28 października 2008


mount eerie > muzyka

Czytaj dalej...

27 marca 2008

Bob Dylan w czerwcu w Polsce, za barbarzyńską cenę 260 złotych. I w sumie to wcale się nie przejmuję, bo takiego burżujskiego Dylana chętnie zamieniłbym na pana kryjącego się pod pseudonimem artystycznym The Tallest Man On Earth. Człowiek ten mieszka w Szwecji, a swoją prezencją, talentem i natchnieniem jest kolejnym żywym dowodem na to, że ten niebiesko-żółty kraj musi być rajem na ziemi. Przydomek jego wcale nie bierze się z tego, że jest jakimś mutantem - po prostu buja głową w obłokach.

Czytaj dalej...

17 lutego 2008

A campire and a tent and a flashlight and some matches and a tree and that river and my glasses and a spaceship and a really really big bear but the bear is really really far away.

Phil Elverum raczy nas kolejną EPką. Rekompensując nam to, że ostatnią można było zdobyć tylko wraz z książką, Nobody's Perfect jest całkowicie darmowa, a link do jej ściągnięcia znajdziecie pod tekstem. To już kolejny mini-album, zapowiedzi pełnej płyty jak nie było tak nie ma, a przecież już za chwile minie 3 wiosna od wydania No Flashlight.

Czytaj dalej...

28 listopada 2007

Nadszedł złoty wiek dla psychodelicznego grania. Po Animal Collective i Akron/Family przychodzi czas na Yeasayera, który atakuje debiutem aspirującym do ochowych rejonów. W roku 2007 spadł prawdziwy, muzyczny, kwaśny deszcz.

Przystawke i naostrzenie apetytów miało miejsce już w tamtym roku, wraz z wydaniem singla - 2080, który sprawnie podniósł na nogi niewielką część internetowej społeczności w oczekiwaniu na debiut. Ten ujrzał światło dzienne niedawno, i niespodziewanie przerósł i tak wysokie oczekiwania. To pozytywne zaskoczenie jednak może też dać powody do niedosytu - Yeasayer najprawdopodobniej nie zajmie należnego im miejsca indie-światku. Na tak dobrą płytę nikt nie był przygotowany, nikt nie zwolnił im odpowiedniej ilości miejsca.

Czytaj dalej...

22 listopada 2007

Bon Iver to pseudonim, pod którym ukrywa się Justin Vernon, nieznany ex-członek nieznanego szerzej zespołu DeYarmond Edison. Po nieudanych próbach zrobienia czegoś zauważalnego, wziął gitarę w rękę i wyizolował się muzyczną smutą w wydźwięku 'znowu w życiu mi nie wyszło'. Paradkosalnie, przez ową izolacje i leczenie błędów przeszłości, stworzył coś co godne jest przyszłości na muzycznych listach podsumowań tego roku. Może nie na szczytach, ale skromnie, cicho, gdzieś na wygodnch miejscach...

Czytaj dalej...

14 października 2007

Naprawdę starałem się pokochać Beirut, serio. Widząc jak ta muzyka pochłonia kilku znajomych, którzy potrafili słuchać Gulag Orkestar bez większych przerw po kilka miesięcy, rozdziabiałem paszcze ze zdziwienia. Niektórzy żyli tym albumem, a ja - hmm, spasowałem po trzecim, bodajże, przesłuchaniu. Dla mnie to była mierna, mało konkretna, przeźroczysta wycieczka w klimaty, które i tak mało mnie interesują, no może poza kilkoma filmami Kusturicy. Chociaż i tak już bardziej mi odpowiadają autentyczne folkowe przyśpiewki z Czarny Kot, Biały Kot, niż wysiłki jakiegoś amerykanina, który nawet na Bałkanach nigdy nie był.
Ten rok przynosi nam nowy album Zacha Condona, który tym razem, swoje klimatyczne zapatrywania przeniósł o kilka tysięcy kilometrów na północny-zachód, lądując w kraju ślimakożerców. Gdyby ktoś od razu nie poczaił gdzie jesteśmy (tak jak ja, haha), to tytuły służą za drogowskaz: Nantes, La Banlieu itd. Wspominałem już kiedyś, że nie lubię Francji?
Dla odmiany, The Flying Club Cup zaczyna się wyśmienicie. Po ledwie dwudziestosekundowym intrze, dochodzi nam do uszu kapitalna melodia (zabijcie mnie, nie wiem jakie jest tego źródło, instrument), która ogarnia całe Nantes, i tym samym winduje ten kawałek na największego highlighta płyty.
Cały album podobno został zainspirowany starą, grubo przedwojenną fotografią, pokazującą Pole Marsowe w Paryżu. Fakt, album swoją atmosferą może przypominać starą, zżółkłą fotografię, wyniszczoną przez czas, jednak zachowaną gdzieś w ukryciu przez lata. Condom próbuje przenieść nas do starego Paryża, pełnego kawiarenek i sztuki, Paryża będącego jeszcze kulturalną stolicą świata. Na tym polu sukcesu nie można mu odmówić, ale co z tego, skoro muzycznie nadal kuleje?
Prosty sposób na przekonanie się o tym, że BYŁO wcześniej i lepiej: posłuchajcie scieżki dźwiękowej do Amelii Yanna Tiersena. Tyle w tej sprawie, choć Latający Klub wyzwolił we mnie jakąś ciekawość i chęć kolejnych odsłuchów, i w sumie podoba mi się dużo bardziej niż debiut - to nadal nie to.

12 października 2007

Tak wyszło, że w bardzo krótkim odstępie czasowym płyty wydały dwie tuzy, z trójki wielkich amerykańskich (no, może nie do końca), folkowych songwriterów. Do walki i bezpośredniego pojedynku doszło między Samem Beamem znanym jako Iron & Wine a Davendrą Banhartem. Lider klasyfikacji generalnej, Sufjan Stevens w tej kolejce pauzuje.

Do obu płyt podszedłem bez uprzedzeń, bo obu zawodników cenię. Iron & Wine za magnifique debiut, Banharta za Cripple Crow, którego nawet recenzje możecie znaleźć gdzieś w czeluściach tego bloga. Tak więc sędzia obiektywny w swojej subiektywności, myślę.

Kto zna twórczość Davendry wie, że jego albumy cechuje niebywała nierówność. Choćby nagrał materiał doskonały, i tak byłby przeplatany w najlepszym wypadku średniakami. Kto liczy na jakiś progres w tej sprawie, to niech lepiej przestanie. Ale o tym trochę później, najpierw o treści. Mamy tutaj 16 piosenek, tradycyjnie urzymanych w klimacie latynoskim, do leżenia pod drzewem z wymalowanym na twarzy hasłem "pierdolę, nie robię". Banhart jednocześnie przeszedł sam siebie, jeśli chodzi o rozrzut stylowy materiału, żonglowanie melodiami i klimatem. Są tutaj leniwe ballady, są inspirowane latami pięćdziesiątymi piosenki a'la Elvis (Shabop Shalom). Jest soul w Lover, uważny znajdzie nawet wpływy reagae (The Other Woman). Ciekawie to wygląda chyba tylko na papierze, muzycznie to wielki misz-masz nie trzymający się kupy. Album jest sporo za długi (ponad siedemdziesiąt minut), i w połowie mimowolnie spoglądamy na to, ile jeszcze utworów przed nami. Materiał rozlazł Banhartowi w rękach, i zamiast to jakoś zespolić, wygląda jak taśma przed sensownym montażem. Wywalić z dwadzieścia minut zapychaczy, i mamy bardzo dobrą płytę. Dlaczego się na to nie zdecydował? Wtedy może takie perełki jak na przykład Bad Girl (to łaaaa, boskie!) nie tonęłyby w tonie przeciętności.

Brodaty Beam wie jak to się robi. Spokojniejszy, bardziej stonowany od latynoskiego kolegi konsekwentnie brnie do przodu, i wydaje kolejną, równą, i równie dobrą płytę. Pomimo stylistycznych styków z Banhartem to jednak zupełnie inny biegun. O ile ten pierwszy potrafi wywołać uśmiech swoją ekstrawagancją i sympatycznym dziwactwem, to Sam Baum to bardziej muzyczny introwertyk, kultywujący raczej zachowania typowe dla chociażby takiego Nicka Drake'a. Na kolejnej już płycie daje temu wyraz, wypełniając krążek często melancholijnymi, nostalgicznymi kompozycjami (cały album dostępny na myspace, posłuchajcie ostatniego Flightless Bird, czysta magia). Czujemy spójność materiału, autentyczność (na dobre wyszedł powrótd do Sub Pop) i wszystko pięknie się układa, dając naprawdę dobre wydawnictwo.

Werdykt jest prosty - zwycięstwo należy do Iron & Wine.

06 października 2007

No to czas na recenzje z serii tych istotniejszych. Bowiem gdy gdzieś na przełomie grudnia i stycznia ukaże się tutaj podsumowanie roku 2007, tej płyty na pewno tam nie zabraknie.
Akron/Family to typowe (?), amerykańskie folkowe freaki. Czwórka facetów z długimi włosami i/lub brodami, najprawodpodobniej mieszkającymi razem w jednym, zgruchociałem samochodzie, aczkolwiek to tylko moje domysły. Ich trzecia płyta to bezczelna wycieczka 40 lat wstecz, do samego środka rock'and'rollowego i hippisowego boomu. I choć bezczelna, cholera - niesamowicie udana.
Czym się różnią dzisiejsi bohaterowie od Jensa Lekmana, który niedawno poszedł tą samą drogą? Lekman z każdym kolejnym przesłuchaniem jest coraz nudniejszy (haha!) a Akron/Family wciągający. Jeśli już odnosimy się do najlepszego okresu w historii muzyki, to róbmy to jak najlepiej, co nie?
Objętość tej płyty jest ogromna, praktycznie w każdej płaszczyźnie - multum melodii, motywów, odniesień, form muzycznych. Najlepszym przykładem niech będzie chociażby takie There's So Many Colors, z środka stawki utworów. Zaczyna się mantrowanym tytułem śpiewanym a cappella, wchodzi krótka zabawa gitarą, i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdzki nasz utwór przeradza się w trochę bluesowany, powolny folk. Ale to nie koniec, w połowie czwartej minuty wchodzi gitarowe solo, i zakończenie - "Sun rise, sun set / sun never set and rise, reach" wyśpiewane już dużo głośniej i ostrzej niż otwarcie piosenki. Akron/Family może dawać wykłady jak to zmieścić w ośmiominutowym kawałku 3 różne style, 4 pomysły na piosenkę. Są w tym mistrzami, co udowadniają w każdej dłuższej kompozycji.
Po drugiej stronie są jednak krótkie formy piosenkowe, które już po prostu przechodzą same siebie. Dwuczęściowy Love, Love, Love i Don't Be Afraid, You're Already Dead toczą w mojej głowie zacięty pojedynek o to, co mam teraz nucić. Poczujcie prostotę i zarazem geniusz tych utworów, przejadłe melodie nabierają tu ogromnej siły w zetknięciu z tymi cholernie bezpośrednimi tekstami:

Don't Be Afraid, It's Only Love
Don't Be Afraid, You're Already Dead
Loove Is Simple

Do tego premiera, która miała miejsce 11 września, raczej nieprzypadkowo. Tyle dobra i miłości wypuścić akurat w ten dzień, to nie może być przypadek.
Reszta utworów albo zbzikowana całkowicie, albo dająca po uszach wspaniałością w swojej postocie. Te pierwsze poruszają się w klimatach Animall Colective, i tu mała dygresja. Jak można przesłuchać płytę Animal Collective raz, i stwierdzić, że jest słaba? Coś, co z założenia jest przy pierwszym zetknięciu mało słuchalne? Nie rozumiem, tak też jest to tym samym mała aluzja co do Love Is Simple. Jeśli już zdecydujecie się zaopatrzyć w tą płytę, to nie wystawiajcie oceny po dwóch przesłuchaniach. Ja, aby dostrzec jej piękno potrzebowałem tych przesłuchań sporo więcej.

14 września 2007

Na początku był Chaos. Później powstawały oceany, lądy, rybki, ptaszki, roślinki. Każdy tę historię zna, wnioski: z chaosu mogą wyniknąć naprawdę zacne, i ciekawe zjawiska. Najnowsza płyta Animal Collective jest najlepszym przykładem na to, że ta zasada w muzyce także się sprawdza.

Przepis na Dżem Truskawkowy a'la Panda Bear i Avey Tare:

1. Truskawki. Choć wbrew pozorom, nie są one wcale głównym składnikiem naszego pysznego dżemu. Oprócz tego czerwonego przysmaku, równie dobrze możemy dodać innych, koniecznie kolorowych owoców! Obok siebie możemy zestawić słodkie, jak i kwaśne, takie jak cytryny. Eklektyzm smakowy wskazany.

2. Cukier. Gorzki jam to niesmaczny jam! Ważne są lekkie, oderwane od banału nutki smakowe, które cukier wywołuje. Istna melodia w podniebieniu. Musi stać w opozycji do tych hałaśliwych, kwaśnych podkładów, z truskawek mniej dojrzałych, twardych, jeszcze trochę zielonych, które jednak są fundamentem i tłem końcowego efektu.

3. LSD. Lub marihuana, dla tych bardziej stonowanych, choć i tak szaleńczych smakowych kompozycji. To ten, niestety nielegalny składnik, przenosi cały nasz przysmak na właściwy tor. Tor całkowicie oderwany od rzeczywistości, kolorowy, wesoły, nieodpowiedzialny. Uzyskana psychodeliczność przenosi nas w nowe wymiary odbioru, nasze kubki smakowe buzują ze szczęścia.

Przygotowanie:
Truskawki pokroić bez ładu i składu. Wszerz, wzdłuż, po skosie, tu walnąć młotkiem, robiąć miazge, tam zostawić w całości. Taka, truskawkowa papka będzie naszym podkładem. Następnie dodajemy cukier i LSD. Wkładamy to wszystko do jednego słoika, garnka, whatever. Zamykamy pokrywkę i zaczynamy trząść. Agresywnie, tak żeby wszystko dokładnie się wymieszało, nachodziło na siebie i stworzyło razem nierozerwalne połączenie. Po 5 minutach przestajemy. Oto powstał nasz Strawberry Jam.

Ze zgiełkliwych, niemal niesłuchalnych podkładów po kilkakrotnym przesłuchaniu wyławiamy naprawdę fantastyczne melodie. Słodkich, kwaśnych, krzykliwych i spokojnych wokali nawet nie musimy wyławiać z morza dźwięków, są na miejscu. Psychodeliczne kompozycje, soczyste dźwięki, naprawdę przepyszny Strawberry Jam wyszedł, choć nie kupicie go w zwykłym spożywczaku.

22 sierpnia 2007

Wyobraźcie sobie folkowe The White Stripes. Wyobraźcie sobie ich gdzieś pomiędzy drzewami, w spokojnej atmosferze, otoczonych harmonią. Wyobraźcie sobie The White Stripes grających dobrą muzykę, z perkusją, która nie dudni w jednym rytmie, tylko ładnie współgra z wokalem. Taki jest właśnie duet Nina Nastasia & Jim White, i w sumie z Paskami łaczy ich tylko dwuosobowy skład i nazwisko na W, ale jakiś punkt odniesienia trzeba mieć, co nie?
Ta płyta to dziecko, powstałe na skutek muzycznego małżeństwa dwójki muzyków: amerykańskiej pieśniarki Niny Nastasii (która, szczerze mówiąc samotnie też dawała radę) i perkusisty austarlijczyków z Dirty Three, Jima White'a. Dziecko wyjątkowo ładne, niebieskookie, okaz zdrowia i nie robiące śmierdzącej kupy.
Sprawa jest prosta, Nina bierze pod rękę gitarę, oraz operuje swoim pięknym, spokojnym głosem a Jim jej do tego perkusją przygrywa. Współpraca między duetem wygląda wzorowo - uzupełniają się w każdym detalu. Jim wie kiedy zwolnić, żeby żona mogła rozciągnąć swoją partie, wie kiedy porządnie walnąć w bęben, przyśpieszyć. Wszystko chodzi jak w zegarku, żony nie boli głowa, mąż wraca do domu na czas i zawsze jest trzeźwy.
Jest to na swój sposób album koncepcyjny. Głównym szkieletem tekstowym są dialogi między partnerami życiowymi, wzloty i upadki. Miłość i tak dalej, którą czuć gdzieś w powietrzu. Przedostatni utwór, How Will You Love Me może się wydać niektórym mocno rozczulający w odpowiednich warunkach ;) Poza tym zdecydowanym highlightem albumu jest Late Night, który polecam przesłuchać na myspace (ten odtwarzacz trochę niżej od standardowego, można się nasłuchać całej płytki). Ciepłe folkowe bułeczki, jak dla mnie dobra rozgrzewka przed nowym Iron & Wine. Polecam! ;)

12 lipca 2007

Ostatnio sporo na blogu o młodych songwriterach, nic dziwnego, jakoś przyjemnie mi się z taką spokojną muzyką obcuje. Do Tillmana i Silbermana dołącza właśnie Benoit Pioulard. Nie dajcie się zwieść francuskiemu pseudonimowi, tak naprawdę ten dwudziesto dwu latek pochodzi z Michigan, a nazywa się Thomas Meluch. Multinstrumentalista, bard, pisarz i fotograf. Dusza bardzo kreatywna, o wyraźnym, artystycznym zmyśle.
Précis to jego pierwszym wydany oficjalnie album. Wcześniej sam produkował swoje nagrania, do obiegu w kręgu przyjaciół i rodziny, nawet nie wiem czy można to jakoś zdobyć. Tak więc, udało mu się zdobyć kontrakt z wytwórnią, i na tym krążku zawarł swoją dotychczasową twórczość.
Meluch tym się różni od wspomnianych wcześniej Tillmana i Silbermana, że nie oszczędza w formie. Dźwięków jest dużo, a instrumentarium nie ogranicza się do jednej, akustycznej gitary. Budowane, nakładające się na siebie szarpnięcia gitar, elektroniki czy innych niezidentyfikowanych narzędzi tworzy wrażenie małych ścian dźwięków. Songwriter operujący shoegaze'owymi wynalzkami? A to ci dopiero! Wychodzi mu to bardzo dobrze, jest bogato, magicznie i ciekawie. Dodajmy do tego interesujący wokal, troche szepczący, czasami mało wyraźny, wręcz rozmyty... ślicznie. To jest wręcz songwriting eksperymentalny! Melodie wyrwane z kontekstu, niebanalne, przedstawiające nieznane nam do tej pory muzyczne pejzaże - aż dziw, że ten album ominął większość podsumowań roku 2006. Jedna z mocniejszych pozycji (lepsze określnie - ładniejszych).

Ps. Myspace.

06 lipca 2007

Ostatnimi czasy lubię bawić się w odkrywcę. Odkrywce muzyki, mało znanych zespołów, artystów, takich, którzy unikają kolorowych magazynów i wielkich studiów nagraniowych, a swój byt ograniczają do skromnej strony internetowej, profilu na myspace i małych wpisów na blogach muzycznych, takich jak ten. I tak jakoś wyszło, że na przykład zamiast słuchać nowego Interpola, zachwycam się jednoosobowym projektem Petera Silbermana - The Antlers. Ten chłopak (tylko dwadzieścia jeden lat!), mimo młodego wieku nagrał już pięć płyt, w tym dwie w ramach The Antlers. Zajmijmy się jednak jego nowym dzieckiem - In The Attic Of The Universe. Jest to właściwie bardziej EPka niż pełny album, pół godziny grania w stylu, który mieści się tak gdzieś między Sufjanem Stevensem a Jeffem Mangumem. Peter doskonale posługuje się gitarą akustyczną, pianinem czy nawet własnymi rękoma (rytm klaskany). Jednak największą jego zaletą i darem jest fantastyczny falset, który wykorzystuje wspaniale.
Co do samego albumu, nie sposób doczepić się do kwestii technicznych. Wyprodukowany jest naprawde mizernie, niedociągnięcia w brzmieniu są wyraźne, wrażliwy słuch to wyłapie i będzie narzekał. Ale na to można przymknąć oko, jeszcze przy okazji dodamy fajnie wyglądającą szufladkę lo-fi ;)
I najważniejsze! Album ten można ściągnąć całkowicie legalnie i za darmo ze strony artysty. Naprawdę warto, jeśli macie wątpliwości - posłuchajcie tutaj On The Roof, ewentualnie tego ostatniego utworu.
Całe EP dostępne tutaj.

30 czerwca 2007

Oto J. Tillman, człowiek z którego muzyką witałem pierwsze dni wakacji. Uwielbiam te nocne życie, kiedy chodzę spać z słuchawkami na uszach, gdy za oknem jest już jasno, a wstaje o 12 rano. Jestem z tych, którym noc dodaje siły, lepiej mi się myśli, gdy na zegarku widzę godzine jednocyfrową - więcej pomysłów itd. Do takich osób pewnie należy również J. Tillman, ale tego już mogę się jedynie domyślać.
Jego "kariera" rozgrywa się dosyć szybko - minęły dopiero dwa lata od podpisania kontraktu z wytwórnią KEEP Recordings, a ma już na koncie cztery długogrające albumy. Nie, nie jest w naszym kraju znany - najprawdopodobniej nigdy nie będze, i właśnie dlatego warto zatrzymać się nad jego muzyką trochę. Jest to typowy akustyczny, folkowy bard - bardzo przypominający w tym opisywanego kiedyś Ola Podrida (btw, ta płyta dla mnie okazała się hitem, do teraz słucham często i gęsto), jednak różniący się od niego nieco bardziej ascetyczną, surową formą. Tillman prawie szepcze do mikrofonu, jakby śpiewał nam do ucha. Wystarczy chwila, by padło niechybne porównianie - Nick Drake! Tak - to jest ten styl, może bardziej ubogo instrumentalnie, lecz wokalnie - na pewno. Minimalizm, oszczędność formy w twórczości Tillmana jest spora i nie ukrywana, jeśli ktoś oczekuje od tej muzyki fajerwerków to się zawiedzie. Kompozycje są powolne, cierpliwe, ktoś powie monotonne, ale to chyba dla tych, którzy nie wychylają ucha poza granicę rocka.

Ps. W pewnym utworze jest w refrenie dźwięk, który brzmi identycznie, co mój dzwonek do drzwi. Za każdym razem zrywam się z siedzenia.
Pss. Posłuchacie tutaj.

06 maja 2007

David Wingo to raczej mniej niż średnio znany kompozytor filmowy. Jego muzyka pojawia się w filmach Davida Gordona Greena (Undertow, All the Real Girls, George Washington), czyli produkcjach w Polsce niezbyt popularnych. Wingo zaangażowany w kolejne filmy nie miał czasu spełnić swoich ambicji - nagrać własny, songwriterski album. Po długich przygotowaniach, kompozytorowi - niedoszłemu bardowi, udało się to. Fiuuu, i tak powstał self-titled Ola Podrida.
Album to typowo indie-folkowy, ogólnie przy pierwszym zetknięciu wygląda to wszystko na bardzo typowe. Jednak przy każdym kolejnym przesłuchaniu muzyka nabiera kolorów, teksty nabierają ilustracji, widać filmowe korzenie. Kreowaniu rozdmuchanych historii sprzyja głos Davida. Jest bardzo... kołysankowy? Na pewno nie jest to głos typu przepitego, postarzałego faceta po czterdziestce. Wingo oprócz własnych strun głosowych ma do dyspozycji najczęściej gitarę akustyczną, lub fortepian.
Tak więc płytę wypełniają prawie w całości ballady (A Clouded View - ktoś szlocha? ;)) czy typowe piosenki o miłości i jej utracie (Jordanna), które aż proszą się o popicie alkoholem (oczywiście w samotności). Jedyny powiew żywszej energii to chyba tylko utwór numer osiem - Lost and Found.
Co do muzycznych podobieństw, to mógłbym wymienić Iron and Wine, Red House Painters i może te spokojniejsze kawałki Sufjana Stevensa.
Muzyka Ola Podrida jest jak zjawiskowy ptak, do którego, jeśli podejdziesz cicho i spokojnie - nie ucieknie, a Ty będziesz mógł go podziwiać.

Tutaj macie profil OP na MySpace, czekają chyba cztery utwory - smacznego.

09 kwietnia 2007

Na listę najlepiej ocenianych płyt roku 2007 przebojem wdarło nagranie Neila Younga z Massey z roku 1971, w obecnym wydane. Coś w tym jest, że materiał zarejestrowany 36 lat temu wygrywa jak narazie ze wszystkim, co powstało w tym roku. Oto kolejny znakomity argument dla tych, którzy uważają, że na przełomie lat 60 i 70 trawa była zieleńsza, a muzyka muzycz... lepsza.

Czytaj dalej...

27 marca 2007

Wydał cztery kompletne albumy, a przy jego nazwisku ciągle wisi etykieta "przyszłość amerykańskiego folku". Taki bard w Stanach to nie ma łatwego życia. Skoro talentem jest się nadal z pięcioletnim stażem, to żeby zyskać miano spełnionego i doświadczonego, to nagrać 50 płyt musi lekko.
Włączam tę płytę, zamykam oczy i widzę amerykę łacińską, jakąś wioske, czas sjesty. Podstarzały mulat z brakami w uzębieniu gra na gitarze spokojne, rozmarzone ballady. Wokół dzieci biegają za udomowionymi zwierzętami, a ludzie leżą w hamakach, patrzą w niebo lub śpią. Ta płyta zabiera nas wprost do takiej wioski, i choć nigdy nie byłem w Peru czy Boliwii (najdalej Francja, haha) to mogę się założyć, że tak tam wygląda popołudnie na wsi.
Zapędy w strone dalszych południowych sąsiadów nie są tutaj zaskoczeniem. Korzenie Banharta sięgają głęboko Wenezueli, gdzie z resztą jako dziecko mieszkał.
Pierwsze skojarzenie gdy usłyszałem Cripple Crow to Sun King Beatlesów. Typ to bardzo trafiony, bowiem motywy i wariacje na temat Lennona i jego bandy pojawiają się tu często. Raz, spójrzcie chociażby na okładkę - nie przypomina Wam czegoś? Jak nic - taka biedniejsza wersja Sierżanta Pieprza. Dwa, nawiązania tekstowe są tu nierzadkie - ba, nawet jedna piosenka nazywa się... (tutaj zaskoczenie) The Beatles. No i trzy - Devendra ze swoim stylem wstrzela się wprost do końcówki lat sześćdziesiątych, opanowanych przez Żuczków. Dzieci Kwiaty, pokój, marihuana.
Długość materiału jednak nie pozwala na to, by nazwać go równym. 22 piosenki, w tym genialne, świetne, średnie i nudne. To też jest chyba największym minusem albumu - najlepsze piosenki przeplatane są tymi słabszymi. Dobrym rozwiązaniem jest ułożenie sobie własnego seta, w którym pozbędziemy się przeciętniaków.
Atmosfera wytwarzana na płycie jest ciepła i leniwa. Ballady z świetnymi tekstami (no, przynajmniej ich angielska część) potrafią zauroczyć. Ideał dla lubiących spokojny, choć dziwny folk.

15 marca 2007

Długo szukałem czegoś, co stylem przypominać mi będzie znakomity In The Aeroplane Over The Sea NMH. Takim sposobem sprawdziłem Davendre Banhart, The Gerbils czy Eels, lecz wszystkie te zespoły kwitowałem krótkim "ehh, to nie to", wracając szybko do osławionej płyty. W końcu trafiłem na Castaways And Cutouts The Decemberists - o to chodziło. Już myślałem, że to powiązanie jest jakieś niezbyt zaawansowane, skoro do tej pory na nie nigdzie nie trafiłem - a tu wszyscy przy okazji tej płyty piszą o naśladowaniu Neutral Milk Hotel. Ehh.
Owego naśladowania nie zauważyć nie sposób. Powiedziałbym nawet, że sam nie jestem pewny, czy pewna granica inspiracji nie została przekroczona. Ta płyta wygląda jak ciągła kontynuuacja osiągnięć Jeffa Manguma - nieudolna jak dla mnie, ale tym później.
Grupa pochodzi z Portland, powstała wokół Colina Meloya, który jest niewątpliwym liderem formacji. Oszałamiającej historii to oni nie mają, wszystko potoczyło się szybko - EP 5 Songs z sześcioma piosenkami (haha), podpisanie kontraktu i debiut opisywaną właśnie płytą. Jeśli ktoś nie czytał recenzji Neutral Milk Hotel, nakreślić trzeba styl muzyki jaką grają. Jest to neofolk z akustykiem na czele, którego czasem wspomagają fortepian czy skrzypce. Prawdziwym autem zespołu jest jednak recytujący wokal i niesamowite teksty. Meloy w songwriterskim fachu sprawdził się znakomicie, tworząc warstwe tekstową, która jest znacznie ciekawsza od muzycznej. Zgodnie z nazwą, piosenki na płycie to historie ludzi, którzy często nie kłamiąc mogą powiedzieć "znowu w życiu mi nie wyszło". O życiowych rozbitkach wyrzutkach, którzy nigdy nie zrealizowali swoich marzeń.
Nie jest to jednak coś, co mogłoby chociaż powalczyć o moje Top 5 (niezbyt licznego) gatunku. Zbyt banalnie, i zbyt wtórze.
Nie chciałbym Was zniechęcać do tej płyty tylko dlatego, że na mnie nie działa zbyt mocno. Ja nadal zapatrzony jestem na cudo, które spłodził Jeff Mangum, i chyba niebardzo chce przyjąć coś, co mocno nim inspirowane - lecz nie dosięgające poziomowi pierwowzoru. A, i nie dotyczy to całej płyty - trzy ostatnie utwory są naprawdę dobre. Bardzo dobre, nawet potrafią mnie wprawić w dziwny, nastrój zniechęcenia, na plus bardzo.

09 lutego 2007

Są zespoły, do których przekonać mnie nie sposób, irytują mnie każdą piosenką, a twórczości owych strawić nie mogę. Jednym z takich zespołów nie jest Neutral Milk Hotel, ale każdą recenzje trzeba jakoś zacząć ;)

O Lo-Fi można sporo powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest to (pod)gatunek popularny. Jednak druga płyta niszowego (jeszcze wtedy? nadal?) NMH - In The Aeroplane Over The Sea zdobyła niebywały rozgłos (niestety nie w Polsce) i sprzedała się w ilości 100.000 kopii. Coś w tym musi być, prawda? Sprawdziłem.

Czytaj dalej...