Czekaliśmy cztery lata, wielu z nas na coś rewolucyjnego. Dostaliśmy In Rainbows, być może jedynie z rewolucyjnym sposobem dystrybucji. Czekaliśmy na drugie OK Computer, na drugie Kid A. Dostaliśmy... pierwsze In Rainbows.
Ostatnio przypomniałem sobie, że latem, podczas naszych offowych muzycznych rozmów, często używaliśmy określenia 'robi mi'. Ta piosenka mi robi, ten album mi robi i tak dalej, w różnych kombinacjach. Co oznacza, że coś nam robi? Otóż, sprawia, że targają nami skrajne uczucia, tak też album robiący nam: albo wywołuje u nas scisk w gardle, dziwne wzruszenie; albo kolokwialnie mówiąc, kopie dupe.
Podstawowym i bazowym pytaniem, na które chciałbym odpowiedzieć w tej recenzji jest: Czy nowy album Radiohead mi robi?
Pisanie o Radiohead nie jest wcale wygodne. Pisanie o tej płycie tym bardziej - pięć dni wystarczyło, żeby zazwyczaj żelazni niczym elektorat Pisu fani Radiogłowych podzielili się na dwa wrogie sobie obozy. Jak nie trudno się domyślić, na tych za i na tych przeciw. Dziwi mnie to trochę, bo takie podziały tworzą się zazwyczaj przy jakimś zwrocie o 180 stopnii, w stylu graliśmy rock to pogramy teraz elektronikę. Jednak przy Radiohead wystarczy nawet to, że zamiast dziejowej, genialnej płyty nagrali płytę po prostu bardzo dobrą.
Presja, oczekiwanie, wymaganie. Do końca kariery będą traktowani jak maszyna, która MUSI wydawać genialne dzieła. Patrzenie z tej perspektywy skazywało In Rainbows na porażke w przedbiegach. Do tego stopnia, że niektórzy mieli wyrobinione zdanie o tym albumie przed pierwszym przesłuchaniem.
10 października, budzę się wcześniej niż zazwyczaj. Nie do końca jeszcze przytomny, wchodzę na maila, gdzie czeka na mnie trzeźwiący link. Ściągam, wrzucam na odtwarzacz, ruszam do szkoły, do której jednak ostatecznie nie docieram. Szukam spokojnego miejsca, jest, naciskam play...
Robi mi 15 Step. Klaszczony, szybki rytm, bas (!), przypomina najlepsze elektroniczne wycieczki Brytyjczyków. Jedynie Everything in Its Right Place nie pozwala mi nazwać tego numeru najlepszym openerem Radiogłowych.
Robi mi jazgot gitar w Bodysnatchers. No powiedzcie, że ostatnie pół minuty to nie jest ostre kopanie dupy, jak za ich najlepszych, rockowych lat.
Po Nude niektórzy mogą być już w kawałeczkach, ale to nie wszystko. All I Need to w moim przekonaniu najlepszy utwór In Rainbows, i najlepszy utwór Radiohead od dawna. Pachnąca trochę klimatem How To Disappear Completly ballada, która na wysokości 2:56 przechodzi w coś nadprzyrodzonego, wspaniałego. Ciach, Trach, kabuuuum!
Nie ma tak dobrze jednak, album nie jest pozbawiony słabszych momentów. Działać na nerwy może szczególnie pościelowe, miękkie, banalne House of Card. Nie podobać się może proste Faust Arp. Tak jak brak jakiegoś spektakularnego zamknięcia - Videotape, mimo, że to całkiem ciekawa kompozycja (to pianino!) nie jest jakąś wielką kropką nad i, tak jak kiedyś był chociażby Motion Picture Soundtrack.
In Rainbows nie jest płytą wybitną. Nie wprowadza nic szczególnie nowego, jest inspirowane tym co było wcześniej, oparta na sprawdzonych patentach. Ma jednak swój czar, urok, piękno, którego nie odkryjemy, przesłuchując dwa razy w dniu wydania, w trakcie jedzenia śniadania.