12 listopada 2008



02 listopada 2008

Zaczęło się to wszystko od epki Coldplaya, na której zaproszono do wykonania Lost (z nowej, kiepskiej btw płyty) Jay-z. Kawałek wyszedł smerfastycznie, Jay do Martina dodał jedną zwrotkę z Lost Ones ('See Jesus, see Judas, see Ceasar, see Brutus // See success is like suicide...' ooooou) i przyćmił tym samym swoim murzyńskim geniuszem brytolskiego wokalistę. Komuś bardzo spodobało się to, i chciał więcej - ale jako, że tak Jay-z jak i Coldplay nie zamierzali nagrywać wspólnej płyty, sam się za to zabrał. Wziął podkłady tych drugich, powycinał, pomiksował, dodał rap Jay-z i tak powstał ten mush-up. Najlepszy jaki w życiu słyszałem, jest to rzecz potężna i Jay nigdzie mi się tak nie podoba jak właśnie w tej wycinance. Na dowód tego wrzuciłem do sieci aż trzy kawałki, żebyście sami mogli się przekonać: nigdy tego nie robię praktycznie, więc doceńcie tę wczuwę :> Cały mash-up do ściągnięcia tutaj.

Czytaj dalej...

12 października 2008

Holdcut

1. Włączcie myspace z linka wyżej, jest mocno sflashowany więc przejdzicie do AUDIO tam na górze
2. Holdcut, bo o niego rzecz się cała rozchodzi, jest młodym producentem/kompozytorem/whatever muzycznym. W tamtym roku wrzucił do sieci za darmo album "Inept Vision".
3. Inept Vision to coś z pogranicza twórczości DJ Shadowa/trip-hopu/muzyki do nieistniejącego filmu. Bardzo dobrze się przyjęła, niestety chyba zbyt poza obszar internetu nigdzie się nie wychyliła, raczej ciężko zdobyć fejm w ten sposób.
4. Najciekawsze momenty to utwory z gościnnym udziałem Dużego Pe, który rapuje (całkiem sprawnie) o tym co go boli, ale wróćmy do teraźniejszości.
5. Data wydania drugiej części Inept Vision zapowiedziana jest na przełom października i listopada. Z tej okazji dostaliśmy do odsłuchu 2 kawałki.
6. Silence and Vodka od pierwszych sekund tworzy coś, co w tym momencie zaczyna i kończy dla mnie temat "idealny podkład". Świetnie partie smyczków i innych instrumentów tworzą coś fantastycznego, co obdarte ze słów Dużego Pe broniłoby się tak samo.
7. Jeśli jesteśmy przy słowach, to obok tekstu nie można przejść obojętnie. W temacie 'frustracje wobec Boga' łatwo się ośmieszyć, jednak DP trafnie dobiera słowa i w kilku momentach trafia w sedno, jednym słowem: panczuje boga, haha.
8. Mimo, że flow Pe średnio mi pasuje do takich refleksyjnych utworów, tu stanowczo daje radę. Kawałek jako całość to u mnie ścisły top polskich rzeczy, które usłyszałem w tym roku.
9. Wniosek: czekać na Inept Vision 2.

23 sierpnia 2008


Czyli słucham kolęd w sierpniu. Święta zostały stworzone po to, żeby Low mogło nagrać ten utwór.

24 maja 2008

Czy ktoś jeszcze obecność Weezer na rynku traktuje serio? Jakby komuś się zapomniało lub nie wiedział, Weezer to czwórka facetów o wyglądzie przeciętnego geeka (a może to już tylko pieśń przeszłości?), która w latach '90 nagrała dwie niesamowicie rządzące płyty - Pinketron (ta dobra) i Blue Album (ta lepsza). Te pryszczate w tamtych czasach buzie wymyśliły patent na granie britpopu w wersji wschodnie wybrzeże i wychodziło im to nieziemsko. Niestety później dobra seria się skończyła, a panowie z nowym wiekiem zaczeli wydawać suchary jeden po drugim: Green Album (2001), Maladroit (2002) i Make Belive (2005) to szybka jazda po równi pochyłej.

Jakoś z początkiem roku (?) zespół zapowiedział swój trzeci self-titled, tym razem w kolorze czerwieni. Rozum odradza czekanie na ten album, lecz serce nadal nieśmiało żywi nadzieję, że coś się w nich naprawi i nawiążą na Red Album do lat świetności. Okazuje się, że album już gdzieś wyciekł, a teledysk do singla Pork and Beans wisi na youtube. Mało tego, że wisi, to jeszcze jest zajebisty. A utwór też nawet daję radę, enjoy.



27 kwietnia 2008

Najczęstszym powodem zastoju na blogu, obok braku weny jest zapchanie moich kanałów słuchowych jakimś starszym albumem, który tak mnie zajmuje, że nie mam ochoty na przesłuchiwanie nowych wydawnictw. Naturalnie często tak jest, gdy po raz setny przerabiam dyskografie Modest Mouse, Mogwai, lub zawieszam się nad The Twilight Singers. Ale miniony tydzień zszedł mi nietypowo, bo na polskim albumie, jeszcze bardziej niecodziennie - na albumie hip-hopowym.
I wcale nie jest to nowa płytka OSTRego, nie obchodzą mnie kolejne porcje jego kopiowania samego siebie. Rzecz rozchodzi się o nielegal Smarkiego, Najebawszy EP. Puszczona do sieci trzy lata temu, zdążyła wyrobić sobie w środowisku miano kultowej. W pełni zasłużenie.

Czytaj dalej...

27 marca 2008

Bob Dylan w czerwcu w Polsce, za barbarzyńską cenę 260 złotych. I w sumie to wcale się nie przejmuję, bo takiego burżujskiego Dylana chętnie zamieniłbym na pana kryjącego się pod pseudonimem artystycznym The Tallest Man On Earth. Człowiek ten mieszka w Szwecji, a swoją prezencją, talentem i natchnieniem jest kolejnym żywym dowodem na to, że ten niebiesko-żółty kraj musi być rajem na ziemi. Przydomek jego wcale nie bierze się z tego, że jest jakimś mutantem - po prostu buja głową w obłokach.

Czytaj dalej...

02 lutego 2008


Gdyby ktoś tęsknił za Buckleyem i jego Grace, za Smithem i jego Elliottem: Bonnie Prince Billy nadal żyje, a w '99 i tak zapewnił sobie nieśmiertelność tym utworem i tym albumem.

09 grudnia 2007


boomp3.com


Jakoś tak wyszło, że drugą niedzielę z rzędu przedstawiam Wam pojedyńczy utwór, może zrobi się z tego jakaś tradycja ;) Your Fire z tegorocznej płyty Parova Stelara - Shine, która mimo, że średnia, ma świecące punkty. Takim wyjątkowym jest wyżej zamieszczony utwór, który w mojej osobistej liście ma wysokie miejsce wśród kawałków roku. Enjoy.

02 grudnia 2007

Krótkie spojrzenie, 9 grudnia '99. Człowiek na przeciwko w otwartym oknie gapi się na okno, przez które ja gapie sie na tego faceta. Ubranego w pidżame. Pidżame w jasno niebieskie paski. Ubranego w siwe włosy, ubranego w czas wolno płynący, ubranego w ciszę piętnastej jedenaście.
Dwudziesty czwarty maja dwa tysiace, konkret, gdzies o osiemnastej trzydziesci miasto moje umiera, widac jedynie łapy psa wystajace zza okna i kobiece fartuchy stojace w kuchni.
Oni jada do roboty. Ciemne słońca zasłaniają ich powieki nad zmęczonymi dłońmi. Niewyraźnie trzymany papieros w gębie schował swój uśmiech w bezbarny swit. On - to siatka porośnięta kobiecą trawą. Spodnie, kraciasta koszula na krzyżu. Buty wysmarowane greckim olejem i cichy szelest godziny piątej minut czterdzieści cztery.
I cichy szelest godziny piątej minut czterdzieści cztery.

Czytaj dalej...

14 lipca 2007

Elliott Smith - New Moon
24 utwory powstałe w latach '95 - '97, dotąd nigdzie nie publikowane. Nie ma sensu dalej cackać się z mitem Smitha, popatrzmy na sprawę racjonalnie. Nic nadzwyczajnego, trochę za duża rozpiętość materiału, przez co ciężko przebrnąć przez płytę na początku. Można było poucinać co nudniejsze, dać na jednym nośniku. Choć jak na kogoś, kto od czterech lat leży w grobie - całkiem niezły album. (bzydki kamil!)

Lynx and Ram - The System's On And It's Flashing Red
Trafiłem przypadkiem, chyba tylko przyciągnięty ładną okładką i nienajgorszą oceną w pewnym serwisie. Zdziwko, bardzo ciekawe! Jest to duet Carli Vierke i Juliana Fane'a, ona śpiewa (hmmm... krzyczy) - on jej przygrywa (hmm... puszcza bit... miksuje?). Głośna, krzykliwa, noise'owa muzyka - coś co można chyba określić ciągiem słów trash-punk-electro-freakout. Fajna sprawa na dobudzenie, szczególnie pani operuje ciekawym głosem. Powinno się wyjątkowo spodobać emo-stworom (chociaż polecam każdemu, kto lubi electropunk).
Myspace.

26 czerwca 2007

Dziś krótko i treściwie, wybaczcie ale dochowałem się dorodnej kontuzji ręki i jedyne co robie najlepiej to zwijam się i jęcze w różnych tonacjach. A zaraz do szpitala, więc szybko napiszę co mam do napisania.
Spoon od lat nagrywa nam nieznośnie równe, dobre albumy. Najnowsza płyta Łyżek z dziwnym tytułem jakoś nie przerywa tej dobrej passy, i zapewnia rozrywki na kilka godzin. Siła Spoon tkwi w melodii, piosenkach - nie jest to raczej band zbytnio eksperymentujący - znaleźli swoją drogę, swój patent na muzykę i intensywnie go wypełniają. Ga Ga Ga Ga Ga to mocna pozycja tego roku. Na szczególną uwagę zasługuje utwór numer dwa, The Ghost of You Lingers, z kapitalnymi klawiszami, trzeba posłuchać (singiel, singiel! to mógłby być jeden z singli '07). Łapcie:

08 czerwca 2007

Już tylko miesiąc dzieli nas od wydania czwartej płyty UNKLE - War Stories. Zapoznałem się z Epką Night's Temper, która zawiera cztery utwory z tej płyty - mój apetyt mocno się zaostrzył. Widać zmianę w stylu, który poszedł mocno w stronę rocka, rezygnując częściowo z mocno elektronicznego brzmienia - najlepiej widać to w pierwszym utworze, całkowicie instrumentalnym Chemistry. Cała epka jest mocno osadzonym materiałem, wiele obiecującym. Jest na co czekać.
Ogólnie należe do tych nietypowych odbiorców UNKLE, bowiem Never, Never Land stawiam wyżej niż Psyence Fiction. Zobaczymy jak będzie tym razem.

[teraz i tak najważniejsza część notki, tak tak - na to czekałem! ]
Mój ulubiony teledysk, który pokazuje wszystkim, gdy tylko nadaży się okazja (co by tłumaczyło trochę tę notkę ;>). Jeśli jeszcze nie znacie - oglądać do końca koniecznie.
UNKLE - Rabbit in your Headlights

27 maja 2007

1. Wejdzcie na myspace Clann Zu
2. Odpalcie trzeci numer - One Bedroom Apartment
3. Słuchajcie, odpływajcie - zachwycajcie się! Przegenialny utwór, choć w wersji płytowej jest trochę inny, może nawet lepszy.

Tylko na tyle mnie dzisiaj stać, straszliwie wrażliwy i delikatny jestem na kacu. Właśnie, czego można słuchać na kacu, taka woda dla uszu? ;-)

23 maja 2007

Siedzę jak zawsze w tym dniu, o tej godzinie na technologii informacyjnej. Przeważnie są to godziny wypełnione cierpieniem i potężną nudą (ewentualnie odsypianiem). Dziś pomaga mi przeżyć pewien amerykański zespół i jego profil myspace. O Manchester Orchestra z wiadomych przyczyn jeszcze wiele się nie dowiedziałem, lecz całą płytkę I'm Like a Virgin Lost Child można legalnie posłuchać w sieci. Bardzo sympatyczne. Jeżeli jesteś w podobnej co ja sytuacji - Posłuchaj ;>

21 maja 2007

Są takie zespoły, które prawdopodobnie podobają się tylko mnie. Na polskiej scenie mam dwa dobitne takie przypadki, dziś napiszę o pierwszym z nich.
"Tylko mnie" jest oczywiście przesadzone, i specjalnie przekolorowane. Podobają się na pewno większej rzeszy ludzi, ale na pewno nie z mojego kręgu czy środowiska z którym mogę się kojarzyć - no wiecie, alternatywa-indie-snob-antyanty. Dla niektórych mogą to być nawet pagórki obciachu.
-Lubię Ocean.
-Co z Tobą, stary??
Jest to wrocławski skład, na koncie trzy płyty i masa, masa koncertów - podobno jedna z najczęściej koncertujących grup w Polsce. Sami określają swoją muzykę jako, po prostu - alternatywną, sam dodam, że trochę noise'owy to rock, czasami popowy. Zadebiutowali w 2002 roku z albumem 12, później odpowiednio Depresyjne Piosenki O Niczym - 2004 i Niecierpliwy Dostaje Mniej dwa lata później. Debiut słyszałem tylko raz, pozostałe wydawnictwa znam lepiej - widoczny jest mocny progres umiejętności. 12 to raczej nieporozumienie, Depresyjne Piosenki O Niczym (też sobie wymyślili ten tytuł, takie nadstawienie policzka krytykom) mają mocne przebłyski przeplatane z nudą. I właściwie tutaj pojawia się problem. Bo podoba mi się to bardzo, lecz gdybym miał się bawić w obiektywne rozpatrywanie tego - to raczej nienajlepiej. Kompozycyjnie leży, mocno jedntostajnie, monotonnie. Gitary, mimo, że rozbujane - nieraz głośno pomagające wiązać je z noisem, powielają schematy i same siebie zjadają.
Lecz coś mnie przy tych dźwiękach trzyma, nie pozwala skrytykować. Może to niejawny sentyment, w końcu poznawałem ten zespół w czasie życiowych wzlotów, kojarzy się tak - och, ach. Podświadomie przywołuje projekcje przeszłości i tamtego... szczęścia. Nieważne.
Tekstowo nie jest najgorzej, nie bawią się w jakieś patetyczne, grafomańskie pieprzenie. Choć też można znaleźć kwiatki, przy których chce się zapytać WTF? Wybaaaczam.
Kamień z serca. Tak całkiem serio, to zespół został w moim mniemaniu trochę skrzywdzony przez całą indie-alternatywną brać. Wprowadza mnie w dziwne stany, są niedoceniani. (tym ślicznym rymem kończę i idę spać. dobranoc.)

09 maja 2007

Obecnie prawie każdą nowa formacje kreuje się na gwiazdy rockowej rewolucji z mocnym zapatrzeniem na Wielką Brytanię. Momentami już tym po prostu rzygam, gdy widzę kolejny Interpol czy Bloc Party, każdym odbiegnięciem od schematu zachłystuje się jak powiewem świeżego powietrza. Tak jest teraz, gdy poznałem debiut self-titled The Mary Onettes. Grupa ze Szwecji, wykonuje wieelki ukłon w stronę muzyki lat osiemdziesiątych. Popowe melodie, jednak w języku rockowym. Ciężko się nie uśmiechnąć, gdy muzyka nam podpowida: światła, jaskrawe kolory, wymyślne fryzury - hell yeah. Panowie czerpią z wielu oblicz tego muzycznego okresu, który nomen omen był bardzo bogaty. Wychwycić z łatwością można inspiracje chociażby XTC, The Cure (najbardziej mi się rzuciło w uszy), Joy Division w spóle z New Order, Jesus & Mary Chain... Jeżeli to Wasze klimaty - sprawdzajcie jak najszybciej. Macie okazje na myspace The Mary Onettes.
A tak w ogóle to okładka też jest wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Curtisa i reszty.

30 kwietnia 2007

Mimo mej szczerej niechęci do języka francuskiego, którego mam nieprzyjemnść się uczyć, wczoraj i dzisiaj wykreowałem sobie iście francuskie, pod względem wizualno-słuchowym - przynajmniej. Pomijając to, że dzięki mojej nauczycielce gdy widzę gdzieś słowa po francusku, gorzej - słyszę, to wykręcam się w nieprzyjemnym tiku, kraj żabojadów nawet lubię.
Wczoraj Telewizja Polska dla odmiany zaoferowała nam coś dobrego, i w godzinach wieczornych wreszcie mogłem sobie przypomnieć Amelię. Amelia, jako, że jest to kolejny film o marzeniach, a nawet ich spełnianiu, wprowadziła mnie w dziwny stan. Filmy o marzeniach (a nawet ich spełnianiu) nie mają jakiś zbytnich właściwości leczniczych na nastrój kogoś, kogo marzenia są za Murem (o czym już kiedyś wspominałem), ba, mogą tylko popsuć. Jakoś tak mam, że im film jest bardziej optymistyczny, no bo w końcu - Amelia spotkała miłość i tak dalej - tym gorzej po takim filmie wyglądam, przynajmniej mentalnie. (Koniec tego bełkotu może, co?) Ok.
Przy okazji seansu miałem możliwość w upewnieniu się w tezie, że Tiersen to jednak świetny gość, i genialny kompozytor. Zrobił do filmu scieżkę niesamowitą, ten film nie byłby tym samym bez tej muzyki. Ten klimat (francuski bardzo), instrumenty, żywiołowość, naiwność, rozmarzenie (!) muzyki powala. Zjawiskowości omawianej się wyrazić słowami nie da, więc posłuchajcie, jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie zna.
Żeby było śmieszniej - Tiersen nie widział filmu przed tworzeniem tej muzyki. Nie mam pojęcia jak to zrobił, że klimat muzki i filmu zazębiają się idealnie, a może nawet tworzą jedność. To chyba jakaś zasada, że gdy przy filmie jest nazwisko Tiersena, to nie może być to słaba produkcja. Gdy oglądałem Good bye! Lenin, i siedziałem przed ekranem jak wryty, sam nie wiem czy bardziej zachwycałem się obrazem, czy dźwiękiem.
Amelię można oglądać z dwóch perspektyw. Przed spotkaniem kogoś takiego, i po spotkaniu kogoś takiego. Kilka lat temu oglądałem z tej pierwszej, wczoraj z tej drugiej. I nie wiem kiedy byłem bardziej przygnębiony, jeśli wiesz o co mi chodzi.

26 kwietnia 2007

Znalazłem pogromczynie urody Joanny Newsom, ba, Asia przy moim nowym obiekcie uwielbienia to pyzata dziewczynka. Wszystko to za sprawą nagrania pewnego występu na żywo zespołu Mazzy Star, gdzie śpiewa prawdziwy Anioł. Posłuchajcie jednego z najlepszych/najpiękniejszych singli lat dziewięćdziesiątych, przy okazji oglądając kolejny Cud Świata, mój ideał, Hope Sandoval:

Czyż nie jest Panią Świata? ;)
Oglądam i się zachwycam dniami, niedługo więcej napiszę o twórczości Hope, bowiem przesłuchuje regularnie i namiętnie. Tymczasem - podziwiajcie panowie, słuchajcie Panie. ;D

22 kwietnia 2007


Ciężko i mało sensownie jest pisać o muzyce tak zjawiskowej jak ta zawarta na 'Yesterday Was Dramatic, Today Is OK', zostawiam Was więc z tym utworem sam na sam. I wyobraźcie sobie, że cały ten album jest tak wspaniały, jak ta piosenka.

18 kwietnia 2007
  • Dosłownie przed chwilą ogłoszono, że Polska i Ukraina razem będą organizowały EURO 2012. Do tej pory ciężko mi w to uwierzyć, że właśnie tutaj odbędą się ostatnie mistrzostwa przed rozpieprzeniem świata w drobny mak 21 grudnia 2012 roku :D Niesamowite, niech teraz nasz kraj nie zaprzepaści tej szansy, a będzie słodko. Piszę to jako ktoś, kto sto lat temu trenował piłkę, a ten sport był dla niego prawie wszystkim (jak to było daaawno, przeszło mi).
  • Pozdrawiam wszystkich fanów recenzowanego ostatnio Hariasena, którzy w uroczy sposób wyżywają się na mnie na swoim forum. Aaa, i Muzyczny to nie moje imię, a Jogger to nie moje nazwisko :D
  • Peter Bjorn and John w ubiegłym roku wydali płytę Writer's Block, która autentycznie jest przesympatyczna. Zawsze na mojej playliście gdzieś tak z boku, jeśli się włączy to 'od tak', a mimo wszystko złapałem się na tym, że słuchanie tego albumu sprawia mi sporą frajdę. Szwecja, fajny to kraj musi być.
16 kwietnia 2007

Fear of a Blank Planet to świeżo wydany album Porcupine Tree, potęgi w światowym rocku progresywnym. Steven Wilson wraz z kolegami od roku 1989 płodzą kolejne wydawnictwa z niesamowitą wręcz intensywnością. Mimo tego przesytu PT nie widać, a w Polsce mają zadziwjającą ilość 'fanatyków' (sam znam dwóch :D).
Na krążku znajdziemy sześć długich utworów (od 5 do 17 minut), po wstępnym przesłuchaniu mogę zaryzykować stwierdzenie, że wracają do formy po, jak dla mnie, słabiutkim Deadwingu. Osobiście nie będę recenzował tego albumu (odszedłem trochę od muzyki progresywnej, co chyba najlepiej po blogu widać), ale mogę polecić tekst (wspomnianego wcześniej z resztą) kolegi.

12 kwietnia 2007

Ostatnimi czasy (no, może już nie tak ostatnimi...) popularny stał się zespół Lao Che, głównie za sprawą albumu Powstanie Warszawskie. Mało kto wie, że nasi artyści-patrioci mają za sobą również inny projekt, ochrzczony jeszcze w zamierzchłym roku '98 nazwą Koli.
Wyobrażacie sobie połączenie stylu Lao Che (głównie z płytki Gusła) z charakterystycznym psychorapem prezentowanym przez wczesny Kaliber 44? Takie skojarzenia nasunęły mi się już po kilku minutach słuchania albumu Szemrany. Sama ta charakterystyka brzmi kosmicznie, i wcale tym nie odbiega od klimatu płyty. Na niej absurd goni absurd, czuć niewątpliwe natchnienie płynące od pewnej zielonej roślinki. Najprościej będzie powiedzieć, że Szemrany to hip-hopowy Polovirus. Czy trzeba lepszej rekomendacji?
Głównym atutem grupy są najczęsciej całkowicie abstrakcyjne teksty, w stylu: "Poszłem do sklepu po mleko, nie było / czy wkurwiło mnie to? / nie wogóle mnie to nie wkurwiło / spokoju wewnętrznego nie zburzyło" albo po prostu "Idę... tam gdzie kukurydzę widzę" wymawiane w taki sposób, że prawie płakałem ze śmiechu.
Album Szemrany był ich pierwszym i ostatnim, później przemienili się w Lao Che, a Koli poszło raczej w zapomnienie. Sam nie wiem, które wcielenie wolę.
Nie mam pojęcia jakim cudem ta płyta przeszła praktycznie bez echa na polskim rynku. Fragmenty niektórych utworów można ściągnąć:
Kukurydza (polecam :D)
Wywiadówka
Lao Che

08 kwietnia 2007

Dziś kolejny zespół z serii: 'nie można znaleźć o nim słowa po polsku w sieci, a szkoda'. Szkoda, bo niewątpliwie jest tego wart.
Lost In The Trees to projekt Ari Pickera. Niewiele o nim wiadomo, no może tyle, że wcześniej udzielał się w The Never, grupie, która nic szczególnego na rynku nie zwojowała. No i że ma chłopak talent.
Trudno powiedzieć czym jest Time Taunts Me, czy to album czy EPka. Faktem jest, że zawiera prawie 30 minut świeżego i różnorodnego materiału, nazywajcie jak chcecie. Rozpoczyna się żywymi skrzypcami w Lost in the Snow. Motyw to bardzo chwytliwy, łapiemy po kilkudziesięciu sekundach. W połowie piosenki wchodzi wokal Pickera, spokojny, głosu raczej nie nadwyręża.
Drugi jest utwór tytułowy. O ile opener był bardziej instrumentalny, ten jest utrzymany w klimacie spokojnej ballady, z świetną melodią w tle i wokalem.
W tym momencie już byłem zachwycony. Dalej mamy chociażby Tall Trees witający nas szybkim rytmem, trochę szarpany i niespokojny.
Środek albumu to instrumentalne I've Always Loved the Fall, z organami kościelnymi. Epka kończy się Time. It Will Not Erase Me, które Ari wykonuje w duecie z jakąś panią, niestety nie zdołałem dowiedzieć się kto to taki. Sprawia jednak bardzo miłe wrażenie.
Już dawno nie słyszałem tak równego, a jednocześnie tak różnorodnego muzycznie materiału. Klimat jest utrzymany w trochę bajkowej tonacji, oderwanej od rzeczywistości. Szczególnie zachwycają mnie utwory instrumentalne.
Nawet jeśli to tylko EPka, to sprawiła mi ogromną przyjemność. No i chyba jak narazie najlepszy debiut w 2007 roku.

Co nieco z Time Tounts Me można posłuchać na ich profilu Myspace.

Albo macie całą. Nie ode mnie, no i oczywiście usuwacie po 24 godzinach.
Przepraszam, że słabo i chaotycznie, późno w nocy pisałem, bezsenność chwilowa chyba.
[ Pozdrowienia i dzięki za płytkę dla Fuckingood Kingdom :D ]

02 kwietnia 2007

Co tu ukrywać, theczarsologia zajeła mnie dużo bardziej niż się spodziewałem. Więc niejako dzisiaj kontynuacja tego wpisu.
Po The Ugly People vs. The Beautiful People byłem na tyle zadowolony z tego co serwuje mi The Czars, że sięgnąłem po tytuł Sorry I Made You Cry, tym samym po najnowsze dzieło muzyków z Denver.
Płyta zawiera przede wszystkim covery. Covery ballad, które daty powstania miały gdzieś w okolicach lat sześćdziesiątych. Usłyszeć można na przykład I'm Sorry Brendy Lee czy My Funny Valentine i Song To The Siren Tima Buckleya. Miejsce znalazło się nawet dla Angel Eyes, przerobionego (dosyć poważnie) hitu ABBY (podoba mi się chyba najbardziej). Resztę czasu uzupełniają autorskimi utworami, oczywiście utrzymanymi w klimacie soł romantik.
Wiele w stylistyce się nie zmieniło, Grant nadal czaruje swoim głębokim wokalem, w tle nadal słychać nostaligiczne gitary. No i mogę użyć zalegalizowanego na tym blogu przemiotnika: 4adowniczość, trochę z domieszką amerykańskiego alt-country.
Płyta dobra do popadania w zadumę, gdybym był jakąś sentymentalną nastolatką to nawet mógłbym przy tym uronić łzę [;)]. Ale artyści usprawiedliwają się tytułem albumu, no przecież ostrzegali.

26 marca 2007

Śmierć jest największą inspiratorką (inspiratorem? przez Prattcheta zawsze się waham) w historii muzyki, i chyba sztuki w ogóle. Przywołując chociażby takie Funeral, chociaż znakomitych przykładów nasuwa się masa. Coś w niej jest niesamowitego, że wbrew pozorom za taką raczej średnio przyjemną sprawą powstają dzieła wybitne. Do czego pije? Do powstałego w roku '98 Electro-Shock Blues'a grupy Eels.
Taka nieprzyjemna się historia z tą płytą wiąże, że lider - Mark Everett napisał ją po śmierci swojej siostry. Popełniła samobójstwo w zakładzie psychiatrycznym. Teksty są w sporym stopniu oparte o jej zapiski ze szpitala, które po sobie zostawiła.
Trochę mi wstyd, że takie klasyki z lat dziewięćdziesiątych poznaje dopiero teraz. Gupio się przyznawać, bowiem materiał to nieprzeciętny. Everett włożył w tę płytę serce, i przede wszystkim szczerość. Po stracie bliskej osoby wylał wszystko z siebie na nuty. Ładnie wyszło, choć to złe słowo.
Pod względem czysto muzycznym jest ciekawie i różnorodnie. Klimaty (electro?)bluesowe przeważają, nieraz słychać jakieś jazzowe wstawki. Ciężko oderwać warstwę instrumentalną od wokalu i treści, więc nie będę tego na siłę czynił.
Wprawia mnie ona w jakiś dziwny stan radosnego zniechęcenia. Jest spokojna noc, a ona jakby szeptała 'napisz coś o mnie'. No to nie miałem wyboru.

22 marca 2007

Post-rock to na pewno nie jest mój gatunek. Muzyka ta mnie zwyczajnie męczy i dłuży mi się niemiłosiernie, dlatego najczęsciej omijam szerokim łukiem. Jak zwykle od zasady musi być jakiś wyjątek, który burzy całkowicie całą niechęć i zastrzeżenia.
Odkrycie to swieże, bo mające dopiero jeden dzień - lecz już zdążyło opanować wszystkie moje odtwarzacze dźwięku. Mowa tu o Brytyjczykach z grupy Yndi Halda, powstałej w roku 2001. Długość istnienia nie przekłada się jednak na ilość stworzonego materiału - na koncie mają tylko jedną EPkę - Enjoy Eternal Bliss. Niech to jednak Was nie zmyli. Zawiera ona cztery utwory, z czego najkrótszy ma... 12 minut. Razem to daje około 60 minut muzyki. Co do tego co nam serwują przez tą godzinę, to mogę powiedzieć, że jest to coś wspaniałego. Mimo, że cały album jest wyłącznie instrumentalny, ma w sobie siłę ogromną. Bardzo dużą rolę odegrały tu skrzypce - budują doskonałą atmosferę. Utwory mają skomplikowane kompozycje, długie, rozbudowane. Aranżacje są podniosłe, momentami niemal monumentalne.
Polecam wszystkim tym, do których przemawia muzyka spod znaku Godspeed You! Black Emperor czy Explosions in the Sky. Sam nazywam Yndi Halda post-rockowym Sigur Ros.

Posłuchać Yndi Halda możesz na ich profilu Myspace.

15 marca 2007

Nie lubię słuchać pojedyńczych utworów, nauczony jestem, że prawdziwą wartość, którą można oceniać to gotowy album. W tym wypadku jednak nie mam wyjścia - muszę napisać ;)
Chodzi o nowy utwór Much, zespołu okrzykniętego nadzieją polskiego indie już jakiś czas temu. Nadal nie mają kontraktu i nadal nagrywają świetne kawałki (całą płytkę Galanteria można ściągnąć z ich profilu last.fm chociażby). Miasto Doznań zostało stworzone na potrzebe składanki Piostra Stelmacha - Offensywa, zawierającej piosenki Muchom stylistycznie zbliżone - od TCIONF po Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach.
Krótkie obserwacje znajomych każą mi stwierdzić, że utwór ten wpada w ucho praktycznie natychmiastowo, i ciężko się od niego uwolnić. Co jak na lekkie, półpopowe granie chyba najlepsza rekomendacja - polecam.

Posłuchaj Miasta Doznań (link from Porcast)

09 marca 2007

Formacje Violent Femmes powołał do życia na początku lat osiemdziesiątych Gordon Gano. Grupa pochodząca z Milwaukee w stanie Wisconsin przez dwadzieścia lat działalności wydała aż dwanaście albumów długogrających, lecz w moim mniemaniu żadna z nich nie przebiła debiutu - Violent Femmes powstałego w roku '83.

Czytaj dalej...

03 marca 2007

Matt Johnson tworząc jednosobową formacje wiedział jak się nazwać - to właśnie dzięki tej intrygującej nazwie sięgnąłem po Mind Bomb. Ostatnio słuchałem tego zeszłego lata, dzisiaj przypadkiem znowu trafiłem, i muszę chociaż wspomnić o tej niebalnej grupie. Chociaż określenie 'grupa' średnio tutaj pasuje - The The tworzy praktycznie sam Johnson, niekiedy zapraszając do projektów innych muzyków.

Czytaj dalej...

26 lutego 2007

Chcielibyście cofnąć się do czasów prehistorycznych? Zobaczyć tworzenie się pierwszych plemion, jaskinie, rytualne tańce wokół ogniska? Bębny, drzewa, dzikie zwięrzęta. Natura. Czasem dzika i niebezpieczna, czasem łagodna i bajkowa. Taką podróż gwarantuje Phil Elverum, sam tworzący projekt zwany Mount Eerie (wcześniej The Microphones) na płycie No Flashlights.
Dziwna sprawa z nim i z tą płytą. Bo niby można o niej napisać ogrom materiału, zachwycać się nad kompozycjami, klimatem, wszystkim. Ale zaczynam i jakoś nie mogę, bowiem wszystko to zamyka się w jednym, krótkim: musicie tego posłuchać.

24 lutego 2007

Wczoraj światło dzienne ujrzała nowa płytka Ostrego. Wygląda na pierwszy rzut oka ciekawie, chociaż 23 kawałki to chyba przesada (przypomina mi się od razu The Car Is On Fire :P). Jak zwykle, od OSTRa nie mogliśmy się spodziewać niczego innego niż kawał porządnego rap jazzu, myślę, że spełnił oczekiwania, aczkolwiek jak narazie album na ziemie mnie nie rzucił. Warstwa tekstowa mam wrażenie mocno pojechała w strone polityki, nie powiem, żebym specjalnie za tym przepadał. Zauważyłem również kilka szybkich, dziwnych skojarzeń charakterystycznych dla Fisza. Jak dla mnie ten drugi chyba zawsze zostanie numerem jeden na scenie.

19 lutego 2007

Wax Tailor zapowiedział nowy krążek. Po świetnie przyjętym debiucie (Tales of the Forgotten Melodies) czas na to, by potwierdził swoją wielkość, i to, że nie na darmo porownównywano go do DJ Shadowa. Tales of... sprzedało się w nakładzie około 30 tysięcy egzemplarzy, oraz długo okupowało europejskie listy przebojów.
Styl Wax'a opiera się na świetnym doborze sampli, z których składa niemal scieżkę dźwiękową do nieistniejącego filmu. A może lepiej - tworzy właśnie ten film - trzeba posłuchać.
Nowy album zatytułował będzie Hope & Sorrow, trailera możemy posłuchać na jego profilu MySpace. Data wydania to pierwsze dni kwietnia.
Polecam gorąco Tales of the Forgotten Melodies, a H&S dodaje do listy płyt niecierpliwie przeze mnie oczekiwanych.

15 lutego 2007

Nie znam się na muzyce klasycznej tak jakbym chciał, więc nie czuje się na tyle kompetentny by zrecenzować tą płytę. Dlatego tylko krótka rekomendacja.
Mam dziwną skłonność do interesowania się rzeczami smutnymi. Jakoś one mnie bardziej przekonują, zajmują, są dla mnie bardziej autentyczne niż jakaś pseudoradość. Taki już ze mnie melancholik, w głębi duszy lubiący jesienne, ponure wieczory. Ta cecha ma poważne ujście właśnie w słuchaniu przeze mnie muzyki - często te smutniejsze pozycje bardziej przykuwają moją uwagę. Obok Maxa Richtera i jego Niebieskich Notatników nie mogłem przejść obojętnie.
Richter to niemiecki kompozytor i pianista, mieszkający na stałe w Anglii. Na Blue Notebooks pokazał jak powinna wyglądać nowoczesna muzyka neo-poważna. Pianino, partie smyczków, odgłosy otoczenia, nautury i dopełniająca dzieła odrobina elektroniki. Od czasu do czasu słyszymy aktorkę Tildę Swinton, recytującą cytaty z Kafki i Miłosza (!) na tle stukających klawiszy maszyny do pisania.
Wszystko trafia w szarym, nostalgiczny i jesienny klimat.

10 lutego 2007

Trafiłem przez przypadek na grupe Au4, i tak od godziny od niej nie odchodzę. Projekt trojga braci (Ben, Aaron i Nathan Wylie) i ich przyjaciela, Jasona Nickela. Inspirowani Massive Attack, Bjork i Nine Inch Nails, postanowli stworzyć coś razem, gdyż wszyscy wcześniej ocierali się o muzykę osobno. Wyszło bardzo trip-hopowo, dreampop'owo i klimatycznie blisko Islandii. Na pierwszy rzut ucha wyjątkowo przyjemne.

Całego albumu możemy posłuchać wchodząć na ich stronę, i klikając "listen".