14 września 2008

Zaczytane gdzieśtam: post-rock jest jak filmy porno, obejrzysz jeden - znasz je wszystkie, lecz mimo to nadal je oglądasz. Tak to już jest z tym gatunkiem, że ciężko o odkrywanie w nim czegoś nowego. To trochę jak dzielenie liczb pierwszych - post rock sam w sobie jest już rozwinięciem czegoś innego, więc ciężko go rozwinąć jeszcze bardziej. Czego efektem jest zatapianie rynku zespołów typu tribute-to-mogwai, bez wyrazu i pomysłu, ciężko w tej post-rockowej fali wygrzebać coś godnego uwagi. Ale czasami się uda, tak jak mnie udało się kilka dni temu.

Kilka faktów o Mooncake: Mooncake są zupełnie nieznani z tego co widzę, google twierdzi, że to japońskie ciasto. Mooncake są z Rosji, na zespół składa się czwórka panów o bardzo rosyjskich nazwiskach. Mooncake nasłuchali się dużo Godspeed You! Black Emperor i Explosions In The Sky. Przekładają to wyraźnie na swoją muzykę, ale granie postrocka polega na naśladowaniu GY!BE i innych tuzów gatunku, całą sztuką widocznie jest to, żeby robić to jak najlepiej.

Lagrange Points jest typową, w całości instrumentalną płytą, mocno osadzoną w charakterystyce gatunku. Mimo to od razu wyczułem w niej jakąś wyróżniającą energie, ma siłę wyrazu. Większość utworów to skrupulatne budowanie ściany dźwięku, dwie gitary, bas, często do tego skrzypce. Ciężko napisać coś więcej, pojedyńczo wyciągać kolejne elementy, skoro ta muzyka brzmi jak zlepiona masa dźwięków, absolutnie porywająca, drżąca, nieustannie ciągnąca się ku finałowi.

Jeśli miałbym silić się na jakieś porównania, to powiem tylko, że to najlepszy post-rockowy debiut od czasu wydania Enjoy Eternal Bliss przez Yndi Halda. Kto wie, czy w ogóle nie najlepsza płyta w tych rejonach? Innymi słowy: po prostu ściągajcie i sami się przekonajcie, ahoj, mam katar i gorączkę, ale jest całkiem ok haha.



20 kwietnia 2008

Kyte, gdy tylko zaznaczyło swoją obecność na muzycznym rynku od razu porównano do Sigur Rós. Porównanie do Sigur Rós ostatnio brzmi jak zapowiedź tragedii. Tragedią było wydanie rok temu albumu Amiinii, czyli ziomków Sigurów z Islandii (porównywania wtedy były nawet głośniejsze), którzy wydali jedną z nudnejszych płyt 2007 roku. Tragedią jest też to, że każda nowa post-rockowa kapela z północy Europy *musi* mieć w sobie cząstkę Sigur Rós, inspirować się nimi lub cokolwiek. Musi.
Tak też do albumu o minimalistycznej (każdy zespół inspirujący się Islandią musi mieć taką) okładce podszedłem z niejaką trwogą. Okazało się, że jednak niesłusznie.

Czytaj dalej...

16 stycznia 2008

Typowy artykuł o NYC: New York Crasnals grają pod Joy Division (bardzo wyraźne wpływy new wave), Interpol (konieczne dodanie: to ci, którzy naśladują Joy Divison), Radiohead (to coś innego, ale też z Wielkiej Brytanii) i Sonic Youth (oni już zupełnie z innego kontynentu, ale też mają gitary).

Czytaj dalej...

15 listopada 2007

Sigur Rós po dwóch latach milczenia, zbywa fanów z nadzieją oczekujących nowego albumu, kompilacją. Kompilacją, którą każdy bardziej zaanagażowany fan mógł sobie sam sklecić w domu przed monitorem. A za sam ładny art-work cena 70 złotych jest raczej wygórowana.

Czytaj dalej...

07 września 2007

Niewiele brakowało, a iLiKETRAiNS na stałe wpisałby się do listy uwielbianych przeze mnie zespołów. Wybudowałbym im mały ołtarzyk w rogu pokoju, stawał na baczność przy słuchaniu i tak dalej. Niestety, tak się nie stało, zaprzepaścili szansę, zjebali mówiąc kolokwialnie. A wystarczyło nagrać debiut dorastający poziomowi EPki...
18 sierpnia zapamiętam na długo. Finał mysłowickiego fesiwalu, na scenę wchodzi oczekiwane przeze mnie iLiKETRAiNS i zaczyna się - godzina totalnej miazgi sensorycznej. Przygnieciony potęgą tej muzyki nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa. I jak po takim czymś nie wymagać wiele? A Elegies to Lessons Learnt jest do cholery, tylko i wyłącznie poprawną płytą! Jak mogli nagrać poprawny album? Byli zobowiązani nagrać najlepszy!
Nie ma tutaj już takiego ciężkiego klimatu jak na Progress - Reform, nie ma tak absolutnie niszczących gitar, które przeszywały każdą komórkę mojego ciała na wspomnianym koncercie. Kompozycje są statyczne, nieruchome, brak jakiś masowych odjazdów instrumentalnych. Mało się dzieje. Utwory oparte na schematach, mantrycznym wręcz wyśpiewywaniu pojedyńczych zdań w kółko, z powoli narastającą linią dźwiękową. I w taki sposób właśnie powstaje chociażby takie We All Fall Down, gdzie większość utworu powtarzane są słowa 'We play a waiting game / And we play a waiting game' i tak (sic!) pięć minut! Dopiero pod koniec zaczyna się coś dziać, i nawet to nie ratuje tego openera, że koniec jest zaiste świetny. Niee, to nie o to chodziło, chłopaki. Przez całe 50 minut trwania albumu, nie znalazłem nic, co godnie zastępowałoby takie A Rook House For Bobby. Płyta pod każdym względem przegrywa w starciu z Epką, którą w tym miejscu wyjątkowo polecam. Jak się okazuje, czas nie zawsze przynosi rozwój w dobrą stronę.
Jasne światełka w tunelu to rozbudowane Spencer Perceval, i Remnants of an Army.
Przykro, co nie? Nie wyszło, a miało być tak pięknie. Jednak, jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazje pójść na ich koncert, to macie obowiązek się tam stawić. Odmaszerować.

26 sierpnia 2007

Na wstępie zaznaczam, że to, co najlepsze w tym zespole, to ładna wokalistka.
Jeszcze dwa tygodnie temu, George Dorn Screams kojarzyli mi się głównie z Ludwikiem Dornem, czyli raczej średnio przyjemnie. Później przyszedł Off, i ich koncert na inauguracje - wsłuchałem się, i nawet mi zrekompensowali zapieprzanie przez pół Mysłowic z tym namiotem. Zaznaczyłem przy liście - Do sprawdzenia. Wróciłem do domu i wyposażyłem się w debiutancki krążek kapeli, Snow Lovers Are Dancing.
Zespół składa się z ładnej wokalistki, i kogoś tam jeszcze, ale oni są nieważni. Gdzie nie trafie na opis tej płyty, to wszędzie odniesienia do serpentyny. Jest tu gdzieś jeszcze miejsce na kreatywność i samodzielne myślenie, czy każdy musi przepisać notkę od producenta? Chuj na to kładę, jak to mawiał pan Wiesiek spod monopolki, nie widzę tutaj tej serpentyny. No, może w pojedyńczych songach, ale kurde, toż to chyba najnormalniejszy w świecie zabieg; a czego mamy się spodziewać dopiero po materiale, przy którym padają słowa post-rock? A skoro już tu jesteśmy - rozbudowane, instrumetalnie numery, pochodzące właśnie pod post-rocka, są najmocniejszym punktem albumu, zaraz obok ładnej Pani Wokalistki. Tak jak Winter Of Deceit, Galway's Song i kończące, tytułowe Snow Are Dancing. Z naciskiem na to ostatnie, zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że mają potencjał grać jako względnie pierwsi w Polsce porządny shoegaze. Jak dla mnie, wartoby ten pomysł im podsunąć, bo reszta płytki, wyraźnie slowcore'owa zbytnio mi nie podchodzi, mimo walorów głosowych niewątpliwie ładnej Pani Wokalistki.
Ładunek emocjonalno - tekstowy Snow Are Dancing krąży zdecydowanie w okolicach żuław wiślanych, to znaczy depresja i doły. Melancholia, ale na pewno nie na lato - tak wypadło, że słucham tego gdy mam wolność tudzież zabawę, i jakoś nam z tymi nastrojami nie po drodze. W muzyce plusy i minusy się nie przyciągają jednak.
Jakby nie patrzeć, to udany to był debiut. Potencjał mają spory, tak też z zniecierpliwieniem czekam na drugą płytę. Snow Are Dancing chciałbym uznać jednak za smakowitą przystawkę przed tym, co czeka mnie przy drugim wydawnictwie. Zespół brzmieniowo stoi w rozkroku pomiędzy spokojnym, leniwym slowcorem i kopiacym dupę post-rockiem, wszystko zależy, w która stronę pójdą, jeśli w ogóle ruszą się z miejsca. Kibicuje za drugą opcją.

Ps. Prawie bym zapomniał. Widziałem gdzieś porównanie z Mazzy Star. Wiecie jaką cechę wspólną mają oba te zespoły? Ładną wokalistkę.

03 sierpnia 2007

Już miałem się rozpisywać nad tym albumem, pisać jakie Tales & Dreams jest marzycielskie, spokojne, oniryczne... Ale nie, to wideo jakby do mnie mówiło: odsuń się gupcze, ja to zrobie lepiej! Ja już ich przekonam, że warto szukać tej jedynej płyty Kwoon, że warto posłuchać późno w nocy, gdy jesteśmy jedyną nieśpiącą duszą w promieniu kilku pomieszczeń. Tralala, więc... oglądajcie mnie!
Proszę (jedno z najlepszych wizualno-słuchowych wrażeń jakie odebrałem od dawna):

18 lipca 2007

Teraz uważajcie, bo takie recenzje nie będą się pojawiały często. Recenzje czegoś, co za kilka lat może być powszechnie uznawanym klasykiem, tak jak teraz uznajemy Loveless czy OK Computer. Po prostu czuje w kościach, bębenkach uszu, że będzie to coś wielkiego. Mam przyjemność przedstawić Wam album Alcest - Souvenirs d'un Autre Monde.
Jeżeli nie jesteś starożytnym black-metalowcem, to najprawdopodobniej nigdy nazwy tego jednoosobowego zespołu nie słyszałeś. Nic zresztą dziwnego; wpisuję w google frazę 'alcest', wyskakuje mi stronka hotelu, gdzie byłem sto lat temu, jako mały dzieciak na kolonii. Właściwie to dzięki temu przypomniałem sobie o tym krótkim epizodzie z mojego życia, zabawny zbieg okoliczności. Koleżanka, która stoi z francuskiego lepiej ode mnie (ja z francuskiego leżę) tłumaczy Souvenirs d'un autre monde jako 'Wspomnienia Jeden Drugiego Czysty', mam dziwne wrażenie, że to tłumaczenie nie jest do końca poprawne ;)
No to teraz garść faktów. Alcest niewątpliwie ma korzenie black-metalowe, jest to projekt Neige'a, gościa mocno cenionego na francuskiej scenie. Jeszcze wydany w 2005 roku mini-album Le Secret wtapia się w tą stylistykę. Nowy, właściwie to debiutancki album (jeśliby Le Secret uznać za EPkę) przynosi nieoczekiwaną zmianę. Bo bardzo niewiele jest tu takiego stereotypowego czarnego, mocnego metalu. Zamiast tego otrzymujemy największej klasy mieszankę tego z shoegazem, okraszonego fantastycznymi post-rockowymi strukturami. Głośne ściany dźwięku przebija tu delikatny (!), subtelny wokal, śpiewający po francusku. W Les Iris jest to kobieta, nie wiem czy we wszystkich utworach ta sama, ale jakie to ma znaczenie! Gdy włączasz tę płytę świat za plecami zanika, zostajesz sam na sam z dźwiękami tłocznie wychodzącymi z słuchawek. Fantastyczne, eteryczne zjawisko. Tak, ta płyta to zjawisko.
Gdy jesteśmy dziećmi, chcemy jak najszybciej dorosnąć. Z podziwem i zazdorścią patrzymy na rodziców, pragniemy się do nich upodobnić. Lecz gdy czas zrobi swoje, a dzieciństwo stanie się wspomnieniem, zaczynamy tęsknić za tym beztroskim okresem. Ile dalibyśmy, by znów stać się małymi dziećmi. O tym właśnie jest ta płyta. Muzyka z pogranicza szczęścia i rozpaczy, radości i nostalgii. Czy cieszyć się wspomnieniami, czy rozpaczać nad brakiem możliwości cofnięcia czasu?
Wspaniałe instrumentarium, bardzo ciężkie gitary wykorzystane w shoegezowym graniu sprawdziły się znakomicie, dając nową jakość. Nawet niedociągnięcia producenckie nie zniechęcają mnie do wychwalania tego dzieła ani trochę. Wielkich poznajemy również po tym, jak radzą sobie z dostarczaniem różnorodności w swoich dziełach. Tutaj nawet tego nie zabrakło, przykładowo, ostatni utwór - Tir Nan Og zaczyna się bębnami, później wchodzi spokojna gitara i rytmiczny głos, niemal etniczne brzmienie. Ładne, oryginalne, wieloczęściowe zakończenie (ponad sześć minut).
Jeżeli pragniesz chwilowego odpoczynku od dorosłego życia, koniecznie oddaj się temu albumowi. Porwie Cię w inny świat, dzięcięcych marzeń i niewinności. Ekspresja Alcest wybucha tutaj co chwilę, co aż ciężko mi to wszystko ogarnąć. Może to trochę niepoważne, że aż tak się ekscytuje, ale nie mam wyjścia - słucham Souvenirs d'un Autre Monde od początku lipca, i nadal działa na mnie tak samo.

Teoretycznie album wyjdzie dopiero 6 sierpnia, ale tu i ówdzie jest już dostępny. Posłuchać możecie na myspace, lecz to jedynie mały procent, który nie odda piękna całego krążka. Zdecydowanie namawiam do zamówienia go, czy poszukania u innych źródeł.

25 maja 2007

...czyli something like Mogwai.
Co w tym gatunku jest takiego, że jednak post-rock polubiłem? Z ogona, nagle wskoczył w czołówke najczęściej męczonych przeze mnie gatunków.
Jest to muzyka bardzo działająca na wyobraźnie, to przede wszystkim. Brak wokalu zmusza nas do wymyślania historii do utworów samodzielnie, nikt nam nie podpowiada, nie sprowadza na właściwy tor interpretacji albumu. Każdy może stwarzyć własną fabułę, koncept. Zamykamy oczy i widzimy niebo lub piekło, wiatr, huragany albo spokojne morze, ocean. Granic nie ma, jeśli nasza wyobraźnia nie ma granic. Jest to chyba największy plus, ta cała obrazowość post-rocka jest absolutnie wspaniała. Połóż się na łóżku w nocy, z tym w słuchawkach - i lataj. Uniwersalność, i to piękno.
Eklektyzm instrumentalny, stylowy.
Zawsze zastanawiałem się, jak artyści wymyślają nazwy do tych piosenek. W nagraniu nie pojawia się żadne słowo, do niczego nie można się odnieść - co wtedy zrobić? Daje to spore pole do popisu, tak też mogą powstać takie cudaki jak Paris Hilton Sex Tapes, omawianego kilka dni temu Maybeshewill.
To wszystko można znaleźć w debiucie pięcioosobowego bandu z Seattle - Joy Wants Eternity. You Who Pretend to Sleep to ich pierwsze nagranie, od razu powiedzmy - udane. Skomponowane z rozmachem, typową dla nurtu patetycznością. Płytkę wypełnia w większej połowie ciągłe, intensywne eksperymenty ze ścianami dźwięku. Atakują nas z każdej strony, że pff - można poczuć się otoczonym.
Całość daje nam kolejnego, fajnego, choć wtórego kuzyna Mogwai i Godspeed You! Black Emperor. Bo mimo, że dobrze, to chce się czasem powiedzieć "to już byyyyyło". I to jest chyba największa bolączka dzisiejszego post-rocka - jest jak Murzyni - wszyscy podobni.

20 maja 2007

Post-rock elektroniczny? Post-elektronika? Post... Czym jest Maybeshewill, trudno powiedzieć.
Skład, mając dwóch ojców-założycieli - Johna Helpsa i Robina Southby, powstał w 2005 roku. Licząc sobie rok, nagrali w Field Records czterowutworową Epkę Japanese Spy Transcript. Kilka miesięcy później zostali zaproszeni przez label XTAL, czyli ten sam, gdzie nagrywali np. Yndi Halda. Tam spłodzili rozwiniętą, dłuższą epkę, sygnując ją Japanese Version. Właśnie ona wydobywa się z moich głośników.
Szkoda, że to tylko Extended Play, dużo im nie brakowało, żeby móc nazwać ten materiał długogrającym albumem. A tak stoją w miejscu, a ja nie wiem jakie mają plany, zapowiedzi żadnej nie ma - no co jest.
Ale wracając do zawartości albumu. Jest to coś na kształt romansu elektroniki z post rockiem, takie piękne dziecko. Chociaż, może nawet nie - nie elektroniki, elektryczności. Spójrzcie na okładkę. Muzyka nabiera tutaj często napięciowego charakteru, klimat wisi w okolicach linii wysokiego napięcia. Nieraz nasze uszy odbierają coś, co przypomina przepływ prądu. Ciekawy pomysł, ciekawie wkomponowane w rockowe, rozbujane zagrywki.
Dla ciekawych, rozeznanych w post-rockowym światku podpowiem - ostro podchodzące pod 65 Days of Static, lecz z własnym pomysłem; coś jak Yndi Halda pozbawieni smyczków, którzy wzamian dostaliby elektronikę.
Polecam, posłuchać możecie tutaj (omijajcie raczej pierwszy utwór, jakiś śmiechowy remiks).

22 marca 2007

Post-rock to na pewno nie jest mój gatunek. Muzyka ta mnie zwyczajnie męczy i dłuży mi się niemiłosiernie, dlatego najczęsciej omijam szerokim łukiem. Jak zwykle od zasady musi być jakiś wyjątek, który burzy całkowicie całą niechęć i zastrzeżenia.
Odkrycie to swieże, bo mające dopiero jeden dzień - lecz już zdążyło opanować wszystkie moje odtwarzacze dźwięku. Mowa tu o Brytyjczykach z grupy Yndi Halda, powstałej w roku 2001. Długość istnienia nie przekłada się jednak na ilość stworzonego materiału - na koncie mają tylko jedną EPkę - Enjoy Eternal Bliss. Niech to jednak Was nie zmyli. Zawiera ona cztery utwory, z czego najkrótszy ma... 12 minut. Razem to daje około 60 minut muzyki. Co do tego co nam serwują przez tą godzinę, to mogę powiedzieć, że jest to coś wspaniałego. Mimo, że cały album jest wyłącznie instrumentalny, ma w sobie siłę ogromną. Bardzo dużą rolę odegrały tu skrzypce - budują doskonałą atmosferę. Utwory mają skomplikowane kompozycje, długie, rozbudowane. Aranżacje są podniosłe, momentami niemal monumentalne.
Polecam wszystkim tym, do których przemawia muzyka spod znaku Godspeed You! Black Emperor czy Explosions in the Sky. Sam nazywam Yndi Halda post-rockowym Sigur Ros.

Posłuchać Yndi Halda możesz na ich profilu Myspace.

18 marca 2007

Gdyby Bóg słuchał muzyki, to co by to było? Zastanawiam się nad tym kilka sekund - i odpowiadam pewnie - Agaetis Byrjun. Kwartet Sigur Ros siedem lat temu zarejestrował najbardziej magiczne, anielskie dźwięki jakie świat słyszał. Nie wiem jak tego dokonali, ale gdy włączam tę płytę, wszystkie moje dotychczasowe ulubione albumy nie istnieją - liczy się tylko to co w słuchawkach.

Czytaj dalej...