26 września 2008
http://img.wklej.org/images/58165bloc_party.jpg



22 września 2008

The Verve - Forth
Jeśli ktoś się spodziewał powrotu pełnoprawnego, mocarnego The Verve z lat dziewięćdziesiątych to się zawiedzie. To najsłabsza płyta tego zespołu. Lecz to nie jest słaba płyta. Forth wydaje się być trochę rozdarte pomiędzy dwiema wizjami The Verve - tej, która osiągnęła potężny sukces komercyjny dzięki Urban Hymns i tej psychodelicznej, z rospasłymi formami piosenkowymi, głównie z Northern Soul i Storm in Heaven. Cztery pierwsze utwory to dość popowe, melodyjne kawałki, na czele z singlowym Love is Noise (Sit and Wonder godnie kontynuuje tradycje >bardzo dobrych< openerów). Dalej zaczyna się już odgrzewanie tej starszej części dyskografii, rozciąganie jamujących kompozycji po osiem minut, niestety duża część z tego to straszne nudy. Bo nikt mnie nie przekona, że ponad siedem minut Columbo to coś ciekawego. Sytuacje ratują takie utwory jak I See Houses - dla mnie absolutny highlight płyty, wypełniony jakąś nieokreśloną melancholią przypominającą The Verve. Płyta może rozczarować oczekujących zbyt wiele, ale nadal to The Verve, mimo, że jedenaście lat starsi...


Kings of Leon - Only By The Night
Jeśli ktoś grał/gra w gry, to zna tą sytuację, kiedy cieszysz się jakąś grą kilka godzin, wymęczysz jakiś motyw który Ci się w niej podoba, w końcu rzucasz ją na bok i zapominasz całkowicie. Nie masz ochoty grać dalej, chociaż przez tych kilka godzin bawiłeś się dobrze. Dokładnie tak samo mam z Only By The Night. Czwarty album amerykanów okazał się dla mnie zabawką na chwile, i po tych kilku przesłuchaniach nie mam ochoty słuchać dalej. Wymęczyłem bardzo dobre Sex on Fire, przyjemne Use Somebody, lecz na dłuższą metę nie jest to płyta, do której będę wracał. Czy to oznacza, że jest słaba? Chyba tak, haha. I przyjadą pewnie na Openera, cała radiowa Trójka będzie się podniecać, mimo, że na ich miejsce mogłoby przyjechać 100 lepszych zespołów. I nawet nie wiecie jak się narażam pisząc te słowa ;]

14 września 2008

Zaczytane gdzieśtam: post-rock jest jak filmy porno, obejrzysz jeden - znasz je wszystkie, lecz mimo to nadal je oglądasz. Tak to już jest z tym gatunkiem, że ciężko o odkrywanie w nim czegoś nowego. To trochę jak dzielenie liczb pierwszych - post rock sam w sobie jest już rozwinięciem czegoś innego, więc ciężko go rozwinąć jeszcze bardziej. Czego efektem jest zatapianie rynku zespołów typu tribute-to-mogwai, bez wyrazu i pomysłu, ciężko w tej post-rockowej fali wygrzebać coś godnego uwagi. Ale czasami się uda, tak jak mnie udało się kilka dni temu.

Kilka faktów o Mooncake: Mooncake są zupełnie nieznani z tego co widzę, google twierdzi, że to japońskie ciasto. Mooncake są z Rosji, na zespół składa się czwórka panów o bardzo rosyjskich nazwiskach. Mooncake nasłuchali się dużo Godspeed You! Black Emperor i Explosions In The Sky. Przekładają to wyraźnie na swoją muzykę, ale granie postrocka polega na naśladowaniu GY!BE i innych tuzów gatunku, całą sztuką widocznie jest to, żeby robić to jak najlepiej.

Lagrange Points jest typową, w całości instrumentalną płytą, mocno osadzoną w charakterystyce gatunku. Mimo to od razu wyczułem w niej jakąś wyróżniającą energie, ma siłę wyrazu. Większość utworów to skrupulatne budowanie ściany dźwięku, dwie gitary, bas, często do tego skrzypce. Ciężko napisać coś więcej, pojedyńczo wyciągać kolejne elementy, skoro ta muzyka brzmi jak zlepiona masa dźwięków, absolutnie porywająca, drżąca, nieustannie ciągnąca się ku finałowi.

Jeśli miałbym silić się na jakieś porównania, to powiem tylko, że to najlepszy post-rockowy debiut od czasu wydania Enjoy Eternal Bliss przez Yndi Halda. Kto wie, czy w ogóle nie najlepsza płyta w tych rejonach? Innymi słowy: po prostu ściągajcie i sami się przekonajcie, ahoj, mam katar i gorączkę, ale jest całkiem ok haha.



07 września 2008

Dziś chciałbym Wam wyłożyć genialność Bright Eyes jak profesor na wykładzie. I co z tego, że profesor ze mnie żaden, a wielu z Was teza genialności Bright Eyes nie podpasuje ewentualnie się z nią nie zgodzi. Ale spróbuje to zrobić choć średnio czuję się na siłach, szczególnie jeśli chodzi o formę, tak więc umówmy się, że o formę nie dbam.

Bright Eyes to zespół amerykański założony w 1995 roku przez Conora Obersta, wówczas 15letniego. W jego skład wchodzą również jak twierdzą niektórzy Mike Mogis i Nate Walcott, lecz nie da się ukryć, że to Conor jest mózgiem projektu, jak i jego palcami oraz głosem przede wszystkim. Pozostali ograniczają się raczej do robienia hałasu (i to na wyraźną komendę lidera, cytuję: 'Let's fuck it up boys, make some noise') i tworzenia tych bardziej orkiestrowych momentów.

Czytaj dalej...

07 września 2008

Ogłosiłem początek, tak też muszę ogłosić koniec. Notki będą pojawiać się częściej (co niestety nie oznacza 'często', czasu brak), zaczynam już dzisiaj artykułem o Bright Eyes. Zagląda tu ktoś jeszcze? ;)