich trzecia płyta to bezczelna wycieczka 40 lat wstecz, do samego środka rock'and'rollowego i hippisowego boomu. I choć bezczelna, cholera - niesamowicie udana.
Czym się różnią dzisiejsi bohaterowie od Jensa Lekmana, który niedawno poszedł tą samą drogą? Lekman z każdym kolejnym przesłuchaniem jest coraz nudniejszy (haha!) a Akron/Family wciągający. Jeśli już odnosimy się do najlepszego okresu w historii muzyki, to róbmy to jak najlepiej, co nie?
Objętość tej płyty jest ogromna, praktycznie w każdej płaszczyźnie - multum melodii, motywów, odniesień, form muzycznych. Najlepszym przykładem niech będzie chociażby takie There's So Many Colors, z środka stawki utworów. Zaczyna się mantrowanym tytułem śpiewanym a cappella, wchodzi krótka zabawa gitarą, i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdzki nasz utwór przeradza się w trochę bluesowany, powolny folk. Ale to nie koniec, w połowie czwartej minuty wchodzi gitarowe solo, i zakończenie - "Sun rise, sun set / sun never set and rise, reach" wyśpiewane już dużo głośniej i ostrzej niż otwarcie piosenki. Akron/Family może dawać wykłady jak to zmieścić w ośmiominutowym kawałku 3 różne style, 4 pomysły na piosenkę. Są w tym mistrzami, co udowadniają w każdej dłuższej kompozycji.
Po drugiej stronie są jednak krótkie formy piosenkowe, które już po prostu przechodzą same siebie. Dwuczęściowy Love, Love, Love i Don't Be Afraid, You're Already Dead toczą w mojej głowie zacięty pojedynek o to, co mam teraz nucić. Poczujcie prostotę i zarazem geniusz tych utworów, przejadłe melodie nabierają tu ogromnej siły w zetknięciu z tymi cholernie bezpośrednimi tekstami:

Don't Be Afraid, It's Only Love
Don't Be Afraid, You're Already Dead
Loove Is Simple

Do tego premiera, która miała miejsce 11 września, raczej nieprzypadkowo. Tyle dobra i miłości wypuścić akurat w ten dzień, to nie może być przypadek.
Reszta utworów albo zbzikowana całkowicie, albo dająca po uszach wspaniałością w swojej postocie. Te pierwsze poruszają się w klimatach Animall Colective, i tu mała dygresja. Jak można przesłuchać płytę Animal Collective raz, i stwierdzić, że jest słaba? Coś, co z założenia jest przy pierwszym zetknięciu mało słuchalne? Nie rozumiem, tak też jest to tym samym mała aluzja co do Love Is Simple. Jeśli już zdecydujecie się zaopatrzyć w tą płytę, to nie wystawiajcie oceny po dwóch przesłuchaniach. Ja, aby dostrzec jej piękno potrzebowałem tych przesłuchań sporo więcej.

30 września 2007

Jens Lekman - Night Falls Over Kortedala
Poszedł w świat nowy hajp - Jens Lekman nowym, sezonowym bogiem. Z niechęcią do zjawiska w końcu zbadałem jego nowy album, Night Falls Over Kortedala, i zdaje się być conajmniej sympatyczny, ale ludzie - bez przesady.
Dziwne to zjawisko, gdy artysta ma na koncie więcej EPek niż albumów i singli razem wziętych. Mamy tu bardzo miłą, ciepłą i lekką w odbiorze płytę. Melodie chwytliwe, ale nic na tyle oryginalnego, żeby nie było wcześniej. I w zasadzie miękkość tej muzyki, to, że jest gładka jak pupa niemowlaka, mnie odrzuca. Nie dla mnie, nie w jesień.

PJ Harvey - White Chalk
Wydanie nowego albumu PJ Harvey to zawsze musi być wydarzenie. Do artystki mam stosunek ambiwalentny, bo tak: lubię jej styl, całą oprawę jej muzyki, okładki płyt (prawie zawsze świetne!), zdjęcia, ale sama muzyka mnie nie zachwyca. I czy to To Bring You My Love czy White Chalk, tak też zmian nie ma, Polly dla mnie neutralna, i jeśli miałbym stawiać ocenę temu albumowi, strzelałbym w sam środek skali. Choć momenty są, jak chociażby The Devil.

14 września 2007

Na początku był Chaos. Później powstawały oceany, lądy, rybki, ptaszki, roślinki. Każdy tę historię zna, wnioski: z chaosu mogą wyniknąć naprawdę zacne, i ciekawe zjawiska. Najnowsza płyta Animal Collective jest najlepszym przykładem na to, że ta zasada w muzyce także się sprawdza.

Przepis na Dżem Truskawkowy a'la Panda Bear i Avey Tare:

1. Truskawki. Choć wbrew pozorom, nie są one wcale głównym składnikiem naszego pysznego dżemu. Oprócz tego czerwonego przysmaku, równie dobrze możemy dodać innych, koniecznie kolorowych owoców! Obok siebie możemy zestawić słodkie, jak i kwaśne, takie jak cytryny. Eklektyzm smakowy wskazany.

2. Cukier. Gorzki jam to niesmaczny jam! Ważne są lekkie, oderwane od banału nutki smakowe, które cukier wywołuje. Istna melodia w podniebieniu. Musi stać w opozycji do tych hałaśliwych, kwaśnych podkładów, z truskawek mniej dojrzałych, twardych, jeszcze trochę zielonych, które jednak są fundamentem i tłem końcowego efektu.

3. LSD. Lub marihuana, dla tych bardziej stonowanych, choć i tak szaleńczych smakowych kompozycji. To ten, niestety nielegalny składnik, przenosi cały nasz przysmak na właściwy tor. Tor całkowicie oderwany od rzeczywistości, kolorowy, wesoły, nieodpowiedzialny. Uzyskana psychodeliczność przenosi nas w nowe wymiary odbioru, nasze kubki smakowe buzują ze szczęścia.

Przygotowanie:
Truskawki pokroić bez ładu i składu. Wszerz, wzdłuż, po skosie, tu walnąć młotkiem, robiąć miazge, tam zostawić w całości. Taka, truskawkowa papka będzie naszym podkładem. Następnie dodajemy cukier i LSD. Wkładamy to wszystko do jednego słoika, garnka, whatever. Zamykamy pokrywkę i zaczynamy trząść. Agresywnie, tak żeby wszystko dokładnie się wymieszało, nachodziło na siebie i stworzyło razem nierozerwalne połączenie. Po 5 minutach przestajemy. Oto powstał nasz Strawberry Jam.

Ze zgiełkliwych, niemal niesłuchalnych podkładów po kilkakrotnym przesłuchaniu wyławiamy naprawdę fantastyczne melodie. Słodkich, kwaśnych, krzykliwych i spokojnych wokali nawet nie musimy wyławiać z morza dźwięków, są na miejscu. Psychodeliczne kompozycje, soczyste dźwięki, naprawdę przepyszny Strawberry Jam wyszedł, choć nie kupicie go w zwykłym spożywczaku.

11 września 2007

Czy autorowi grozi niebezpieczeństwo? Czy po atakach na fanów Linkin Parka, Happysada i dziewczyn w arafatkach zaryzykuje, i zwróci na siebię uwagę fanów Riverside'a? O tym dowiecie się już dziś, bo oto recenzja najnowszej płyty tej formacji!

Czytaj dalej...

02 września 2007

Zasadnicze pytanie: co mogę zrobić z najnowszą płytą Happysad? Oczywiście przychodzą do głowy banalne rozwiązania, typu: posłuchać. Ale nie tylko! Okazuje się, że najnowszy album tego popularnego zespołu ma wiele, uniwersalnych zastosowań, bardzo ułatwiających życie, za co należy się uznanie na wstępie. Tak więc, co jeszcze?
Na ten krążek możemy wyrywać masę gimnazjalistek. I nie tylko gimnazjalistek jak się okazuje, licealistki też na to polecą. Instruktaż:
1. Zdobywamy jak najszybciej po premierze Nieprzygodę
2. Odpowiednio nagłaśniamy fakt zdobycia przez nas owej płyty
Teraz wystarczy tylko czekać na rezultaty, czyli błagania, prośby, zaczepki o pożyczenie albumu przez mnogą ilość przedstawicielek płci pięknej. Te za to charakteryzują się: młodym wiekiem, arafatkami na szyi i koszulkami Pidżamy Porno. Bardzo prosty sposób na stanie się bożyszczem czternastolatek.
Możemy przekonać siostrę, że wymiana na tygodniowe sprzątanie w Twoim pokoju wzamian za tą płytę to naprawdę świetny interes. Wiem, bo sam taką mam. A młodsze siostry mają to do siebie, że uwielbiają happysad! I zrobią wszystko, żeby mieć tę cholerną płytę.
Są to tylko dwa przykłady z wielu. Tak naprawdę, to ten album (gdy jeszcze nie jest tak rozpowszechniony) jest przepustką na każdą impreze, otwiera każdą bramę, gdzie bawi się kwiat polskiej młodzieży.
Ok, a teraz tak bardziej na serio. Do całego tego smutno-wesołego fenomenu, jak i do tej płyty mam stosunek trochę ambiwalentny. Bo tak ze szczerej strony, muzycznej, lirycznej i ogólnie artystycznej, to żenada przeokropna. Ale jednak mamy tu coś piosenkowego, lekkiego, banalnego... no i zdobędzie to odbiorców na pewno, więc dlaczegoby nie? Melodie strasznie banalne, i już wtóre (no w końcu trzecia płyta, patenty się wyczerpują), granie prostackie wręcz. Akurat dla studenckiego audytorium, co by się na juwenaliach było przy czym bawić, przy grochówce i wygazowanym piwie. Druga sprawa, o wiele bardziej bolesna - teksty. Nosz... o ile melodie dają się z czasem nawet polubić, to od tych grafomańskich tekstów niestrawności można dostać. 'Bo Ty tak pięknie pachniesz, kiedy przechodzisz pod oknem' Agrh! Następne: 'Reszka, znowu wypadła reszka / a ja tak liczyłem na orzełka'. I tak można wymieniać w kółko, każda piosenka przynosi nam tu jakieś literackie horrorki. Toż to są sprawy podstawówkowe, najdalej wczesno gimnazjalne. Tekściarz chyba pomyślał o młodych fankach, które skrupulatnie będą teksty zespołu wstawiać na opisy gg. Być może nawet wyliczali odpowiednią ilość znaków, inaczej nie umiem wyjaśnić tego zjawiska.
Na zakończenie małe podsumowanie: ta płyta jest słaba, ale do posłuchania - jak znajomi zapuszczą gdzieś na imprezie, to ucieczka nie jest konieczna. Wszystko toczyć się będzie dalej: Ci z słuchem trzymać się będą zdala, fani będą skakać z radości, moja siostra nadal będzie mnie męczyła głosem Cegły, czy jak mu tam.

Recenzja minimalnie zedytowana, ze względu na to, że są ludzie, którzy nie wyczują ironii/żartu, nawet gdy ta wyszłaby zza krzaków i kopnęła ich w dupe. Pozdrawiam wszystkich pieniaczów, którzy mają dystans do ulubionej muzyki mniejszy, niż do podłogi. I kolejny raz powtarzam, recenzje z założenia NIE SĄ OBIEKTYWNE. Zrozumieliście, głąby? ;)

26 sierpnia 2007

Na wstępie zaznaczam, że to, co najlepsze w tym zespole, to ładna wokalistka.
Jeszcze dwa tygodnie temu, George Dorn Screams kojarzyli mi się głównie z Ludwikiem Dornem, czyli raczej średnio przyjemnie. Później przyszedł Off, i ich koncert na inauguracje - wsłuchałem się, i nawet mi zrekompensowali zapieprzanie przez pół Mysłowic z tym namiotem. Zaznaczyłem przy liście - Do sprawdzenia. Wróciłem do domu i wyposażyłem się w debiutancki krążek kapeli, Snow Lovers Are Dancing.
Zespół składa się z ładnej wokalistki, i kogoś tam jeszcze, ale oni są nieważni. Gdzie nie trafie na opis tej płyty, to wszędzie odniesienia do serpentyny. Jest tu gdzieś jeszcze miejsce na kreatywność i samodzielne myślenie, czy każdy musi przepisać notkę od producenta? Chuj na to kładę, jak to mawiał pan Wiesiek spod monopolki, nie widzę tutaj tej serpentyny. No, może w pojedyńczych songach, ale kurde, toż to chyba najnormalniejszy w świecie zabieg; a czego mamy się spodziewać dopiero po materiale, przy którym padają słowa post-rock? A skoro już tu jesteśmy - rozbudowane, instrumetalnie numery, pochodzące właśnie pod post-rocka, są najmocniejszym punktem albumu, zaraz obok ładnej Pani Wokalistki. Tak jak Winter Of Deceit, Galway's Song i kończące, tytułowe Snow Are Dancing. Z naciskiem na to ostatnie, zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że mają potencjał grać jako względnie pierwsi w Polsce porządny shoegaze. Jak dla mnie, wartoby ten pomysł im podsunąć, bo reszta płytki, wyraźnie slowcore'owa zbytnio mi nie podchodzi, mimo walorów głosowych niewątpliwie ładnej Pani Wokalistki.
Ładunek emocjonalno - tekstowy Snow Are Dancing krąży zdecydowanie w okolicach żuław wiślanych, to znaczy depresja i doły. Melancholia, ale na pewno nie na lato - tak wypadło, że słucham tego gdy mam wolność tudzież zabawę, i jakoś nam z tymi nastrojami nie po drodze. W muzyce plusy i minusy się nie przyciągają jednak.
Jakby nie patrzeć, to udany to był debiut. Potencjał mają spory, tak też z zniecierpliwieniem czekam na drugą płytę. Snow Are Dancing chciałbym uznać jednak za smakowitą przystawkę przed tym, co czeka mnie przy drugim wydawnictwie. Zespół brzmieniowo stoi w rozkroku pomiędzy spokojnym, leniwym slowcorem i kopiacym dupę post-rockiem, wszystko zależy, w która stronę pójdą, jeśli w ogóle ruszą się z miejsca. Kibicuje za drugą opcją.

Ps. Prawie bym zapomniał. Widziałem gdzieś porównanie z Mazzy Star. Wiecie jaką cechę wspólną mają oba te zespoły? Ładną wokalistkę.

22 sierpnia 2007

Wyobraźcie sobie folkowe The White Stripes. Wyobraźcie sobie ich gdzieś pomiędzy drzewami, w spokojnej atmosferze, otoczonych harmonią. Wyobraźcie sobie The White Stripes grających dobrą muzykę, z perkusją, która nie dudni w jednym rytmie, tylko ładnie współgra z wokalem. Taki jest właśnie duet Nina Nastasia & Jim White, i w sumie z Paskami łaczy ich tylko dwuosobowy skład i nazwisko na W, ale jakiś punkt odniesienia trzeba mieć, co nie?
Ta płyta to dziecko, powstałe na skutek muzycznego małżeństwa dwójki muzyków: amerykańskiej pieśniarki Niny Nastasii (która, szczerze mówiąc samotnie też dawała radę) i perkusisty austarlijczyków z Dirty Three, Jima White'a. Dziecko wyjątkowo ładne, niebieskookie, okaz zdrowia i nie robiące śmierdzącej kupy.
Sprawa jest prosta, Nina bierze pod rękę gitarę, oraz operuje swoim pięknym, spokojnym głosem a Jim jej do tego perkusją przygrywa. Współpraca między duetem wygląda wzorowo - uzupełniają się w każdym detalu. Jim wie kiedy zwolnić, żeby żona mogła rozciągnąć swoją partie, wie kiedy porządnie walnąć w bęben, przyśpieszyć. Wszystko chodzi jak w zegarku, żony nie boli głowa, mąż wraca do domu na czas i zawsze jest trzeźwy.
Jest to na swój sposób album koncepcyjny. Głównym szkieletem tekstowym są dialogi między partnerami życiowymi, wzloty i upadki. Miłość i tak dalej, którą czuć gdzieś w powietrzu. Przedostatni utwór, How Will You Love Me może się wydać niektórym mocno rozczulający w odpowiednich warunkach ;) Poza tym zdecydowanym highlightem albumu jest Late Night, który polecam przesłuchać na myspace (ten odtwarzacz trochę niżej od standardowego, można się nasłuchać całej płytki). Ciepłe folkowe bułeczki, jak dla mnie dobra rozgrzewka przed nowym Iron & Wine. Polecam! ;)

06 sierpnia 2007

Jak wygląda architektura w Helsinkach? Jakiś wyjątkowy, wyróżniający się styl, czy może zwyczajny, tak jak w większości w podobnych miastach? Mówić jednak o architerkturze nie będziemy, co najwyżej tańczyć, bowiem Achitecture in Helsinki to zespół pochodzący z Australii, czyli bądź co bądź, kraju trochę od Finlandii odległego. Więcej - paradoksalnie, muzykę jaką tworzą australijczycy ciężko by pogodzić z zimowym, mroźnym skandynawskim klimatem - bowiem jest to zupełnie przeciwny biegun: ciepły, naiwny, wesoły pop. I to z tak dużą dawką energii, że wystarczyłoby jej, by ogrzać oszroniałe z mrozu helsinskie budynki...
Oprócz nazwy, mają jeszcze w sobie kilka cech, które wyróżniają ich z tłumu... szczególnie to, że mówimy o NICH, czyli w liczbie mnogiej. Otóż ta liczba jest bardziej mnoga niż zazwyczaj: skład bandu liczy sobie aż ośmiu członków. Osiem temperamentów, osiem pomysłów na każdą piosenkę; to procentuje zwariowanymi kompozycjami. Debiut był znakomity, atakujący wszystkich w zasięgu słyszalności swoją czarującą, kolorową aurą. Drugi longplay sprawiający wrażenie niedopracowania nadal dawał radę, utrzymując ten wózek w pierwszej lidze. Konsekwentnie utrzymując dwuletni cykl wydań, dziś światło dzienne ujrzał trzeci krążek - Places Like This.
I tutaj możemy spojrzeć na całą sprawę z dwóch perspektyw:
Ktoś, dla kogo ta płyta będzie pierwszym zetknięciem z Architecture in Helsinki, czyta odtąd: Wow! Co za energia, co za rozbujane, kołyszące kompozycje.. Trudno o drugi tak dobry pop w tej indie-niezależnej szufladce. Ogrom dźwięków, instrumentów, tak jakby każdy cżłonek zespołu walczył o swoją sekundę na taśmie. Tutaj trąbka, zaraz jakiś wokal, elektronika, tutaj plumkająca wstawka. Ktoś, kto patrzy na muzykę z poziomu Modest Mouse szybko skojarzy Debbie z Fly Trapped In A Jar, jak dla mnie spore podobieństwo.
Ktoś, kto ma za sobą Fingers Crossed i In Case We Die odtąd: Panowie i Panie, a może by tak w końcu coś nowego? Ile można słuchać kolejnych piosenek wyraźnie pod debiut? Jakaś innowacja, krok do przodu, w bok, skos, cokolwiek. Można mieć wrażenie, że spadamy ciągłą pochyłą z tą formą, powoli, ale jednak.
Już niedługo zawitają do Polski na Off Festival.

04 sierpnia 2007

Wreszcie do tego rockowego padołka przyszedł ktoś świeży, przynosząc ze sobą coś ciekawego i w miarę oryginalnego. Kiss Kiss ma spore szanse na dołączenie do grona Grup_Powszechnie_Uważanych_Za_Dobre dzięki debiutanckiemu krążkowi Reality Vs. the Optimist. I pewnie będziemy tak czekać na potwierdzenie słuszności tej tezy, tak jak kiedyś czekaliśmy na drugi Bloc Party (i się przeliczyliśmy, ale to swoją drogą) czy Interpol. Przynajmniej mnie się wydaje, że na to zasługują. To tak w ramach skrótu - przejdźmy do właściwego punktu recenzji.
Kiss Kiss to grupa nowojorczyków, od kilku lat przecierających swoje muzyczne szlaki w collegu. I tak po kilku latach grania w garażach czy na studenckich imprezach, przyszedł czas na kontrakt, koncerty, sławe, zabawę... Co ich wyróżnia od setek innych zespołów ze stanu? Raz - talent, dwa - brzmienie, trzy - pomysł. W dzisiejszych monotonnych muzycznie czasach, wybijają się wręcz na szczyty oryginalności wciągnięciem w zestaw instrumentów np. elektrycznej wiolonczeli, która nadaje ich muzyce symfoniczne, orkierstralne brzmienie. Weźmy na przykład takie The Cats In Your House. Zaczyna się głośną partią pianina, wspomaganą przez gitary i wspomnianą wiolonczelę. Wszystko cichnie i zaczyna się wokal, teraz główną rolę odgrywa głos Joshuy Benasha. Standardowo zwrotka-refren-zwrotka, powoli buduje się instrumentalny mostek, by wrócić do punktu wyjścia. W końcu wszystko wybucha, pasaż dźwięków pianina, skrzypiec, wilonczeli. Naprawdę energetycznie dzieje się to wszystko bardzo energetycznie, nie raz aż do przesday. Bowiem co ma zrobić mój słuch z takim natłokiem dźwięków do odbioru? Na niczym nie mogę się skupić, bo wszędzie co chwilę pojawia się nowe źródło. Z czasem odkryłem przestrzeń każdego dźwięku, promień występowania - jest lepiej, zacząłem ogarniać to wszystko. Przyjemnie. Za każdym przesłuchaniem coraz lepiej.
Niech nie zwiedzie Was opisywane tutaj instrumentarium - możnaby pomyśleć, że to jakaś muzyka poważna ;) To jak najbardziej rock z mocnym wykopem, nieraz zdradzający popowe zamierzenie - utwory krótkie, rzadko przekraczające cztery minuty. A, jeśli już będziecie w posiadaniu tego albumu - zwróćcie uwage na Shits In Suits: nie przypomina Wam to jakiegoś utworu Bregovicia i Kayah? Bo mi do złudzenia, lecz nie pamiętam nazwy, charakterystyczna melodia ;)

03 sierpnia 2007

Rock & Roll jeste wystarczająco prymitywny i nie ma w nim bredni - to znaczy mi o ten najlepszy rock & roll. Trafia do ciebie. To rytm. znajdujesz się w dżungli, a tam też mają ten rytm, on jest wszędzie. I to wszystko, po prostu. Zaczynasz wybijać rytm, a on przenika wszystkich. To do ciebie dociera, do mnie dotarło. W rock & rollu, tym dobrym, co kolwiek to 'dobry' miało znaczyć, najważniejsze, że jest prawdziwy. I to ten realizm do ciebie przemawia, czy tego chcesz, czy nie. Dostrzegasz w nim coś prawdziwego, jak w każdej prawdziwej sztuce. Rozumiesz? Prawdziwa sztuka zazwyczaj jest prosta, i jeżeli jest prosta, jest prawdziwa. Rock nie nie może być przeintelektualizowany - nie jest pojęciem. Jest krzesłem, a nie projektem krzesła.


Te słowa powiedział prawie 40 lat temu John Lennon. Niemal pół wieku później nadal możemy odnaleźć te wzorce w współczesnej muzyce. Dinosaur Jr. swoją najnowszą płytą daje świadectwo temu, że prostota w formie nadl w cenie. Beyond nie próbuje zaskakiwać nas bogatą oprawą, intelektualizmem - jest to 50 minut głośnej, hałaśliwej, mocno melodyjnej, rockowej muzyki. Goście z Dinosaur Jr. postawili sprawe jasno: idziemy najprostszą drogą po to, by zadowolić słuchaczy i dać im radość z muzyki. Słuchając tego powrotu (7 lat bez longplay'a, dużo więcej bez DOBREGO LP) nie można im odmówić sukcesu na tej płaszczyźnie.
Wyraźna, typowo piosenkowa struktura, zwrotka - refren - zwrotka, nie pozwala się na pogubienie, dodatkowo sporo tutaj ciekawych riffów autorstwa J. Mascis’a.
To jest krzesło, nie projekt krzesła, krzesła większego, wygodniejszego, krzesła ze skórzanym obiciem. To się liczy.

13 lipca 2007

The Cloud Room. Jeszcze pół roku temu nie znałem tej nazwy, ba, naszych rodaków znających ten band można by pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Aż tu nagle sztorm - wszędzie widzę tę nazwę. Wszędzie - fora, serwisy muzyczne, komunikatory. Nagle wszyscy zaczęli się interesować The Cloud Room. Jak się później okazało, to za sprawą reklamy Pepsi, gdzie wykorzystano ten utwór. Wtedy zgodnie, wszyscy równo zaczęli zachwycać się Hey Now Now, czy to indi turbolans pindi, różowe nastolatki, czy dresy. A ja na to: KE? Nie oglądam telewizji prawie wcale, możecie mi nie wierzyć, ale nigdy tej osławionej reklamy na oczy nie widziałem.
Sprawa trochę ucichła, z ciekawości zdecydowałem się w końcu po to sięgnąć. Włączam - pierwsze mamy uwielbione przez wszystkich Hey Now Now. Singielek, nie powiem - godny. Po chwili słuchania można sie zapętlić w melodii i chwilę ponucić 'Hey now now, we're goin' down down'. Dalej, dalej, dalej... Dwadzieścia minut później, wewnetrzny monolog:
-Eee... czego ja w ogóle słucham? Aaa, Cloud Room! Ci od reklamy, no tak.
Płyta się skończyła.
-Co to było? A, to Ci. Zapuszcze jeszcze raz, chyba coś zaspałem.
I tak dalej. Cloud Room przeszło przez mój odtwarzacz niezauważone. Można stracić świadomość i zastanawiać się, co się w ogóle włączyło. Takie to płytkie, nijakie, bezpłciowe, bez wyrazu. Bo czym oni niby się wyróżniają od setek innych amerykańskich, o zgrozo, 'alternatywnych' zespołów? Co mają do zaoferowania? Wzorowy dowód wypalenia się indie-rockowego nurtu zza oceanu, gdzie każda grupa bierze wiosła w ręce, naśladując The Smiths i innych dinozaurów z lat osiemdziesiątych. Na plus dwa highlighty: #1 i #3. Przy Blackout! na chwilę się budziłem.
Co to za czasy, gdy jedna reklama potrafi wynieść na szczyt tak strasznie przeciętny zespół.

09 lipca 2007

Otworzyłem edytor tekstu, bezsilnym wzrokiem patrzę się w monitor. Cóż, rutynowa czynność, którą od pół roku skrupulatnie staram się wypełniać. Słucham, czytam teksty, a później o tym piszę. Lecz nie tym razem - jak to wszystko ogarnąć? Jak sprowadzić do poziomu zwykłych, płaskich, wirtualnych literek (które same w swojej nierealności są tak naprawdę ciągami równie nierealnych cyferek) te pięćdziesiąt minut, które przed chwilą minęły? Porażająca, niespełna godzina, która prawie przeniosła mnie w inny stan świadomości i rzuciła na kolana. Bo chyba tylko na takiej, metafizycznej płaszczyźnie, można mówić o Twilight as Played by the Twilight Singers.

Długo zastanawiałem się nad tym, w jakiej formie to ująć. Pisać tylko o tej płycie, czy może o całym dorobku The Twilight Singers? A może wcale nie pisać, zapomnieć? Cóż, chyba nie po to zakładałem tego bloga, jednak napiszę. Ale... ale. Z pewnością wielu z Was album ten doskonale zna, możliwe, że wielu uważa go za jeden ze swoich ulubionych. Wiem o tym, bo wcale to nie jest nowa pozycja (siedem lat na karku), a w Polsce zespół wcale na popularność nie musi narzekać. Jednak potraktuje to jako podziękowanie, rachunek sumienia, podsumowanie.

Greg Dulli, po rozpadzie dotychczasowego zespołu, Afghan Whigs, postanowił założyć własny projekt. Żeby nie być ostamotniony, zaprosił znajomych muzyków (m.in. Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby), a produkcją zajeli się Fila Brazilia. W sumie, do tego albumu ręki przyłożyło aż osiemnaście osób.

Cały ton Twilight, charakterystykę i klimat można odgadnąć już przy pierwszym Twilite Kid. Początkowe pianino, melancholijna melodia, i zapętlone instrumenty, cicha perkusja, bas, co jakiś czas mocniejsze szarpnięcie strun. I przede wszystkim, główny aktor dzisiejszej nocy, Dulli. Jego głos, trochę zachrypnięty, nieczysty - zniewala, zauracza. Nawet nie próbuje robić jakiś technicznych sztuczek, tu liczy się autentyzm, prawdziwość i przede wszystkim emocje. Zaczyna się opowieść o miłości, opuszczeniu, samotności, kobiecie.
Wszystko jest tutaj tak doskonale harmonijne, wszystko ze sobą współgra, każdy instrument i wokal ma swoje dokładnie wytyczone miejsce. Szczególnie słychać to w trzecim utworze, Clyde - refren podzielony na trzy głosy, idealnie współpracujące ze sobą, powalające ekspresją: "you're makin' me want it so / what i feel inside, i can't deny".
King Only, Greg z gitarą, nostalgiczna partia gitarowa, i wejście w wspaniały refren, jeden z żywszysch momentów na płycie - coraz wyższe śpiewnie wraz z damskimi chórkami w akompaniamencie sekcji dętej.
Verti-Mae to z kolei instrumentalny utwór, w którym pojawiają się powycinane, wypowiedziane przez nieznaną nam kobietę, zdania. Bez większego sensu, brzmią jak fragmenty rozmów telefonicznych czy taśm wideo. Do tego rozwinięta partia gitary, basu, monotonna perkusja i od czasu do czasu nawoływanie. Kobieta ta odeszła, żegnając się mało miłym "Goodbye, motherfucker" a te taśmy to wspomnienia, oraz jedyne co po niej pozostało.
Przechodzimy od razu do końca, Into The Street. Półsenna, rozemglona ballada, w tle płaczliwa gitara i smyczki. Duet Dullego z którymś z zaproszonych artystów, nie jestem w stanie rozpoznać z kim. Niesamowity, przestrzenny, rozpływający się utwór, płynnie przechodzący do finału, tytułowego Półmroku. Jest to chyba jedyny utwór na tej płycie, który nosi w sobie krztę jako takiego optymizmu. Dulli kończy to fantastyczne widowisko dając sobie i nam nadzieję, na to, że będzie lepiej. Everything's gonna be alright...

Co składa się na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej płyty? Może to, że gdy czytam teksty Drullego przewijają mi się przed oczami sceny z mojego życia? Może dlatego, że jest to po prostu szczerze wzruszający album, który sprawa, że każdemu cisną się łzy do oczu? W końcu, jestem pewien, że każdy, kto kiedykolwiek kochał - nie będzie obojętny na zawartą tu muzykę.
Więcej nie zdołam, dobranoc. (czwarta nad ranem, o, widno się zrobiło)

07 lipca 2007

Pierwszy utwór płyty jest niesamowicie obiecujący, fani krzyczą, dziewczyny piszczą, w krytykach budzi się nadzieja, że to coś na miarę debiutu... Haha! I tu Cię mamy, to wcale nie jest album na miarę debiutu, daliśmy na openera najfajniejszą rzecz, jaką stworzyliśmy przez te trzy lata, resztę zapchaliśmy odrzutami z poprzednich płyt i się ciesz. I weź się tu, kurwa, nie czuj oszukany.
Zacznijmy od tego, że Interpol wcale nie jest podobny do Joy Division. Nie mam pojęcia skąd to powszechne przekonanie, bo ja tam oprócz trochę curtisowo brzmiącego wokalu Banksa wyraźnych analogii nie widzę. Siłą i cechą rozpoznawczą JD był bas, prowadzący, wyniesiony na piedestał, surowy bas - tutaj gdzieś cichutki, schowany pośród gitar się nie wyróznia.
Hasło przewodnie recenzji: Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. W muzyce Interpolu przez te trzy lata posuchy wydawniczej nie zaszły pratycznie żadne zmiany. Nie ma co wyróżniać, nie ma co omawiać piosenek - to już po prostu wszystko było. Od 2002 roku była wśród młodych zespołów moda na jechanie pod Interpol, często ostre jechanie. Potępiałem to, ale teraz obserwujemy paradoks - Interpol chyba zaliczył jakieś rozdwojenie jaźni, i jeździ już sam pod siebie, zjadając własny ogon. Zero innowacji, otrzymaliśmy za trzy lata czekania album wypełniony po brzegi średniakami, z góra dwoma momentami (opener; Rest My Chemistry).
Nie ma sensu się dalej wyżywać, bez wątpienia jeden z największych zawodów tego roku. Bez odbioru.

06 lipca 2007

Ostatnimi czasy lubię bawić się w odkrywcę. Odkrywce muzyki, mało znanych zespołów, artystów, takich, którzy unikają kolorowych magazynów i wielkich studiów nagraniowych, a swój byt ograniczają do skromnej strony internetowej, profilu na myspace i małych wpisów na blogach muzycznych, takich jak ten. I tak jakoś wyszło, że na przykład zamiast słuchać nowego Interpola, zachwycam się jednoosobowym projektem Petera Silbermana - The Antlers. Ten chłopak (tylko dwadzieścia jeden lat!), mimo młodego wieku nagrał już pięć płyt, w tym dwie w ramach The Antlers. Zajmijmy się jednak jego nowym dzieckiem - In The Attic Of The Universe. Jest to właściwie bardziej EPka niż pełny album, pół godziny grania w stylu, który mieści się tak gdzieś między Sufjanem Stevensem a Jeffem Mangumem. Peter doskonale posługuje się gitarą akustyczną, pianinem czy nawet własnymi rękoma (rytm klaskany). Jednak największą jego zaletą i darem jest fantastyczny falset, który wykorzystuje wspaniale.
Co do samego albumu, nie sposób doczepić się do kwestii technicznych. Wyprodukowany jest naprawde mizernie, niedociągnięcia w brzmieniu są wyraźne, wrażliwy słuch to wyłapie i będzie narzekał. Ale na to można przymknąć oko, jeszcze przy okazji dodamy fajnie wyglądającą szufladkę lo-fi ;)
I najważniejsze! Album ten można ściągnąć całkowicie legalnie i za darmo ze strony artysty. Naprawdę warto, jeśli macie wątpliwości - posłuchajcie tutaj On The Roof, ewentualnie tego ostatniego utworu.
Całe EP dostępne tutaj.

03 lipca 2007

Już miałem się zająć pisaniem o pewnych Nastolatkach, ale nie - nie mogę, Placebo wydało kompilację, o której dowiedziałem się dopiero teraz, a ma już trzy miesiące. I słucham z zaciekawieniem - wreszcie jakieś oficjalnie, płytowe scalenie tych ich wszystkich coverów; do tej pory okazja do posłuchania to jedynie bootlegi.

1. Running Up The Hill (Katie Bush)
Oryginał w wykonaniu Kate jakoś mnie nie zachwyca, ta trochę tandetna elektronika, plastik w dźwiękach. Molko zaśpiewał to wolniej, z większym dramatem w głosie i bardziej aktorsko. Spodobało mi się, jest ciemno, smutno, nostalgicznie - czyli wszystko, za co lubię Placebo (sic! ;)). No i fajne chórki żeńskie słychać w tle, początek na plus.

2. Where Is My Mind? (Pixies)
Ojej. Ojejku. OMG. Uwielbiam, ubóstwiam ten utwór - czy nie jest to najprawdziwszy wzór, geniusz formy singlowej? I wcale nie jestem z tych, którzy odrzucają wykonanie wszystkich oprócz Pixies. Powiem więcej, najlepsza wersja jaką słyszałem, została zagrana właśnie na koncercie Placebo, wraz z Black Francisem, do odsłuchania tutaj. Wersja na Covers jakoś mało mi odpowiada.

3. Bigmouth Strikes Again (The Smiths)
Hmm, coverowanie The Smiths, jeszcze z The Queen is Dead, odważnie, nie ma co. No i małe zaskoczenie, bo Placebo bardzo zgrabnie poradziło sobie z tym utworem - zagrali trochę mocniej i szybciej od Kowalskich. Właściwie to dopiero teraz, przy tej reinterpretacji obudziłem się, jaki to świetny kawałek. Widać, że The Smiths miało ogromny potencjał kompozycyjny, ale wokal Morrissey'a... to nie moja bajka, zdecydowanie.

4. Johnny And Mary (Robert Palmer)
5. 20th Century Boy (T-Rex)
6. The Ballad Of Melody Nelson (Serge Gainsbourg)

Kolejne trzy utwory to nic szczególnego, jechanie mocne po oryginałach, tego ostatniego nawet nie znam (kojarzy ktoś?).

7. Holocaust (Alex Chilton)
Wstyd przyznać, ale do tej pory myślałem, że Holocaust to utwór This Mortal Coil (zagrali to na debiutanckim It'll End in Tears). Ale wersję oryginalną chyba mało kto zna, bo nawet youtube odpowiada na zapytanie tylko jednym wynikiem. Mało odbiegające od pierwotnej wersji, nie ma co oceniać.

8. I Feel You (Depeche Mode)
Nieee, niee... piszczący wokal Molko, jak dla mnie nie do przyjęcia. Znając upór i fanatyzm niektórych fanów Depeche Mode, dziwie się, że nie ma żadnych doniesień o zabójstwie wokalisty Placebo... :D

9. Daddy Cool (Boney M)
Tutaj mnie zaskoczyli, nie widziałem żadnego bootlega z wykonaniem tej piosenki. Ogólnie to chyba raczej traktować to trzeba na płaszczyźnie średnio śmiesznego żartu ;)

10. Jackie (Sinead O'Connor)
Dobre zakończenie płyty.
Swoją drogą, ciekawe ilu fanów Bush/Pixies/The Smiths, a ilu zwykłych anyfanów Placebo rzuci się na mnie po tym wpisie. ;)
Płyta zdecydowanie na plus, coś świeżego po słabym Meds się przydało.

26 czerwca 2007

Dziś krótko i treściwie, wybaczcie ale dochowałem się dorodnej kontuzji ręki i jedyne co robie najlepiej to zwijam się i jęcze w różnych tonacjach. A zaraz do szpitala, więc szybko napiszę co mam do napisania.
Spoon od lat nagrywa nam nieznośnie równe, dobre albumy. Najnowsza płyta Łyżek z dziwnym tytułem jakoś nie przerywa tej dobrej passy, i zapewnia rozrywki na kilka godzin. Siła Spoon tkwi w melodii, piosenkach - nie jest to raczej band zbytnio eksperymentujący - znaleźli swoją drogę, swój patent na muzykę i intensywnie go wypełniają. Ga Ga Ga Ga Ga to mocna pozycja tego roku. Na szczególną uwagę zasługuje utwór numer dwa, The Ghost of You Lingers, z kapitalnymi klawiszami, trzeba posłuchać (singiel, singiel! to mógłby być jeden z singli '07). Łapcie:

24 czerwca 2007

Małpy Morskie dostałem od razu po premierze, i wtedy przesłuchałem kilka razy. Miałem o nich napisać, ale po prostu... zapomniałem o tej płycie. Jeden z najbardziej oczekiwanych polskich debiutów w gitarowym graniu, szumnie zapowidany, rekomendowany, a ja po kilku przesłuchaniach zwyczajnie o istnieniu tej płyty zapomniałem. Coś tu jest nie tak.
Nazywanie Małp Morskich debiutem jest jednak chyba sporym niedociągnięciem, bowiem zespół ma już za sobą dwa całkiem obszerne dema - jednak problemy z wytwórniami nie pozwoliły im wydać oficjalnie czyściutkiego, oryginalnego longplaya. Dopiero label Love Industry przyszedł Psychocukukrowi z pomocą.
Nie należę do grona tych osób, które zachłannie obserwowała każdy krok tego łódzkiego składu, a naprawdę zdarzają się takie ;> I mimo, że znam tylko jedno wcześniejsze demo, jakoś świeżością ten materiał mi nie pachnie, ale o tym później.
Album rozpoczyna się utworem Ametyst 104, i tu małe zaskoczenie - bo tak, znam to, ale bardziej z nazwy niż z dzwięków. Tutaj zedytowany jest pod elektornikę, teneczny kawałek - może elektropopowy. Przypomina trochę te bardziej ruchliwe momenty na nowej płycie Kobiet. Drugi, Harry J już przynosi ukojenie w postaci gitarowego jazgotu, piekielniego szybkiego tempa, mocnego energetycznego kopa. Chciałbym to usłyszeć na koncercie, niestety okazji nie było. Razem z kolejnym utworem - Mama - Druga Bateria przywołuje mi to na myśl twory Sonic Youth na wysokości Sister. Czyli całkiem całkiem, tres symphatique.
Asfendyklis następny, zastanawiam się skąd oni biorą te nazwy. Tutaj przychodzi małe uspokojenie, monotonny rytm z uwypuklonym mocno wokalem i bardzo, bardzo wkręcającym się refrenem „Ktoś podaje rękę Alanowi G / Czarek jedzie 4 nazwisko ma na B”. Usłyszysz raz i zostaje w głowie. Pod koniec mocne nawalanie wszystkich instrumentów i przejście do kolejnego utworu, utrzymanego w podobnej bardzo koncepcji - Częściowej Awarii Podstacji.
Dalej są Syreny, mocno wyróżniające się na tle całej płyty. Spokojne gitary, spokojna perkusja i wokal, na pół senny czy tam rozmarzony śpiewający po... francusku? Teraz czytam, że to śpiewanie w nieistniejącym języku, jednak jak dla mnie jak najbardziej po francusku ;) Fleur, żem plę i tym podobne. Z resztą, jak dla mnie każdy wyraz z odpowiednim akcentem i przedrostkiem la/le jest po francusku, o! Wracając do Syren, jest to najbardziej melancholijna i spokojna część albumu.
Dalej mamy odpowiednio: coś co możemy chyba nazwać dance - punkiem spod znaku wykrzykników i tym podobnych; oraz na końcu typowy utwór, niczym się nie wyróżniający Orbison.
Rzadko się zdarza, żebym omówił prawie każdy utwór w recenzji. Gdzie przyczyna, że przy Małpach Morskich tak się stało? Zdecydowanie - długość albumu, a raczej jego krótkość. Jedynie 31 minut, czyli krócej nawet od pierwszego dema! Tragedia, ledwo włączymy, a już musimy ustawiać odtwarzacz od początku - jest to chyba największy minus tego wydawnictwa. Bo jakim prawem te 9 utworów szybko nam się nie znudzić? Każdy wie, że Psychocukier ma w szufladach pochowane dużo, dużo więcej - dlaczego tego nie wyciągneli i nie udostępnili przy takiej okazji - nie wiem.
Poza tym, nie jest to do końca premierowy materiał. Ametyst 104, Harry J., Mama - Druga Bateria, Częściowa Awaria Podstacji - to wszystko już było na demach. Niektóre, tak jak Ametyst mocno po renowacji, a niektóre praktycznie w tej samej postaci wylądowały na tym krążku. Naprawdę spodziewałem się więcej.
Lekcje zostały odrobione, nic więcej. Psychocukier wydał chyba płytę po to, żeby dotychczasowy materiał mieć w ładnym pudełku z ładną okładką. Niektórym to wystarczy do zachwytów, niektórzy poczują spory niedosyt, tak jak ja.

19 czerwca 2007

Za sprawą ostatniego podsumowania lat '90, dwa tygodnie pod względem nowych wydawnictw i nowych pozycji w mojej kolekcji zostałem całkowicie zablokowany. Dwa tygodnie nadrabiania zaległości ze starych lat zaskutkowało zasypem płyt do przesłuchania teraz, jakoś muszę sobie z tym radzić ;)
Wreszcie dostałem debiutancką płytkę kieleckiego zespołu Bruno Schulz, który wypłynął na fali modnego ostatnio w Polsce Indie-rockowego slognu. Coraz częściej mam wrażenie, że ta fala, a właściwie falka (falunia?) skończyła się, zanim tak naprawdę się rozpoczęła.
Słucham tego albumu, i rozdarty trochę jestem. Między mną - kimś, od kogo niektórzy oczekują merytorycznej, w miarę obiektywnej opinii, a mną - człowiekiem, który kocha muzykę. Bowiem to, co znajduje się na tej płycie nie ma prawa nikogo zaskoczyć. To wszystko już było, tu - tam, nieraz robione lepiej, raz gorzej - ale było. Czuć wpływy chociażby Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach (raczej z pierwszej płyty), Myslovitza czy innych Negatywów. W ciemno możemy obstawiać, skąd znamy np. motyw z refrenu Tańca Bałwochwalczego. Żadnych odkrywczych rozwiązań, ale! Sprawia przyjemność. Melodie są proste, chwytliwe, wszystko wypada bardzo piosenkowo i pozytywnie.
Druga sprawa - teksty. Nazywając się Bruno Schulz z góry nałożyli na siebie jakieś zobowiązanie - niestety, wywiązywanie się z tego średnio im wychodzi. Mam wrażenie, że autor tekstów na siłe chciał im dodać onirycznego charakteru, co nie wszędzie odniosło dobry skutek. Zresztą, sami możecie ocenić wchodząc tutaj.
Na wyróżnienie zasługują Elektrownie, z całkiem ciekawym tekstem, singlowe Więdną Kwiaty i mój faworyt - Dziewczyna z Bałut. Za tym banalnym tytułem kryje się nawet całkiem ruszająca akustyczna ballada, czyli to co lubię najbardziej ;)

Tutaj macie Myspace z kilkoma utworami do przesłuchania. Poza tym, jeśli wybieracie się na Opener`a, to ten zespół będzie inaugurował otwarcie tegoż na trzeciej, najmniejszej scenie. Warto się przyjrzeć.

17 czerwca 2007

1 przesłuchanie:
Która to już ich płyta? Tak, 6. Krótki rachunek sumienia - co znam? Hmmm, debiut, osławiony Elephant i Get Behind Me Satan, to z 2005. Z tej trójki jakoś najbardziej trawiłem to ostatnie, całkiem znośne granie. No i tam jest Passive Manipulation, Jack się zlitował i oddał Meg caałą piosenkę, którą wyśpiewała całkiem uroczo (niekoniecznie czysto). I to był taki jasny punkt na tym albumie, który pozwala mi zapamiętać go całkiem pozytywnie.
Elephant jednak w moich oczach to jedna z najbardziej przegadanych płyt ever, wywyższana przez prasę, która przypisywała jej boskie właściwości, sam nie wiem dlaczego.
RYM sugeruje, że jest to najbardziej równy wydawniczo zespół na świecie - sześć albumów, wszytkie w przedziale ocenowym 3.54 - 3.85, przy czym aż trzy mają takie same oceny, co baardzo rzadko się zdarza przy takich ilościach głosów.
My tu pisu, pisu, a już leci mi tu 4 kawałek, utrzymany w latynoskim klimacie Conquest. Agresywna przygrywka, taka typowo hiszpańska, corrida, OLE! i w ogóle. Oddycham z ulgą, wreszcie coś oryginalnego, co obudziło moje uszy, pozostające do tej pory chyba w uśpieniu.

2 przesłuchanie:
Nie wiem jak oni to sobie wyobrażali, że to przyjedzie. Na tej płycie praktycznie każda piosenka grana jest na jedno kopyto. Jack pokazywał chyba żonie w co ma stukać, a ona potulnie wykonywała. Sekcja perkusji wygląda tak, że wybijany jest jeden koński rytm - np. stuk-puk-stuk, i zapęlony przez cały utwór, co wygląda jak jakieś proste rockowe techno. No naprawdę, jeżeli wg. The White Stripes kluczem do sukcesu jest śpiewanie do bitego rytmu, wstawiając gdzie niegdzie bluesowe przerywniki, to ja podziękuje. Trzeciego przesłuchania nie będzie (albo czwartego, straciłem rachubę;)).

02 czerwca 2007

[Rolę wstępu do notki przejmuje wyżej zamieszczona grafika, i jednocześnie okładka omawianego albumu. Powiększenie zawdzięczamy mojej opinii, jakoby była jedna z lepszych okładek in the universe]

Brand New, jak przystało na porządny, amerykański band zaczynali w piwnicy. Tam chyba tak jest, że muzykalni nastolatkowie chodzą kanałami, czy jakimiś podkopami. Spotykają się tam przypadkiem, w małych grupkach wychodzą na powierzchnie do jakiejś piwnicy czy garażu i zaczynają grać.
Ich korzenie sięgają do nowojorskiej sceny hardcore, na szczęście zeszli na dobrą drogę. Dorobek to trzy płyty długogrające, gdzie zajmę się ostatnią, wydaną rok temu The Devil and God Are Raging Inside Me.
Chyba trochę niedoceniony to zespół, a raczej płyta. Na darmo szukać wzmianki o niej w polskich serwisach, o recenzji nie ma nawet co marzyć. A jest to materiał nielichy. Główną jego siłą jest eklektyzm stylistyczny, a raczej połączenie różnych stylów w sposób znakomity, całkowicie się niegryzący. Złoty środek, panie. Tak samo odnajdą się tutaj emo-ludki, tak samo gadatliwi fani Linkin Park, tak samo środowiska indie. Wszystko jest tu idealnie wyważone. Znajdziemy tu chwytliwe melodie, ostre riffy, niekiedy nawet ściany dzwięku (Welcome to Bangok, czek dis ałt!), krzyk, emocje... Coś dla niepewnych obranego kierunku ;) Lub po prostu lubiących dobre, ostre (zaznaczam) granie.
Posłuchacie ich tutaj.

21 maja 2007

Są takie zespoły, które prawdopodobnie podobają się tylko mnie. Na polskiej scenie mam dwa dobitne takie przypadki, dziś napiszę o pierwszym z nich.
"Tylko mnie" jest oczywiście przesadzone, i specjalnie przekolorowane. Podobają się na pewno większej rzeszy ludzi, ale na pewno nie z mojego kręgu czy środowiska z którym mogę się kojarzyć - no wiecie, alternatywa-indie-snob-antyanty. Dla niektórych mogą to być nawet pagórki obciachu.
-Lubię Ocean.
-Co z Tobą, stary??
Jest to wrocławski skład, na koncie trzy płyty i masa, masa koncertów - podobno jedna z najczęściej koncertujących grup w Polsce. Sami określają swoją muzykę jako, po prostu - alternatywną, sam dodam, że trochę noise'owy to rock, czasami popowy. Zadebiutowali w 2002 roku z albumem 12, później odpowiednio Depresyjne Piosenki O Niczym - 2004 i Niecierpliwy Dostaje Mniej dwa lata później. Debiut słyszałem tylko raz, pozostałe wydawnictwa znam lepiej - widoczny jest mocny progres umiejętności. 12 to raczej nieporozumienie, Depresyjne Piosenki O Niczym (też sobie wymyślili ten tytuł, takie nadstawienie policzka krytykom) mają mocne przebłyski przeplatane z nudą. I właściwie tutaj pojawia się problem. Bo podoba mi się to bardzo, lecz gdybym miał się bawić w obiektywne rozpatrywanie tego - to raczej nienajlepiej. Kompozycyjnie leży, mocno jedntostajnie, monotonnie. Gitary, mimo, że rozbujane - nieraz głośno pomagające wiązać je z noisem, powielają schematy i same siebie zjadają.
Lecz coś mnie przy tych dźwiękach trzyma, nie pozwala skrytykować. Może to niejawny sentyment, w końcu poznawałem ten zespół w czasie życiowych wzlotów, kojarzy się tak - och, ach. Podświadomie przywołuje projekcje przeszłości i tamtego... szczęścia. Nieważne.
Tekstowo nie jest najgorzej, nie bawią się w jakieś patetyczne, grafomańskie pieprzenie. Choć też można znaleźć kwiatki, przy których chce się zapytać WTF? Wybaaaczam.
Kamień z serca. Tak całkiem serio, to zespół został w moim mniemaniu trochę skrzywdzony przez całą indie-alternatywną brać. Wprowadza mnie w dziwne stany, są niedoceniani. (tym ślicznym rymem kończę i idę spać. dobranoc.)

11 maja 2007

W pewnej notce, przy akapicie o Peter, Bjorn and John napisałem: "Szwecja to jednak musi być fajny kraj". Dzisiaj mówię: Szwecja to MUSI być zajebisty kraj. Nie może być inaczej, skoro eksportują do moich uszu tyle wspaniałej muzyki. Pomijając już wspominanych PBaJ - chociażby The Field. Daje głowę, że będzie to elektronika roku 2007, idąc w ślady The Knife, który dokonał to rok temu. Także ze Szwecji. Dalej - The Mary Onettes, opisywany przeze mnie kilka dni temu. Na Pitchforku ukazała się recenzja ich debiutu, bardzo pozytywna. Widać, że redakcja PM czyta mojego bloga, i bierze z niego mini-hajpy ;D Cóż, opiniotwórczość, te sprawy.
No i przechodzimy do meritum. Kent poznałem przypadkiem, gdy potrzebowałem na gwałt jakiś chwytliwych rockowych piosenek, z wokalem po szwedzku. Polecony został mi właśnie ten zespół, za co polecającemu bardzo dziękuje ;)
Po pierwszym zetknięciu z Hagnesta Hill miałem mocno mieszane uczucia. Niby chwytliwe, niby rockowe - ale jakieś takie ckliwe, płaczliwe, wydawało mi się nawet tanie. Miałem podejrzenia, że słucham nie daj boże jakiegoś Szwedzkiego Bajmu, czy coś. Kilka przesłuchań wystarczyło, żeby rozwiać wątpliwości. Bliżej im do hm... ulepszonego, szwedzkiego Myslovitza. Z resztą - historia obu zespołów jest całkiem podobna. Kent powstał dwa lata wcześniej, za to płyty wydawali prawie całkowicie zgodnie, jak umówieni - '95, '96, '97, '99, '02. Także zgadza się data wydania ich najlepszego albumu - '99. Hagnesta Hill i Miłość W Czasach Popkultury. Kent ma w swojej ojczyźnie status niepodważalnej, chyba największej gwiazdy rodzimej sceny. Z Myslovitzem jest chyba podobnie, pomijając to, że nasi rodacy mają okropny gust.
Wracając do płyty - w całości śpiewana jest po szwedzku, co dodaje sporo uroku. Jak zwykle - nic nie rozumiemy, i nawet nam z tym dobrze - gdy przeczytałem losowy ich tekst po angielsku, raczej zachwycony nie byłem. No, chyba, że Musik Non Stop był mało szczęśliwym trafem, w teksty zagłębie się jeszcze.
Wokal odgrywa tutaj znaczącą rolę, daje sporo dramaturgii i zastępuje nieraz inne narzędzia - Kent na pewno wybitnymi instrumentalistami nie są. W tej muzyce chodzi o coś innego - emocje, nie zachaczając oczywiście o prostacki wydzwięk "EMOcjonalności", jeśli wiecie o co mi chodzi. Piosenki są niesamowicie proste w swojej konstrukcji, ale tym samym - genialne w swojej prostocie. Łapią nas za serce, ta muzyka jest po prostu ładna, śliczna. Z góry zakładam, że swoją urodą przypomina szwedzkie krajobrazy, bo ten kraj musi być niesamowity.
Nie jest to żadene alternatywne granie, żadne indie - nie ma się co łudzić. To pop-rock, o ile na Hagnesta Hill bardziej rock, to na kolejnej płycie - Vappen & Ammunition już bardziej mainstream. Ta druga z resztą przyniosła zespołowi niesamowitą popularność, nawet za granicami Szwecji.
Nie mam wyboru - muszę poznać resztę twórczości tego zespołu, jak to zwykle bywa - nie skończe, dopóki nie przyswoje wszystkiego. A Wam, jeśli nawet nie podzielacie mojego entuzjazmu - polecam zapoznanie się chociaż z Hagnesta Hill.

10 maja 2007

Moje doświadczenie w prowadzeniu tego bloga pozwala mi stwierdzić, że najbardziej ożywał on przy okazji recenzji zespołów, które mają swoich fanatyków, są bardzo popularne i lubiane. Druga zasada - opinia koniecznie negatywna. Tak stało się po dodaniu The Car Is On Fire, i ostatnio po recenzji płyty Hariasena. Pomyślałem więc - skoro tak to wygląda, to muszę co jakiś czas zaatakować jakąś świętą krowę polskich nastolatków, co by tu ładny przepływ ludzi obserwować. Dziś zabierzemy się za... Linkin Park! Yeah.
Dalsze obserwacje doprowadziły mnie do tego, że bez znaczenia jest, jak bardzo rzetelnie podejdę do sprawy. Łatwo to zobaczyć pod recenzją Hariasena, która w moich oczach była porządna - merytorycznie całkiem wyczerpująca, mimo to plebs w komentarzach i tak nagadał swoje. Postanowiłem, że nie będę się wysilał, i nie przeanalizuje tej płyty, skoro wszyscy i tak będą mieli to gdzieś. Po prostu powiem, że:

  • ten album jest beznadziejny
  • coś co określane jest jako mocny rock, a nawet metal, w rzeczywistości brzmi jak przeciętny, przyszczaty licealny hamerykański band
  • nie_wiadomo_co_grający
  • no dobra, przy tych pseudoballadach to mi wygląda na taki pop z gitarami
  • nie chce mi się szukać mocnych punktów

Ufff, mam to za sobą

09 maja 2007

Obecnie prawie każdą nowa formacje kreuje się na gwiazdy rockowej rewolucji z mocnym zapatrzeniem na Wielką Brytanię. Momentami już tym po prostu rzygam, gdy widzę kolejny Interpol czy Bloc Party, każdym odbiegnięciem od schematu zachłystuje się jak powiewem świeżego powietrza. Tak jest teraz, gdy poznałem debiut self-titled The Mary Onettes. Grupa ze Szwecji, wykonuje wieelki ukłon w stronę muzyki lat osiemdziesiątych. Popowe melodie, jednak w języku rockowym. Ciężko się nie uśmiechnąć, gdy muzyka nam podpowida: światła, jaskrawe kolory, wymyślne fryzury - hell yeah. Panowie czerpią z wielu oblicz tego muzycznego okresu, który nomen omen był bardzo bogaty. Wychwycić z łatwością można inspiracje chociażby XTC, The Cure (najbardziej mi się rzuciło w uszy), Joy Division w spóle z New Order, Jesus & Mary Chain... Jeżeli to Wasze klimaty - sprawdzajcie jak najszybciej. Macie okazje na myspace The Mary Onettes.
A tak w ogóle to okładka też jest wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Curtisa i reszty.

28 kwietnia 2007

John Frusciante to postać, która łączy takie zespoły jak Red Hot Chili Peppers, Ataxia, The Mars Volta czy Pearl Jam. I żeby było śmieszniej, nie lubię żadnego z powyższych zespołów, a mimo tego, Frusciantem solo ostatnio się zachwycam. Już mam swoją teorię, że takie cienkie zespoły zabijają w naszym Johnym całą kreatywność, i to wszystko ich wina. No, i dzięki temu na przykład nie mam mu za złe kompletnie beznadziejnego Stadium Arcadium, ufff.
Każdy kto zna w choćby najmniejszym stopniu biografię tego gitarzysty wie, że w niej punktem odniesienia jest heroina. Ewidentnie chłopak zbłądził, co odbiło się na nim dobitnie, na jego twórczości z resztą też. Wystarczy posłuchać Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt, płytę którą nagrywał po to, żeby mieć czym spłacić długi u dealerów. Poza samym tym wiele mówiącym faktem z tekstów i tak dowiemy się co i jak, Frusciante'a charakteryzuje zadziwiający wręcz ekhibicjonistyczny songwriting. Ciężko o drugiego tak szczerego artystę. Niadra, mimo, że nagrana na kompletnym heroinowym zwale i w beznadziejnej jakości rusza, głównie za sprawą wspomnianych już (nie zawsze jasnych dla nas) tekstów i obłąkańczym sposobem śpiewania Johna.
Później zdecydował się na długi odwyk, w końcu wrócił na scenę i zrobił coś niesamowitego. Nagrał 6 albumów (słownie: sześć) w przeciągu pół roku. Kolejno: The Will To Death, Inside of Emptiness, Automatic Writing (tutaj z Ataxią), A Sphere In The Heart of Silence, DC EP, Curtains.
Jeśli wierzyć głosom innych, i wszystkie są równie dobre co ostatnie Curtains, to mamy tu wydarzenie dziejowe. Z resztą, sam niedługo zbadam to empirycznie.
Na szczęście albumy solo stoją daleko w opozycji do twórczości chociażby takich Red Hotów. Swoją drogą, ciekawe czy zostane schłostany za 2 pierwsze zdania recenzji. ;> Nad przebojowością i piosenkowością utworów bierze górę nostalgia dźwiękowa i liryczny rachunek sumienia za życie. Gitara elektryczna jest odstawiona na rzecz klasycznej (choć tą pierwszą słuchać, rzadko), czasami fortepianu (gdy się pojawi - nadstawiać uszy, prze-prze) no i wokalu.
I co by tu więcej, po prostu słuchać. Płyta ma świetny, choć ciężki nastrój, idealny do samotnego leżenia i nicnierobienia (z nicnierobienia koniecznie trzeba wyłączyć samo słuchanie, ewentualnie analizowanie tekstów). Utwory są stonowane, pozbawione jakiś głupich udziwnień, fajerwerków - po prostu - autentyczne. Czyli posiadają cechę, którą zaliczam do jednych z najważniejszych w kwestii muzyki. Polecam.
Wracam do nicnierobienia, aktualnie zaczął się megadługi weekend, który trzeba godnie przyjąć, no to cześć.

21 kwietnia 2007

Są takie chwile, w których wchodzę w stan przymulenia zaawansowanego, nieaktywności stopnia trzeciego czy zniechęcenia niekontrolowanego, jak zwał tak zwał. Rzecz w tym, że wtedy potrafię siedzieć/leżeć w bezruchu kontemplując dogłębnie plamę na ścianie czy suficie. Nic mi się nie chce, a wymuszenie ze mnie powiedzenia słowa odbieram jak wyrok. Leków na taki stan rzeczy jest niewiele, lecz i tu najczęściej z pomocą przychodzi mi... muzyka!
Z letargu potrafi wyrwać tylko ta najszybsza i najżywsza. Pojawił się u mnie taki problem, że muzyka, która kiedyś mnie budziła, teraz już nie działa. Ile razy można słuchać Butiku Paula czy wcale_nie_takiego_dobrego Bloc Party. Potrzeba znalezienia czegoś nowego była niewątpliwa i oczywista.
Klaxons omijałem sporym łukiem dosyć długo, no sorry - ale sama wieśniacka nazwa zespołu odrzuca. Kojarzy mi się z klaksonem pierdzącym głośno, lecz o niczym. Myślałem, że to kolejny zespół robiący szum jako kolejni Killersi (litości). No i oczywiście, że to już sto sześciesiąta trzecia wielka nadzieja brytyjskiego rocka ogłoszona w tym tygodniu przez NME. Błędne było moje myślenie jednak, więc kajam się kajam, oficjalnie.
Myths Of The Near Future kryje w sobie MOC. Piosenki są przebojowe, gitary ostre i szybkie, melodie roztańczone, elektronika rozedrgana, co by tu dużo mówić - dzwięki wypływające z głośników potrafią porwać. Do tego stopnia, że warto by zrobić eksperyment. Postawić przed odtwarzaczem muzyki studenta informatyki, i włączyć głośno ten album. Założe się, że zacząłby się... ruszać. Ba, zaryzykuje - może poszedłby na żywioł i zaczął podrygiwać, tupać nogą, lub nawet tańczyć. Już wierzycie, że jest w tej muzyce MOC?
(inaczej i bardziej dosadnie zobrazować nie umiem, wybaczcie ;))
Utwory przechodzą jeden w drugi, a ja nie mogę żadnego wyróżnić, bowiem wszystkie wprawiają w drżenie okno w moim pokoju w jednakowy - dobry sposób. Okno mówi, że się podoba, ono (okno, jaki to rodzaj, hm) jest chyba w tanecznym amoku.
Dziko, tanecznie, fajnie.

20 kwietnia 2007

(Wnętrze kabiny samolotu. Za sterami po prawej stronie w pełnym mundurze pilota siedzi Chigger, a po lewej stronie pierwszy pilot. Obaj mają wzrok utkwiony przed siebie)
(Do kabiny pilotów wchodzi stewardessa)
PIERWSZY PILOT
Wszystko w porządku?

STEWARDESSA
Siedzą cicho jak mysz pod miotłą.

PIERWSZY PILOT
Mysz pod miotłą?
(Do kabiny wchodzi mężczyzna. W ręku trzyma broń)

PORYWACZ
Dobra, nie ruszać się. Najwyżej w celu pilotowania samolotu.
(Stewardessa przesuwa się, żeby zapytać o coś porywacza, a ten gwałtownie odwraca się w jej kierunku mierząc z broni)

STEWARDESSA
A ja mogę się poruszyć?

PORYWACZ
Tak, troszeczkę tak. Przepraszam, nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak dogmatycznie. To jasne, że możecie się trochę ruszać. Niektórych odruchów nie można przecież pohamować. Skoro ja tu teraz rządzę, muszę to wziąć pod uwagę.

PIERWSZY PILOT
Na przykład nie sposób powstrzymać procesów wewnętrznych.

PORYWACZ
Słuszna uwaga.

PAN CHIGGER
A ponieważ cały samolot nieustannie drży, wszyscy troszkę się ruszamy.

PORYWACZ
A także poruszamy ustami.
(Porywacz śmieje się ze swojej celnej uwagi. W kabinie panuje niemalże sielska atmosfera)
Chodziło mi o nagłe...

STEWARDESSA
Przesadne ruchy?

PORYWACZ
Przesadne, gwałtowne ruchy... One są wykluczone.

PIERWSZY PILOT
Na tym właśnie polega rozkosz latania nowoczesnymi maszynami. Prawie w ogóle się nie ruszam, a samolot leci. Zaś Pancho wcale nie musi się ruszać.

PORYWACZ
Cudownie.

STEWARDESSA
Ja też nie muszę się ruszać, chyba że... coś mnie nie zaswędzi.
(Wszyscy się śmieją)

PORYWACZ
Kapitalnie. Sześćdziesiąt procent sukcesu. A teraz, pamiętając o tym wszystkim, polecicie do Luton, dobra?
(Porywacz przystawia pisto