O płycie tej dowiedziałem się bardzo późno, bo tylko miesiąc przed premierą. To chyba dobrze, oszczędziłem sobie kilka tygodni niecierpliwości. Po miesiącu krążek ujrzał światło dzienne, a wszyscy zaczęli go wychwalać, szczególnie - Nosowska. Rzadko się zdarza, by artysta sam o swojej płycie wypowidał się tak dobrze, Kasia przy każdym wywiadzie ekscytuje się Unisexbleus bardzo. Przy pewnym pytaniu, obawia się, że jest sama w tej swojej euforii - nie trzeba, przynajmniej jednego zwolennika już ma.
To był dobry pretekst do przypomnienia sobie wcześniejszych muzycznych dzieci Nosowskiej. Muszę od razu się przyznać do dużej, nieskrywanej sympatii do niej. Znam wszystkie albumy Heya, łączy mnie z nimi niebywały sentyment, i cenie sobie bardzo - choć to chyba odważne wyznanie, znając niektórych czytelników. Uwielbiam tę dekadencje i kobiecość w jej głosie i tekstach. Urzeka(ło) mnie to ogromnie, i stawia ją w jednej linii z Świetlickim, w moich oczach jej męskim odpowiednikiem. Wspaniałe artystyczne małżeństwo by to było, nie uważacie? Przy okazji, Nosowska kiedyś mocno przyłożyła ręki do jednej z płyt Świetlików - Złych Misi. Duet Kasia-Marcin jest naprawdę świetny, polecam posłuchać.
O solowych dokonaniach już nie mam tak dużo do powiedzenia. Znam tylko Sushi, które nomen-omen nie przypadły mi do gustu. Zimne, ultra-elektroniczne kreacje Nosowskiej były dla mnie kompletnie nietrafione. Całkowicie do niej nie pasujące, bo co to ma być - ciepła, romantyczna Pani w jakimś technicznym, syntezatorskim trzaskaniu, zgroza. Od premiery Sushi minęło aż siedem lat, więc powtórki z rozrywki raczej nie powinienem się obawiać.
Podstawowym ruchem, i punktem wyjścia do oceniania zmian, jest wymiana producenta płyty. Dotychczasowy opiekun solówek Nosowskiej - Andrzej Smolik został zastąpiony Marcinem Macukiem z Pogodno. Zmianę widać na pierwszy rzut ucha - pozbyto się wszechbędącej elektroniki, zastępując ją żywymi instrumentami. Oczywiście jest - lecz w bardziej skondensowanej formie, mniej i delikatniej. Za to dużo tutaj chociażby gitary akustycznej. Nie znaczy to równocześnie, że artystka poszła w stronę nostalgiczego smęcenia - wręcz przeciwnie. Singlowy Era Retuszera, czy chociażby Poli Dno przesuwa nas na siedząco. Mocno popowy materiał, wpadający w ucho, drapieżny.
Przyjrzyjmy się na przykład drugiemu utworowi - Grand Prix. Z zasady nie lubię piosenek z takim końskim rytmem: klask-trzask-blabla, jednak to mantrowane w refrenie "gotujmy, gotujmy się" chodzi za mną jak cholera. I tak jest z większośćią płyty, żeby zobrazować jej nośność, piosenkowość: gdy wychodzę z domu bez odtwarzacza, natychmiast w głowie pojawia się albo wspomniane "gotujmy, gotujmy się", główny motyw z Metempsycho czy refren z openera. No i tak chodzę i nucę, bez przerwy.
I jeśli nawet to nie przekona jakiegoś smutasa, to jest na tym albumie utwór, który musi w sobie rozkochać każdego, albo przynajmniej wywołać na twarzy uśmiech. W Metempsycho Kasia śpiewa, a raczej melorycytuje tekst głosem dziecka. Bez żadnych syntezatorów, naturalnie - przeurocze to jest, naprawdę.
Typowej, nosowskiej melancholii również nie brakuje, chociażby warto zwrócić uwagę na utwór tytułowy, w którym usłyszeć możemy również zaproszonego Stanisława Sojke. Coraz dłuższy się ten tekst robi, wypadałoby zamykać. O czym tu jeszcze? No tak, jeden z najważniejszych aspektów płyty - teksty. Warstwa liryczna Unisexblues jest fantastyczna - czyli Kaśka... wyrabia normę. Wszystkie teksty, oprócz Karatetyki i My Faith Is Stronger Then The Hills, są jej autorstwa. Cieżko przytoczyć jakiś dłuższy fragment, każdy liryk ociera się o poezję (?).
"A kiedy zaniknie, jak mięsień zanika
Korzonek, którym w pozór tak wrosłam
I znaki rozpoznam iluzji - szczególne, to
Runę w szaleństwo, w stuporze zastygnę
Gdy wyda się, że wydaje się to wszystko..."
Absolutnie polecam, Kasia pokazała kto tu rządzi. Najlepsza polska wokalistka wydała najlepszą polską płytę roku. Przynajmniej na razie nikt jej do szyji nie dosięga.