11 listopada 2008

...to znaczy, że budzę się rano, patrzę przez okno i chce mi się rzygać, przez cały dzień chce mi się rzygać, kiedy widzę syf na ulicach, blokowiska, pijane mordy jednych i chytre oczka drugich i czasem marzę o tym, żeby to wszystko spalić, a później zaorać i przysypać wapnem, niegaszonym – i dopiero jak się odleży, to budować od nowa; ale niechby ktoś podniósł na ten kraj rękę, to bez namysłu chwyciłbym za broń, a gdyby broni nie stało, to z gołymi rękami rzuciłbym mu się do gardła.*

Czytaj dalej...

02 listopada 2008

Zaczęło się to wszystko od epki Coldplaya, na której zaproszono do wykonania Lost (z nowej, kiepskiej btw płyty) Jay-z. Kawałek wyszedł smerfastycznie, Jay do Martina dodał jedną zwrotkę z Lost Ones ('See Jesus, see Judas, see Ceasar, see Brutus // See success is like suicide...' ooooou) i przyćmił tym samym swoim murzyńskim geniuszem brytolskiego wokalistę. Komuś bardzo spodobało się to, i chciał więcej - ale jako, że tak Jay-z jak i Coldplay nie zamierzali nagrywać wspólnej płyty, sam się za to zabrał. Wziął podkłady tych drugich, powycinał, pomiksował, dodał rap Jay-z i tak powstał ten mush-up. Najlepszy jaki w życiu słyszałem, jest to rzecz potężna i Jay nigdzie mi się tak nie podoba jak właśnie w tej wycinance. Na dowód tego wrzuciłem do sieci aż trzy kawałki, żebyście sami mogli się przekonać: nigdy tego nie robię praktycznie, więc doceńcie tę wczuwę :> Cały mash-up do ściągnięcia tutaj.

Czytaj dalej...

14 października 2008

A właściwie to nie Fushitsusha tylko 不失者. Co ja miałem napisać? A, że jest to płyta genialna. Aż pofatygowałem się sprawdzić, chyba tylko dwa razy użyłem słowa 'genialność' na tym blogu w odniesieniu do jakiejś płyty, był to King Crimson i Demarczyk. No więć dzisiaj podbijam tę liczbę do pięciu: PSF 3/4 jest genialne. I nie pytajcie dlaczego, ja ani słowa z tego albumu nie rozumiem. Co nie zmienia faktu, że jest... genialny.

[właściwie to bardzo bym chciał kiedyś napisać więcej o mózgu tego zespołu - Keiji Haino, ale zanim przerobie wszystkie jego projekty, będę już chyba odliczał dni do emerytury. dobra, żeby Was tak na lodzie nie zostawiać, kilka słów kluczowych: japonia, '89, noiz, psychedelic, experimental rock, noiz, electricblues (?!), ethereal guitars, noiz]



06 października 2008

Nie wiem co jest, ale raz po raz widzę w różnych miejscach mocne podjary na Bon Iver, doszło do tego, że nawet w telewizji chwalili tę płytę! I tak sobie myśle o co biega, że nagle taki wszechobecny hajp... więc zapobiegawczo przypominam, że ona nie jest nowa, a pisałem o niej już niemal rok temu. Odsyłam wspominkowo, kto pamięta, warto odświeżyć bo całkiem śliczna jest:

Bon Iver - For Emma, Forever Ago



07 września 2008

Dziś chciałbym Wam wyłożyć genialność Bright Eyes jak profesor na wykładzie. I co z tego, że profesor ze mnie żaden, a wielu z Was teza genialności Bright Eyes nie podpasuje ewentualnie się z nią nie zgodzi. Ale spróbuje to zrobić choć średnio czuję się na siłach, szczególnie jeśli chodzi o formę, tak więc umówmy się, że o formę nie dbam.

Bright Eyes to zespół amerykański założony w 1995 roku przez Conora Obersta, wówczas 15letniego. W jego skład wchodzą również jak twierdzą niektórzy Mike Mogis i Nate Walcott, lecz nie da się ukryć, że to Conor jest mózgiem projektu, jak i jego palcami oraz głosem przede wszystkim. Pozostali ograniczają się raczej do robienia hałasu (i to na wyraźną komendę lidera, cytuję: 'Let's fuck it up boys, make some noise') i tworzenia tych bardziej orkiestrowych momentów.

Czytaj dalej...

22 sierpnia 2008



Absolut - pojęcie oznaczające byt doskonały, najwyższy, pełny, niezależny, nieuwarunkowany, bezwzględny. Występuje w wielu filozofiach idealistycznych. Absolut może być traktowany jako filozoficzny odpowiednik pojęcia Boga, pozbawionego jednak przymiotów osobowych, choć w niektórych systemach pojęcia Boga i absolutu są właściwie równoważne.

Katharsis - uwolnienie cierpienia, oczyszczenie, rozładowanie uczuć, wzruszeń pod wpływem sztuki. Odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń, które podlegały kontroli mechanizmów obronnych, ego lub kontroli społecznej (persony jednostki).

Sigur Rós (isl. róża zwycięstwa; ['sɪːɣʏr rouːs] ?/i) – islandzki zespół założony w Reykjavíku w 1994, grający muzykę post-rockową z elementami klasycznymi, ekperymentalnymi i minimalistycznymi. Zespół znany jest z wyróżniającego się, falsetowego głosu wokalisty.



Próbuje włączyć w sobie jakieś zapasowe pokłady grafomanii, i chyba nie jestem w stanie. A zdaje mi się, że tylko tak można pisać o tym koncercie, o całym Sigur Rós - żeby nie spłycić, żeby chociaż w części oddać to co się tam działo. Napisać, że czasoprzestrzeń podczas otwierającego Svefn-G-Englar gdzieś zniknęła, Jonsiemu pod czapką wyrastały elfie uszy podczas grania Olsen Olsen (ktoś widział!), amfiteatr przeniósł się na lodowiec, na łąkę, do lasu, w góóóóóóóry, wielkie, ośnieżone góry, grali na szczycie a wokół były chmuryyy aaaaa... WRÓĆ.



Warszawa, 20 sierpnia, Park Sowińskiego, wchodzimy do amfiteatru (pozdrawiam ochronę, która wpuściłaby mnie nawet z takim aparatem/obiekwtywem). Ludzi więcej niż dużo, po tym przeniesieniu koncertu ze Stodoły i zwiększeniu puli biletów organizatorom kaska się w kieszeni zgadzała, niestety nie na tyle, żeby załatwić kilka toitojów. No ale nic to, zaraz zagra Olafur Arnalds, ile to ja się nim napodniecałem, a tu krąże wokół tematów okołotoitojowych, nie wypada.

Ehhh... Równo o 20 wyszedł na scenę, mały niepozorny, w towarzystwie kilku instrumentalistów. Tutaj należy się kilka słów wyjaśnienia czego oczekiwałem. Eulogy for Evolution to dla mnie jedna z czołowych płyt minionego roku (nie znałem przed robieniem listy, sorry), jeśli nie najlepsza. I stawiałem ten koncert niemal na równi z Sigurami, miał mnie ponieść gdzieś w górę, miałem mieć ciary na plecach jak przy słuchaniu płyty, miało mnie wbić w ziemię lub jeśli trzeba w beton. Rozczarowałem się. Zagrał bez polotu, krótko - ledwo trzydzieści minut, wybierając przy tym jeszcze te mniej efektowne swoje kompozycje. Wyglądało to wszystko jak scieżka dzwiękowa do podłączania sprzętu Sigur Rós.

Szloch, otarłem łzy zawodu, pogniewałem się na Olafura i poszedłem pod scenę na właściwią część koncertu. Pod same barierki, drugi rząd, wszystko z bliska, powiedziałbym, że pewnie Anioł mnie tam zaprowadził! Islandczycy kazali długo na siebie czekać, wywoływani co chwile oklaskami, wyszli w końcu w okolicy godziny 21. Poleciały pierwsze dźwięki Svefn-G-Englar i już nas tam nie było...



...przypomniały mi się te pierwsze jesienne przesłuchania Ágætis Byrjun, samotne łażenie po lesie z nim na uszach, dawne zachwyty. Cała ta metafizyka, nadprzyrodzoność znajdowała się teraz jakieś 3 metry ode mnie, to wszystko uderzało we mnie ze zmasowaną siłą... zdynstansować się od tego i oddać trafnie co przeżywałem w ciągu tych dwóch godzin nie umiem. Wiem tylko, że już nigdy nie usłyszę tak pięknego Ny Batteri a Hoppipolla już nigdy nie trafi tak centralnie we mnie. I tak dalej, mnożyć mogę aż wyliczę całą setlistę, bo w każdym z 16 kawałków było coś niesamowitego. Poleciał przekrój przez całą twórczość, ogólnie setlista marzenie nie licząc braku Vaki, na którą czekałem bardzo, i chyba nie tylko ja.



Osobny akapit ze złotą czcionką należy się przedostatniemu Popplagið, to był pierwszy z dwóch bisów. Jeśli przez cały koncert było nieziemsko, to podczas grania tego finału krążyłem gdzieś mentalnie w okolicach plutona. Dajcie mi gdzieś filmik z tego, bo ja nie uwierze, że to działo się naprawdę.

Cokolwiek napiszę, będzie za mało, więc. Filmiki wrzucam, możecie podziwiać spokój mojej nieruchomej ręki jak i pionowe nagrywanie, kopirajts by Martyna & Kamil itd. i wszyyystko. ;


26 czerwca 2008

Wakacje, odpoczynku czas :> Muzykofilia też odsapnąć musi, tak też nawału notek przez najbliższy miesiąc - półtora się nie spodziewajcie. Być może ograniczę się tylko do relacji z miejsc, które zdołam w to lato odwiedzić. A będzie to na pewno Off Festival, na pewno koncert Sigur Rós, możliwe że Rafineria; na Openera chyba mnie nie stać albo nie mam z kim się zabrać. Era Nowe Horyzonty w tym roku wygląda już mniej ciekawie niż w tamtym. No nic, życzę Wam miłego koncertowego lata, może gdzieś tam się spotkamy - cytując samego siebie - ten najgłupszy to będę ja;)

19 czerwca 2008

Letnie, parne noce się zaczynają, z tej okazji jakaś szybka niechlujna notka. W letnie parne noce mam skłonności do słuchania Twilight Singers, więc może siedem ulubionych utworów pana Dulliego pod szyldem TS.


Czytaj dalej...

15 czerwca 2008

Jak ktoś już w komentarzach się domyślił, słabsza forma bloga to sprawka głównie Euro, a może to tylko wymówka. Właściwie to nie mam ochoty na nic, ale to nie sprawa na te 500 pikselów kwadratowych.
Ostatnio trafiłem na kilka opinii, że jestem wkurwiający. Po zjechaniu Juno i Czesława, dziś dostaniecie kolejną wspaniałą okazję do zaprzestania czytania mnie. Spytacie dlaczego. Odpowiem: bowiem dziś podzielę się z Wami moimi guilty pleasures, czyli utworami w powszechnej opinii słabymi, za które powinienem się wstydzić, a ja je jednak uwielbiam. Wchodzimy na grząski grunt, więc rozwijacie ten wpis na własną odpowiedzialność.

Czytaj dalej...

02 lutego 2008


Gdyby ktoś tęsknił za Buckleyem i jego Grace, za Smithem i jego Elliottem: Bonnie Prince Billy nadal żyje, a w '99 i tak zapewnił sobie nieśmiertelność tym utworem i tym albumem.

31 grudnia 2007

Już za 7 godzin kilka milionów trzasków i świecidełek (nie ogarniam tego btw) zainnaugruje rok 2008. Z powodu owego wypadałoby złożyć Wam życzenia. Ale by nie zdradzić tematyki tego bloga, będzie troche inaczej. W nowym, 2008 roku życzę Wam:

  • żeby Modest Mouse zagrało w końcu koncert w Polsce, najlepiej w małym klubie w którym będę ja i jakieś kilkadziesiąt osób. a i żeby setlistę stanowiła cała The Moon & Antarctica
  • Radiohead też by mogło zawitać
  • M.I.A na Offie to też nie głupi pomysł. Albo Sufjan.
  • żeby Oasis się rozwiązało
  • RHCP też, tak jak Pearl Jam
  • jeśli mają utrzymać spadkową formę, to Interpol też
  • Coma też, a Rubik został zesłany na Sybir
  • by rock progresywny przestał istnieć
  • żeby wszystkie Emo wywiązali się ze swoich obietnic i się w końcu zabili
  • żeby C.K.O.D nagrał coś co kopnie w dupę Terroromans
  • ogólnie lepszej formy polskiej muzyki
  • i żeby nasi tępi pseudorecenzenci przestali nad każdym młodym zespołem gitarowym stawiać slogan 'indie'
  • właściwie żeby cały slogan 'indie' przestał istnieć
  • mniej gówien typu The View czy The Horrors
  • mniej zespołu typu The -s
  • końca kariery Anny Gacek
  • żeby w końcu wyszło nowe The Avalanches i żeby wymiotło
  • tak samo Antony and The Johnsons
  • nowy projekt Grega Dulliego, taki taki... najlepszy
  • nowa Ścianka, ale taka naprawdę dobra
  • więcej już nie wiem
  • co zaproponujecie Wy?
  • i czego mi życzycie :>
  • bawcie się dobrze, pijanego


30 grudnia 2007

Hang to nowy (zaledwie kilkuletni) instrument wymyślony przez jakiegoś szwajcara, ale co tam - to nie istotne. Istotne jest za to to, co można na tym tworzyć. Oglądnijcie poniższy filmik:


Tak! Gość tam nie ma laptopa, obmacuje tylko kawał blachy. Świetne prawda? Ten kawał blachy kosztuje ponad tysiaka euro, a pan grający na nim nazywa się Manu Delago, i wygląda na to, że jest pierwszym muzykiem, biorącym się za to na poważnie (3 płyty).

29 grudnia 2007


Podobno czasy, gdy muzykę dzieliliśmy na polską i tą niepolską już minęły, ale nie dla mnie. Prawdą jest, jak to bratbud dziś stwierdził, że słuchając polskich fonograficznych wytworów (tudzież często stworów) zawsze gdzieś w głowie siedzi stwierdzenie "jak na polskie warunki". Słuchając nawet przyjemnej płytki, w końcu musi paść symboliczne 'dobra, jak na polskie warunki'. A polskie warunki, jakie są, każdy widzi. Mijający 2007 drastycznych zmian w tej kwestii nie przyniósł, aczkolwiek przeklinać nie musimy, bo wyłowić możemy coś dobrego zdecydowanie można. Oto szóstka (lubimy okrągłe liczby) polskich płyt roku 2007:

Czytaj dalej...

28 grudnia 2007


Z której strony nie patrzeć, kończący się rok jest całkiem udany, szczególnie na tle swojego szóstkowego poprzednika, który zdaje się być największą klęską tej dekady. Lista tak jak utworów - dość intuicyjna, zdaje sobie sprawę, że na przykład pozycja druga nie pojawi się raczej w żadnym innym rankingu. O większości płyt już pisałem kiedyś w tej rubryce, tak też opisywanie miejsc niższych sobie darowałem, skupiając się bardziej na pierwszej piętnastce. Najlepsze albumy tego roku według autora bloga wyglądają... {werble} tak:

Czytaj dalej...

27 grudnia 2007


To jest naprawde trudniejsze, niż myślałem. Wybrać tylko 25 najlepszych piosenek, z trzycyfrowej liczby przesłuchanych przeze mnie albumów z tego roku, i jeszcze je poukładać miejscami. Nie pytajcie dlaczego tak, a nie inaczej, bo nie odpowiem. Lista jest intuicyjna. Tak według mnie wygląda 25 najlepszych utwórów roku 2007:

Czytaj dalej...

26 grudnia 2007

Jeśli tak, to popatrzcie co rynek fonograficzny ujrzał:

Czytaj dalej...

08 grudnia 2007

Umarł król, niech żyje król! Rok panieński 2008 nadchodzi wielkimi krokami, a wraz z nim masa nowych albumów. Sporo z nich została już zapowiedziana, tak więc spokojnie mogłem już skompletować listę - na co warto czekać w przyszłym roku. I co nie ma prawa mnie zawieść. No więc jedziemy (oraz czekamy na wasze typy):

Czytaj dalej...

02 grudnia 2007

Krótkie spojrzenie, 9 grudnia '99. Człowiek na przeciwko w otwartym oknie gapi się na okno, przez które ja gapie sie na tego faceta. Ubranego w pidżame. Pidżame w jasno niebieskie paski. Ubranego w siwe włosy, ubranego w czas wolno płynący, ubranego w ciszę piętnastej jedenaście.
Dwudziesty czwarty maja dwa tysiace, konkret, gdzies o osiemnastej trzydziesci miasto moje umiera, widac jedynie łapy psa wystajace zza okna i kobiece fartuchy stojace w kuchni.
Oni jada do roboty. Ciemne słońca zasłaniają ich powieki nad zmęczonymi dłońmi. Niewyraźnie trzymany papieros w gębie schował swój uśmiech w bezbarny swit. On - to siatka porośnięta kobiecą trawą. Spodnie, kraciasta koszula na krzyżu. Buty wysmarowane greckim olejem i cichy szelest godziny piątej minut czterdzieści cztery.
I cichy szelest godziny piątej minut czterdzieści cztery.

Czytaj dalej...

19 listopada 2007

Bo czasami bywa tak, że ogarnia nas potężne wkurwienie, a złość rozsadza od środka. Naturalnym zachowaniem będzie w takiej sytuacji dążenie do złagodzenia negatywnych emocji - tu przychodzi z pomocą, nie pierwszy raz zresztą, muzyka.

Czytaj dalej...

18 października 2007

Wczoraj i dzisiaj otworzono archiwum Gazety Wyborczej. Okazji nie przepuściłem, i wyszukałem kilka ciekawych tekstów (polski rynek muzyczny na początku lat dziewięćdziesiątych - jeden wielki rotfl), na przykład recenzję Kid A. Przeczytałem jak zapatrywano się na ten album zaraz po premierze, i uśmiechnąłem się pod nosem. Czy to nie przypomina aktów paniki towarzyszącym wydaniu In Rainbows?
Jako, że archwum zostanie niedługo zamknięte, zamieszczę tekst w całości:


W poniedziałek ukazują się dwa albumy wykonawców, którzy należeli do ścisłej czołówki ubiegłej dekady. Albumy "OK Computer" i "The Bends" zespołu Radiohead oraz "Music For The Jilted Generation" i "The Fat Of The Land" Prodigy znalazły się na szczytach podsumowań lat 90., które przetoczyły się przez światową muzyczną prasę z okazji końca dziesięciolecia, wieku i tysiąclecia zarazem. Aby uzmysłowić sobie presję spoczywającą na wątłych ramionach Thoma Yorke'a - wokalisty, lidera i autora repertuaru Radiohead - wystarczy zacytować wyniki plebiscytu na album wszech czasów, w którym wzięło udział 200 tysięcy Brytyjczyków. Ich albumy znalazły się na 2. i 4. miejscu, pomiędzy trzema historycznymi albumami The Beatles. Stonesi, Dylan czy Pink Floyd znaleźli się daleko dalej. Oczekiwania związane z nowym albumem były więc ogromne. I Thom Yorke postanowił najwyraźniej tych oczekiwań nie spełnić. Na płycie "Kid A" nie ma ani jednego przeboju na miarę "Karma Police" czy "No Surprises". Nie ma też ani jednego utworu tak dynamicznego jak np. fragmenty "Paranoid Android" ani klimatów pinkfloydowskich jak w "Exit Music". Mało jest też muzyki gitarowej, co w przypadku zespołu gitarowego jest co najmniej zaskakujące. Jest sporo elektroniki, obróbki studyjnej i utworów wręcz eksperymentalnych, jak zaskakujący "Fitter, Happier, More Productive". Są też utwory orkiestrowe i klimaty, które stanowiły momenty uspokojenia i oddechu pomiędzy momentami najwyższego napięcia w neurastenicznej suicie, jaką był w istocie album "OK Computer". Czy "Kid A" jest jednak płytą złą? Ton rozczarowania będzie prawdopodobnie dominował w jej ocenach. Jednak zespół tej klasy co Radiohead nie nagrywa słabych płyt. Jestem ostatnią osobą, która namawiałaby do słuchania w kółko, aż się spodoba. W muzyce wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia - jeśli muzyka nie spodoba się od razu, to nie ma się co dalej katować. Jednak po kilkakrotnym przesłuchaniu tej niewiarygodnie trudnej, mrocznej i apokaliptycznej płyty chce się jej słuchać dalej i mam wrażenie, że prędzej czy później poznam język tego szyfru. Jedyne informacje na oficjalnej stronie www.radiohead.com są wezwaniem do antyglobalistycznego protestu przeciwko szczytowi Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Pradze.

Robert Leszczyński, GW
13 października 2007

A tak poza tym: Kamil znów posłuchał The Moon & Antarctica (rzadko to robi). Znów został pochłonięty całkowicie, znów poczuł geniusz w czystej postaci na swoich uszach. Kamil przeczytał swoją recenzje tego albumu, dodaną dawno temu, i zażenowany usunął ją. Później usunął recenzje We Were Dead... Gdyby napisał kiedyś jeszcze coś o Modest Mouse, prawdopodobnie też by to teraz usunął.

10 października 2007

Meemix to nowa (jeszcze w zamkniętej fazie beta) aplikacja internetowa, mająca wypełnić lukę powstałą na skutek zamknięcia przed europejczykami Pandory. Czyli krótko mówiąc, utrzymane w stylistyce web 2.0 spersonifikowane radio internetowe, jak najbardziej dostosowujące się do naszych muzycznych upodobań. Radio może dobierać nam utwory na podstawie wcześniej wybranego, artysty, gatunku czy roku powstania. Możemy ustawić nawet, czy radio ma nas zaskoczyć, dobierając utwory mniej znane. Wygląda to mniej więcej tak:


Na tym etapie funkcjonalność nie jest jeszcze doskonała, zdarzają się zwiechy i wpadki z doborem utworów (pełno... U2 :/) ale wszystko idzie w dobrym kierunku, i wszystko wskazuje na to, że powstała doskonała alternatywa dla Pandory.

Mam 7 zaproszeń do serwisu, jeśli ktoś chce, proszę email podać w komantarzach.

06 października 2007


Filmik, który bawi mnie do łez drugi dzień z kolei.
Poza tym miałem przez weekend spłodzić milion tekstów, których starczyłoby na jakiś tydzień wypełniania bloga, ale na drodze stanął mi Leopold Staff i interpretacja jednego z jego wierszów. Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Słuchawki zakupione, wybór padł jednak na Kossy, jestem bardzo zadowolony. Dźwięk mięcciutki, wszystko gra, śpiewa, łał, łał! Przy otwarciu opakowania trochę się przeraziłem, wyglądają na delikatne, i pałąk krótko mówiąc jest wkurzający, ale po dniu użytkowania człowiek się przyzwyczaja.
A co u Was? Może chcecie mnie zabrać na jakiś koncert? ;) W Berlinie niedługo Arcade Fire, Klaxons, Interpol... W lutym The Cure w Polsce (szał). Anyone?

01 października 2007

Nowy album Radiohead 10 października. Przypominam, że dziś nie jest 1 kwietnia.
O w pytę, zaczynamy odliczanie ;)

29 września 2007

Mam trochę kasy, i postanowiłem zainwestować w słuchawki. Jako, że specjalnie się na tym nie znam, a wiem, że kilka osób tego bloga czyta - co doradzilibyście?
Koss Porta Pro czy Sennheiser HD 202?
Zależy mi na dobrym, rockowym brzmieniu, i żeby mi bass nie dudnił zbytnio. Kossy wyglądają ładniej, i ewentualnie ruszyć się z nimi poza dom by było łatwiej, ale o wspaniałości Sennheiserów trochę się nasłuchałem. Więc?

23 września 2007

Weekendowe niepisanie sponsoruje geniusz Sufjana Stevensa. Nie mogę się nadziwić tej jego ascetyczności, skromności, folkowemu brzmieniu. Choć to w zasadzie awykonalne, to chciałbym, żeby zrealizował swój projekt o poświęceniu po płycie każdemu ze stanów USA. I żeby te płyty utrzymały poziom Illinois i Michigan - wyobrażacie sobie jeszcze 49 tak zajebistych płyt? Jeśli raj istnieje, to gdybym tam trafił, na półce miałbym całą tą kolekcje, choćby na ziemi byłaby niezrealizowana. No więc wracając do początku, zachwycam się Sufjanem i co ja biedny mam począć? Chciałoby się dodać notkę, ale przecież nie napiszę recenzji płyt cztero i dwuletnich. A nowości suche coś ostatnio.
Dwa, Radiohead jest za fajny żeby go nie słuchać. Wydali nową płytę i nie wiedzą co z nią zrobić. Podpowiem - WYDAĆ! No proszę, chociaż nie. Jeśli nie są pewni, że to nas nie powali na kolana, to lepiej niech nie wydają. Kolejnego megazawodu mogę nie przeżyć.
Tak więc cześć blog, obiecuję poprawę. A Wy, drodzy czytelnicy, jak mawiał Fryderyk Nietzsche: "Ubierajcie się cieplutko". :)

22 września 2007

Ten rok jest obfity w powroty. Dopiero co Page i Plant ogłosili światu, że Led Zeppelin wracają na scenę po dwudziestu latach, a za nimi poszli już kolejni.
Na jeden koncert, z okazji 30 rocznicy powstania ich jedynej płyty, reaktywują się Sex Pistols. Co z tego, że swoją kultowość zawdzięczają według mnie tylko tym, że po debiucie szybko się rozwiązali, co by nie zepsuć dobrego wrażenia. Kiedy Ci wszyscy muzycy zrozumieją, że trupy trzyma się pod ziemią, a nie stawia na scenie? To podchodzi pod nekrofilię, tym bardziej, że te wszystkie powroty są na poziomie powrotów Andrzeja Gołoty do boksu. Ale to nie koniec! Co tam Zeppelini, co tam Police, co tam Sex Pistols! Reaktywują się nawet Spice Girls! (nie śmiać się, posłuchać Viva Forever, wzdychałem do tego gdy miałem cyfrę zamiast wieku, posłuchałem teraz i nadal rządzi) To jest dopiero powód do zmartwień.
Do tego dochodzi również zapowiadany na przyszły rok powrót My Bloody Valentine, ale to niekoniecznie musi być nokaut w pierwszej rudznie, więc czekam niecierpliwie na dalszy rozwój akcji. Kto następny, kogo obstawiacie? Abba? The Beatles? Just 5?

08 września 2007

Wrzesień już pewnie poczuł się na kalendarzu, to znak, że ta tania dziwka - jesień, już za pasem. Dobry to moment, żeby zebrać ze sobą najlepsze jesienne płyty. Takie akurat na ścieżkę dźwiękową do kopania żółtych liści, chodzenia w deszczu, długich wieczorów. Będzie to również rekapitulacja moich osobistych, jesiennych smętów, więc nie bierzcie jej sobie zbytnio do serca. Oczywiście liczę na Was, że wzbogacicie listę o swoje typy w komentarzach, co by tu piękny zbiór takich jesiennych albumów powstał.

Interpol - Turn On The Bright Lights
Jedziesz autobusem, za oknem ciemno, w szybach odbijają się mijane latarnie. Autobus jest prawie pusty, siedzisz sam, z twarzą wpatrzoną w szybę. A w słuchawkach debiut Interpola, nie ma lepszytch warunków do słuchania tego albumu, przynajmniej dla mnie.

Low - I Could Live In Hope
Opus Magnum zespołu z Minnesoty. W zasadzie sam gatunek jest wystarczająco wymowny: Slowcore/Sadcore.

The Cure - Pornography
To już w ogóle jest ciemny dół, ba, czarna dziura. Tego słuchali starożytni emo. A tak bardziej na serio to Pornography + deszcz za oknem = wielkie przygnębienie. Do tego można od razu dorzucić Disintegration w pakiecie, troche mniej mroźne i z cieplejszymi akcentami, takie gdyby właśnie przestało padać.

The Czars - The Ugly People vs. the Beatiful People
Co by nie było, że samymi pewniakami zarzucam. Kolejna płyta slowcore'owa, choć raczej nie dorównuje poziomowi debiutu Low, też ma swój, smętny urok.

The Twilight Singers - Twilight as Played by the Twilight Singers
Tu jest wszystko, co miałem w tym temacie do powiedzenia. Po prostu cudo.

Blackfield - Blackfield
Poboczny projekt Stevena Wilsona, który na chwilę przerwał odgrzewanie kotletów w Purcupine Tree, i nagrał naprawdę dobrą, i ważną dla mnie płytę. Poza tym znajduje się tu jedna z najlepszych jesiennych piosenek - It's Cloudy Now. Włączam jesienią, gdy jest pochmurno, jednak coraz częściej tylko z czystego sentymentu.

Michael Andrews - Donnie Darko OST
Obejrzycie Donniego Darko, to zrozumiecie. No i Mad World!

Mum - Yesterday Was Dramatic, Today Is OK
Właściwie, to gdby to był ranking najlepszych płyt na zimę, to Yesterday... zajęłoby bezapelacyjnie najwyższy stopień podium. Stuki, puki, dzwoneczki, tęsknota bez odbiorcy wyczuwalna w muzyce, wszystko to daje niepowtarzalny klimat. Dobry również na jesień.

C.D być może nastąpi

28 sierpnia 2007

Niedawno, jadąc samochodem (tylko wtedy słucham radia) słuchając Trójki usłyszałem jeden utwór Xiu Xiu, to było chyba coś z płyty A Promise. Xiu Xiu, czyli coś, co w radio jak dla mnie nie ma racji bytu, i wielce się tym faktem zdziwiłem. Tak wpadłem na pomysł tego tematu - Jaki najdziwniejszy (nietypowy) utwór usłyszeliście w radio, taki, którego odtworzenia tam nigdy byscie się nie spodziewali?

23 sierpnia 2007

Jak to raczej powszechnie wiadomo, The Beatles nie podlega rankingowaniu, katalogizowaniu, i tym podobnym akcjom dokonywanych na ich twórczości. Ale osobiste rankingi nikomu nie szkodzą, więc dlaczegoby nie pokusić się o jakieś moje spersonalizowane zestawienie, tym bardziej, że przynosi to ze sobą kilka godzin przy muzyce Fab Four, niewątpliwe przyjemna sprawa. Wybór padł na moje ulubione 10 piosenek brytyjczyków, selekcja była zarazem bolesna i kojąca... Zaczynajmy więc:

10. Ob-la-di, Ob-la-da (The White Album)
Na przekór wszystkim tym, którzy uważają tę piosenkę za kicz, czy cokolwiek niestosownego w twórczości Beatlesów. Skrajnie prosty refren, który znają wszyscy, od indian z amazońskiej dżungli po trójpaskowców spod bloku. Dlaczego? Bo za każdym razem, niezależnie od sytuacji, gdy włącze Ob-la-di, Ob-la-da, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Zawsze.

9. You Never Give Me My Money (Abbey Road)
Sam otwierający, piękny motyw na pianinie czyni ten utwór jednym z tych naj. A dalej jest przecież równie dobrze: jest to jedna z najbardziej rozbudowanych piosenek liverpoolczyków. 4 minuty, które można podzielić aż na trzy części, gubiące się melodie zamieniają się pod koniec w drobne, instrumentalne improwizacje. Dodatkowo jest to closer dla całego Abbey Road, właśnie tak kończy się jeden z najlepszych albumów The Beatles, i tak kończy się pewna era. Delikatnymi dzwonkami i odgłosem świerszcza.

8. Help (Help!)
Jedna z dwóch najbardziej rock'and'rollowych pozycji na liście. Szybkie, skaczące tempo, wyraźna perkusja Ringo... I w sumie takich piosenek w ich dorobku jest najwięcej, energicznych, prostych jak pałka do perkusji. Zero przeintelektualizowanego grania; krzesło, a nie projekt krzesła. Drewniane krzesło, na kórym bez problemu wybijesz rytm Help.

7. Happiness Is A Warm Gun (The White Album)
Szczęściem jest rozgrzana broń. Ciepła broń oznacza, że właśnie kogoś z niej zastrzeliłeś. Kogoś, kogo baardzo nie lubiłeś, i to przynosi Ci ulgę i właśnie szczęście. Poza tym sposób i szybkość z jaką John wyśpiewuje 'She's well acquainted with touch of the velvet hand', w ogóle to przejście... aaaaaa!!

6. Girl (Rubber Soul)
Ej, no i nie wiem jak wytłumaczyć to, dlaczego tak tę piosenkę ulwielbiam. Chyba właśnie za tą gitarę, bardowskie trochę rozpoczęcie opowieści Lennona. Opowieść o chrześcijaństwie, co rzadko przez kogo jest zauważane ;)

5. The Fool On The Hill (Magical Mystery Tour)
Tak to już z tymi Beatlesami jest, że jak myślisz, że nie znasz ich melodii, to i tak znasz. Każda ich część, każdy patent jest już tak potężnie klasyczny, że nawet nigdy nie słuchając ich płyty - znasz doskonale mnóstwo piosenek. Główny motyw tego utworu również do tych klasyków zalicza. Jednak mnie głównie urzekła warstwa tekstowa - kim jest mężczyzna stojący na górze? Filozofem, może każdy introwertyk nim jest? Człowiek autystyczny, odbierający więcej niż inni? Autor?

4. Let It Be (Let It Be)
Tym kapitalnym utworem Fab Four pożegnało się ze światem, ze sobą nawzajem. Dali nam na koniec coś pięknego, uświadamiając nas, że tak musiało być.

3. Run For You Life (Rubber Soul)
Nie pojmuję, dlaczego ten utwór jest dokumentnie pomijany, ignorowany. Nawet sam autor, Lennon go nie lubił, mówił, że go po prostu machnął od niechcenia. A to jest coś fantastycznego, szybkiego, szczerego... walić już to, że ma świetną melodie, której nie sposób zapomnieć i nieziemski rytm. Przeczytajcie tekst: widzieliście jakiś prawdziwszy, bardziej autentyczny opis zazdrości? Bez zbędnych banałów, zazdrość ukazana w tej najpierwotniejszej formie, brutalnej i wulgarnej, tak jak brutalna jest natura człowieka. Prawdziwy facet, gdy opanuje go ślepa zazdrość o swój obiekt pożądania nie będzie pisał sonetów na ten temat, tylko powie: Wolałbym widzieć Cię martą mała dziewczynko, niż z innym mężczyzną.

2. Yesterday (Help!)
Bez przesady... dwie ostatnie pozycje zostawiam w spokoju. Mój komentarz wyglądałby przy tych tytułach conajmniej śmiesznie. Więc jak to jest u Was?

1. A Day In the Life (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band)

15 sierpnia 2007

Ledwie odpocząłem po poprzednim odpoczynku, a już wybywam na kolejny. Poprzednie dni, trochę wyrwane z kalendarza sponsoruje Football Manager i resztki pasji z dzieciństwa. Mysłowice i Off Festival czeka, tak więc wracam (mam nadzieje) na początku przyszłego tygodnia, już po tonie koncertów i zabawy za sobą. Jeśli ktoś się wybiera, i chce mi postawić piwo na Off'ie, to niech pisze - będę dostępny jeszcze do jutrzejszego wieczoru ;) elo.

11 sierpnia 2007

Jako, że do Off Festivalu został już niecały tydzień, a ja wybiore się do Mysłowic niechybnie, zacząłem przyswajać reszte z tego, czego z plakatu nie znam. Tak też perspektyw na inną muzykę niż przyszłą-mysłowicką nie ma - dlatego stworze mini przewodnik po zespołach, które na Offie się pojawią. Niezobowiązujaco, w luźnej formule i bez wyznaczonego szablonu, zaczynając:

iLiKETRAiNS
Z początku: fajna nazwa; teraz przeobraziło się chyba w główny muzyczny cel mojej podróży. Słucham w kółko (podobno) EPki Progress - Reform, która ze spokojem mogłaby robić za długogrający debiut. Tak długością, jak i tym bardziej jakością odpowiada ogólnie przyjętym normom, normom Unii Europejskiej i tak dalej. Post rockowy shoegaze z trupim, grobowym wręcz wokalem - mniam, niczym ghotujące się ziemniaki. Głos Dave'a Martina do złudzenia przypomina mi wokal z tego doom-metalowego (? whatever) Moonseplla. Na początku dziwnie to wszystko wygląda, z czasem poraża wyrafinowaniem i wykopem. Na żywo musi brzmieć niesamowicie, więc zacieram ręce z uśmiechem na ustach. Ha!
www | myspace | youtube 

Architecture in Helsinki
To za to zupełne przeciwieństwo wcześniej opisywanego zespołu, szał, kolory i popowy bałns. Nie ma co się dużo rozpisywać na temat tej ekipy, zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji, gdzie co ważniejsze - zostało napisane. Ogólnie ciesze się, bo grany pewnie będzie materiał z najnowszej płyty, a tą znam najlepiej, i ma moc. Osiem osób na scenie musi dawać radę, nie ma szans.

Dick4Dick
No to czas na coś polskiego. Pod tą bezpruderyjną nazwą kryje się czwórka równie bezpruderyjnych chłopców (phi), którym jak widać na KAŻDYM kroku wszystko kojarzy się z jednym. LPRowi i bojownikom Młodzieży Wszechpolskiej już zostawmy, dlaczego akurat temu, męskiemu organowi oddają tyle uwagi i zainteresowania (a nie tak jak bóg przykazał...). No więc wulgarność, pornografia i parodia gości w każdym utworze tej gdańskiej formacji. Zostawiając już w spokoju podłużną treść, zajmijmy się formą ich muzyki. Jest to dance'owa elektronika, często zachaczająca o coś w stylu Kraftwerka i temu podobnych. Widoczna jest zabawa stylami i znamymi motywami - można bawić się w zgadywanie na czym wzorowany był dany utwór. Jeśli nie jesteś wrażliwy na punkcie swojego penisa, tudzież nie masz kompleksów z nim zwiazanych - przy tej muzyce można wspaniale się bawić. Enjoy.
www | myspace

07 sierpnia 2007

W internecie pojawiła się nowa, bardzo ciekawa wyszukiwarka mp3, a raczej cały odtwarzacz we flashu. Pod tym adresem znajdziecie program (online) SeeqPod, który wyszuka dla Was utwory jakie chcecie, może układać je w playlisty i inne bajery ;) Wszystko to oczywiście bez żadnego ściągania. Piszę o tym, bo lepszego nie widziałem - na tym znalazłem na przykład 5 wersji Black Is The Color Of My True Love's Hair ;]

05 sierpnia 2007

Notkę tą należy traktować z przymrużeniem oka, bardziej jako wspominki autora niż właściwą recenzję/tekst.

Może niektórzy z Was zastanawiali się, czy od zawsze słucham takiej muzyki jaką słucham. Odpowiedź brzmi: nie, z resztą kilka razy na blogu padło zdanie rozpoczynające się od "kiedy byłem norweskim metalem...". Tak całkiem serio, to norweskim metalem nigdy nie byłem - ba, Norwegie to tylko w Google Earth widziałem. Prawdą jednak jest, że miałem w życiu okres fascynacji różnymi złomiarskimi gatunkami muzycznymi (chociaż nigdy metalem nazwać się nie mogłem, czarny makijaż i naszywki z black-metalową Nirvaną na plecaku są mi obce) - ktoś mógłby to nazwać błedami młodości, ja jednak miło wspominam. Tym odchyłom zawdzięczam przekrój w głowie przez wiele nurtów, zaczynając od bm kończąc na afrykańskiej muzyce etnicznej.
Przejdźmy jednak do meritum. Wtedy czas liczyłem w następujący sposób - to co było przed poznaniem Sonaty Arcticy i po poznaniu. Taak, Sonata Arctica to było coś. Power metal. Wiecie co to jest? Napieprzanie gitarami z prędkością bolidu F1, tak, że nawet pustymi rękoma nie dało się nadąrzyć za rytmem. Do tego krzyczenie do mikrofonu, najczęściej o wróżkach, rycerzach i kulawych smokach z impotencją - taki typowy przykład - Rhapsody (nie odpowiadam za straty spowodowane oglądaniem tego... teledysku?). Ale! Sonata była inna! Oprócz typowych baśniowych napierdalanek znalazło się miejsce dla wspaniałych, ckliwych ballad, co było balsamem na serce takiego zatraconego, romantycznego młodzieńca jakim wtedy byłem. Dodatkowo teksty... ile ja samego siebie w nich widziałem. Shy, ona jest piękna ale i tak co z tego, bo... tralala. Wspaniale, to był pierwszy zespół, od którego rozpocząłem słuchanie wyczynowe, całą dyskografią, ślęcząc nad tekstami.
Z czasem to się skończyło, ja poszedłem dalej, zapomniałem o SA, otoczyłem się alternatywnym plumkaniem. Aż... gdzieś w rozpisce nadchodzących premier dostrzegłem olśniewające swym blaskiem: Sonata Arctica - Unia. Nowa płyta! Wspomnienia odżyły, zapuściłem znów to co najlepsze... posłuchajcie chociażby Tallulah. Piękne, prawda? Nie? No ej...
Unia okazała się bardzo przeciętna, za to stare nagrania działają na mnie nieziemsko, wywołując na twarzy uśmiech. Co z tego, że tak naprawdę to jest to straszliwe. :) Wspomnień czar.
A Wy macie podobne zespoły, dziedzictwa młodości?

20 lipca 2007

Takie słowa wypowiedział znany, lubiany, uważany za autorytet artysta polski, Szymon Wydra. Dokładniej szło to dalej tak:

"Złodziej, czyli pirat muzyczny kradnie nie tylko utwory, ale również sens życia ludzi, którzy je tworzą. Morderca przystawia ci pistolet do skroni i pozbawia cię życia. Pirat muzyczny powoduje, że sam odbierasz sobie życie"


Pomijając to, że pseudotwórczości tego barana nawet długim kijem bym nie tknął, to te cytaty mogą być dobrym punktem wyjścia dla tej notki. Zachęcony komentarzami do poprzedniej recenzji, postanowiłem poruszyć ten, i tak nieuchronny temat - "piractwo". Od razu na wstępie przyznam - tak, ściągam muzykę z internetu, i to nie w małych ilościach. I wcale się tego nie wstydzę czy nie wypieram. Piratem siebie nigdy nie nazwę, bo pirat to ten, który sprzedaje cdeki na stadionie za 10 zł. Dlaczego?
Najzabawniejszy argument przeciwników empetrójek to "zabieranie chleba artystom". Dobre sobie. Od każdej płyty wykonawca dostaje procent, dla którego palców u jednej ręki jest zdecydowanie za dużo. Przykładowo Madonna, jedna z najlepiej zarabiających piosenkarek ma podobno coś około z 2,5% z każdej swojej płyty. Przenieście to teraz na warunki dużo bardziej prowincjonalne, wychodzi tyle co nic. Z resztą, przeczytajmy co na ten temat powiedział Kuba Wandachowicz (CKOD) w jednym z wywiadów:

Jak mówisz mi „utrzymywać się z wydawania płyt”, to jest dla mnie żart, ponieważ z płyt – absolutnie nie mamy żadnej kasy i jest to w ogóle jakaś pomyłka. Natomiast płytę traktujemy jako jakiś tam gadżet promocyjny, który pozwala ludziom zapoznać się z zespołem - znaczy w ogóle materiał, który jest na płycie, bo płyta dla mnie jako przedmiot mogłaby nie istnieć. Materiał, który jest na płycie, czyli ten zestaw 13, 14 kawałków, to jest pewna reklamówka zespołu i dzięki temu ludzie przychodzą na koncerty – i te koncerty, to jest faktycznie jakieś źródło utrzymania.


Tak, koncerty to prawdziwe źródło utrzymania polskich artystów. I na te chodzę, gdy tylko w okolicy pojawia się jakiś ciekawy zespół kupuję bilet, choćby mnie nawet jakoś wyjątkowo nie interesował. Staram się jakoś tę karmę wyrównać ;)
Internet to potężne medium, które pozwala rozwijać się w wielu dziedzinach. Mnie pozwala edukować się muzycznie, bo większość albumów których słucham, nawet gdybym chciał - nie mógłbym znaleźć w przeciętnym sklepie. Nadal się uczę, nie mam żadnych źródeł finansowych oprócz rodziców - a taki Wydra mi mówi, że ściągnięcie płytki zespołu, którego on nigdy nie słyszał, czyni mnie złodziejem. Prawda jest taka, że gdyby nie "piractwo" (fatalne określenie, ale coś nie kojarzę synonimu) to tego bloga by nie było, a ja zatrzymałbym się na poziomie Comy i System of a Down.

A jaki Wy macie stosunek do "piractwa"? Czy przez ten wpis straciłem jakiegoś Czytelnika? ;)

05 lipca 2007

Jeżeli słuchaliście letniej kompilacji, to znacie przynajmniej jeden utwór The Teenagers. Numer ósmy na owej składance okupuje ich pierwszy singiel, Homecoming, który szczerze mówiąc mocno mi się spodobał - usłyszałem pierwszy raz tej nocy, kiedy układałem set, i od razu wylądował na playliście.
Zespół tworzy trójka francuzów, z 'funky hair' na głowach oraz bardzo rozrywkowym podejściem do życia, które toczy się dla nich wokół seksu, zabawy, muzyki, seksu i seksu. Z teledysków i tekstów można łatwo wyczuć ich słabość do lat siedemdziesiątych i mitycznej, wyciągniętej żywcem z kina postaci pospolitego, amerykańskiego nastolatka. Niewiele materiału nagrali, lecz widać w tym dużą wolę tworzenia i przede wszystkim zabawy z tego co robią. Typowi rude boys, z kudłatymi myślami, od których nieraz aż bije wulgarnością (Fuck Nicole), nie oszczędzają w słowach. To co wychodzi z pod ich rąk można nazwać pop trance rockiem, lecz sami określają się tak: "brzmimy jak Kraftwerk robiący ścieżkę dźwiękową do porno filmów" - czy nie wystarczające, by Was zainteresować? ;)
Poniżej teledysk do Homecoming, gdybyście chcieli więcej, macie myspace.

05 lipca 2007

Poznałeś fajny zespół na myspace, chciałbyś mieć ich piosenki na dysku, lecz nie ma możliwości ściągnięcia? Teraz to już nie problem, ten serwis oferuje możliwość downloadu wszystkich piosenek z myspace, nawet tych, które nie zostały przeznaczone do ściągania. Wystarczy wpisać login zespołu i ściągać ;) Bardzo przydatne narzędzie.

16 czerwca 2007

Z końcową piątką męczyłem się niemiłosiernie - dziś, kiedy miałem gotowe już prawie wszystkie opisy płyt, wyłączyli mi prąd. Musiałem pisać wszystko od początku, jak na złość padł też serwer Joggera, przez co kolejne opóźnienie.
Kto się nie zmieścił na liście? Na pewno wielu boli brak Loveless, no cóż - mnie to w ogóle nie rusza. Do pechowców należą na pewno Smashing Pumpkins - ich dwie płyty nie dostały się na listę, choć były blisko (Siamese Dream i Mellon Collie and the Infinite Sadness). Podobnie Nine Ichn Nails (The Downward Spiral) i Talk Talk z Laughing Stock. Nie byłem pewny czy dobrze zrobiłem, nazywając serię "Najlepsze płyty", czy nie są to bardziej "Moje ulubione płyty", jednak zostało tak jak jest. Lista, jak każda ma mocno subiektywny (często też sentymentalny) charakter.
Jeżeli któregoś z Waszych ulubieńców pominąłem lub nie doceniłem, możecie tu na mnie śmiało bluzgać, dyskutować i jak chcecie podawać swoje czołówki tych lat. :)


Miejsca od 25 do 16
Miejsca od 15 do 6
Miejsca od 5 do 1

13 czerwca 2007

Znalazłem fajne narzędzie, które może wykorzystać każdy, kto posiada konto na last.fm. LastGraph generuje do naszego profilu plik .pdf z graficznym zaprezentowaniem zespołów, których słuchaliśmy na przestrzeni jakiegoś okresu. Genialny plugin dla wzrokowców, i dla tych, którzy lubią powspominać swoje muzyczne odkrycia.
Żeby wygenerować swój wykres, trzeba:

  • Wejść tutaj
  • Wpisać swój username na last.fm, Create new graph; wybrać datę od i do kiedy brać dane
  • Poczekać około pięciu minut, wtedy otworzy nam się strona ze ściaganiem plików
  • Najlepiej ściągnąć wersję .pdf i otworzyć np. w Adobe Reader

Enjoy.
Wróciłem i zabieram się z powrotem za bloga. Jutro najlepsze płyty lat '90, a raczej ich część ;>

10 czerwca 2007

Wybywam na mini-urlop, więc przez najbliższe dni mnie tu zabraknie. Nie narozrabiajcie tu za mocno pod moją nieobecność :> Wracam w środę lub czwartek, i od razu zaczynam serię notek rankingowych najlepszych płyt lat '90. Chyba jest na co czekać, tak myślę.
Do przeczytania, adios, sajonara... :)


Ach, bym zapomniał!
Od słuchania muzyki można stać się homoseksualistą. Uważajcie na siebie, tutaj macie nazwy podejrzanych zespołów.