07 września 2008

Ogłosiłem początek, tak też muszę ogłosić koniec. Notki będą pojawiać się częściej (co niestety nie oznacza 'często', czasu brak), zaczynam już dzisiaj artykułem o Bright Eyes. Zagląda tu ktoś jeszcze? ;)

22 sierpnia 2008



Absolut - pojęcie oznaczające byt doskonały, najwyższy, pełny, niezależny, nieuwarunkowany, bezwzględny. Występuje w wielu filozofiach idealistycznych. Absolut może być traktowany jako filozoficzny odpowiednik pojęcia Boga, pozbawionego jednak przymiotów osobowych, choć w niektórych systemach pojęcia Boga i absolutu są właściwie równoważne.

Katharsis - uwolnienie cierpienia, oczyszczenie, rozładowanie uczuć, wzruszeń pod wpływem sztuki. Odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń, które podlegały kontroli mechanizmów obronnych, ego lub kontroli społecznej (persony jednostki).

Sigur Rós (isl. róża zwycięstwa; ['sɪːɣʏr rouːs] ?/i) – islandzki zespół założony w Reykjavíku w 1994, grający muzykę post-rockową z elementami klasycznymi, ekperymentalnymi i minimalistycznymi. Zespół znany jest z wyróżniającego się, falsetowego głosu wokalisty.



Próbuje włączyć w sobie jakieś zapasowe pokłady grafomanii, i chyba nie jestem w stanie. A zdaje mi się, że tylko tak można pisać o tym koncercie, o całym Sigur Rós - żeby nie spłycić, żeby chociaż w części oddać to co się tam działo. Napisać, że czasoprzestrzeń podczas otwierającego Svefn-G-Englar gdzieś zniknęła, Jonsiemu pod czapką wyrastały elfie uszy podczas grania Olsen Olsen (ktoś widział!), amfiteatr przeniósł się na lodowiec, na łąkę, do lasu, w góóóóóóóry, wielkie, ośnieżone góry, grali na szczycie a wokół były chmuryyy aaaaa... WRÓĆ.



Warszawa, 20 sierpnia, Park Sowińskiego, wchodzimy do amfiteatru (pozdrawiam ochronę, która wpuściłaby mnie nawet z takim aparatem/obiekwtywem). Ludzi więcej niż dużo, po tym przeniesieniu koncertu ze Stodoły i zwiększeniu puli biletów organizatorom kaska się w kieszeni zgadzała, niestety nie na tyle, żeby załatwić kilka toitojów. No ale nic to, zaraz zagra Olafur Arnalds, ile to ja się nim napodniecałem, a tu krąże wokół tematów okołotoitojowych, nie wypada.

Ehhh... Równo o 20 wyszedł na scenę, mały niepozorny, w towarzystwie kilku instrumentalistów. Tutaj należy się kilka słów wyjaśnienia czego oczekiwałem. Eulogy for Evolution to dla mnie jedna z czołowych płyt minionego roku (nie znałem przed robieniem listy, sorry), jeśli nie najlepsza. I stawiałem ten koncert niemal na równi z Sigurami, miał mnie ponieść gdzieś w górę, miałem mieć ciary na plecach jak przy słuchaniu płyty, miało mnie wbić w ziemię lub jeśli trzeba w beton. Rozczarowałem się. Zagrał bez polotu, krótko - ledwo trzydzieści minut, wybierając przy tym jeszcze te mniej efektowne swoje kompozycje. Wyglądało to wszystko jak scieżka dzwiękowa do podłączania sprzętu Sigur Rós.

Szloch, otarłem łzy zawodu, pogniewałem się na Olafura i poszedłem pod scenę na właściwią część koncertu. Pod same barierki, drugi rząd, wszystko z bliska, powiedziałbym, że pewnie Anioł mnie tam zaprowadził! Islandczycy kazali długo na siebie czekać, wywoływani co chwile oklaskami, wyszli w końcu w okolicy godziny 21. Poleciały pierwsze dźwięki Svefn-G-Englar i już nas tam nie było...



...przypomniały mi się te pierwsze jesienne przesłuchania Ágætis Byrjun, samotne łażenie po lesie z nim na uszach, dawne zachwyty. Cała ta metafizyka, nadprzyrodzoność znajdowała się teraz jakieś 3 metry ode mnie, to wszystko uderzało we mnie ze zmasowaną siłą... zdynstansować się od tego i oddać trafnie co przeżywałem w ciągu tych dwóch godzin nie umiem. Wiem tylko, że już nigdy nie usłyszę tak pięknego Ny Batteri a Hoppipolla już nigdy nie trafi tak centralnie we mnie. I tak dalej, mnożyć mogę aż wyliczę całą setlistę, bo w każdym z 16 kawałków było coś niesamowitego. Poleciał przekrój przez całą twórczość, ogólnie setlista marzenie nie licząc braku Vaki, na którą czekałem bardzo, i chyba nie tylko ja.



Osobny akapit ze złotą czcionką należy się przedostatniemu Popplagið, to był pierwszy z dwóch bisów. Jeśli przez cały koncert było nieziemsko, to podczas grania tego finału krążyłem gdzieś mentalnie w okolicach plutona. Dajcie mi gdzieś filmik z tego, bo ja nie uwierze, że to działo się naprawdę.

Cokolwiek napiszę, będzie za mało, więc. Filmiki wrzucam, możecie podziwiać spokój mojej nieruchomej ręki jak i pionowe nagrywanie, kopirajts by Martyna & Kamil itd. i wszyyystko. ;


28 lipca 2008

Nie wierzcie mediom. Telewizja ogłupia, wciska nam kit, a większość społeczeństwa w to wierzy. Wielka, nadmuchana promocja sprawiła, iż uwierzyliście, że Opener to najważniejszy festiwal w Polsce, Off potężnym line-up'em stoi i tak dalej. Ale ja nie dałem sobie zamydlić oczu, bo wiem, że w koncertach nie liczą się fajerwerki i pompa (btw, czy ktoś jeszcze doznawał relacje z Openera w tvp i, przede wszystkim, Szydłowską tam?) a muzyka i skromność. Nie dałem się tej fali pozorów i wybrałem. Wybrałem jedyny słuszny festiwal tego lata - Fląder Pop Festiwal w Gdańsku. Nad samym morzem, właściwie niemal w morzu, wejście na plaże numer 58.

Gdy otwierałem oczy w sobotę rano - a było to w granicach godziny 13, nic nie zapowiadało tak pełnego wrażeń dnia. Rutynowo włączyłem komputer, sprawdziłem pocztę, koncerty... I tu zostałem porażony. Dziś Fląder Pop Festiwal! Poszedłem przemyć oczy dla pewności, wróciłem na miejsce i nic się nie zmieniło, to nie fatamorgana czy inna fantasmagoria, to prawda - cały wieczór wspaniałej muzyki za jedyne dwadzieścia cztery złote dziwięćdziesiąt groszy ulgowego na pospieszny do Trójmiasta.

Line-up wyglądał następująco: Kiev Office - nie znam, ale i tak na to nie zdąże więc nie ma problemu; Kawałek Kulki - znam, ale i tak na to nie zdąże więc bez znaczenia; WC - nie znam, nie zdąże, ale fajna nazwa; Robert Brylewski - oho, zaczyna robić się ciekawie; Apteka - jupi jupi; Jam Bee Boom - białoruska folkowa rewelacja, czy trzeba mówić więcej?; Silly Boyz In The Streetz - to akurat za późno, więc bez znaczenia, że nie znam.

Więcej zachęty mi nie potrzeba było, wsiadłem w pociąg z rozładowaną komórką, co dodatkowo urozmaiciło mi podróż i zapewniło chwilę grozy, haha. Nim się obejrzałem byłem już na miejscu, pkp i te jej superszybkie maszyny. Tutaj następuje miejsce w którym zamieniam się w liczbę mnogą, tzn spotykam spóźniony jednoosobowy komitet powitalny w osobie Martyny, kupujemy odpowiednie trunki... dobra, nie będziemy się bawić w szczegóły. Ważne, że pół godziny później, po podróży autobusem na chybił-trafił ('to chyba ten przystanek, hm.. a może następny..") docieramy do osławionego wejścia numer 58.

Piasek. Piasek, piasek, piasek. Charakteryzował on teren festiwalu. Piasek na ziemi, w powietrzu, piasek we włosach i piasek w piwie. Pierwszy był Brylewski. Chciałbym napisać o tym koncercie więcej, ale ochrona nie wpuściła nas, czy bardziej naszych toreb za barierki i przysłuchiwaliśmy się z dalszej odległości. Co ważne: zagrał Mam Dość z płyty The Users, eh nie podejrzewałem, że kiedyś będę mógł posłuchać tego na żywo; coś tam z jego licznych projektów było, później wyskoczyły na scenę jego córki i zrobiła się impreza rodzinna. Woda zachowywała się jakby też chciała posłuchać Roberta. Siedzieliśmy nad morzem, oglądając topiący się księżyc o wyglądzie żagla, wsłuchani w tę muzykę i wtedy pomyślałem: "tak... tak tworzy się historia - Fląder Pop Festiwal".
Gwoździem programu jednak tak się spodziewałem - okazała się być Apteka. Tu już dziarsko weszliśmy na teren, pod same barierki. Zabawa była przednia - tłum składający się z około ośmiu, w porywach dziesięciu osób tworzył pogo za naszymi plecami. Z przodu zapalony fan co jakiś czas krzyczał "policja i władzaaa!!!" co oznaczało sam nie wiem co - być może ten filmik jest odpowiedzią. Zespół dał ciekawy przekrój przez swój repertuar, była Menda, była nowa płyta, a co najważniejsze - zagrali Ujarane Całe Miasto, które do teraz hasa mi gdzieś w mózgu.
Rewelacyjny białoruski folk o śmiesznej nazwie słyszeliśmy już z daleka, aczkolwiek wydał się bardzo przyjemny. Po Aptece opadł jednak już kurz, zwycięzcy pogo poszli do domu, przegrani szukali zębów i okularów w piasku. Dopiliśmy piwo z dodatkiem piasku (na trawienie) i postanowiliśmy pouprawiać trochę joggingu w stronę przystanku autobusowego. Ze skutkiem co najwyżej średnim.

Tak skończył się ten dziejowy festiwal muzyczny. Nawet nie pytam sam siebie czy było warto, bo byłoby to pytanie czysto retoryczne. Fantastyczny wieczór przy muzyce najwyższej próby, który zapamiętam do końca życia. Gdy za rok będziecie mieli dylemat: Opener czy Off? Nie zastanawiajcie się: Fląder Pop Festiwal.

Ps. Niestety zapomniałem wziąć aparat, ale nic straconego! Martyna ma fotograficzną pamięć i dokładnie narysowała jak wyglądał koncert Apteki ;) Rysunek umieszczam poniżej, potwierdzam, że dokładnie tak to wyglądało. Doceńcie ten paintowy talent - polecam otworzyć go w dużej wersji.
Pss. Pozdrawiam Krzysia vel "chczesz pogadać na gg?" choć i tak tego nie przeczyta :D
Psss. Zanim napiszecie coś głupiego, spójrzcie na kategorie wpisu, bo później mi się nie będzie chciało usuwać.


26 czerwca 2008

Wakacje, odpoczynku czas :> Muzykofilia też odsapnąć musi, tak też nawału notek przez najbliższy miesiąc - półtora się nie spodziewajcie. Być może ograniczę się tylko do relacji z miejsc, które zdołam w to lato odwiedzić. A będzie to na pewno Off Festival, na pewno koncert Sigur Rós, możliwe że Rafineria; na Openera chyba mnie nie stać albo nie mam z kim się zabrać. Era Nowe Horyzonty w tym roku wygląda już mniej ciekawie niż w tamtym. No nic, życzę Wam miłego koncertowego lata, może gdzieś tam się spotkamy - cytując samego siebie - ten najgłupszy to będę ja;)

19 czerwca 2008

Letnie, parne noce się zaczynają, z tej okazji jakaś szybka niechlujna notka. W letnie parne noce mam skłonności do słuchania Twilight Singers, więc może siedem ulubionych utworów pana Dulliego pod szyldem TS.


Czytaj dalej...

15 czerwca 2008

Jak ktoś już w komentarzach się domyślił, słabsza forma bloga to sprawka głównie Euro, a może to tylko wymówka. Właściwie to nie mam ochoty na nic, ale to nie sprawa na te 500 pikselów kwadratowych.
Ostatnio trafiłem na kilka opinii, że jestem wkurwiający. Po zjechaniu Juno i Czesława, dziś dostaniecie kolejną wspaniałą okazję do zaprzestania czytania mnie. Spytacie dlaczego. Odpowiem: bowiem dziś podzielę się z Wami moimi guilty pleasures, czyli utworami w powszechnej opinii słabymi, za które powinienem się wstydzić, a ja je jednak uwielbiam. Wchodzimy na grząski grunt, więc rozwijacie ten wpis na własną odpowiedzialność.

Czytaj dalej...

02 czerwca 2008

Dokładnie 24 godziny temu na scenę w Poznańskich Kisielicach wchodziła Woelv, jako jedyny support dla Phila Elveruma. Siedząc metr obok niej nie mogłem się zdecydować czy podziwiać jej anielski głos, czy raczej dostać zawału na myśl o tym, że za pół godziny usłyszę na żywo swojego ulubionego artystę ever. Kanadyjka dała fantastyczny występ, czego szczerze powiedziawszy się nie spodziewałem. W nagraniu, które umieściłem poniżej zwróćcie uwagę na to, co zaczyna się dziać w 26 minucie - przepiękny utwór oparty wyłącznie na głosie Geneviéve niemal zamiata to, co robiła Bjork na Medulli :>
Czterdzieści minut minęło w okamgnieniu i do występu szykował się Phil. W końcu padły pierwsze słowa I Want Wind to Blow i tak znalazłem się w innym świecie. Już kiedyś stwierdziłem, że o muzyce Phila pisać nie umiem i teraz również nie będę próbował - czegoś takiego nie da się ująć w sztywne i nieplastyczne literki. Do tego to uczucie, że ktoś kogo podziwiam od tak długiego czasu, ktoś, kogo twórczość jest dla mnie częścią życia siedzi teraz na wyciągnięcie ręki - uczucie totalne i niemożliwe do opisania.

Koncert nagrałem, jakość jest słaba - iriver jednak bardziej służy do słuchania niż do nagrywania, pliki dla tych, którym nie przeszkadza troche szumu i buczenia, w kilku miejscach mojego sapania (?!) i komentarzy w stylu "przesuń się chamie". Ci którzy tam byli na pewno będą chcieli posłuchać tego jeszcze raz:

Woelv (rapidshare - 20mb)
Mount Eerie (rapidshare - 25mb)


"Skan" setlisty nagryzmolonej przez Phila macie obok, powiem tylko, że średnio się jej trzymał. Gdzieś czytałem, że PE lubi się spinać - nie ma większej bzdury. Mam zdjęcie, autograf, rysunek z dalszą częśćią okładki Mount Eerie, a znajomego uczył grać I Hold Nothing (tak). Zdecydowanie najlepszy i najważniejszy koncert w moim życiu. Aż boje się czytać co tu napisałem, bo pewnie to bełkot, ale ja nadal nie ogarniam tego co się wczoraj działo, sorry.

Ps. Ogromny szacunek dla Jędrzeja Michalaka, za organizację tej trasy, i w sumie spory udział w spełnieniu jednego z moich marzeń.
Pss. Pozdrawiam wszystkich, którzy tego dnia w Kisielicach byli, szczególnie dla dziewczyny, która siedziałą obok mnie i doznawała przy tych samych utworach co ja, haha.



25 marca 2008

Ciekawe ilu czytelników przez swoją nieobecność straciłem? No nieważne, dzięki wszystkim którym chciało się czekać, podwójne dzięki dla tych wpisanych pod ostatnią notką. Wracam do gry, i mam nadzieję na brak powtórki takich kryzysów w przyszłości. Od dzisiaj warto zaglądać tu częściej niż raz na tydzień, postaram się publikować co najmniej co drugi dzień, choć na początek w intencji odkupienia grzechów - codziennie.

13 października 2007

A tak poza tym: Kamil znów posłuchał The Moon & Antarctica (rzadko to robi). Znów został pochłonięty całkowicie, znów poczuł geniusz w czystej postaci na swoich uszach. Kamil przeczytał swoją recenzje tego albumu, dodaną dawno temu, i zażenowany usunął ją. Później usunął recenzje We Were Dead... Gdyby napisał kiedyś jeszcze coś o Modest Mouse, prawdopodobnie też by to teraz usunął.

06 października 2007


Filmik, który bawi mnie do łez drugi dzień z kolei.
Poza tym miałem przez weekend spłodzić milion tekstów, których starczyłoby na jakiś tydzień wypełniania bloga, ale na drodze stanął mi Leopold Staff i interpretacja jednego z jego wierszów. Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Słuchawki zakupione, wybór padł jednak na Kossy, jestem bardzo zadowolony. Dźwięk mięcciutki, wszystko gra, śpiewa, łał, łał! Przy otwarciu opakowania trochę się przeraziłem, wyglądają na delikatne, i pałąk krótko mówiąc jest wkurzający, ale po dniu użytkowania człowiek się przyzwyczaja.
A co u Was? Może chcecie mnie zabrać na jakiś koncert? ;) W Berlinie niedługo Arcade Fire, Klaxons, Interpol... W lutym The Cure w Polsce (szał). Anyone?

29 września 2007

Mam trochę kasy, i postanowiłem zainwestować w słuchawki. Jako, że specjalnie się na tym nie znam, a wiem, że kilka osób tego bloga czyta - co doradzilibyście?
Koss Porta Pro czy Sennheiser HD 202?
Zależy mi na dobrym, rockowym brzmieniu, i żeby mi bass nie dudnił zbytnio. Kossy wyglądają ładniej, i ewentualnie ruszyć się z nimi poza dom by było łatwiej, ale o wspaniałości Sennheiserów trochę się nasłuchałem. Więc?

15 września 2007

Dzisiaj oglądałem jeden z najfajniejszych filmów, tak po prostu najfajniejszych. Lubię te klimaty w stylu surrealizm powlekany najnormalniejszą normalnością, poza tym całe wykonanie filmu, kartonowe serca i tak dalej - fantastyczne. I myślę sobie, że nazywanie Science des rêves komedią romantyczną powinno być karane, bo to strasznie smutny film bez happy-endu. Z serii tych o miłości i marzeniach, które i tak się nie spełniają. Razem z Samotari, dokonał aktu bolesnego kopnięcia mojego umysłu, przez co tą najbardziej szarą jesień mam już w połowie września.
Poza tym odkryłem, że czytanie filmów jest prawie równie ciekawe co ich oglądanie. Szczególnie Samotari lubię czytać, bo ma świetne dialogi, polecam:

Rozstanie?
Za każdym razem, gdy się z kimś rozstajesz, zostawiasz u tego kogoś kawałek swojej duszy.
A ten ból...to jest brak tego kawałka. Boli, bo jest u kogoś innego. Ten kawałek kiedyś wróci, ale to trwa długo.
Czasem widzę te kawałki na różnych ludziach, jako takie małe niebieskie światełka.
Kawałki dusz ludzi, którzy Cię kiedyś kochali i już nie kochają. Mogą to też być nadzieje, które pokładali w tobie twoi rodzice. To jest taki drugi rodzaj.
Wszyscy mamy na sobie takie światełka. Naprawdę. Japończycy już nawet umieją to mierzyć.
-Japończycy, tak?
-Japończycy już to mierzą.
-Może ja poprowadzę?
-Czemu? Ze mną wszystko ok.


No, raz na jakiś czas musi być blogowo, co nie.

06 września 2007

Dawno nic nie pisałem, szkoła ruszyła z kopyta szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, i większość mojego czasu poświęcam na nienawidzenie francuskiego (giiiiiiń!) i obserwowanie nowych uczniów. Przypinki My Chemical Romance, Punki i inne cuda na patyku, zabawnie jest.
Potrzebny był mi nowy odtwarzacz mp3 (stary zdechł), kasy zbytnio nie miałem, więc zdecydowałem się na wychwalaną przez wielu, a tanią, Sansę M240. Plajer przyjemny, wyświetlacz szczególnie (duży), dźwięk w miare ok... padł po dwóch dniach. I podejrzewam, że to wcale nie energia z najnowszego albumu Animal Collective (sprawdźcie!) go zabiła. Nic to, gwarancja jest - ale przestrzegam, nie kupujcie tego gówna.
Niestety tak tylko przelotem jestem, w weekend nadrobię; możecie pisać w komentarzach jakieś ciekawe muzyczne odkrycia, chętnie posłucham coś nowego i nieznanego ;] Tymczasem wracam do nienawidzenia francuskiego, bywajcie.

15 sierpnia 2007

Ledwie odpocząłem po poprzednim odpoczynku, a już wybywam na kolejny. Poprzednie dni, trochę wyrwane z kalendarza sponsoruje Football Manager i resztki pasji z dzieciństwa. Mysłowice i Off Festival czeka, tak więc wracam (mam nadzieje) na początku przyszłego tygodnia, już po tonie koncertów i zabawy za sobą. Jeśli ktoś się wybiera, i chce mi postawić piwo na Off'ie, to niech pisze - będę dostępny jeszcze do jutrzejszego wieczoru ;) elo.

05 sierpnia 2007

Notkę tą należy traktować z przymrużeniem oka, bardziej jako wspominki autora niż właściwą recenzję/tekst.

Może niektórzy z Was zastanawiali się, czy od zawsze słucham takiej muzyki jaką słucham. Odpowiedź brzmi: nie, z resztą kilka razy na blogu padło zdanie rozpoczynające się od "kiedy byłem norweskim metalem...". Tak całkiem serio, to norweskim metalem nigdy nie byłem - ba, Norwegie to tylko w Google Earth widziałem. Prawdą jednak jest, że miałem w życiu okres fascynacji różnymi złomiarskimi gatunkami muzycznymi (chociaż nigdy metalem nazwać się nie mogłem, czarny makijaż i naszywki z black-metalową Nirvaną na plecaku są mi obce) - ktoś mógłby to nazwać błedami młodości, ja jednak miło wspominam. Tym odchyłom zawdzięczam przekrój w głowie przez wiele nurtów, zaczynając od bm kończąc na afrykańskiej muzyce etnicznej.
Przejdźmy jednak do meritum. Wtedy czas liczyłem w następujący sposób - to co było przed poznaniem Sonaty Arcticy i po poznaniu. Taak, Sonata Arctica to było coś. Power metal. Wiecie co to jest? Napieprzanie gitarami z prędkością bolidu F1, tak, że nawet pustymi rękoma nie dało się nadąrzyć za rytmem. Do tego krzyczenie do mikrofonu, najczęściej o wróżkach, rycerzach i kulawych smokach z impotencją - taki typowy przykład - Rhapsody (nie odpowiadam za straty spowodowane oglądaniem tego... teledysku?). Ale! Sonata była inna! Oprócz typowych baśniowych napierdalanek znalazło się miejsce dla wspaniałych, ckliwych ballad, co było balsamem na serce takiego zatraconego, romantycznego młodzieńca jakim wtedy byłem. Dodatkowo teksty... ile ja samego siebie w nich widziałem. Shy, ona jest piękna ale i tak co z tego, bo... tralala. Wspaniale, to był pierwszy zespół, od którego rozpocząłem słuchanie wyczynowe, całą dyskografią, ślęcząc nad tekstami.
Z czasem to się skończyło, ja poszedłem dalej, zapomniałem o SA, otoczyłem się alternatywnym plumkaniem. Aż... gdzieś w rozpisce nadchodzących premier dostrzegłem olśniewające swym blaskiem: Sonata Arctica - Unia. Nowa płyta! Wspomnienia odżyły, zapuściłem znów to co najlepsze... posłuchajcie chociażby Tallulah. Piękne, prawda? Nie? No ej...
Unia okazała się bardzo przeciętna, za to stare nagrania działają na mnie nieziemsko, wywołując na twarzy uśmiech. Co z tego, że tak naprawdę to jest to straszliwe. :) Wspomnień czar.
A Wy macie podobne zespoły, dziedzictwa młodości?

02 sierpnia 2007

No to jestem z powrotem, po małej przerwie mam nadzieję, że nabrałem trochę siły i witalności słuchowej. ;) Tak też wracam do w miare regularnego umieszczania nowych notek, śmiało można wpadać na bloga częściej. Jak zapowiadałem - nowy szablon jest praktycznie gotowy, lecz nie wiadomo czy będzie w użyciu - Wy o tym zadecydujecie. Znajdziecie go TUTAJ, jeśli podoba Wam się bardziej niż obecny - napiszcie to w komentarzach. Jeżeli nie - też napiszcie ;) Oczywiście po zaimporotwaniu wyglądałby znacznie lepiej, ulepszyłbym go (to niebieskie pole zostałoby zapełnione).
Kolejnych przerw w działaniu bloga nie przwiduje, wyłączając wyjazd na Off Festival.

27 lipca 2007

Ja tu tylko chwilowo, przerwa w nadawaniu nadal aktualna, jeszcze przez jakiś czas. Notka bardziej informacyjna, czy mająca raczej na celu pochwalenie się ;> Bardzo możliwe, że w najbliższych dniach Muzykofilia przybierze nowy wygląd, choć jeszcze nie wszystko przesądzone. Nowy design oceni kilka osób i zobaczymy czy zostanie.
Wczoraj miałem urodziny, możecie składać spóźnione życzenia ;) Jutro jadę do Wrocławia, na sam finał festiwalu ery Nowe Horyzonty. Główny cel to seans Control, na który czekam już kaaawał czasu. Sprawdzimy jak radzi sobie filmowy odpowiednik Curtisa, i czy czasem mi tam nie profanują legendy. Jeżeli będziecie przypadkiem niedziele rano w kinie Capitol, to ten najgłupszy w koszulce Joy Division to będę ja.
Poza tym załapie się na:

  • Garażowe Dni (13:00)
  • Zestaw FABUŁY 4 (16:00)
  • Fay Grim (19:00)
  • The Beatles (22:00)


No to cześć blog.

17 lipca 2007

Upalne noce, spać nie mogę. Otwieram szeroko okno, wychodzę na zewnątrz, kładę się na trawie. Słucham Alcest i Modest Mouse patrząc się w gwiazdy. Nieraz usypiam, nieraz nie. Gwiazdy, wbrew pozorom, z czasem stają się monotonne, męczące. Gdy tak kieruje wzrok ku górze, wydaje mi się, że jestem w najwyższym punkcie na Ziemi. Bo gdzie się ode mnie nie oddalić, tam okrągłość świata zrobi swoje, i nie będziesz już w najwyższym punkcie, tylko coraz niżej.
Czytam Bukowskiego. Gorący Diabeł, teraz Szmira. Opowieść o nieudacznym detektywie, niby nic wielkiego, ale pocieszna lektura. Śmieszy mnie jego styl:

"Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne."

Skończyłem Buszującego w Zbożu. Trochę jestem podobny do Holdena w swojej prawiemizantropii i kilku dziwactwach. Czytam hurtowo o seryjnych zabójcach, strasznie ciekawi ludzie, z naciskiem na strasznie. Zawsze wykazywałem duże zainteresowanie chorobami psychicznymi, sam nie wiem dlaczego.

Wysokie temperatury mi nie służą, nie obrażajcie się na takie nadprogramowe wpisy, będę unikał. Dobranoc. ;)

10 lipca 2007

Rząd się rozpada, Rydzyk pluje, Kaczyński mówi, że deszcz pada. Koniec jest bliski, aż uśmiech sam się na twarzy maluje! Więc dziś luźno i mało muzycznie, z dwóch powodów. Pierwszy z nich, to nominowanie mnie przez Lanooz do zabawy blogowej, która polega na wyspowiadaniu się ze swoich pięciu nałogów. Sex, drugs & rock'n'roll...

Donnie Darko
Film... dla mnie coś więcej niż film. Pierwszy raz oglądałem go jakoś półtra roku temu, od tego czasu mam za sobą już około 10-15 seansów. Poza tym, pod to mogę podciągąć ogólnie kinomatografię. Lubię oglądać filmy, robię to często, omijam te najpopularniejsze, komercyjne produkcje. Za to praktycznie nie oglądam telewizji.

Kit Kat
Wunderbaton, baton nad batony, czekoladowy król. Niech się schowają Snicersy czy inne Marsy, smaku Kit Kata nic nie przebije. Jem średnio jednego dziennie. Szkoda, że w Polsce jest tak mało rodzajów - wiecie, że na świecie jest ich ponad 150?

Hoop Cola
Zostając przy artykułach spożywczych, żadne Pepsi czy Kolo-Cole, najlepszy jest ten produkt polski! Nawet teraz popijam.

Muzyka
To jest tak oczywiste, że aż nie mam siły pisać. :D

Internet
W internecie nie istnieje długo, bowiem tylko (?) trzy lata. Jednak to wystarczyło, żeby mocno z nim moje życie powiązać. Bez internetu jestem sparaliżowany - wiadomości, komunikacja ze znajomymi, wiedza, słowniki... wszystko to w 90% biorę z tego źródła. Za to nie korzystam praktycznie wcale z telefonu komórkowego, który uważam za kolejny, cywilizacyjny nałóg. Jest tu ktoś, kto nie posiada komórki? No.

Do zabawy wytypować nie bardzo mam kogo, Ci których znam, albo nie przepadają za takimi zabawami, albo już zostali wybrali przez kogoś innego. Ale niech będzie:

09 lipca 2007

Właśnie skończyłem oglądać Cinema Paradiso, który wyemitowała Jedynka, i autentycznie się wzruszyłem, jak nigdy na filmie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że zdecydowanie najlepsze filmy kręcone są poza USA. Jedyne co ostatnio mnie zachwyca, to kino europejskie. Muzyka Morricone fantastyczna. Ktoś?

22 czerwca 2007

Tak, tak - nareszcie nastał ten dzień, na który czekałem od 4 września 2006 roku, godziny 10:00 - wakacje! Jako wyznawca lata i niewolnik lenistwa, musiałem o tym napisać na blogu :) Nie wiem czy wpłynie to jakoś na Muzykofilię, ale raczej nie powinno - dużo wolnego czasu i spory nadmiar myśli w głowie. Wróciłem do domu i włączyłem Klaxons, może postaram się słuchać w te wakacje tylko wesołej muzyki; może zrobie coś pożytecznego, a może ten czas minie mi na spaniu między kolejnymi Chlej Party ;] Zobaczymy.
Ze spraw bieżących - poddałem się i założyłem sobie konto na Twitterze. Możecie mnie dodawać do znajomych, żebym się tam nie czuł samotny ;P

Ps(t). Tytuł notki to piosenka The Never z płyty Antarctica, btw świetnej, polecam.

04 czerwca 2007

Dzisiaj padał deszcz, gęsty, intensywny, głośny. Wyszedłem z domu sam, z słuchawkami na uszach, na ulicach brak żywej duszy. Słuchałem Pornography The Cure, i doznałem olśnienia. Ta płyta idealnie wpasowuje się w taką aurę - w odgłos kropel, w ponure, nostalgiczne ulice, wilgotne powietrze. Ta płyta ma niesamowitą atmosferę, porównywalną chyba jedynie do tej z Closera. Te dźwięki można by kroić nożem. Najprawdziwszy Cure for optimism.
Uwielbiam deszcz. Gdy wszyscy się przed nim chowają w domach, ja wychodzę na zewnątrz i się bawię. Powodem podobno jest to, że mam deszczowe, bagienne usposobienie.
[I urodę też chyba bagienną, ale to pomińmy milczeniem]
Tak więc z dzisiejszym dniem Pornography oficjalnie trafia do moich albumów sto jeden na sto. A podobno tego słuchali starożytni emowcy, prawda to?

No i czas chyba zadać sobie jedno, ale to zajebiście ważne pytanie:
Pornography czy Disintegration?

27 maja 2007

1. Wejdzcie na myspace Clann Zu
2. Odpalcie trzeci numer - One Bedroom Apartment
3. Słuchajcie, odpływajcie - zachwycajcie się! Przegenialny utwór, choć w wersji płytowej jest trochę inny, może nawet lepszy.

Tylko na tyle mnie dzisiaj stać, straszliwie wrażliwy i delikatny jestem na kacu. Właśnie, czego można słuchać na kacu, taka woda dla uszu? ;-)

01 maja 2007
  • Dzisiejszy dzień przynosi kilka zmian. Nie mogę nie wspomnieć o nowym designie Strony Głównej Joggera, która od teraz nabrała kolorów i... rysunkowości? Wygląda całkiem sympatycznie, gorzej z funkcjonalnością, ale to pewnie kwestia przyzywczajenia. Góra spisała się znakomicie, i wiecie, jeśli chcecie zakładać bloga - to tylko na Joggerze ;)
  • Dzisiaj również dopełnił żywot mój blog prywatny. Trzymałem go całkiem długo, dziś został całkowicie usunięty. Szczęśliwi, którzy nie znali adresu ;)
  • Nowa płyta Tymona & Transistors jest tak nudna, że nawet mi się nie chce słuchać do końca. Powrót do koncepcji "prosta piosenka ze zwrotką i refrenem" chyba niecałkiem udany. Tak, żeby było coś o muzyce.
30 kwietnia 2007

Mimo mej szczerej niechęci do języka francuskiego, którego mam nieprzyjemnść się uczyć, wczoraj i dzisiaj wykreowałem sobie iście francuskie, pod względem wizualno-słuchowym - przynajmniej. Pomijając to, że dzięki mojej nauczycielce gdy widzę gdzieś słowa po francusku, gorzej - słyszę, to wykręcam się w nieprzyjemnym tiku, kraj żabojadów nawet lubię.
Wczoraj Telewizja Polska dla odmiany zaoferowała nam coś dobrego, i w godzinach wieczornych wreszcie mogłem sobie przypomnieć Amelię. Amelia, jako, że jest to kolejny film o marzeniach, a nawet ich spełnianiu, wprowadziła mnie w dziwny stan. Filmy o marzeniach (a nawet ich spełnianiu) nie mają jakiś zbytnich właściwości leczniczych na nastrój kogoś, kogo marzenia są za Murem (o czym już kiedyś wspominałem), ba, mogą tylko popsuć. Jakoś tak mam, że im film jest bardziej optymistyczny, no bo w końcu - Amelia spotkała miłość i tak dalej - tym gorzej po takim filmie wyglądam, przynajmniej mentalnie. (Koniec tego bełkotu może, co?) Ok.
Przy okazji seansu miałem możliwość w upewnieniu się w tezie, że Tiersen to jednak świetny gość, i genialny kompozytor. Zrobił do filmu scieżkę niesamowitą, ten film nie byłby tym samym bez tej muzyki. Ten klimat (francuski bardzo), instrumenty, żywiołowość, naiwność, rozmarzenie (!) muzyki powala. Zjawiskowości omawianej się wyrazić słowami nie da, więc posłuchajcie, jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie zna.
Żeby było śmieszniej - Tiersen nie widział filmu przed tworzeniem tej muzyki. Nie mam pojęcia jak to zrobił, że klimat muzki i filmu zazębiają się idealnie, a może nawet tworzą jedność. To chyba jakaś zasada, że gdy przy filmie jest nazwisko Tiersena, to nie może być to słaba produkcja. Gdy oglądałem Good bye! Lenin, i siedziałem przed ekranem jak wryty, sam nie wiem czy bardziej zachwycałem się obrazem, czy dźwiękiem.
Amelię można oglądać z dwóch perspektyw. Przed spotkaniem kogoś takiego, i po spotkaniu kogoś takiego. Kilka lat temu oglądałem z tej pierwszej, wczoraj z tej drugiej. I nie wiem kiedy byłem bardziej przygnębiony, jeśli wiesz o co mi chodzi.

26 kwietnia 2007

Znalazłem pogromczynie urody Joanny Newsom, ba, Asia przy moim nowym obiekcie uwielbienia to pyzata dziewczynka. Wszystko to za sprawą nagrania pewnego występu na żywo zespołu Mazzy Star, gdzie śpiewa prawdziwy Anioł. Posłuchajcie jednego z najlepszych/najpiękniejszych singli lat dziewięćdziesiątych, przy okazji oglądając kolejny Cud Świata, mój ideał, Hope Sandoval:

Czyż nie jest Panią Świata? ;)
Oglądam i się zachwycam dniami, niedługo więcej napiszę o twórczości Hope, bowiem przesłuchuje regularnie i namiętnie. Tymczasem - podziwiajcie panowie, słuchajcie Panie. ;D

14 kwietnia 2007
  • 18 maja 2007 roku w 27 rocznicę śmierci Iana Curtisa, wokalisty zespołu Joy Division ukaże się nakładem Kuka Records płyta będąca hołdem złożonym tej legendarnej formacji. Na krążku zatytułowanym „Warszawa. tribute to Joy Division” swoje wersje utworów zaprezentują między innymi Agressiva 69, NOT, Ścianka, Kuba Wandachowicz, Pustki, Tymon & The Transistors, Komety, New York Crasnals i inni.
    Mój stosunek do coverowania legend już znacie, więc co się będę powtarzał. Nie mniej jednak - nazwy zespołów zapowiadają się ciekawie. Chociaż trudno mi na przykład sobie wyobrazić chłopców z NOT grających cokolwiek z Closera.
  • Wróciłem właśnie z koncertu Fisza/Tworzywa Sztucznego. Było przefajnie, szkoda tylko, że set mocno 13 piątkowy, a mało starych kawałków. No i nie zagrali Sznurowadeł, czyli czegoś przy czym mógłbym spokojnie umrzeć, co zmusza mnie do zrobienia miny emo w zaawansowanym stadium cierpienia.
  • Słucham Neutral Milk Hotel, i nieprzerwanie nie mogę nadziwić się nad geniuszem tego albumu. Pisałem o tej płycie dawno, i mam wyrzuty sumienia, że głośno nie wykrzyczałem, że jest to coś absolutnie wspaniałego. Więc oficjalnie prostuje - In The Aeroplane Over The Sea jest wspaniały.
  • Wydaje mi się, że poznałem dziewczynę z reklamy Nutelli. Tej z tą fajna muzyką. Ludzie zaprzeczają, mówiąc, że jest to amerykańska reklama. No i co z tego?!
  • 2:20 Oh Comely.
10 kwietnia 2007

Dziś włączyłem The Wall Pink Floydów. Od początku do końca przerecytowałem cały Mur (jak można ten tytuł tłumaczyć jako 'Ściana'?), okazuje się, że znam na pamięć każde słowo. Umiem wypowiedzieć każdą kwestię na trzy sekundy przez Watersem. Ciągle zastanawiam się nad tym, kim jest wołana Vera w siedemnastym utworze. Mimo, że film dał mi odpowiedź, uznałem ją za mało wystarczającą (i banalną) i wyrzuciłem z pamięci. Vera zawsze była dla mnie zagadką.

Pinky, który w dorosłym życiu stał bezsilny między murem, sam go w dzieciństwie budował. To nie tylko dzieło otoczenia - to także wytwór jego samego. Jeszcze do jakiegoś czasu, gdy słyszałem od kogoś słowo "dzieciństwo", brałem to za coś, co nadal mnie dotyczy. Ludzie często wspominają lata wczesnej młodości. Chętnie się temu przysłuchiwałem, myślałem, że jestem poza tym. Ostatnio zorientowałem się, że już od paru dobrych lat tak samo jak inni mogę opwiadać o swoim dzieciństwie. Spostrzegłem, że już nic do tego okresu nie dopiszę - to skończone, oddzielone grubą kreską wieku. Za chwilę będę już oficjalnie dorosły.

Nie mam zeszytu z poezją. Nigdy nie potrafiłem pisać wierszy, chociaż chciałbym. Mam drugą osobowość, zadziwiającą umiejętność obserwacji. Mam silne pragnienie latania, lecz nie mam już gdzie lecieć. Mam popiół po spalonych listach i zamglone wspomnienia. Jesteś tam za Murem? Nasłuchuję nadal bicia Twojego serca, powiedz, że tam jesteś.

Kult rocka progresywnego jest dla niektórych niezrozumiały (z pozdrowieniami dla Och!, tak, to znowu ja;), dla mnie niezrozumiałe jest to jak można stawać plecami do takich dzieł jak The Wall na przykład. Każda gitara tutaj to mistrzostwo świata, każdy wokal Watersa pachnie geniuszem, a warstwa tekstowa składa się na jedną z najbardziej poruszających i złożonych historii zaprezentowanych w wersji audio. Ile znacie takich dwupłytowych albumów? Ile koncept-albumów?

Oglądam ostatnio sporo filmów. Opowiadają o ludziach, którzy w coś wierzą i mają marzenia. Gdy kończe je oglądać - jestem przerażony. Ja chyba w nic już nie wierzę, a marzenie pozostaje ciągle za Murem.

Ps. Film Knockin' On Heaven's Door w reżyserii Thomasa Jahna, polecam - polecam.