04 października 2008

Czym jest Miłość? Miłość to trójmiejski zespół uskuteczniający bardzo udanie jazz w latach dziewięćdziesiątych. W składzie Tymon Tymański/Trzaska/Możdżer/Oleter i czasami Lester Bowie nagrała Miłość 6 albumów, ale załóżmy, że nie muszę ich przedstawiać, bo to w miare znany i dobry skład.

Lecz zanim Miłość stała się Miłością, była czymś o dziwnej nazwie Sni Sredstvom Za Uklanianie, i o tym chciałbym napisać. Był to pierwszy poważniejszy zespół Tymona Tymańskiego, który w roku założenia (1983) miał zaledwie 16 lat. Inspirowane nową-falą i post-punkiem utwory zbierane były przez 3 lata, aż miały okazje być zarejestrowane w studiu Studenckiej Agencji Radiowej. Niestety, nagrania zaginęły gdy SAR zamienił się w Radio Arnet, i ich opublikowanie nie miało nigdy miejsca. Do zespołu doszedł Mikołaj Trzaska i wszystko ukierunkowało się w stronę początków Miłości, Sni Sredstvom Za Ukladanie poszło w zapomnienie.

Czytaj dalej...

02 kwietnia 2008

Za bydgoskim zespołem Variété pech ciągnie się jak ogon. Gdy przeżywali swoje 5 minut, i mieli już gotową taśmę z debiutackim nagraniem, ktoś ją skradł. Odegrać się tego nie dało, i w efekcie pierwszą płytą Variete była praktycznie druga, ot - paradoks. Do tego nagrana aż sześć lat później, w '93, gdy iskra popularności już przygasła. Trzy lata później wydali Wieczór Przy Balustradzie, który cierpiał na brak promocji, i przeszedł bez echa. W końcu, po wskrzeszeniu zespołu w 2005 roku, również pech ich nie odpuszczał. Nowy Materiał został niesłusznie i z niewiadomych mi przyczyn niedoceniony i szerzej przemilczany. Powalczę z tym, bo warto.

Czytaj dalej...

07 lipca 2007

Pierwszy utwór płyty jest niesamowicie obiecujący, fani krzyczą, dziewczyny piszczą, w krytykach budzi się nadzieja, że to coś na miarę debiutu... Haha! I tu Cię mamy, to wcale nie jest album na miarę debiutu, daliśmy na openera najfajniejszą rzecz, jaką stworzyliśmy przez te trzy lata, resztę zapchaliśmy odrzutami z poprzednich płyt i się ciesz. I weź się tu, kurwa, nie czuj oszukany.
Zacznijmy od tego, że Interpol wcale nie jest podobny do Joy Division. Nie mam pojęcia skąd to powszechne przekonanie, bo ja tam oprócz trochę curtisowo brzmiącego wokalu Banksa wyraźnych analogii nie widzę. Siłą i cechą rozpoznawczą JD był bas, prowadzący, wyniesiony na piedestał, surowy bas - tutaj gdzieś cichutki, schowany pośród gitar się nie wyróznia.
Hasło przewodnie recenzji: Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. W muzyce Interpolu przez te trzy lata posuchy wydawniczej nie zaszły pratycznie żadne zmiany. Nie ma co wyróżniać, nie ma co omawiać piosenek - to już po prostu wszystko było. Od 2002 roku była wśród młodych zespołów moda na jechanie pod Interpol, często ostre jechanie. Potępiałem to, ale teraz obserwujemy paradoks - Interpol chyba zaliczył jakieś rozdwojenie jaźni, i jeździ już sam pod siebie, zjadając własny ogon. Zero innowacji, otrzymaliśmy za trzy lata czekania album wypełniony po brzegi średniakami, z góra dwoma momentami (opener; Rest My Chemistry).
Nie ma sensu się dalej wyżywać, bez wątpienia jeden z największych zawodów tego roku. Bez odbioru.

04 czerwca 2007

Dzisiaj padał deszcz, gęsty, intensywny, głośny. Wyszedłem z domu sam, z słuchawkami na uszach, na ulicach brak żywej duszy. Słuchałem Pornography The Cure, i doznałem olśnienia. Ta płyta idealnie wpasowuje się w taką aurę - w odgłos kropel, w ponure, nostalgiczne ulice, wilgotne powietrze. Ta płyta ma niesamowitą atmosferę, porównywalną chyba jedynie do tej z Closera. Te dźwięki można by kroić nożem. Najprawdziwszy Cure for optimism.
Uwielbiam deszcz. Gdy wszyscy się przed nim chowają w domach, ja wychodzę na zewnątrz i się bawię. Powodem podobno jest to, że mam deszczowe, bagienne usposobienie.
[I urodę też chyba bagienną, ale to pomińmy milczeniem]
Tak więc z dzisiejszym dniem Pornography oficjalnie trafia do moich albumów sto jeden na sto. A podobno tego słuchali starożytni emowcy, prawda to?

No i czas chyba zadać sobie jedno, ale to zajebiście ważne pytanie:
Pornography czy Disintegration?

09 maja 2007

Obecnie prawie każdą nowa formacje kreuje się na gwiazdy rockowej rewolucji z mocnym zapatrzeniem na Wielką Brytanię. Momentami już tym po prostu rzygam, gdy widzę kolejny Interpol czy Bloc Party, każdym odbiegnięciem od schematu zachłystuje się jak powiewem świeżego powietrza. Tak jest teraz, gdy poznałem debiut self-titled The Mary Onettes. Grupa ze Szwecji, wykonuje wieelki ukłon w stronę muzyki lat osiemdziesiątych. Popowe melodie, jednak w języku rockowym. Ciężko się nie uśmiechnąć, gdy muzyka nam podpowida: światła, jaskrawe kolory, wymyślne fryzury - hell yeah. Panowie czerpią z wielu oblicz tego muzycznego okresu, który nomen omen był bardzo bogaty. Wychwycić z łatwością można inspiracje chociażby XTC, The Cure (najbardziej mi się rzuciło w uszy), Joy Division w spóle z New Order, Jesus & Mary Chain... Jeżeli to Wasze klimaty - sprawdzajcie jak najszybciej. Macie okazje na myspace The Mary Onettes.
A tak w ogóle to okładka też jest wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Curtisa i reszty.

03 maja 2007

W ostatnim tygodniu można zauważyć mocną tendencje spadkową pod względem częstotliwości ukazywania się notek, wszystko to wina długiego weekendu. Korzystam i nicnierobie najlepiej jak umiem, spełniam się w tym wręcz. Do regularnego Was zanudzania wróce już za kilka dni. ;)
Morawski Waglewski Nowicki Hołdys, te nazwiska powinny być znane każdemu, kto historią polskiego rocka się interesuje. Ok, w ostateczności odrzucamy pierwsze i trzecie - jeśli nie kojarzycie to wstyd, i raz-dwa chować mi się do szafy.
Jest to chyba jedyna polska formacja, przy której gdy mówię 'supergrupa' nie maluje się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek. Ten imponujący skład był pozostałością po słynnej sesji nagraniowej I Ching. Udało się im wydać tylko jedno - omawiane przeze mnie wydawnictwo - Świnie. Później Hołdys odpadł, a Waglewski założył Voo Voo.
Rok powstania to 1985 (poprzedzony rocznymi (!) nagraniami), czyli jak się można spodziewać - polityczna to płyta bardzo. Nawet ja, młody dzieciak, którego wizja PRLu i komunizmu łagodnie oszczędziła, wyczuwam w tym albumie bardzo agresywny atak na czerwonych. I tak się zastanawiam, jakim cudem to zostało wydane, niedosięgnięte (o ile mi wiadomo) łapskami cenzury? W pewnych miejscach panowie nawet nie kryli się zbytnio za jasnymi metaforami, tylko po prostu krzyczeli kogo nienawidzą.
To jest jawny protest-album. Nawet nazwa grupy to nawoływanie do demokracji, muzykę tworzyli wszyscy, nikt nie był liderem. Co do warstwy muzycznej, czyli tego co powinno nas najbardziej interesować. Przepiszę tutaj notkę od wydawcy:

"Świnie" super-grupy Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, to jeden z najbardziej intrygujących polskich rockowych albumów lat 80-tych. Rockowa niepoprawność Hołdysa, zapowiedź awangardowych poszukiwań Waglewskiego plus jedna z najlepszych sekcji rytmicznych składają się na prawdziwie nieprzeciętne dzieło. Surowy klimat, trans-gitarowe granie oraz tekstowe i muzyczne prowokacje tworzą zupełnie nową jakość w polskim rocku.


Normalnie taki zabieg nie mógłby mieć miejsca, lecz w tym przypadku to całkowita prawda. Wydawcy, którzy zawsze wychwalają swoje produkty pod niebiosa, najcześciej ocierając się o śmieszność, tutaj trafili w sedno.
Świnie doczekały się reedycji przez Metal Mind Productions. Dzięki temu poznałem jedno z najlepszych dzieł polskiego rocka z tamtego okresu. Może nawet najlepsze, polecam bardzo gorąco.

03 marca 2007

Matt Johnson tworząc jednosobową formacje wiedział jak się nazwać - to właśnie dzięki tej intrygującej nazwie sięgnąłem po Mind Bomb. Ostatnio słuchałem tego zeszłego lata, dzisiaj przypadkiem znowu trafiłem, i muszę chociaż wspomnić o tej niebalnej grupie. Chociaż określenie 'grupa' średnio tutaj pasuje - The The tworzy praktycznie sam Johnson, niekiedy zapraszając do projektów innych muzyków.

Czytaj dalej...

25 lutego 2007

To nie jest płyta mojego dzieciństwa, wcale przy niej nie dorastałem i nie słuchałem na kasecie na starym magnetofonie. Nie mantrowałem podczas młodzieńczego buntu. Mimo to, już teraz wiem, że to będzie (jest) jedno z dzieł, które będą mi towarzyszyć zawsze i nigdy o nim nie zapomne. Co z tego, że historie Joy Division zna pewnie większość z Was - nie byłbym sobą, gdybym tu o tym nie napisał.

Zespół składał się z czterech młodych anglików, którzy beznadziejność industrialności otoczenia postanowili odreagować w muzyce. Ich debiut "Unknown Pleasures" zapewnił im rozgłos w świecie, odbywali trasy koncertowe po europie i wszystko układało się wspaniale. Do czasu, gdy lider zespołu - Ian Curtis zaczął chorować na epilepsję. Tutaj zaczyna się również historia albumu Closer, który to Curtis nagrywał z zespołem przez cały okres choroby powoli go wyniszczającej. Gdy materiał został już nagrany, Curtis w swoim mieszkaniu w Manchesterze powiesił się na kablu od suszarki.
Ta nadchodząca śmierć nadała ton całemu albumowi - możemy spobie wyobrazić jaki bez słuchania. On wygląda jak list pożegnalny Iana. Krzyk bezradności, cierpienia, zrezygnowania.

Więc tak już będzie – duma zniszczyła miłość
Co kiedyś było niewinnością, przekręciło się
Wisi nade mną chmura i znaczy każdy mój ruch
A głęboko w mej pamięci coś, co kiedyś było miłością

Jak dobrze zrozumiałem, że pragnąłem czasu
We właściwych proporcjach, starałem się go szukać
Przez chwilę zdawało mi się, że odnalazłem drogę
I gdy odkryłem przeznaczenie – ujrzałem że mi się wymyka

Ta muzyka ma w sobie zawartą niesamowitą wręcz ilość emocji - mimo, że brzmi zupełnie tak, jakby grający ją byli ich pozbawieni. Surowość dzwięków poraża. Wszechobecne zimno, załamujący się głos Curtisa, znów krzyk o pomoc, a zaraz potem znowu krzyk bezradności. Toczy tutaj walkę z samym sobą, ze swoją chorobą, jak i otaczającym go brudnym światem. W tym albumie jest wszystko, co może dziać się w psychice człowieka skazanego na śmierć. Napisałem, że ta muzyka jest zimna? Odwołuje. Ona jest lodowata. Z każdym kolejnym utworem posuwamy się wciąż dalej, a apokaliptyczny klimat otacza nas coraz bardziej. Dwie ostatnie piosenki to dla mnie coś w stylu ostatniego namaszczenia samobójcy. Wszystko się wtedy zatrzymuje w miejscu, a dla mnie istnieje tylko źródło muzyki i moja głowa.

Egzystowanie? Czym ono jest?
Żyję najlepiej jak potrafię
Przeszłość jest częścią mojej przyszłości
Teraźniejszość wymyka się spod kontroli

Reszta niech pozostanie milczeniem.

30 stycznia 2007

Co się stanie, gdy dwójka zafacynowanych New Wave didżejów spróbuje nagrać płytę utrzymaną w klimacie gotyku? Odpowiedzią jest ciekawa nazwa zespołu, a zarazem ich pierwszej płyty - She Wants Revenge.
Muzyczne inspiracje, i wcześniejsze doświadczenie dają całkowity stylowy misz-masz. Na jednej płycie słychać surowość Joy Division, klimat The Cure, warstwę tekstową godną najmroczniejszego zespołu gotyckiego a to wszystko przyprawiane skocznością Dance. Z tych szalonych składników wychodzi mniej więcej post-punk-dance. Niezachęcające? Zależy dla kogo.
Zajmijmy się wokalem. Gdy pierwszy raz usłyszałem Justina Warfielda, wydałem z siebie stanowcze: 'eee tam'. Jego głos jest wręcz... schizoidalny, od razu szybkie skojarzenie z Ianem Curtisem.
Klimat piosenek zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz gorycz, mrok, cierpienie, by zaraz Warfield zaskoczył nas szleńczo porywającym numerem. Wszystko to przez teksty, które warte są poświęcenia odzielnego akapitu.
Płyta tworzy jedną, spójną historie. Opowiada o chłopaku, który ma dosyć cieprień i wewnętrznych trosk, bowiem jest on standardowym, wrażliwym i ghotyckim nastolatkiem. Postanawia nigdy więcej się nie zakochać, choćby nie wiem co! (I Don't Want Fall in Love). Niestety, z planów nici. Na imprezie u kumpla spotyka dziewczynę - spełnienie wszystkich jego ideałów, marzeń, itd... (These Things). Przez kilka dni miota się z samym sobą, obmyśla to jak ją zdobyć, szuka jej domu, traci głowę zupełnie. W końcu ją znajduje. Śledzi, wzdycha z daleka, aż zbiera siły i podchodzi. Udało się! Umawia się na randkę na następny dzień. Jest w siódmym niebie, już wyobraża sobie jak to będzie im razem wspaniale. Aż... [tutaj końcówka historii, to tak jakbym recenzował film i miał wsadzić potężnego spojlera, więc jeśli chcesz się przekonać jak to skończyło się na własne uszy, przejdź do następnego akapitu] Zaczyna rozmyślać. Targają nim wątpliwości, a może nie wyjdzie, może nie pokocha... Dochodzi do wniosku, że jest nienormalny, i następnego dnia, zamiast na randkę, udaje się do psychiatry. (She loves me not)
Polecam każdemu, kto interesuje się Nową Falą. Ci, którzy nie lubią muzycznych eksperymentów mogą się na tą płytę obrazić.