20 kwietnia 2008

Kyte, gdy tylko zaznaczyło swoją obecność na muzycznym rynku od razu porównano do Sigur Rós. Porównanie do Sigur Rós ostatnio brzmi jak zapowiedź tragedii. Tragedią było wydanie rok temu albumu Amiinii, czyli ziomków Sigurów z Islandii (porównywania wtedy były nawet głośniejsze), którzy wydali jedną z nudnejszych płyt 2007 roku. Tragedią jest też to, że każda nowa post-rockowa kapela z północy Europy *musi* mieć w sobie cząstkę Sigur Rós, inspirować się nimi lub cokolwiek. Musi.
Tak też do albumu o minimalistycznej (każdy zespół inspirujący się Islandią musi mieć taką) okładce podszedłem z niejaką trwogą. Okazało się, że jednak niesłusznie.

Czytaj dalej...

05 lutego 2008

Mietall Waluś jest postacią niemal pomnikową. Na środku dużego miasta, Krakowa może, albo tych przeklętych Mysłowic, powinien stanąć pomnik tego człowieka i straszyć, ostrzegać: 'Artysto! I Ty możesz się tak stoczyć!'. Bowiem Mietall ma to do siebie, że jest podręcznikowym przykładem kogoś, kto swego czasu podbić mógł świat, a aktualnie podbija Pcim Dolny.

Czytaj dalej...

27 stycznia 2008

Czuję się trochę odpowiedzialny za to rozsianie świadomości istnienia takiego zespołu jak The Teenagers, tak też, gdy wydali już debiutacki krążek, wypadałoby napisać jak im to poszło. Tak jak pół roku temu pod moim wpisem, tak i teraz w całym internecie nawiązała się niezła polemika między zwolennikami i przeciwnikami zespołu.

Czytaj dalej...

17 stycznia 2008

Do płyt Xiu Xiu powinno dodawać się instrukcję, ile razy trzeba owy krążek przesłuchać, zanim zdecyduje sie go źle ocenić. Woman As Lovers zmian nie przynosi, nadal panują porozrzucane, chaotyczne dźwięki niewiadomego pochodzenia, które z początku zdają się być bezsensownym łomoto-grzechoceniem. Ale tylko z początku, później narasta zaintrygowanie, i w końcu za tym czwartym-piątym razem orientujemy się, że to jest przeuroczy avant-pop.

Czytaj dalej...

15 listopada 2007

Sigur Rós po dwóch latach milczenia, zbywa fanów z nadzieją oczekujących nowego albumu, kompilacją. Kompilacją, którą każdy bardziej zaanagażowany fan mógł sobie sam sklecić w domu przed monitorem. A za sam ładny art-work cena 70 złotych jest raczej wygórowana.

Czytaj dalej...

13 listopada 2007

Odkrywanie czegoś nowego, eksplorowanie świeżych, nieznanych nam dotąd płaszczyzn zawsze idzie w parze z ekscytacją zjawiskiem, często dziecięcą wręcz podnietą podmiotu. Badanie tego, co jeszcze jest czyste, nieskażone wzrokiem mas ludzi - po prostu przynosi nam radość. Tak właśnie sprawa ma się z albumem Untrue nieznanego dotąd szerzej Buriala.

Czytaj dalej...

01 listopada 2007

Co się stało, że dopiero teraz piszę o tej płycie? Wielkie emocje związane z jej wydaniem już powoli opadają, i skupiają się bardziej na stanie zdrowia artystki. Od początku jakoś przyjmowałem ten album z lekkim niezrozumieniem tego wielkiego halo, więc postanowiłem to przeczekać, tym bardziej, że żadnej jaskrawej opinii na jego temat nie posiadałem. Lecz czas ukrócić to milczenie, bo albumu aspirującego do miana popowej płyty roku nie wypada ignorować.
Roisin skończyła współpracę z Matthew Herbertem, która dała całkiem smaczne owoce dwa lata temu w postaci jazzująco-kojącego Ruby Blue. Tym razem za ex-wokalistką Moloko stoi większe grono dzwiękotwórców, na czele z Andym Cato i Seijm. Efekt? Roisin wtargnęła w strefy wpływów Kylie i Madonny, w sam środek parkietu, dokładnie pod krzyształową kulę.
Na początku zawładnął mnie jeden z singli, otwieracz i utwór tytułowy jednocześnie - Overpowered. Kwaśno-house'owy klimat, świetny bit i reeefren... głos Roisin gdy wyśpiewuje 'As science struggles on to try to explain / Oxytoxins flowing ever into my brain' sprawia, że trace wszystkie aktualne wątki myślowe. Reszte traktowałem ozięble, jako coś co jest 'kilka numerów' po Overpowered. Nie rusza mnie przesłodzony Movie Star, nie ruszają zbytnio trzy poprzedzające ten utwór piosenki - smaczków producenckich i głosu Rosin, który przybiera nadprzyrodzone formy, nie można im odmówić - nie jest to jednak na tyle oryginalne, żebym się zatracił. Inaczej sprawa ma się w Primitive, Footprints i Dear Miami - przesmaczne syntezatorki, potężne bity i zawiadacki charakter, czego trzeba więcej? Klaskany rytm w Footprints zrywa mnie z krzesła, uplifting kolejnych melodii zabójczy - spróbujcie się zdołować przy tym albumie.
Warte zaznaczenia, że cały materiał tutaj ma ogromny potencjał koncertowy, co łatwo sprawdzić na Youtubie. Tym bardziej zazdroszczę tym, którzy będą na jej koncercie w Warszawie (?), gdy już się wykuruje. BTW, nieźle pieprznęła w to krzesło, co nie?
Nie lubię robić podumowań, więc sami dojdzie do tego, że wg. mnie album tak jak w połowie doskonały, tak też nierówny.

08 października 2007

To już chyba standard, że od Ulvera z każdą kolejną płytą oczekuje się zwrotu obranego muzycznego kierunku o 180 stopni. Zaczynali od black-metalu, przechodząc przez folk i elektronikę (!). Nikt by się nie zdziwił, gdyby na Shadows of the Sun norwegowie z pierwszym numerem zaatakowaliby nas dancowym beatem i roztańczonym klimatem. Albo gdyby zaczeli grać szanty. Albo gdyby przeszli operacje zmiany płci, i koncertowali jako radosny girlsband... no dobra, zagalopowałem się.
O dziwo, żadne cuda się nie dzieją, i grupa chyba powoli się statkuje, konsekwentnie względnie niewiele (jak na Ulver) zmieniając ze stylistyki Blood Inside. Nadal mamy tu posępną, oniryczną elektornikę, jakieś zbłąkane instrumenty, i przepięknie odnajdujący się w tym wszystkim wokal Garma.
Ale to nie środki są najważniejsze, tylko końcowy efekt. Mamy tu niewyobrażalnie gęsty, ciężki, melancholijny klimat. Jakiś apokaliptyczny pierwiastek zawieszony jest w tej muzyce, i czymkolwiek są tytułowe Cienie Słońca, nie jestem pewien co do ich sympatyczności. A może to dlatego, że jest już baardzo ciemno, i jestem tu sam? No, podsumowując, faktem jest, że Shadows Of The Sun nie nastraja jakoś wyjątkowo optymistycznie, tak jak też nie wypełnia radością mego serca. Raczej sprawia, że rozglądam się na boki niepewnie.
I choć brzmi to nieciekawie, jest to niebywały plus tego krążka. Zdolność wywołania takiego klimatu w głowie odbiorcy to wyjatkowa sztuka. Ale żeby nie było zbyt miło - mimo tego, że album buduje tą nostalgiczną atmosferę, czegoś zdecydowanie mu brakuje. Jest jak wspaniała foremka, której nikt nie wypełnił piaskiem. Zarys, kontury dźwiękowe są, niepowtarzalny, nocny klimat też, jednak jakby trochę treści brakowało. Gdyby wykorzystali cały potencjał drzemiący w tych utworach, teraz mogliby spać spokojnie, czekając na zasypanie laurami. Może lepiej, że stało się jak się stało, i wydali album tylko dobry, co by im się w głowach nie pomieszało od dobrobytu. Niekażdy nagrywa wspaniałe albumy jeden za drugim, do tego ma własną wytwórnie i respect na mieście. Czekamy na więcej.

19 września 2007

Jak mało tego życia, żeby żyć, a co dopiero pisać, ale jakoś zaradzim. Mimo, że gubię się w zeznaniach, i przymiotniki, które szykowałem na nową płytę Mum mieszają mi się z cechami literatury baroku, nie odmówię sobie tej przyjemności, by wytknąć islandczykom kolejną świetną pozycje w dyskografii.
Nie będę zgrywał cwaniaka, z Mum to tylko debiut i coś z Finally We Are No One ogarnąłem, tak też mogą mi być obce niektóre drogi, które artyści przetarli może już dawno, a ja się obudzę dopiero teraz. Pierwsze co rzuciło się w uszy - zmieniony całkowity wydźwięk płyty. O ile Yesterday Was Dramatic... mogło przyprawić o stany poddepresyjne, to najnowsze dziecko islandczyków tryska optymizmem z każdej strony. Wszystko się do nas uśmiecha, tętni radosnym, żywym rytmem. Pani zima nadchodzi! Oczywiście forma pozostała bez większych zmian, czyli firmowe, zimne smyczki, stuki, dzwoneczki, delikatna elektronika. Wszystko razem daje wrażenie unoszenia się w eterze, w iskrzącym, zimnym powietrzu, gdzieś na odludziu, gdzie spowija nas wielka, nieograniczona masa śniegu. Zaiste magiczny efekt, poza tym nie ma co ukrywać: ogół twórczości Mum ma w sobie sporo z bajkowości, magii, i to, czy zostaniemy pochłonięci tą muzyka, zależy od tego, jak w ten klimat się wczuwamy.
Więcej mamy również wokali, bardziej chórkowych niż solowych, jednak niesamowicie harmonijnych i melodyjnych. Dzięki temu album jako całość staje się bardziej przystępny. Oprócz wycieczek czysto elektronicznych, nie brakuje ciepło brzmiących standardowych instrumentów: chociażby początek School Song Misfortune, który brzmi trochę jakby Tiersenowsko.
Mum kolejny raz zasłużyli na mocną czwórkę, może nawet z plusem. Najważniejsze, że gdy słucham Go Go Smear the Poison Ivy, boję się spojrzeć za okno, z obawą, że może już tam leżeć śnieg. I tu obiawia się cała moc albumu. Brrr.

20 czerwca 2007

Dragonette to półkanadayjski - półbrytyjski elektropopowy zespół, powstały gdzieś tam w roku 2005. Drzewo genealogiczne członków zespołu jest zawiłe i złożone, otóż człon grupy tworzy Martina Sorbara, kanadyjska songwiterka (ktoś kojarzy, The Cure for Bad Deeds?) i jej córka, Dan Kurtz. Ojciec Martiny i dziadek Dan za to jest wysoko postawionym w Kanadzie politykiem. Reszta składu to anglicy - Joel Stouffer i Will Stapleton.
Tyle z spraw personalnych Dragonette, zajmijmy się muzyką. Galore zawiera jedenaście mocno elektropopujących utwórów, gdzie plakietka pop nie została przyczepiona za darmo. Ten album został stworzony chyba jako ścieżka dźwiękowa dla gorących spacerów po plaży, zabaw tych spod znaku najbardziej upojonych, dyskotek, tanecznych nieprzespanych nocy. Otrzeźwia i budzi do życia lepiej niż Powerade i Redbull razem wzięci. Wystarczy posłuchać pierwszego singla - I Get Around (disign progilu majspejsa też może wiele powiedzieć :D), by się przekonać o magicznych, wprawiających w tańeczny ruch właściwościach tej płyty. I wyobraźcie sobie, że cały album jest utrzymany w równie dyskotekowym klimacie. Aj, bardzo bym chciał, żeby w radio leciał taki pop, może bym je od czasu do czasu włączył ;)

30 maja 2007

O płycie tej dowiedziałem się bardzo późno, bo tylko miesiąc przed premierą. To chyba dobrze, oszczędziłem sobie kilka tygodni niecierpliwości. Po miesiącu krążek ujrzał światło dzienne, a wszyscy zaczęli go wychwalać, szczególnie - Nosowska. Rzadko się zdarza, by artysta sam o swojej płycie wypowidał się tak dobrze, Kasia przy każdym wywiadzie ekscytuje się Unisexbleus bardzo. Przy pewnym pytaniu, obawia się, że jest sama w tej swojej euforii - nie trzeba, przynajmniej jednego zwolennika już ma.
To był dobry pretekst do przypomnienia sobie wcześniejszych muzycznych dzieci Nosowskiej. Muszę od razu się przyznać do dużej, nieskrywanej sympatii do niej. Znam wszystkie albumy Heya, łączy mnie z nimi niebywały sentyment, i cenie sobie bardzo - choć to chyba odważne wyznanie, znając niektórych czytelników. Uwielbiam tę dekadencje i kobiecość w jej głosie i tekstach. Urzeka(ło) mnie to ogromnie, i stawia ją w jednej linii z Świetlickim, w moich oczach jej męskim odpowiednikiem. Wspaniałe artystyczne małżeństwo by to było, nie uważacie? Przy okazji, Nosowska kiedyś mocno przyłożyła ręki do jednej z płyt Świetlików - Złych Misi. Duet Kasia-Marcin jest naprawdę świetny, polecam posłuchać.
O solowych dokonaniach już nie mam tak dużo do powiedzenia. Znam tylko Sushi, które nomen-omen nie przypadły mi do gustu. Zimne, ultra-elektroniczne kreacje Nosowskiej były dla mnie kompletnie nietrafione. Całkowicie do niej nie pasujące, bo co to ma być - ciepła, romantyczna Pani w jakimś technicznym, syntezatorskim trzaskaniu, zgroza. Od premiery Sushi minęło aż siedem lat, więc powtórki z rozrywki raczej nie powinienem się obawiać.
Podstawowym ruchem, i punktem wyjścia do oceniania zmian, jest wymiana producenta płyty. Dotychczasowy opiekun solówek Nosowskiej - Andrzej Smolik został zastąpiony Marcinem Macukiem z Pogodno. Zmianę widać na pierwszy rzut ucha - pozbyto się wszechbędącej elektroniki, zastępując ją żywymi instrumentami. Oczywiście jest - lecz w bardziej skondensowanej formie, mniej i delikatniej. Za to dużo tutaj chociażby gitary akustycznej. Nie znaczy to równocześnie, że artystka poszła w stronę nostalgiczego smęcenia - wręcz przeciwnie. Singlowy Era Retuszera, czy chociażby Poli Dno przesuwa nas na siedząco. Mocno popowy materiał, wpadający w ucho, drapieżny.
Przyjrzyjmy się na przykład drugiemu utworowi - Grand Prix. Z zasady nie lubię piosenek z takim końskim rytmem: klask-trzask-blabla, jednak to mantrowane w refrenie "gotujmy, gotujmy się" chodzi za mną jak cholera. I tak jest z większośćią płyty, żeby zobrazować jej nośność, piosenkowość: gdy wychodzę z domu bez odtwarzacza, natychmiast w głowie pojawia się albo wspomniane "gotujmy, gotujmy się", główny motyw z Metempsycho czy refren z openera. No i tak chodzę i nucę, bez przerwy.
I jeśli nawet to nie przekona jakiegoś smutasa, to jest na tym albumie utwór, który musi w sobie rozkochać każdego, albo przynajmniej wywołać na twarzy uśmiech. W Metempsycho Kasia śpiewa, a raczej melorycytuje tekst głosem dziecka. Bez żadnych syntezatorów, naturalnie - przeurocze to jest, naprawdę.
Typowej, nosowskiej melancholii również nie brakuje, chociażby warto zwrócić uwagę na utwór tytułowy, w którym usłyszeć możemy również zaproszonego Stanisława Sojke. Coraz dłuższy się ten tekst robi, wypadałoby zamykać. O czym tu jeszcze? No tak, jeden z najważniejszych aspektów płyty - teksty. Warstwa liryczna Unisexblues jest fantastyczna - czyli Kaśka... wyrabia normę. Wszystkie teksty, oprócz Karatetyki i My Faith Is Stronger Then The Hills, są jej autorstwa. Cieżko przytoczyć jakiś dłuższy fragment, każdy liryk ociera się o poezję (?).

"A kiedy zaniknie, jak mięsień zanika
Korzonek, którym w pozór tak wrosłam
I znaki rozpoznam iluzji - szczególne, to
Runę w szaleństwo, w stuporze zastygnę
Gdy wyda się, że wydaje się to wszystko..."


Absolutnie polecam, Kasia pokazała kto tu rządzi. Najlepsza polska wokalistka wydała najlepszą polską płytę roku. Przynajmniej na razie nikt jej do szyji nie dosięga.

08 maja 2007

Björk mnie nieźle oszukała. Volte zapowiadała jako powrót do korzeni - skoczność, przebojowość, przystępność jak z czasów Post. Współpraca z Timbalandem, producetem - hiphopową szychą. Do tego singiel - bardzo nośny, rytmiczny Earth Intruders, który dosłownie porwał mnie za pierwszym przesłuchaniem. Wszystko wskazywało na zwrot artystki o 180 stopnii, a tu psikus - Volta ma prawie taki sam awangardowy posmak jak Medulla. Myślę, że nie jestem sam w tych odczuciach. I właściwie - żeby do razu zaznaczyć - odetchnąłem z ulgą. Wcale nie chciałem przebojowej Björk, ascetyczne, humanistyczne wcielenie Islandki szalenie mi się podobało, co z resztą potwierdza recenzja dodana w marcu.
Tak samo jak w przypadku Medulli, przez nową płytę przedrzeć się nie było łatwo. W całości przesłuchałem dopiero za trzecim razem, oczywiście bez obaw, to musiało się zakończyć zachwytem. Nawet jeśli nie ogółem krążka, to pojedyńczymi utworami; z Björk jest tak zawsze.
Pomimo tych podobieństw w odbiorze, Volta różni się sporo od poprzedniczki. Duży nacisk położono tu na rytm, w większości piosenek możemy usłyszeć wyraźny kręgosłup dla partii wokalnych. Zgadzałoby się to z wizjami artystki, ostatnio czytałem w jakimś wywiadzie, że muzyka jest dla niej jak algebra (chociaż jak dla mnie, bardzo niefartowne porównanie).
Usłyszeć możemy również mocny ukłon w stronę etnicznej muzyki. W instrumentarium znalazły się takie cuda jak kora (21-strunowy instrument będącym połączeniem harfy i lutni) czy pipa, chińska lutnia. Zaproszono do współpracy 10-osobową islandzką sekcję dętą, która w niektórych momentach daje z siebie mocną porcję patetyczności. Niezbyt fajnie, ale da się przeżyć. Same egzotyczne instrumenty używane są z róznym skutkiem, raz pasują, niekiedy niesamowicie drażnią.
Tak jest przy otwierającym, wspomnianym już Earth Intruders. Po pięciu minutach, żywiołowa, świetna piosenka zamienia się w kilkudziesięcio sekundowe dudnienia. Okropnie to niepasujące, i wybijające z rytmu, no proszę - wyciąć. Utwór ten zainspirowany był koszmarem Björk, jednocześnie koszmarem dla Indonezji - tsunami. Jest to wizja fali stworzonej przez ludzi zalewającej Biały Dom. Nie jest to jedyny na tej płycie komentarz do sytuacji na świecie, jednak nikogo chyba to nie obchodzi, po co opisywać, skoro można posłuchać.
Opozycją do spontaniczności Timbalanda, miało być zaproszenie Antonego Hegarty, lidera grupy Antony & The Johnsons. Był to, moim zdaniem, strzał w dziesiątke. Antony cechuje się bardzo charakterystycznym, wibrującym i dramatycznym (nieraz aż przesadzonym) wokalem. Do Björk pasuje idealnie, najlepiej słuchać to w The Dull Flame of Desire, ponad siedmio minutowym utworze, opartym na koncepcji dialogu między wykonawcami. Zachwycił mnie najbardziej z całego albumu, jest prze-prze. Antony pojawia się również pod koniec - My Juvenile, chociaż tam nie jest już tak zjawiskowo. Jeżeli zaangażowanie Timbalada w projekt było dobrym pomysłem, to Antonego - genialnym.
Niestety, album ma też słabsze punkty - co gorsza, całkiem rozciągniete. I takie See Who You Are jest strasznie monotonne, jakby bez pomysłu. Podobnie Vertebrae by Vertebrae i kolejne Pneumonia, mimo, że bardzo w klimatach Medelluy, nie trafione i po prostu - nudne. Na szczęście budzimy się przy Declare Independence, który jest ostrym kopem wymierzonym przez naszą Bjorkównę. Agresywne, niemal industralne dźwięki atakują nasze uszy - a my szeroko się uśmiechamy. No kurde, ona to się potrafi wszędzie odnaleźć, nawet jako punkówa by sporo zwojowała ;) Czołówka.
Byłby to album znakomity. Byłby, gdyby nie ten środek nieszczęsny, kiedy można zapomnieć, że w ogóle czegoś słuchamy. Wlatuje mi to jednym uchem, wylatuje drugim. Volta jest dobra. Sami wiecie najlepiej, czy aż dobra, czy tylko dobra.

23 kwietnia 2007

Podstawowym grzechem takiego prawie_recenzenta jak ja, jest poddawanie się hajpom najróżniejszych serwisów. Zjawisko to raczej niepożądane i niemal kompromitujące, aczkolwiek nieraz ciężko z tym walczyć. Te szuje zawsze szybciej piszą, i nic nowego bez zarzutów, mniej lub bardziej trafnych, napisać nie sposób. Doskonałym, aktualnym przykładem takiego wszechobecnego hype'a jest The Field, z debiutem From Here We Go To Sublime. Jednak sprzeciwiam się, bo kurde, tą płytę znałem przed recenzjami na Pitchforku czy Stylusie! I zamilczeć proszę.
Tak bardzo wątpliwej trafności potężnego promowania już dawno nie widziałem. Tak, Szwed kryjący się za nazwą The Field przykręca do podłogi, ale zdecydowanie nie w stylu 10 na 10.
Dla tych całkowicie nie w temacie: From Here We Go To Sublime to techno. A przynajmniej tak uparcie jest identyfikowane, zamiast przykleić jakąś przyjemniejszą w wydzwięku łate, wszyscy konsekwentnie dobierają odrzucającą nazwę: techno. Nie mniej, postępują raczej rzetelnie. Jednak zawsze spokojniej i mniej nerwowo mógłbym polecać ten album wyczulonym znajomym, gdybym mógł tą muzykę określić jakimś fajnym mianem typu (pop) ambient czy IDM.
Beaty, sample, loopy i inne takie - nie, nie znam się na tym dobrze, i wcale nie napiszę jak skonstruowane są utwory w tym albumie. Mogę napisać, jak ja odbieram to co Willner tworzy.
Czuć w jego muzyce, mimo, że przeszytej surowym, często bezkompromisowym beatem, jakąś specyficzną wrażliwość. Mimo zimnej, twardej konstrukcji utworów, przebija się do nas jakaś schowana trochę delikatność. No może to głupie, ale mam wrażenie, że treść zawarta w tych dzwiękach chce się przebić przez ograniczoną formę, co daje powatarzane dudnienie. Jakby chciała wylecieć z tych ciasnych, mocno elektronicznych ram.
Album nie jest monotonny, lecz zapętlone cykle w pojedyńczych utworach czasem same siebie zjadają, a nam czas się dłuży - jak na przykład w Sun And Ice.
W moich oczach, album ten stoi w rozkroku, pomiędzy swoistą filozofią muzyczną, a prostą formą znaną z dyskotek. I w różnych momentach płyty przechyla się na obie strony, nigdy jednak nie odrywa stopy od alternatywngo podłoża.
Niby jest prze-super, ale ja nadal nie mogę wyrzucić z myśli, obrazu, przy którym naćpani imprezowicze bałnsują przy The Field na jakiejś techno-spędowni. Ugh.

22 kwietnia 2007


Ciężko i mało sensownie jest pisać o muzyce tak zjawiskowej jak ta zawarta na 'Yesterday Was Dramatic, Today Is OK', zostawiam Was więc z tym utworem sam na sam. I wyobraźcie sobie, że cały ten album jest tak wspaniały, jak ta piosenka.

05 kwietnia 2007

Chciałbym tu pisać o płytach nowych, świeżych, dopiero co wydanych. W kolejce do poznania aktualnie mam jakieś tysiąc dwieście sto piętnaście albumów, a i tak słucham czegoś, co powstało siedem lat temu. No i jak tu pisać o nowościach, gdy dorosłe już dzieci geniuszy nie dają spać po nocach?

Czytaj dalej...

04 kwietnia 2007

Powoli zaczyna się czas, w którym rozliczamy artystów z naszych największych oczekiwań na ten rok. Ostatnio wydają gęsto i intensywnie, więc jest w czym wybierać. Dzisiaj pada na Waxa Tailora, który zawitał z nowym longplay'em - Hope & Sorrow.

Czytaj dalej...

01 marca 2007

Co jest podstawą dźwięku i muzyki? Czy tysiące lat temu pierwotną jej formą było wystukiwanie rytmu uderzając kamień o kamień, czy może pierwszy był ludzki głos? Czy można nagrać płytę po brzegi wypełnioną dzwiękami i piękną muzyką, i praktycznie nie używać do tego instrumentów? Dla czarującej islandki Björk to żaden problem.

Czytaj dalej...

04 lutego 2007

Delirium «stan zaburzenia świadomości połączony z podnieceniem ruchowym, bredzeniem i halucynacjami» (sjp)

Spółka Leeb - Fulber nie popełniła hipokryzji nadając taką nazwę swojemu projektowi. W ich muzyce czuć transowość, oderwanie od rzeczywistości, ezoteryczność. Krocząc swoją muzyczną drogą, zboczyli ze ścieżek przestrzennego ambientu, zaprosili do nagrań kilkanaście (!!) wokalistek i nagrali Chimere - płytę elektro-popową.

Czytaj dalej...

29 stycznia 2007

Ostatnio mam szczęście do znajdowania w sieci dobrych, darmowych płyt. Ba, ja nawet ich nie szukam - to one znajdują mnie, po czym ja przyjmuje je z otwartymi ramionami, ponieważ, wbrew pozorom, znalezienie prawdziwej perełki to nie jest rzadkość.

Czytaj dalej...

26 stycznia 2007

Virgin Suicides zostało stworzone na potrzeby debiutu reżyserskiego Sophie Coppoli, filmu na podstawie książki Jeffrey'a Eugenidesa o tej samej nazwie. Dla mnie słuchanie ścieżki dźwiękowej bez uprzedniego oglądnięcia filmu jest jak czytanie książki do góry nogami (można i tak, ale ciężko i trudno cokolwiek zrozumieć;)). Tak więc, gdy polecono mi tą płytę jednocześnie zmuszono mnie do obejrzenia filmu.
Opowiada on o piątce nastoletnich, dojrzewajacych dziewczyn, które wychowywane są przez konserwatywnych i rygorystycznych rodziców. Trzymane są pod kluczem w domu, nie mogą spotykać się z rówieśnikami. Są izolowane od świata, świata ich potrzeb, Najmłodsza z sióstr popełnia samobójstwo.

Czytaj dalej...