26 października 2008

Są wśród nas ludzie, którzy twierdzą, że Smarki skończył się na kill'em all, a konkretniej na Najebawszy EP. Oczywiście szanujemy ich, ale wiemy, że nie mają tutaj cienia racji. Żeby o tym przekonać, wybiorę sobie 5 ulubionych kawałków Smarkiego (w tym gościnnych występów), będzie dużo youtuba, dużo hip-hopu, więc do rozwinięcia wpisu zapraszam zainteresowanych tematem (lub moim górnolotnym stylem ;d).

Czytaj dalej...

04 listopada 2007

Dzisiaj nie o muzyce. Jak tak dalej pójdzie, to bez problemu będzie można tego bloga przemianować na ogólno kulturalnego, choć paradoksalnie cham jestem i nie przymierzając, oper nie nawiedzam.
Przypadkiem wpadł mi w ręce kilka dni temu filmowy debiut Pasikowskiego. Krolla oglądnąłem z nieskrywaną przyjemnością, i nagle niepozorny seans filmowy przerodził się w maraton filmów łódzkiego reżysera. Polskie kino akcji - brzmi niedorzecznie, a jednak, kiedyś naprawdę istniało. Minęło blisko dziesięć lat, od kiedy, mimo, że niewiele z tego rozumiejący, zachwycony byłem Demonami Wojny wg Goi. Teraz, już doceniający trochę inne rzeczy niż nasilenie kurw na zdanie i ilość wystrzałów w ujęciu, nadal patrzę na ten obraz z iskrą w oku, a to z sentymentu do lat dziewięćdziesiątych, a to dzięki faktycznym atutom tych obrazów.
Bo prawda jest taka, że takie Psy są po prostu definicją kultowości. Wyobraź sobie, że oglądasz film po raz pierwszy, a znasz z niego 80% dialogów. Czy to z własnego podwórka, z nawiązań innych filmów, czy nawet z nowej płyty Pezeta ('Gdyby Miało Nie Być Jutra' - Na pohybel wszystkim, to jest ładny toast). Żaden inny polski film nie wtopił się tak w naszą popkulturę jak właśnie Psy. Paradoksalnie, bo nie jest to film ani ładny, ani przyjemny - brud i brutalność, koniec etosu Solidarności i szukanie miejsca w nowo-starej Polsce. Pasikowski osiągnął tu szczyt formy, kręcąc dramat z elementami filmu akcji, obrazujący stan narodu w świeżych, postkomunistycznych czasach.
Psy 2, choć na pierwszy rzut oka przypomina klasą poprzednika, przy bliższym zetknięciu wychodzą jego braki w scenariuszu, niedociągnięcia, lub po prostu słabość w niektórych wątkach (serbska kochanka Franza - sztywna, nierealna, brzydka). Stają się przede wszystkim filmem sensacyjnym, dramat zostaje gdzieś w tyle.
Największy atut Pasikowskiego - dialogi - jednak nadal niezapomniane. Koniecznie oglądnijcie to, normalnie mistrzostwo (co ciekawe, postać więźnia jest oparta na autentycznych wydarzeniach) w rozśmieszaniu ludzi rzeczami raczej smutnymi.
Dalej - aktorstwo. Płakać się chce, jak widzę jakiego dziś z siebie pajaca robi Pazura, albo śmiesznego gościa Linda (w jakimś sitcomie występuje). A kiedyś to strasznie zajebiści goście byli.
Charakterystyczne smaczki dodawały uroku jego filmom, tak jak na przykład intrygująca, wszędobylska trąbka Michała Lorenca (dla którego właśnie Psy były gruntem do wybicia się w światku muzyki filmowej). Każdy film rozpoczynał się czerwonymi napisami, w czterech pierwszych filmach pojawia się imię Andżela itd.
Trochę zabawnie od puli filmów Pasikowskiego odstaje Słodko Gorzki, w którym brak strzelanin i policji. Tym razem Władek postanawia na polskie warunki przenieść popularny w USA model filmu młodzieżowego. Osadzony w realiach liceum końca lat dziewięćdziesiątych trochę zawiewa kiczem, lecz ma swój olbrzymi urok. Ukłon w stronę wszystkich, którzy do ogólniaka uczęszczali właśnie w tym okresie, ukłon w stronę pierwszych miłości (dedykacja na końcu), może wywołać wspomnienia i miłe emocje, szczególnie teraz, po tych dziesięciu latach.
Dalej były wspomniane wcześniej Demony wojny wg Goi, a później nagłe obniżenie formy. Nie trudno zauważyć, że epoka Pasikowskiego skończyła się z XX wiekiem, gdy popkultura amerykańska została już mocno zaszczepiona polskiemu społeczeństwu. Prawda jest taka, że właśnie Pasikowski rozpoczął ten proces w polskim kinie, i był właściwie jedynym dobrym polskim naśladowcą efektownego kina Hollywood.

Mój dom stoi na plażach Kalifornii
Najnowsze ferrari ma czerwony lakier
Kobiety są łatwe, mężczyźni potworni
Na brzegu basenu ktoś sprejem - "Star-fucker"

Dziś z Akademii dostaje Oscara
Jutro mam proces o niechcianą ciąże
Wiosną robimy "Juliusza Cezara"
Kontrakt ze studiem za gardło mnie wiąże

Tu białą ścieżką westchnął, co ośmiela
I podniósł ze stołu colt 45-tke,
Niedawno, lat osiem, odeszła Andżela
I z głowy, i mózgu na ściane pamiątke

23 sierpnia 2007

Jak to raczej powszechnie wiadomo, The Beatles nie podlega rankingowaniu, katalogizowaniu, i tym podobnym akcjom dokonywanych na ich twórczości. Ale osobiste rankingi nikomu nie szkodzą, więc dlaczegoby nie pokusić się o jakieś moje spersonalizowane zestawienie, tym bardziej, że przynosi to ze sobą kilka godzin przy muzyce Fab Four, niewątpliwe przyjemna sprawa. Wybór padł na moje ulubione 10 piosenek brytyjczyków, selekcja była zarazem bolesna i kojąca... Zaczynajmy więc:

10. Ob-la-di, Ob-la-da (The White Album)
Na przekór wszystkim tym, którzy uważają tę piosenkę za kicz, czy cokolwiek niestosownego w twórczości Beatlesów. Skrajnie prosty refren, który znają wszyscy, od indian z amazońskiej dżungli po trójpaskowców spod bloku. Dlaczego? Bo za każdym razem, niezależnie od sytuacji, gdy włącze Ob-la-di, Ob-la-da, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Zawsze.

9. You Never Give Me My Money (Abbey Road)
Sam otwierający, piękny motyw na pianinie czyni ten utwór jednym z tych naj. A dalej jest przecież równie dobrze: jest to jedna z najbardziej rozbudowanych piosenek liverpoolczyków. 4 minuty, które można podzielić aż na trzy części, gubiące się melodie zamieniają się pod koniec w drobne, instrumentalne improwizacje. Dodatkowo jest to closer dla całego Abbey Road, właśnie tak kończy się jeden z najlepszych albumów The Beatles, i tak kończy się pewna era. Delikatnymi dzwonkami i odgłosem świerszcza.

8. Help (Help!)
Jedna z dwóch najbardziej rock'and'rollowych pozycji na liście. Szybkie, skaczące tempo, wyraźna perkusja Ringo... I w sumie takich piosenek w ich dorobku jest najwięcej, energicznych, prostych jak pałka do perkusji. Zero przeintelektualizowanego grania; krzesło, a nie projekt krzesła. Drewniane krzesło, na kórym bez problemu wybijesz rytm Help.

7. Happiness Is A Warm Gun (The White Album)
Szczęściem jest rozgrzana broń. Ciepła broń oznacza, że właśnie kogoś z niej zastrzeliłeś. Kogoś, kogo baardzo nie lubiłeś, i to przynosi Ci ulgę i właśnie szczęście. Poza tym sposób i szybkość z jaką John wyśpiewuje 'She's well acquainted with touch of the velvet hand', w ogóle to przejście... aaaaaa!!

6. Girl (Rubber Soul)
Ej, no i nie wiem jak wytłumaczyć to, dlaczego tak tę piosenkę ulwielbiam. Chyba właśnie za tą gitarę, bardowskie trochę rozpoczęcie opowieści Lennona. Opowieść o chrześcijaństwie, co rzadko przez kogo jest zauważane ;)

5. The Fool On The Hill (Magical Mystery Tour)
Tak to już z tymi Beatlesami jest, że jak myślisz, że nie znasz ich melodii, to i tak znasz. Każda ich część, każdy patent jest już tak potężnie klasyczny, że nawet nigdy nie słuchając ich płyty - znasz doskonale mnóstwo piosenek. Główny motyw tego utworu również do tych klasyków zalicza. Jednak mnie głównie urzekła warstwa tekstowa - kim jest mężczyzna stojący na górze? Filozofem, może każdy introwertyk nim jest? Człowiek autystyczny, odbierający więcej niż inni? Autor?

4. Let It Be (Let It Be)
Tym kapitalnym utworem Fab Four pożegnało się ze światem, ze sobą nawzajem. Dali nam na koniec coś pięknego, uświadamiając nas, że tak musiało być.

3. Run For You Life (Rubber Soul)
Nie pojmuję, dlaczego ten utwór jest dokumentnie pomijany, ignorowany. Nawet sam autor, Lennon go nie lubił, mówił, że go po prostu machnął od niechcenia. A to jest coś fantastycznego, szybkiego, szczerego... walić już to, że ma świetną melodie, której nie sposób zapomnieć i nieziemski rytm. Przeczytajcie tekst: widzieliście jakiś prawdziwszy, bardziej autentyczny opis zazdrości? Bez zbędnych banałów, zazdrość ukazana w tej najpierwotniejszej formie, brutalnej i wulgarnej, tak jak brutalna jest natura człowieka. Prawdziwy facet, gdy opanuje go ślepa zazdrość o swój obiekt pożądania nie będzie pisał sonetów na ten temat, tylko powie: Wolałbym widzieć Cię martą mała dziewczynko, niż z innym mężczyzną.

2. Yesterday (Help!)
Bez przesady... dwie ostatnie pozycje zostawiam w spokoju. Mój komentarz wyglądałby przy tych tytułach conajmniej śmiesznie. Więc jak to jest u Was?

1. A Day In the Life (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band)

20 sierpnia 2007

To był coś fantastycznego, o tak. Jeśli szukasz pocieszenia, Ciebie tam nie było i liczysz, że napisze: nic nie straciłeś - uciekaj. Relacja może zachaczać często o wątki znane tylko autorowi i towarzyszom, więc bierzemy to w dwa wymiary: ja na festiwalu, bauns i zabawa oraz ja słuchający koncertów. Teraz na to patrzę, i wyszedł mi potężny kawał tekstu, który przypuszczalnie przeczyta osób tyle, że na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć, ale trudno.
Ponadto wyjaśniając na wstępie obecność słów Fuckingood, Kingdom itp.: Festiwal był tłem (czy odwrotnie) dla spotkania grupy Fuckingood Kingdom, czyli najfajniejszych, najładniejszych oraz najlepiej znających się na muzyce ludzi w caałym internecie. Jeśli spełniasz warunki, możesz starać się o przyjęcie do Królestwa, zapraszamy.

Skrobluj dziwko!!

Wymuszony rozkładem jazdy, wstałem o godzinie, o której zazwyczaj kładę się spać - 3:30. Czas rozpocząć podróż, po której chętnie zakrzyknąłbym iHATEtrains - 9 godzin w pociągu, w towarzystwie ludzi, którzy najprawdopodobniej wychowują dzieci bezstresowo, oraz nie mają pojęcia, że dla niektórych zapach i widok bułki z okropnym mięchem to nic sympatycznego. Trudno, swoje trzeba wycierpieć. W końcu stacja Mysłowice, podążam za tłumem ludzi, owczy pęd w strone Parku Słupna. Spotykam pierwszych towarzyszy, gra George Dorn Screams, chyba pierwszy debiutant. Sennie, spokojnie - pani wokalistka z grzywką godną młodego emo daje radę, skromnie nawiązując kontakt z publicznścią. Niestety, czasu starczyło tylko na dwa kawałki, udaliśmy się na pole namiotowe, w celu pozbycia się częsci bagażu.

Only music can save us

Tam też zapoznaliśmy się już z większością Fuckingood ekipy (najpiękniejsi bohaterowie: jacc, arek, konjo, konrad_vme oraz czik, dzięki któremu przegapiłem połowę Pink Freud;)). Prawie biegiem udaliśmy się na pierwszy koncert na dużej scenie - Blue Raincoat. To, że zdążyliśmy zawdzięczamy genialnemu skrótowi przez tory, który skracał drogę z pola do Słupnej gdzieś tak dwudziestokrotniekrotnie, brawa dla organizatorów. Cud, że nikt się tam nie zabił ;) Okazało się, że nie było wcale nam się tak śpieszyć. Blue Raincoat to jeden z największych rozczarowań line-upu, zagrali strasznie bezpłciowo i bez wyrazu. Kontakt wokalista - publiczność praktycznie nie istniał, równie dobrze można pooglądać koncertówki na kompie. Zagrali kilka nowych kawałków, które raczej nie zachwyciły. A szkoda, tegoroczne Everything Is a Piece of Something wyszło im całkiem dobrze (pomijając (nie)angielski wokalisty).

Punk Freud

Po Rejnkołtach od razu udaliśmy się pod scene leśną, gdzie wystąpić miał Pink Freud. Pan zapowiadający zespół przedstawił ich jako PUNK Freud, co trochę rozbawiło towarzystwo. Po chwili się zaczęło, bardzo efektownie, żeby nie powiedzieć efekciarsko. Duda na saksofonie, wystepujący nieostatni raz, dał popis. Mazolewski i reszta również - udanie, ostra jazzda. Później Lao Che, nie ma co opowiadać, że się podobało, bowiem to odejmuje 5 punktów od lansu ;) Fanów Dezertera, Manowara, Skrzatów (eloo) oraz ludzi w koszulce Cobaina zostawiliśmy pod sceną, sami udaliśmy się na piwo i jedzenie (bigos z nerką, nie skusiłem się, przez co później miałem trochę zołądkowe jazdy). Rozmowy o tym, czy nam dzisiejsze koncerty zeskrobluje do profili i tak dalej.

Ten bigos mówi!!

Tak nam zeszło kilka mało atrakcyjnych dla mnie koncertów. Pojawiliśmy się wreszcie na Ściance, która dała niezły pokaz. Zagrali z niezłym wykopem, eksperymentalnie i zawile. Niestety odbiór popsuła grupa ludzi, która przypuszczalnie rozkeciłaby pogo nawet przy Między Ciszą a Ciszą Turnaua. Widocznie nie zauważyli, że Dezerter zszedł ze sceny godzinę temu.
Poszedłem do jakiegoś budynku coś zjeść, czekając na zapiekankę, wpadł na mnie Artur Rojek wychodzący z kuchnii (WTF?!). Zaraz potem pojawił się mój gorący, spożywczy ratunek - tak więc, zawsze mogę przypuszczać, że zjadłem zapiekankę, którą robił dla mnie sam lider Myslovitz.

Drink My Kefir!

Prawdziwe piekło wywołali Dick4Dick. Nikt nie zrobił takiego show, taniec, szaleńczy bauns i striptiz. Fantastyczny spektakl, punkowy i ostry. Pod koniec taniec na rurze pod dachem sceny, absolutne szaleństwo członków (dicków) zespołu. Widać, że bawli się jak nikt wcześniej i później. Następnie wszystko trochę się zjebało, zaczęło padać. Ja byłem już kompletnie zniszczony, minęło 20 godzin od których jestem na nogach. Schowałem się pod sceną machiny, jedyną zadaszoną. Grał Phillipe Petit Dj set, a ja położyłem się na podłodze i prawie spałem. Muzyka strasznie psychodeliczna, trochę kakofoniczna, dobrze mi się przy tym leżało, ale w innych warunkach nie do przyjęcia ;)

And I'm... Justin Timberlake

Wróciłem do życia pod koniec Piano Magic. Instrumetnalnie pojechali ostro, aczkolwiek podkłady monotonne i z czasem nużące. Fakt, fanem nigdy nie byłem, więc niczego szczególnego nie zarejestrowałem. Pan frontman za to miał świetny kontakt z publicznością i poczucie humoru.
Na sam koniec gwiazda pierwszego dnia - Architecture In Helsinki. Mimo, że ledwo tam pod sceną kontaktowałem i stałem na nogach - świetna zabawa. Jedyna Pani w składzie rozwalała wszystkich swoją energią i przeuroczym głosem. Wszyscy biegali po scenie, wymieniając się instrumentami - bawli się lepiej niż większość przemoczonej i zmulonej publiczności. Było dużo z nowej płyty i ogólnie przekazywali tony ciepła w moją stronę.

TERROOOOOOOOOORRR!!!!

Podróż na pole, jeb do pustego namiotu. Taki urok wyjazdów. Namiot wygodny niczym PKS z podwójną ilością ludzi, nie mieliśmy nic do przykrycia, żadnego śpiworu ani innych luksusów. Dodatkowo budził mnie każdy przejeżdzający pociąg, czyli praktycznie w ogóle nie spałem. Ale to nic, bo właśnie zaczynał się drugi dzień festiwalu, absolutnie czarujący.

Oto nadciągają kumulusy, chyba rozumiesz co to znaczy...

Poranne rozmowy leżąc plackiem na materacu. Mysłowice, które wyglądały na miasto całkowicie wymarłe, prawie nikogo na ulicach oprócz festiwalowiczów. Liczenie kościołów, których jest SIEDEM. Stwierdziliśmy, że najprawdopodbniej wszyscy siedzą w kościołach jednak, skoro nie widać na ulicach. Bardzo ciekawy sam poszedłem na koncert Hatifnats. Jeden z najlepiej obiecujących się polskich zespołów. To był ich 6 koncert w karierze, i niestety - zdecydowanie było to widać. Charyzma zespołu na poziomie betoniarki (niepodłączonej do prądu), wokal choć źródłem mężczyzna - całkiem kobiecy. Nie podołali, choć słuchając wcześniej grali całkiem ładnie. Powrót na pole namiotowe.

Czeeeść, żałuj, że Ciebie nie ma - właśnie gra Modest Mouse

Wzięliśmy najnowszą płytkę Modest Mouse i poszliśmy do ogródka piwnego - włączyli. To był pierwszy koncert Modest Mouse w Polsce. Śpiewaliśmy, krzyczeliśmy, głośno gadaliśmy o geniuszu Brocka - ludzie jakoś się tak dziwnie na nas patrzeli. Ile musiałem przejechać kilometrów, żeby spotkać się z ludźmi, którzy kochają ten band tak samo jak ja. Kolektywnie, w czwórkę doznawaliśmy, przypominając sobie tekst Bankrupt On Selling i tym podobne historie. Absolutnie fantastyczne zjawisko, obiecaliśmy sobie powtórzyć w nocy i w przyszłości. W efekcie upici udaliśmy się na koncerty, pierwszy Tymon.

...SZATAAAAAN, SZAAAATAAN, OŁ JEEEEE

Z krzykiem, śpiewając Szatana Kur podeszliśmy pod samą scene. Wspólnie wykrzeczyliśmy jeszcze raz ten tekst, gdy pojawił się Tymon: zauważył nas, pokazał nam znak Sejtena i oznajmił: Spokojnie, piosenki Kur też będą. Najpierw grali piosenki z nowej płyty, co dla mnie raczej obojętne. Ale w końcu poszła Jesienna Deprecha i Szatan, ekstaza totalna. Gardło zdarte na maksa, wspaniała zabawa. Ciężko mi zachować obiektywność w tym wszystkim, bo PO PROSTU, mówiąc kolokwialnie - byłem najebany, nie bierzcie sobie do serca.

Bassisters Orchestra jest numer jeden

Bassister Orchestra. Skład nieziemski: Moretti, Mazolewski, Bunio, emade i oczywiście Fisz. Kompletnie odjechali, jazz i hip hop połączone złotą nitką. Podkłady z płyty BO, teksty Fisza. O ile studyjne Numer jeden mi się nie spodobało, to na żywo dali popis. Lepiej niż Pink Freud.
Scena leśna i koncert Cool Kids Of Death. Na początek grali nowe kawałki, z czasem się rozkręcając. Druga połowa koncertu - pierwsza płyta. Ogólnie łatwo było zauważyć, że lepsze wrażenia dawały koncerty na scenie leśnej, tej mniejszej. Lepszy kontakt z publicznością, mniej ludzi i mały dystans do sceny. Wracając do CKOD - stanąłem przy dwóch fankach, które wydawały z siebie dzwięki i tony, o których pojęcia nie miałem. Darły się niewyobrażalnie, te głośniki dawały mniej. Nieźle to nas nakręciło, i szaleliśmy ogromnie. Energia, mamy Butelki z Benzyną i Kamienie - aż ludzie na boki się odsuwali. Nie rozumiem, jak można przy tej muzyce po prostu STAĆ i się nie ruszać. Nie da rady.
Więc nie bój się deszczu, bo ja jestem deszczem...

...śpiewaliśmy, choć nie padało i wcale nic na to nie wskazywało. Pogodno dało świetny koncert, przynajmniej z perspektywy osób trochę pijanych. Pan frontman wykazał się świetnym dystansem do samego siebie (-ej no tak dobrze się bawicie? rzućcie chociaż kamieniem czy coś... - spierdalaaaaj! -o, już lepiej) i sprośnym humorem (a ja jestem Sinead O'Connor, to nieprawda, że jestem łysa, ale nie pokaże wam cipki). Co mi się bardzo podobało w ich występie to to, że nie promowali na siłe nowej płyty, nie zagrali z niej chyba nic, tylko dali ładny przekrój przez największe przeboje. Wyciągneli z publiki co tylko było do wyciągnięcia.
Po ogarnięciu się, powrót na Nosowską. Oczekiwałem wiele, i chyba się przeliczyłem. W sumie to show nie mógł z tego wyjść, dużo nowej płyty - wydawało się, że nikt nie zna, bo gdy poleciał jakiś stary utwór to nagle wszyscy się ożywili i zaczęli śpiewać. Jak dla mnie trochę zawód, bo byłem w zupełnym innym klimacie w tamtym momencie.

ILOVETRAINS, czyli: Z czego się cieszysz, i tak nie byłeś na najlepszym koncercie.

Tak, czas na to, na co czekałem najbardziej: iLiKETRAiNS. I to co przeżyłem pod sceną leśną, ciężko ująć w jakąkolwiek ramkę, naznaczyć prostymi słowami. Zespół z Anglii dał taki kosmiczny popis, że prawie padłem tam na ziemie zgnieciony tymi fantastycznymi gitarami, ścianami dźwięku. Wydawałem się przy tej muzyce taaki mały, powaliło mnie (i nie tylko mnie) totalnie na kolana. Grali nowe i stare numery, o dziwo nowe podobały mi się bardziej, ta ich debiutancka płyta musi wymieść, nie ma dicka. Dodatkowo fantastyczne wizualizacje w tle, drzewo z pętlami dla samobójców na każdej galęzi, próbujacy się ratować topielec. Ekspresja chłopaków, ubranych jednakowo w koszule z krawatami i czarnymi opskami na ramieniu przeogromna. W pewnym momencie zaczęli skakać po całej scenie, wić się z gitarami... szczęka mi opadła. Złapałem się za głowę, spojrzałem w bok - Arek zrobił to samo, konjo w innym świecie. Odpłynąłem. Kolejny koncert, Electrelane sobie odpuściłem, chciałem ten festiwal zakończyć właśnie tym występem. Wychodziliśmy z terenu Parku z rozdziabionymi gębami.

TERRRRRROOOOR!!!! ZAJĄĄĄĄĄĄĄĄĄC!!!

Kupiliśmy picie, i uroczyście zakończyliśmy festiwal przy ogródku piwnym. Okazało się, że prąd uciekł i słuchanie Modest Mouse nie wypali. Co robić, w końcu sami daliśmy koncert. W naszym repertuarze znajdowali się miedzy innymi: Kury, Pogodno, MM, Radiohead czy nawet Joy Division. Niesamowite, nie do zapomnienia. Krzyki na polu namiotowym: TERRRROOOR!!, inni odpowiadający tym samym lub zającem. Atmosfera niesamowita, w końcu pojawił się prąd i słuchaliśmy Pink Floydów. Tak to się powoli kończyło... rano droga na dworzec, pożegnalny terror i powrót do domu. Festiwal się zakończył, pozostały piękne wspomnienia. I jaram się, jak nastolatek będący pierwszy raz na koncercie, ale nie mogę inaczej. Bo było pięknie.

11 sierpnia 2007

Jako, że do Off Festivalu został już niecały tydzień, a ja wybiore się do Mysłowic niechybnie, zacząłem przyswajać reszte z tego, czego z plakatu nie znam. Tak też perspektyw na inną muzykę niż przyszłą-mysłowicką nie ma - dlatego stworze mini przewodnik po zespołach, które na Offie się pojawią. Niezobowiązujaco, w luźnej formule i bez wyznaczonego szablonu, zaczynając:

iLiKETRAiNS
Z początku: fajna nazwa; teraz przeobraziło się chyba w główny muzyczny cel mojej podróży. Słucham w kółko (podobno) EPki Progress - Reform, która ze spokojem mogłaby robić za długogrający debiut. Tak długością, jak i tym bardziej jakością odpowiada ogólnie przyjętym normom, normom Unii Europejskiej i tak dalej. Post rockowy shoegaze z trupim, grobowym wręcz wokalem - mniam, niczym ghotujące się ziemniaki. Głos Dave'a Martina do złudzenia przypomina mi wokal z tego doom-metalowego (? whatever) Moonseplla. Na początku dziwnie to wszystko wygląda, z czasem poraża wyrafinowaniem i wykopem. Na żywo musi brzmieć niesamowicie, więc zacieram ręce z uśmiechem na ustach. Ha!
www | myspace | youtube 

Architecture in Helsinki
To za to zupełne przeciwieństwo wcześniej opisywanego zespołu, szał, kolory i popowy bałns. Nie ma co się dużo rozpisywać na temat tej ekipy, zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji, gdzie co ważniejsze - zostało napisane. Ogólnie ciesze się, bo grany pewnie będzie materiał z najnowszej płyty, a tą znam najlepiej, i ma moc. Osiem osób na scenie musi dawać radę, nie ma szans.

Dick4Dick
No to czas na coś polskiego. Pod tą bezpruderyjną nazwą kryje się czwórka równie bezpruderyjnych chłopców (phi), którym jak widać na KAŻDYM kroku wszystko kojarzy się z jednym. LPRowi i bojownikom Młodzieży Wszechpolskiej już zostawmy, dlaczego akurat temu, męskiemu organowi oddają tyle uwagi i zainteresowania (a nie tak jak bóg przykazał...). No więc wulgarność, pornografia i parodia gości w każdym utworze tej gdańskiej formacji. Zostawiając już w spokoju podłużną treść, zajmijmy się formą ich muzyki. Jest to dance'owa elektronika, często zachaczająca o coś w stylu Kraftwerka i temu podobnych. Widoczna jest zabawa stylami i znamymi motywami - można bawić się w zgadywanie na czym wzorowany był dany utwór. Jeśli nie jesteś wrażliwy na punkcie swojego penisa, tudzież nie masz kompleksów z nim zwiazanych - przy tej muzyce można wspaniale się bawić. Enjoy.
www | myspace

05 sierpnia 2007

Notkę tą należy traktować z przymrużeniem oka, bardziej jako wspominki autora niż właściwą recenzję/tekst.

Może niektórzy z Was zastanawiali się, czy od zawsze słucham takiej muzyki jaką słucham. Odpowiedź brzmi: nie, z resztą kilka razy na blogu padło zdanie rozpoczynające się od "kiedy byłem norweskim metalem...". Tak całkiem serio, to norweskim metalem nigdy nie byłem - ba, Norwegie to tylko w Google Earth widziałem. Prawdą jednak jest, że miałem w życiu okres fascynacji różnymi złomiarskimi gatunkami muzycznymi (chociaż nigdy metalem nazwać się nie mogłem, czarny makijaż i naszywki z black-metalową Nirvaną na plecaku są mi obce) - ktoś mógłby to nazwać błedami młodości, ja jednak miło wspominam. Tym odchyłom zawdzięczam przekrój w głowie przez wiele nurtów, zaczynając od bm kończąc na afrykańskiej muzyce etnicznej.
Przejdźmy jednak do meritum. Wtedy czas liczyłem w następujący sposób - to co było przed poznaniem Sonaty Arcticy i po poznaniu. Taak, Sonata Arctica to było coś. Power metal. Wiecie co to jest? Napieprzanie gitarami z prędkością bolidu F1, tak, że nawet pustymi rękoma nie dało się nadąrzyć za rytmem. Do tego krzyczenie do mikrofonu, najczęściej o wróżkach, rycerzach i kulawych smokach z impotencją - taki typowy przykład - Rhapsody (nie odpowiadam za straty spowodowane oglądaniem tego... teledysku?). Ale! Sonata była inna! Oprócz typowych baśniowych napierdalanek znalazło się miejsce dla wspaniałych, ckliwych ballad, co było balsamem na serce takiego zatraconego, romantycznego młodzieńca jakim wtedy byłem. Dodatkowo teksty... ile ja samego siebie w nich widziałem. Shy, ona jest piękna ale i tak co z tego, bo... tralala. Wspaniale, to był pierwszy zespół, od którego rozpocząłem słuchanie wyczynowe, całą dyskografią, ślęcząc nad tekstami.
Z czasem to się skończyło, ja poszedłem dalej, zapomniałem o SA, otoczyłem się alternatywnym plumkaniem. Aż... gdzieś w rozpisce nadchodzących premier dostrzegłem olśniewające swym blaskiem: Sonata Arctica - Unia. Nowa płyta! Wspomnienia odżyły, zapuściłem znów to co najlepsze... posłuchajcie chociażby Tallulah. Piękne, prawda? Nie? No ej...
Unia okazała się bardzo przeciętna, za to stare nagrania działają na mnie nieziemsko, wywołując na twarzy uśmiech. Co z tego, że tak naprawdę to jest to straszliwe. :) Wspomnień czar.
A Wy macie podobne zespoły, dziedzictwa młodości?

02 sierpnia 2007

Pochłonięty jeszcze resztkami nowohoryzontowego klimatu, wykorzystam go do opisania kulminacyjnego punktu mojej wyprawy - seansu Control. Choć nie znam się na kinie na tyle, żebym sam w swoich oczach wydawał się na tyle kompetentny, by recenzować film, to zrobie to mimo to - odnajduję się w muzyce Joy Division i tekstach Curtisa. Znam jego życie, próbuje zbliżyć się do jego postaci. Czytam Dom Lalek, książkę, z której wziął nazwę dla zespołu. Fartownie zdobyłem chyba jedyny egzemplarz jaki był w internecie, wstrząsająca. Jeśli prawdą jest, że miał zdolność do niesamowitej empatii, to nie dziwie się, że takie wrażenie na nim zrobiła.
Wracając do filmu - pierwsze wrażenia: czarno-biały, kapitalne ujęcia Manchesteru, dobrze uchwycona jego szarość, beznadziejność. Wszędzie ten podły kryzys. Sam Riley jako Ian - nawet podobny, niestety aktora z oczami podobnie umieszczonymi jak miał Curtis w całym wszechświecie nie znajdziecie.
Filmowy Curtis, tak jak prawdziwy odpowiednik jest skryty. Reżyser nie otwiera nam umysłu Iana, daje tylko wskazówki, co mogło się w nim dziać. Dystans został zachowany, widać wyraźną przepaść między nim a resztą zespołu. Tak jak był dla nich zagadką, jest dla nas - widzów. Co mogło się niektórym nie spodobać, rola innych członków Joy Division została mocno zbagatelizowana - wszystko kręci się wokół lidera.
Bardzo udane humorystyczne akcenty filmu. Świetnie oddana została charakterystyka brytyjskiej sceny tamtego okresu - np. po napadzie epilepsji, kolega z zespołu pociesza Iana: "Zawsze mogło być gorzej. Mogłeś zostać wokalistą The Fall." ;) czy Wilson podpisujący kontrakt własną krwią - zabawne, kapitalne sceny.
Największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty koncertów - nie ma muzyki puszczanej z taśmy, wszystko grają aktorzy, tak jak Riley śpiewa. O dziwo, radzą sobie bardzo dobrze, z odpowiednią energią i haryzmą. Riley widać, że przyłożył się do studiowania ruchów scenicznych Curtisa, wychodzi mu to całkiem zgrabnie (przewrotne określenie, tańcowi Iana daleko było do... zgrabności ;)) - jednak obłędu w oczach brakowało zdecydowanie. Co ciekawe, jeden występ Joy Division - ten - został dokładnie przeniesiony jeszcze raz na ekran, z takimi samymi ujęciami, gestami. Zdziwiłem się, bo wcześniej oglądałem ten występ dziesiątki razy - wspaniałe pole do porównań.
Co mogło się nie spodobać - to to, że głównym szkieletem fabularnym, na którym został oparty film był wątek miłosny. Relacje między artystą a kobietami - żoną i kochanką zostały mocno zakreślone, wypchnięte na pierwszy plan. Przez to, ci, którzy pójdą na film z marszu - nie znając prawdziwego Curtisa, mogą pomyśleć, że głównym motywem jego samobójstwa były właśnie kobiety.
Podsumowująć - spłycenie postaci Curtisa jest widoczne, i jest nie w porządku. Jednak na dłuższą metę było to nieuniknione, to film jednak bądź co bądź masowy, i takie uproszenia pewnie były konieczne. Przy tym cała biografia nie miała prawa zmieścić się w dwie godziny, przez co kilka ciekawych wątków uleciało. Całość jednak składa się na bardzo dobry film - dla fanów Joy Division takich jak ja to będzie coś wyjątkowego, przy koncertowych sekwencjach dosłownie przechodziły mi ciary po całym ciele. Dla pozostałych będzie to po prostu ciekawy film, o ciekawym człowieku. Nawet gdybył miał się tłuc do Wrocławia te pięć godzin tylko na ten seans, zrobiłbym to. Warto.

[Ps. Trochę to głupie, ale nie widzę innego sposobu (tak jak również nie widzę za bardzo szansy). Jeżeli jakimś cudem czyta to dziewczyna (lub ktoś kto ją zna), która 28 lipca była na senasie The Beatles, a na drugi dzień Control, siedziała chyba w ostatnim rzędzie kilka miejsc od wejścia z lewej z koleżanką, proszę, niech się ze mną skontaktuje. Brązowe włosy (ciemny blond? zawsze mam z tym problem :D) z nietypowym naszyjnikiem. Chociaż próbuje, nie? ;>]

04 czerwca 2007

Dzisiaj padał deszcz, gęsty, intensywny, głośny. Wyszedłem z domu sam, z słuchawkami na uszach, na ulicach brak żywej duszy. Słuchałem Pornography The Cure, i doznałem olśnienia. Ta płyta idealnie wpasowuje się w taką aurę - w odgłos kropel, w ponure, nostalgiczne ulice, wilgotne powietrze. Ta płyta ma niesamowitą atmosferę, porównywalną chyba jedynie do tej z Closera. Te dźwięki można by kroić nożem. Najprawdziwszy Cure for optimism.
Uwielbiam deszcz. Gdy wszyscy się przed nim chowają w domach, ja wychodzę na zewnątrz i się bawię. Powodem podobno jest to, że mam deszczowe, bagienne usposobienie.
[I urodę też chyba bagienną, ale to pomińmy milczeniem]
Tak więc z dzisiejszym dniem Pornography oficjalnie trafia do moich albumów sto jeden na sto. A podobno tego słuchali starożytni emowcy, prawda to?

No i czas chyba zadać sobie jedno, ale to zajebiście ważne pytanie:
Pornography czy Disintegration?

18 maja 2007

Wielkiemu muzykowi nie wypada żyć dłużej, niż 27 lat. Jimi Hendrix i Janis Joplin zmarli w wieku 27 lat, jedno po drugim w odstępie kilkudziesięciu dni. Morrison kilka lat później - 27. Kurt Cobain gdy się zastrzelił, brakowało mu trzech lat do trzydziestki. Dlaczego więc Ian Curtis zrobił to tak wcześnie? 24 lata... Dzisiaj mija dokładnie 27 rocznica śmierci lidera Joy Division, a wokół tej ikony w ostatnich dniach zrobiło się, paradoksalnie - żywiej.
Wczoraj festiwal w Cannes zaingurował seans filmu Control. Jest to adaptacja książki wdowy po muzyku, Deborah Curtis - "Przejmujący z oddali" - tym samym biograficzny zarys Iana. "To nie jest film o zespole Joy Divison, ale portret Iana Curtisa" - mówi Anton Corbijn, reżyser debiutujący w tej roli. Obraz jest czarno biały - co ma za zadanie uwypuklić klimat panujący wokół zespołu, brudny i szary Manchester. Film pojawia się na wielkich festiwalach, gdzie oglądają go dupki w garniturach, a ja nie mogę. Tak więc oprócz wstępnego opisu więcej powiedzieć nie mogę, choćbym chciał. Liczmy na to, że nie będzie to chałka całkowita, panu C coś się jednak należy.
Polacy też dadzą coś od siebie, w tę okrągłą rocznice. Warszawski Tribute to Joy Division dzisiaj pojawił się na półkach sklepowych. Oczywiście nie pojawił się na półkach sklepowych w moim pseudo-mieście, więc o tym też zbyt wiele powiedzieć nie mogę. A ciekawość co do tego produktu mnie zżera dosłownie, gdy w końcu zdobędę - podziele się wrażeniami. I mają tu wybudować podobno Empik specjalnie na moje potrzeby.
Gdyby Curtis żył te 3 lata dłużej, jak na prawdziwego rockmana przystało - jakby to wyglądało? Może stworzyłby jakąś kupę, i z całego kultu nic by nie zostało? Ale nic to - zostaje nastawienie odtwarzaczy na Love Will Us Tear Apart, co sam właśnie czynię, i Wam radzę. Pamiętajcie.

30 kwietnia 2007

Mimo mej szczerej niechęci do języka francuskiego, którego mam nieprzyjemnść się uczyć, wczoraj i dzisiaj wykreowałem sobie iście francuskie, pod względem wizualno-słuchowym - przynajmniej. Pomijając to, że dzięki mojej nauczycielce gdy widzę gdzieś słowa po francusku, gorzej - słyszę, to wykręcam się w nieprzyjemnym tiku, kraj żabojadów nawet lubię.
Wczoraj Telewizja Polska dla odmiany zaoferowała nam coś dobrego, i w godzinach wieczornych wreszcie mogłem sobie przypomnieć Amelię. Amelia, jako, że jest to kolejny film o marzeniach, a nawet ich spełnianiu, wprowadziła mnie w dziwny stan. Filmy o marzeniach (a nawet ich spełnianiu) nie mają jakiś zbytnich właściwości leczniczych na nastrój kogoś, kogo marzenia są za Murem (o czym już kiedyś wspominałem), ba, mogą tylko popsuć. Jakoś tak mam, że im film jest bardziej optymistyczny, no bo w końcu - Amelia spotkała miłość i tak dalej - tym gorzej po takim filmie wyglądam, przynajmniej mentalnie. (Koniec tego bełkotu może, co?) Ok.
Przy okazji seansu miałem możliwość w upewnieniu się w tezie, że Tiersen to jednak świetny gość, i genialny kompozytor. Zrobił do filmu scieżkę niesamowitą, ten film nie byłby tym samym bez tej muzyki. Ten klimat (francuski bardzo), instrumenty, żywiołowość, naiwność, rozmarzenie (!) muzyki powala. Zjawiskowości omawianej się wyrazić słowami nie da, więc posłuchajcie, jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie zna.
Żeby było śmieszniej - Tiersen nie widział filmu przed tworzeniem tej muzyki. Nie mam pojęcia jak to zrobił, że klimat muzki i filmu zazębiają się idealnie, a może nawet tworzą jedność. To chyba jakaś zasada, że gdy przy filmie jest nazwisko Tiersena, to nie może być to słaba produkcja. Gdy oglądałem Good bye! Lenin, i siedziałem przed ekranem jak wryty, sam nie wiem czy bardziej zachwycałem się obrazem, czy dźwiękiem.
Amelię można oglądać z dwóch perspektyw. Przed spotkaniem kogoś takiego, i po spotkaniu kogoś takiego. Kilka lat temu oglądałem z tej pierwszej, wczoraj z tej drugiej. I nie wiem kiedy byłem bardziej przygnębiony, jeśli wiesz o co mi chodzi.

10 kwietnia 2007

Dziś włączyłem The Wall Pink Floydów. Od początku do końca przerecytowałem cały Mur (jak można ten tytuł tłumaczyć jako 'Ściana'?), okazuje się, że znam na pamięć każde słowo. Umiem wypowiedzieć każdą kwestię na trzy sekundy przez Watersem. Ciągle zastanawiam się nad tym, kim jest wołana Vera w siedemnastym utworze. Mimo, że film dał mi odpowiedź, uznałem ją za mało wystarczającą (i banalną) i wyrzuciłem z pamięci. Vera zawsze była dla mnie zagadką.

Pinky, który w dorosłym życiu stał bezsilny między murem, sam go w dzieciństwie budował. To nie tylko dzieło otoczenia - to także wytwór jego samego. Jeszcze do jakiegoś czasu, gdy słyszałem od kogoś słowo "dzieciństwo", brałem to za coś, co nadal mnie dotyczy. Ludzie często wspominają lata wczesnej młodości. Chętnie się temu przysłuchiwałem, myślałem, że jestem poza tym. Ostatnio zorientowałem się, że już od paru dobrych lat tak samo jak inni mogę opwiadać o swoim dzieciństwie. Spostrzegłem, że już nic do tego okresu nie dopiszę - to skończone, oddzielone grubą kreską wieku. Za chwilę będę już oficjalnie dorosły.

Nie mam zeszytu z poezją. Nigdy nie potrafiłem pisać wierszy, chociaż chciałbym. Mam drugą osobowość, zadziwiającą umiejętność obserwacji. Mam silne pragnienie latania, lecz nie mam już gdzie lecieć. Mam popiół po spalonych listach i zamglone wspomnienia. Jesteś tam za Murem? Nasłuchuję nadal bicia Twojego serca, powiedz, że tam jesteś.

Kult rocka progresywnego jest dla niektórych niezrozumiały (z pozdrowieniami dla Och!, tak, to znowu ja;), dla mnie niezrozumiałe jest to jak można stawać plecami do takich dzieł jak The Wall na przykład. Każda gitara tutaj to mistrzostwo świata, każdy wokal Watersa pachnie geniuszem, a warstwa tekstowa składa się na jedną z najbardziej poruszających i złożonych historii zaprezentowanych w wersji audio. Ile znacie takich dwupłytowych albumów? Ile koncept-albumów?

Oglądam ostatnio sporo filmów. Opowiadają o ludziach, którzy w coś wierzą i mają marzenia. Gdy kończe je oglądać - jestem przerażony. Ja chyba w nic już nie wierzę, a marzenie pozostaje ciągle za Murem.

Ps. Film Knockin' On Heaven's Door w reżyserii Thomasa Jahna, polecam - polecam.

06 kwietnia 2007

Kiedy byłem młody i głupi, chciałem pisać felietony. Nie miałem jednak umiejętności, nie wiedziałem gdzie to pisać, ba nawet tematu nie miałem. Teraz jestem... starszy, brak mi nadal kilku rzeczy, ale mam bloga, którego ktoś czyta, i można to wykorzystać. Postanowiłem więc - będę pisał! (chociaż nie obiecuje, że spełni to jakiekolwiek warunki bycia felietonem, ale i tak zrobie sobie taką kategorię, ha!)

Wczoraj minęło równe 40 lat od nagrania jednej z najważniejszych płyt w historii muzyki rozrywkowej. Chodzi o Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band, choć takim mianem można by określić każdą płytę The Beatles. Parę miesięcy później trafiła na półki sklepowe, a w muzyce zaczął się praktycznie nowy okres. To ta płyta była dalej technicznym wzorem, wyznacznikiem jak powinno wyglądać prawdziwe nagranie. Był to pierwszy w historii concept-album.
Osobiście przekładam to dzieło nad wszystko inne, co wyszło spod rąk Żuczków. 40 lat muzyka zaczęła wyglądać tak jak teraz ją widzimy.

Dla mnie sprawa jest prosta - nikt nie ma prawa ruszać tego zespołu i jego twórczości. Szlag mnie trafia, gdy widzę, że ktoś bierze się za bezczelne ocenianie, pisanie, podważanie wartości. Dla mnie są nietylkalni, i naprawdę nie rozumiem dlaczego dla wszystkich nie jest to takie oczywiste jak dla mnie. Wchodzę na komunikator i dostaje linka do artykułu - "Gwiazdy śpiewają sierżanta Pieprza". Wzdrygnięcie, już wiem co się szykuje.

Legendarny album Beatlesów "Sgt Pepper's Lonely Hearts Club Band" zostanie nagrany na nowo przez plejadę artystów współczesnej sceny muzycznej, m.in., Oasis, The Killers i Razorlight.

Mogę kląć? (możesz) No kuuuurwa, tylko nie to. Rozumiem, inicjatywa, uczczenie rocznicy - ale nagrywanie od nowa? Ja pierdolę, jakim prawem?! Przede wszystkim - z kim? Oasis, The Killers? Prziecież w tytule jest 'gwiazdy' a nie 'podrzędne zespoliki do niczego'. Jeśli już tak koniecznie trzeba profanować świętość, to już w jakimś stylu! Nie wiem, jeszcze może zaprosić Arctic Monkeys i Piotra Rubika, żeby ładnie zakończył Day in the Life z orkiestrą? Dla mnie to kpiny.
Nigdy nie lubiłem coverów. Coverowania legend nienawidziłem i nadal nienawidzę. Gdy kiedyś usłyszałem High Hopes Pink Floydów w wykonaniu Nightwisha oniemiałem. Do tej pory, gdy widzę gdzieś nazwę tego zespołu robi mi się niedobrze.

Katolik może oskrżyć media (czy jakąkolwiek inną instytucje) o obraze jego uczuć religijnych, gdy te sponiewierają jakiś symbol wiary, krzyż na przykład. Gdy widzę takie rewelacje jak te opisne wyżej, to stwierdzam, że zostały urażone moje odczucia muzyczne... fanowe... whatever. Mam ochotę kogoś oskarżyć.