![]()
Zaczytane gdzieśtam: post-rock jest jak filmy porno, obejrzysz jeden - znasz je wszystkie, lecz mimo to nadal je oglądasz. Tak to już jest z tym gatunkiem, że ciężko o odkrywanie w nim czegoś nowego. To trochę jak dzielenie liczb pierwszych - post rock sam w sobie jest już rozwinięciem czegoś innego, więc ciężko go rozwinąć jeszcze bardziej. Czego efektem jest zatapianie rynku zespołów typu tribute-to-mogwai, bez wyrazu i pomysłu, ciężko w tej post-rockowej fali wygrzebać coś godnego uwagi. Ale czasami się uda, tak jak mnie udało się kilka dni temu.
Kilka faktów o Mooncake: Mooncake są zupełnie nieznani z tego co widzę, google twierdzi, że to japońskie ciasto. Mooncake są z Rosji, na zespół składa się czwórka panów o bardzo rosyjskich nazwiskach. Mooncake nasłuchali się dużo Godspeed You! Black Emperor i Explosions In The Sky. Przekładają to wyraźnie na swoją muzykę, ale granie postrocka polega na naśladowaniu GY!BE i innych tuzów gatunku, całą sztuką widocznie jest to, żeby robić to jak najlepiej.
Lagrange Points jest typową, w całości instrumentalną płytą, mocno osadzoną w charakterystyce gatunku. Mimo to od razu wyczułem w niej jakąś wyróżniającą energie, ma siłę wyrazu. Większość utworów to skrupulatne budowanie ściany dźwięku, dwie gitary, bas, często do tego skrzypce. Ciężko napisać coś więcej, pojedyńczo wyciągać kolejne elementy, skoro ta muzyka brzmi jak zlepiona masa dźwięków, absolutnie porywająca, drżąca, nieustannie ciągnąca się ku finałowi.
Jeśli miałbym silić się na jakieś porównania, to powiem tylko, że to najlepszy post-rockowy debiut od czasu wydania Enjoy Eternal Bliss przez Yndi Halda. Kto wie, czy w ogóle nie najlepsza płyta w tych rejonach? Innymi słowy: po prostu ściągajcie i sami się przekonajcie, ahoj, mam katar i gorączkę, ale jest całkiem ok haha.




Teraz uważajcie, bo takie recenzje nie będą się pojawiały często. Recenzje czegoś, co za kilka lat może być powszechnie uznawanym klasykiem, tak jak teraz uznajemy Loveless czy OK Computer. Po prostu czuje w kościach, bębenkach uszu, że będzie to coś wielkiego. Mam przyjemność przedstawić Wam album Alcest - Souvenirs d'un Autre Monde.
...czyli something like Mogwai.
Post-rock to na pewno nie jest mój gatunek. Muzyka ta mnie zwyczajnie męczy i dłuży mi się niemiłosiernie, dlatego najczęsciej omijam szerokim łukiem. Jak zwykle od zasady musi być jakiś wyjątek, który burzy całkowicie całą niechęć i zastrzeżenia.
