29 grudnia 2007


Podobno czasy, gdy muzykę dzieliliśmy na polską i tą niepolską już minęły, ale nie dla mnie. Prawdą jest, jak to bratbud dziś stwierdził, że słuchając polskich fonograficznych wytworów (tudzież często stworów) zawsze gdzieś w głowie siedzi stwierdzenie "jak na polskie warunki". Słuchając nawet przyjemnej płytki, w końcu musi paść symboliczne 'dobra, jak na polskie warunki'. A polskie warunki, jakie są, każdy widzi. Mijający 2007 drastycznych zmian w tej kwestii nie przyniósł, aczkolwiek przeklinać nie musimy, bo wyłowić możemy coś dobrego zdecydowanie można. Oto szóstka (lubimy okrągłe liczby) polskich płyt roku 2007:

Czytaj dalej...

28 grudnia 2007


Z której strony nie patrzeć, kończący się rok jest całkiem udany, szczególnie na tle swojego szóstkowego poprzednika, który zdaje się być największą klęską tej dekady. Lista tak jak utworów - dość intuicyjna, zdaje sobie sprawę, że na przykład pozycja druga nie pojawi się raczej w żadnym innym rankingu. O większości płyt już pisałem kiedyś w tej rubryce, tak też opisywanie miejsc niższych sobie darowałem, skupiając się bardziej na pierwszej piętnastce. Najlepsze albumy tego roku według autora bloga wyglądają... {werble} tak:

Czytaj dalej...

27 grudnia 2007


To jest naprawde trudniejsze, niż myślałem. Wybrać tylko 25 najlepszych piosenek, z trzycyfrowej liczby przesłuchanych przeze mnie albumów z tego roku, i jeszcze je poukładać miejscami. Nie pytajcie dlaczego tak, a nie inaczej, bo nie odpowiem. Lista jest intuicyjna. Tak według mnie wygląda 25 najlepszych utwórów roku 2007:

Czytaj dalej...

26 grudnia 2007

Jeśli tak, to popatrzcie co rynek fonograficzny ujrzał:

Czytaj dalej...

08 września 2007

Wrzesień już pewnie poczuł się na kalendarzu, to znak, że ta tania dziwka - jesień, już za pasem. Dobry to moment, żeby zebrać ze sobą najlepsze jesienne płyty. Takie akurat na ścieżkę dźwiękową do kopania żółtych liści, chodzenia w deszczu, długich wieczorów. Będzie to również rekapitulacja moich osobistych, jesiennych smętów, więc nie bierzcie jej sobie zbytnio do serca. Oczywiście liczę na Was, że wzbogacicie listę o swoje typy w komentarzach, co by tu piękny zbiór takich jesiennych albumów powstał.

Interpol - Turn On The Bright Lights
Jedziesz autobusem, za oknem ciemno, w szybach odbijają się mijane latarnie. Autobus jest prawie pusty, siedzisz sam, z twarzą wpatrzoną w szybę. A w słuchawkach debiut Interpola, nie ma lepszytch warunków do słuchania tego albumu, przynajmniej dla mnie.

Low - I Could Live In Hope
Opus Magnum zespołu z Minnesoty. W zasadzie sam gatunek jest wystarczająco wymowny: Slowcore/Sadcore.

The Cure - Pornography
To już w ogóle jest ciemny dół, ba, czarna dziura. Tego słuchali starożytni emo. A tak bardziej na serio to Pornography + deszcz za oknem = wielkie przygnębienie. Do tego można od razu dorzucić Disintegration w pakiecie, troche mniej mroźne i z cieplejszymi akcentami, takie gdyby właśnie przestało padać.

The Czars - The Ugly People vs. the Beatiful People
Co by nie było, że samymi pewniakami zarzucam. Kolejna płyta slowcore'owa, choć raczej nie dorównuje poziomowi debiutu Low, też ma swój, smętny urok.

The Twilight Singers - Twilight as Played by the Twilight Singers
Tu jest wszystko, co miałem w tym temacie do powiedzenia. Po prostu cudo.

Blackfield - Blackfield
Poboczny projekt Stevena Wilsona, który na chwilę przerwał odgrzewanie kotletów w Purcupine Tree, i nagrał naprawdę dobrą, i ważną dla mnie płytę. Poza tym znajduje się tu jedna z najlepszych jesiennych piosenek - It's Cloudy Now. Włączam jesienią, gdy jest pochmurno, jednak coraz częściej tylko z czystego sentymentu.

Michael Andrews - Donnie Darko OST
Obejrzycie Donniego Darko, to zrozumiecie. No i Mad World!

Mum - Yesterday Was Dramatic, Today Is OK
Właściwie, to gdby to był ranking najlepszych płyt na zimę, to Yesterday... zajęłoby bezapelacyjnie najwyższy stopień podium. Stuki, puki, dzwoneczki, tęsknota bez odbiorcy wyczuwalna w muzyce, wszystko to daje niepowtarzalny klimat. Dobry również na jesień.

C.D być może nastąpi

23 sierpnia 2007

Jak to raczej powszechnie wiadomo, The Beatles nie podlega rankingowaniu, katalogizowaniu, i tym podobnym akcjom dokonywanych na ich twórczości. Ale osobiste rankingi nikomu nie szkodzą, więc dlaczegoby nie pokusić się o jakieś moje spersonalizowane zestawienie, tym bardziej, że przynosi to ze sobą kilka godzin przy muzyce Fab Four, niewątpliwe przyjemna sprawa. Wybór padł na moje ulubione 10 piosenek brytyjczyków, selekcja była zarazem bolesna i kojąca... Zaczynajmy więc:

10. Ob-la-di, Ob-la-da (The White Album)
Na przekór wszystkim tym, którzy uważają tę piosenkę za kicz, czy cokolwiek niestosownego w twórczości Beatlesów. Skrajnie prosty refren, który znają wszyscy, od indian z amazońskiej dżungli po trójpaskowców spod bloku. Dlaczego? Bo za każdym razem, niezależnie od sytuacji, gdy włącze Ob-la-di, Ob-la-da, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Zawsze.

9. You Never Give Me My Money (Abbey Road)
Sam otwierający, piękny motyw na pianinie czyni ten utwór jednym z tych naj. A dalej jest przecież równie dobrze: jest to jedna z najbardziej rozbudowanych piosenek liverpoolczyków. 4 minuty, które można podzielić aż na trzy części, gubiące się melodie zamieniają się pod koniec w drobne, instrumentalne improwizacje. Dodatkowo jest to closer dla całego Abbey Road, właśnie tak kończy się jeden z najlepszych albumów The Beatles, i tak kończy się pewna era. Delikatnymi dzwonkami i odgłosem świerszcza.

8. Help (Help!)
Jedna z dwóch najbardziej rock'and'rollowych pozycji na liście. Szybkie, skaczące tempo, wyraźna perkusja Ringo... I w sumie takich piosenek w ich dorobku jest najwięcej, energicznych, prostych jak pałka do perkusji. Zero przeintelektualizowanego grania; krzesło, a nie projekt krzesła. Drewniane krzesło, na kórym bez problemu wybijesz rytm Help.

7. Happiness Is A Warm Gun (The White Album)
Szczęściem jest rozgrzana broń. Ciepła broń oznacza, że właśnie kogoś z niej zastrzeliłeś. Kogoś, kogo baardzo nie lubiłeś, i to przynosi Ci ulgę i właśnie szczęście. Poza tym sposób i szybkość z jaką John wyśpiewuje 'She's well acquainted with touch of the velvet hand', w ogóle to przejście... aaaaaa!!

6. Girl (Rubber Soul)
Ej, no i nie wiem jak wytłumaczyć to, dlaczego tak tę piosenkę ulwielbiam. Chyba właśnie za tą gitarę, bardowskie trochę rozpoczęcie opowieści Lennona. Opowieść o chrześcijaństwie, co rzadko przez kogo jest zauważane ;)

5. The Fool On The Hill (Magical Mystery Tour)
Tak to już z tymi Beatlesami jest, że jak myślisz, że nie znasz ich melodii, to i tak znasz. Każda ich część, każdy patent jest już tak potężnie klasyczny, że nawet nigdy nie słuchając ich płyty - znasz doskonale mnóstwo piosenek. Główny motyw tego utworu również do tych klasyków zalicza. Jednak mnie głównie urzekła warstwa tekstowa - kim jest mężczyzna stojący na górze? Filozofem, może każdy introwertyk nim jest? Człowiek autystyczny, odbierający więcej niż inni? Autor?

4. Let It Be (Let It Be)
Tym kapitalnym utworem Fab Four pożegnało się ze światem, ze sobą nawzajem. Dali nam na koniec coś pięknego, uświadamiając nas, że tak musiało być.

3. Run For You Life (Rubber Soul)
Nie pojmuję, dlaczego ten utwór jest dokumentnie pomijany, ignorowany. Nawet sam autor, Lennon go nie lubił, mówił, że go po prostu machnął od niechcenia. A to jest coś fantastycznego, szybkiego, szczerego... walić już to, że ma świetną melodie, której nie sposób zapomnieć i nieziemski rytm. Przeczytajcie tekst: widzieliście jakiś prawdziwszy, bardziej autentyczny opis zazdrości? Bez zbędnych banałów, zazdrość ukazana w tej najpierwotniejszej formie, brutalnej i wulgarnej, tak jak brutalna jest natura człowieka. Prawdziwy facet, gdy opanuje go ślepa zazdrość o swój obiekt pożądania nie będzie pisał sonetów na ten temat, tylko powie: Wolałbym widzieć Cię martą mała dziewczynko, niż z innym mężczyzną.

2. Yesterday (Help!)
Bez przesady... dwie ostatnie pozycje zostawiam w spokoju. Mój komentarz wyglądałby przy tych tytułach conajmniej śmiesznie. Więc jak to jest u Was?

1. A Day In the Life (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band)

16 czerwca 2007

5.

Placebo - Without You I'm Nothing
Tak wysokie miejsce dla tego albumu może niektórych zdziwić, sam przyznaję, że jakieś szczególne dzieło to to nie jest. Lecz mam do Without You I'm Nothing jak i całego Placebo całą tonę sentymentu. Jest to kawałek mojego życia, gdzie pojedyńcze utwory przywołują obrazy z preszłości. Na pewno macie też takie płyty, co się będę tłumaczył. Swoją drogą, za tamtych czasów ten zespół był naprawdę porządny - jeszcze bez tego indie-gotyckiego imidżu. ;>



4.

Modest Mouse - The Lonesome Crowded West
Z rozmów z rodzicielką, za czasów, gdy intensywnie dręczyłem rodzine Modest Mouse w ogromnych ilościach:
-Czego Ty słuchasz, co to za muzyka?
-Najlepsza.
-Ale przecież on nawet nie śpiewa, drze się (wymowna mina, leciało wtedy bodajże Alone Down There)
-Ale jak się drze...

To co różni Lonesome i The Moon & Antarctica to tylko koncept tej drugiej. To dlatego ona jest uważana za najlepszy album Modest Mouse. W takim układzie The Lonesome Crowded West jest 'tylko' zbiorem zajebistych, żywych, zabójczych, energicznych piosenek. 70 minut materiału, przy którym nie ma mowy o sekundzie nudy. Każdy utwór zasługuje na to, by o nim pisać wypracowania. Ah, i Bankrupt On Selling, chyba mój the best song Modestów.



3.

Neutral Milk Hotel - In the Aeroplane Over the Sea
Gdy ten blog, powiedzmy, dopiero powstawał, popełniłem recenzję tego albumu. Przeczytałem ją dzisiaj i przeraziłem się. Pomijając okropny styl, to chyba za wcześnie powiedziałem hop. Pisałem o nim, a nie poznałem go jeszcze wystarczająco - dopiero później poznałem kolejne zachwycające strony tej płyty. Szczególnie songwriterski fenomen Jeffa Manguma, który ruszył całe Elephant 8. Co ciekawe, udało mi się rozpowszechnić ten album wśród znajomych, którzy najczęściej średnio przychylnie spoglądali na moje muzyczne rekomendacje - In the Aeroplane Over the Sea przyjeli ze sporym entuzjazmem. Na koniec nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem komentarza Papaja spod tamtej recenzji: "NMH jest świetne, genialne i basta, a Communist Daughter to już całkowity orgazm i ‘sperma plami szczyty gór’. A tak właściwie to świetna płyta, naprawdę więcej takich. " ;>.



2.

Radiohead - OK Computer
No i tu pojawia się problem. Bo co napisać o albumie, o którym powiedziano już absolutnie wszystko? Analizowano od pojedyńczych wersów po okładkę? Sprawdzano zależność między barwą głosu Yorka w Exit Music a sytuacją traw na stepach Akermanu? Przez wielu uznawany za album wszech czasów. A ja spotykam ludzi, którzy uważają, że znają się na muzyce rozrywkowej, a na pytanie o Ok Computer odpowiadają "no... coś tam słyszałem". Phi.




1.

Sigur Rós - Ágætis Byrjun
No i oto zwycięzca. Kto pamięta zamieszczaną tu kiedyś recenzje tego albumu wie, jak ciężko mi o nim pisać. Ponieważ jest to ponad godzinny lot ponad chmurami, czysta magia. Więcej niż muzyka, to jest coś co ociera się o granicę percepcji. Strasznie ciężko ubrać to wszystko w słowa, tak marnie wyglądające na tle tych dźwięków. W stosunku do muzyki bardzo rzadko używam przymiotnika 'piękny'. Ten album jest przepiękny, na każdej płaszczyźnie.




15 czerwca 2007

15.

Nick Cave and The Bad Seeds - Let Love In
Za Cave'm nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem. Dawno temu poznałem jego płytę The Good Son z 1990, i odrzuciła mnie od niego na dłuższy czas. Drugie podejście z Let Love In odniosło już zupełnie przeciwny skutek, i polubiłem bardzo. Nie chcąc jednak ryzykowania utraty tej sympatii, jakoś ignoruje jego kolejne płyty, wracając tylko do tej. Świetbe teksty, granie spokojne, lecz ciężkie (paradox?). No i miłość, miłość.



14.

Świetliki - O.Gród K.Oncentracyjny (Dwa Dni Później)
Marcin Świetlicki, to jeden z niewielu Polaków, o których z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest artystą. O.Gród K.Oncentracyjny to jego debiut w śpiewaniu/melorecytowaniu swoich wierszy. 23 utwory, a w każdym wyjątkowa muzyka, zmiany tempa, melodii, klimatu... no i najważniejsze - teksty. Liryka tego albumu to coś wyjątkowego, ciężko byłoby mi szukać w pamięci coś lepszego po Polsku. Całe zdania na stałe zapadły mi w pamięć, np. 'Dziś kupiłem dwa pory na kolację, niosłem je za plecami trzymając jak kwiaty.' Najlepsza polska płyta lat '90.

13.

Rowland S. Howard - Teenage Snuff Film
Podejrzewam, że Rowland S. Howard będzie tutaj najmniej znanym nazwiskiem na liście. Niesłusznie, bowiem występuje tutaj już drugi raz. Należał do Nick Cave and The Bad Seeds, gdy nagrywali Let Love In, później nagrał tę płytę. Też nie do końca sam, bowiem pomagali mu Mick Harvey, który wcześniej również miał etat w The Bad Seeds, oraz Brian Hooper. Siła tkwi tutaj głównie w tekstach (choolernie mroczna natura Howarda) i gitarach, przesterowanych, wibrujących... Szkoda, że na tym albumie się skończyło.

12.

Eels - Electro-Shock Blues
Była, byłaa recenzja.










11.

Pixies - Bossanova
Miałbym chyba spory problem z wyborem mojej ulubionej płyty Pixies. Wszyscy zawsze zgodnie wystawiają Doolittle na piedestał, mi chyba jednak bardziej podoba się Bossanova. Kolejne moje niezbyt popularne sądy ;)







10.

Radiohead - The Bends
Ta płyta to proglog, zapowiedź. Zapowiedź jednego z najlepszych rockowych zespołów wszech czasów. O ile Pablo Honey było obiecującym debiutem, to The Bends stało się schodami do sławy, geniuszu. To wtedy, w roku 1995 zaczeli się prawdziwi Radiogłowi.





9.

Porcupine Tree - Signify
Lata dziewięćdziesiąte dla rocka progresywnego to czas konsekwentnego staczania się, marnienia. Wszyscy wielcy albo właśnie pokończyli działalność, albo ngrywali kiszki, tylko wywołując wspomnienia o potędze tego gatunku w latach '70 i '80. O dobre imię art-rocka intensywnie wlaczył jednak pan Steven Wilson, i po części udało mu się zatrzeć ten gorzki posmak tamtej dekady. Signify, jak dla mnie to zbiór wszystkiego, co w Porcupine Tree najlepsze. Trochę ostrego grania, trochę spokoju i melancholii, trochę psychodeli. Jeśli ktoś ciągle dziwi się, po co ten szum w okół PT, to niech posłucha Signify.

8.

Burzum - Filosofem
Heh, no ta pozycja może wyglądać trochę śmiesznie w takim towarzystwie. Jak już gdzieś wspominałem, dawno temu byłem norweskim metalem. Z tamtego okresu zostało już mi chyba tylko uwielbienie dla tego albumu. Absolutnie nie zagłębiam się w to co zrobił Varg Vikernes, i jego chore ideologie, jednak szacunek za Filosofem mam. Zwykły odbiorca, po włączeniu tego krążka albo się skrzywi, albo odskoczy od głóśników, ja odkryłem w tej muzyce tytułową filozofię. Bo za tym potężnym, black-metalowym jazgotem kryje się tajemniczość, wrażliwość (sic!), transowość i przede wszystkim transcendentalność. Varg, gdy tworzył ten album był chyba na skrzyżowaniu black metal - ambient. Połączył oba style w idealny sposób. A, i co jest chyba małym paradoksem - gdy jestem mocno zdenerwowany (no dobra - wkurwiony), włączam Filosofem w słuchawkach, kłade się na łóżku, i przechodzi.

7.

Angelo Badalamenti - Soundtrack From Twin Peaks
Nie wiem na ile w tym przypadku oceniam samą muzykę, a na ile serial. O tym drugim mogę pisać wiele, o tym jaki ma genialny klimat, pomysł, atmosferę, jak jest zrealizowany... geniusz. Aż się nie chce patrzeć, jak wszyscy zachwycają się takim Lostem czy Prison Breakiem, a nie znają Miasteczka Twin Peaks. Najlepszy serial, z ścieżką dźwiękową dopasowaną idealnie. Ta muzyka jeszcze bardziej nadaje barw temu klimatowi, magii Twin Peaks. Polecam szczególnie, powiedzmy, że ten OST dostaje szczególne wyróżnienie ;)

6.

Modest Mouse - This Is a Long Drive for Someone With Nothing to Think About
Na potrzeby właśnie tego zestawienia, włączyłem sobie debiut Modest Mouse. Rok 1996, Isaac Brock daje pierwsze sygnały światu, że jest geniuszem. I jak włączyłem w okolicach godziny 18, tak teraz, gdy zaraz wybije północ - słucham nadal. I to jest całe Modest Mouse, że mogę słuchać na okrągło, czy to debiut, czy kompilacje, bootlegi. W latach '90 powstały dwie płyty MM - i obie są w tym podsumowaniu.


Finałowa piątka naturalnie jutro.

14 czerwca 2007

25.

Mike Oldfield - Tubular Bells II
Zelektronizowany rock symfoniczny, progresywna elektronika, rock progresywny, artrock, new age... blablabla, ile osób, tyle podpięć. Każdy skrawek Oldfielda urywany jest do innej szufladki, i to chyba jego główny atrybut - eklektyzm. Osobiście serię Tubular Bells poznawałem dawno temu, w sposób jak najmniej chronologiczny - najpierw dwójka, później trójka i na końcu debiut Mike'a, pierwsza część TB. Jak to przeważnie bywa, największy sentyment pozostał mi do części, którą poznawałem najwcześniej, czyli tego albumu. Ciepłe plumkanie jest tu przerywane całkowicie odjechanymi kawałkami - posłuchajcie chociażby Altered State.

24.

Kent - Hagnesta Hill Pisałem o tej płycie całkiem niedawno, chyba nic nie muszę dodawać, odsyłam do recenzji.












23.

Afghan Whigs - Gentelmen
Afghan Whigs tak samo jak The Twilight Singers, drugi projekt Grega Dulli (ten sam, pod zmienioną nazwą?) jest dla mnie zespołem momentów. Z całych płyt uwielbiałem kilka pojedyńczych piosenek, reszty płyty nie trawiłem. I to była reguła potwierdzająca się w Black Love, Twilight Singers czy Blackberry Belle. Wyjątek stanowi ten właśnie album, który cały pochłaniam z przyjemnością. Jednak jak zwykle mam tu swojego faworyta - I Keep Coming Back, coś absolutnie wspaniałego.


22.

Nirvana - Nevermind
Gamxx mówi:
heh
nie słuchałem Nirvany z dwa lata

Redbull mówi:
i jak wrażenia?

Gamxx mówi:
hmmmm, bardziej wspomnienia niż wrażenia

Chyba każdy, kto interesuje się muzyką gitarową, musi prędzej czy później trafić na tą płytę, i przeżyć chociażby najkrótszy okres fascynacji Nirvaną. Po prostu tak jest.


21.

Pink Floyd - The Division Bell
Płyta ta przez fanów Pink Floyd zawsze była traktowana trochę po macoszemu. Po odejściu Rogera Watersa "już nic nie było takie same", powstało bardzo przeciętne A Momentary Lapse of Reason. Wielu skazywało Division Bell z góry na porażkę, moim zdaniem mocno niesłusznie. Album powstawał jak nigdy w niewzburzonej harmonii, współpracy między wszystkimi członkami - co odbiło się na poziomie bardzo pozytywnie. Spokojne, stonowane melodie, pasaże mocno wyrysowanych instrumentów klawiszowych i długie, lecz nienarwane solówki Gilmoura - coś wspaniałego. Album ten przynosi mi również jeden z moich ulubionych utworów Floydów - High Hopes. Wspaniałe zakończenie kariery jednego z najlepszych zespołów wszechczasów.




20.

Godspeed You! Black Emperor - F#A#∞ [1995-1997]
"Wszystkie budynki zapadły się
Matki ściskają swoje dzieci podnosząc się z gruzu
i wyrywają sobie włosy z głowy
Horyzont wyglądał pięknie w ogniu
Powykręcany metal piętrzył się ku górze
Wszystko było skąpane w rzadkiej pomarańczowej mgiełce"







19.

Jeff Buckley - Grace
"Był czystą kroplą w ocenie hałasu". Miał 31 lat gdy zmarł, udał się tam, gdzie czekał na niego ojciec. Pozostawił po sobie tylko jeden album - Grace. Jedna z większych strat dla muzyki tamtego okresu. Debiut, a już niemalże songwiterskie mistrzostwo. Grace wypełniona jest piosenkami o miłości, smutku, wierze. Hellelujah kojarzy chyba więcej osób właśnie z nim, niż z prawdziwym twórcą - Leonardem Cohenem.





18.

Belle and Sebastian - If You're Feeling Sinister
If You're Feeling Sinister już chyba na zawsze zostanie wizytówką i klasykiem tego szkockiego zespołu. 10 akustycznych, spokojnych utworów, utrzymanych w klimacie indie-popowym. Właściwie to z niczym mi się nie kojarzy, żadnych większych wspomnień - lecz kiedyś śniła mi się pewna melodia, nawet słowa. Pół dnia chodziłem, miałem to w głowie i nie dawało mi za nic spokoju. Przekopałem pół kolekcji, aż w końcu trafiłem! To był The Fox in the Snow :)


17.

Myslovitz - Miłość w Czasach Popkultury
Jakby to śmiesznie, czy głupio nie zabrzmiało - jest to płyta mojej generacji. Nie ma chyba takiej osoby, która przeżywała młodość w latach dziwięćdziesiątych, a nie zna tej płyty. Długość Dźwięku Samotności, czy tego chcemy czy nie - wyrosła już na coś w rodzaju hymnu, rozpoznawalnego już z pierwszego dźwięku. Nic lepszego wcześniej ani później nie nagrali, mówcie co chcecie.
[nie mogę patrzeć na tę okładkę]




16.

Low - I Could Live in Hope
Slowcorowy klasyk, tak jak w przypadku Kent, wystarczyć powinna recenzja.










Miejsca 15-10 jutro, mniej więcej o tej samej godzinie.

04 maja 2007

Ulubiony katalog reklamowy brytyjskich zespołów z grzywkami, New Musical Express, opublikował ich zdaniem listę dziesięciu najważniejszych hymnów muzyki niezależnej.

1. Oasis - 'Live Forever'
2. Nirvana - 'Smells Like Teen Spirit'
3. Pulp - 'Common People'
4. The Smiths - 'There Is A Light That Never Goes Out'
5. The Libertines - 'Don't Look Back Into The Sun'
6. The Libertines - 'Time For Heroes'
7. The Smiths - 'How Soon Is Now?'
8. The Stone Roses - 'I Am The Resurrection'
9 The Strokes - 'Last Nite'
10 Arctic Monkeys - 'I Bet You Look Good On The Dancefloor'

Od komentarza, tak jak to w przypadku hymnu dla nastolatków się powstrzymam. Tylko jedno mnie zastanawia: niezal - Nirvana? Wtf?

28 marca 2007

Jest 28 marca, wszystko co miało być w miesiącu, zostało wydane. No, zakładając, że mam gdzieś kolejną płytę Jenifer Lopez i Good Charlotte (mam). Tak więc nic nie stoi na przeszkodzie podsumowania pierwszego kwartału roku pańskiego (hie hie) 2007 w muzyce.
I niech będzie już na wstępie jasne - muzyczny rok już dawno tak dobrze się nie zaczynał. Dla porównania, rok temu o tej porze wszyscy zachwycali się beznadziejnym debiutem Arctic Monkeys, średnim nowym albumem Placebo, a najlepszym krążkiem mógł się poszczycić weteran - David Gilmour. Dwa lata temu wcale nie było lepiej. Tak więc mogę śmiało takie małe podsumowanko zrobić, bez obawy, że nie będzie o czym pisać (oj będzie!).

Czytaj dalej...