23 sierpnia 2008


Czyli słucham kolęd w sierpniu. Święta zostały stworzone po to, żeby Low mogło nagrać ten utwór.

22 sierpnia 2008



Absolut - pojęcie oznaczające byt doskonały, najwyższy, pełny, niezależny, nieuwarunkowany, bezwzględny. Występuje w wielu filozofiach idealistycznych. Absolut może być traktowany jako filozoficzny odpowiednik pojęcia Boga, pozbawionego jednak przymiotów osobowych, choć w niektórych systemach pojęcia Boga i absolutu są właściwie równoważne.

Katharsis - uwolnienie cierpienia, oczyszczenie, rozładowanie uczuć, wzruszeń pod wpływem sztuki. Odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń, które podlegały kontroli mechanizmów obronnych, ego lub kontroli społecznej (persony jednostki).

Sigur Rós (isl. róża zwycięstwa; ['sɪːɣʏr rouːs] ?/i) – islandzki zespół założony w Reykjavíku w 1994, grający muzykę post-rockową z elementami klasycznymi, ekperymentalnymi i minimalistycznymi. Zespół znany jest z wyróżniającego się, falsetowego głosu wokalisty.



Próbuje włączyć w sobie jakieś zapasowe pokłady grafomanii, i chyba nie jestem w stanie. A zdaje mi się, że tylko tak można pisać o tym koncercie, o całym Sigur Rós - żeby nie spłycić, żeby chociaż w części oddać to co się tam działo. Napisać, że czasoprzestrzeń podczas otwierającego Svefn-G-Englar gdzieś zniknęła, Jonsiemu pod czapką wyrastały elfie uszy podczas grania Olsen Olsen (ktoś widział!), amfiteatr przeniósł się na lodowiec, na łąkę, do lasu, w góóóóóóóry, wielkie, ośnieżone góry, grali na szczycie a wokół były chmuryyy aaaaa... WRÓĆ.



Warszawa, 20 sierpnia, Park Sowińskiego, wchodzimy do amfiteatru (pozdrawiam ochronę, która wpuściłaby mnie nawet z takim aparatem/obiekwtywem). Ludzi więcej niż dużo, po tym przeniesieniu koncertu ze Stodoły i zwiększeniu puli biletów organizatorom kaska się w kieszeni zgadzała, niestety nie na tyle, żeby załatwić kilka toitojów. No ale nic to, zaraz zagra Olafur Arnalds, ile to ja się nim napodniecałem, a tu krąże wokół tematów okołotoitojowych, nie wypada.

Ehhh... Równo o 20 wyszedł na scenę, mały niepozorny, w towarzystwie kilku instrumentalistów. Tutaj należy się kilka słów wyjaśnienia czego oczekiwałem. Eulogy for Evolution to dla mnie jedna z czołowych płyt minionego roku (nie znałem przed robieniem listy, sorry), jeśli nie najlepsza. I stawiałem ten koncert niemal na równi z Sigurami, miał mnie ponieść gdzieś w górę, miałem mieć ciary na plecach jak przy słuchaniu płyty, miało mnie wbić w ziemię lub jeśli trzeba w beton. Rozczarowałem się. Zagrał bez polotu, krótko - ledwo trzydzieści minut, wybierając przy tym jeszcze te mniej efektowne swoje kompozycje. Wyglądało to wszystko jak scieżka dzwiękowa do podłączania sprzętu Sigur Rós.

Szloch, otarłem łzy zawodu, pogniewałem się na Olafura i poszedłem pod scenę na właściwią część koncertu. Pod same barierki, drugi rząd, wszystko z bliska, powiedziałbym, że pewnie Anioł mnie tam zaprowadził! Islandczycy kazali długo na siebie czekać, wywoływani co chwile oklaskami, wyszli w końcu w okolicy godziny 21. Poleciały pierwsze dźwięki Svefn-G-Englar i już nas tam nie było...



...przypomniały mi się te pierwsze jesienne przesłuchania Ágætis Byrjun, samotne łażenie po lesie z nim na uszach, dawne zachwyty. Cała ta metafizyka, nadprzyrodzoność znajdowała się teraz jakieś 3 metry ode mnie, to wszystko uderzało we mnie ze zmasowaną siłą... zdynstansować się od tego i oddać trafnie co przeżywałem w ciągu tych dwóch godzin nie umiem. Wiem tylko, że już nigdy nie usłyszę tak pięknego Ny Batteri a Hoppipolla już nigdy nie trafi tak centralnie we mnie. I tak dalej, mnożyć mogę aż wyliczę całą setlistę, bo w każdym z 16 kawałków było coś niesamowitego. Poleciał przekrój przez całą twórczość, ogólnie setlista marzenie nie licząc braku Vaki, na którą czekałem bardzo, i chyba nie tylko ja.



Osobny akapit ze złotą czcionką należy się przedostatniemu Popplagið, to był pierwszy z dwóch bisów. Jeśli przez cały koncert było nieziemsko, to podczas grania tego finału krążyłem gdzieś mentalnie w okolicach plutona. Dajcie mi gdzieś filmik z tego, bo ja nie uwierze, że to działo się naprawdę.

Cokolwiek napiszę, będzie za mało, więc. Filmiki wrzucam, możecie podziwiać spokój mojej nieruchomej ręki jak i pionowe nagrywanie, kopirajts by Martyna & Kamil itd. i wszyyystko. ;


14 sierpnia 2008

#1 Czas najwyższy spisać kronikę Off'a 08, jak zwykle spóźniony jestem, mam nadzieję, że nie usnę przed końcem bo jest północ, a moja pamięć ma deadline przypuszczalnie w okolicach jutrzejszego ranka. A więc do roboty, będzie bez zbędnych dłużyzn, konkrety.

#2 Zanim przejdę do koncertów, może trochę organizacji: festiwal wyglądał trochę inaczej niż w tamtym roku, zwiększono liczbę scen do pięciu. Trochę wyszło z tego zamieszania, bo w książeczce programowej rozkład sceny Myspace był na samym końcu. Zobaczyłem to gdy już wracałem do domu, nie widziałem tam żadnego koncertu.

#3 Ogródek piwny zwiększył swoją powierzchnie gdzieś dziesięciokrotnie w porównaniu z tamtym rokiem. Z cen piwa chyba każdy był kontent, choć te lane to raczej było woda z dodatkiem piwa. Nie spisano się za bardzo jeśli chodzi o gastronomie, kilka stoisk z wieelkimi kolejkami, poza tym ktoś tam chyba nie uwzględnił opcji, że ktoś może nie jeść mięsa. Ale wystarczyło wyjść z terenu festiwalu, przejść z 20 metrów i można było zjeść coś normalnego w takim budynku obok. Na szczęście niewielu na ten pomysł wpadło i bezstresowo, bezkolejkowo można było zakupić coś dobrego.

#4 Pole namiotowe i jego klimat - niesamowity. Na pewno nie każdemu pasował, wielu mogło się bulwersować - trzeba było iść do hotelu. Nie ma szans, żeby opisać wszystkie śmieszne rzeczy, które tam się działy. Pozdrawiam ludzi, którzy buchnęli wózek z Biedronki i fana Waglewskich z niedzieli rano.

#5 Najsłabszym punktem line-up'u w tym roku była bezsprzecznie pogoda. Na szczęście nie była na tyle bezczelna, i oszczędziła koncerty - padało tylko rano/raz popołudniu, ale akurat koncert był w namiocie. Mimo wszystko potrafiła popsuć klimat i pobrudzić buty. No i odkryła nowy sport ekstremalny - schodzenie do pola namiotowego z górki przez tory.

#6 Niemożliwe było obejrzenie wszystkiego, szczególnie w moim przypadku ("zimno, idę po bluze..." "nie chce mi się nosić torby..." "zapomniałem portfela..."). Jeden koncert nie zdążył się skończyć, a już zaczynał się następny - tym sposobem straciłem Caribou (podobno fantastyczny), wymieniłem go po prostu na barierki na Mogwai. Trudna sztuka wyboru. Z większych rzeczy straciłem również Menomenę, reszta została opuszczona już bardziej świadomie i z premedytacją.

#7 Afro Kolektyw. Ciężko byłoby mi wyobrazić sobie lepsze rozpoczęcie festiwalu. Nie wiem kto to ustalił, że grać mogli taką śmieszną ilość minut, ale na pewno to był błąd. Grali nowe kawałki ("Mężczyźni są..." i "Będę Was Bić..." no wymiotło całkowicie) przez co publika trochę zesztywniała, chyba mało kto tam je znał. Zabijcie mnie, ale Połącz Kropki to będzie coś genialnego - już na żadną inną płytę w tym roku tak nie czekam. Do tego miałem przyjemność pogadać z Afrojaxem po występie, zajebisty gość - wszystko to razem wprawiło mnie w znakomity humor, a to dopiero począąątek.

#8 Muchy. Nie wiem jak to się stało, że prawie 4 godziny przeciekły mi między palcami, ale faktem jest, że następny koncert jaki widziałem to Muchy. Z resztą, oberwanie chmury zapewniło poznaniakom potężne audytorium - mieli szczęście grać pod namiotem Offensywy. Widziałem ich po raz pierwszy na żywo i to chyba ustawiło całą sytuację - ja nadal bardzo lubię Terroromans. Może gdybym podchodził zimno, z odległości, byłoby mniej fajnie - ale ja się po prostu dobrze bawiłem (mimo hord rozhisteryzowanych i purpurowych ze zmęczenia nastek pod sceną). Nagłośnienie trochę nawalało, konkretniej wokal trochę przytłumiony był, nowe utwory mi się nie podobały, alee - Zapach Wrzątku nadal niszczy. I Miasto Doznań. I...

#9 Of Montreal. Tutaj podziękowanie dla pewnej przeuroczej ziomalki, która propsowała mi Hissing Fauna do skutku ; . Gdy na scenie pojawili się amerykanie deszcz posłusznie skulił ogon i uciekł gdzieś w pizdu. Do całej sytuacji pasowałoby, gdyby na niebie, gdzieś za sceną pojawiła się gigantyczna tęczaaa. Kurde, ciężko opisać choć w małej części to, co działo się na scenie gdy wyszedł na nią Kevin w majtkach ze swoim prywatnym Zoo. Fantastyczne wizualizacje, biegające po scenie zwierzęta, jakieś absurdalne skecze, gość trzymający ręce w górze przez 10 minut, golenie wąsów (!!) - gratulucje dla tego, kto to wszystko jest w stanie spamiętać. Highlight to zdecydowanie She's a rejector (możecie obejrzeć pod spodem) - doznajcie gościa czytającego gazetę i Kevina szalejącego pod koniec. Jako całość koncert dla mnie jeden z dwóch najlepszych na całej imprezie. Szkoda tylko, że popełnili taką zbrodnię na widowisku i nie zagrali NIC z Satanic Panic, a czeeekałem! I raczej nie tylko ja, eh.

#10 Clinic. Szkoda mi strasznie, ale nie mogłem dotrzeć pod samą scenę, słuchałem tylko z daleka. Setlista świetna, wszystko znałem, nogi chwilami same mi się rwały żeby biec w stronę sceny leśnej, no ale nie można mieć wszystkiego.. tak piszę, żeby się pożalić, haha. No i jeśli już coś tam dosłyszałem, to było to dobre/bardzo dobre, nie rozumiem narzekań powszechnych na laście i w innych miejscach.

#11 Dick4Dick. Zahaczyłem o nich tylko chwilę, i nie było żal mi opuścić po 5 minutach. Tego samego żartu nie powtarza się dwa razy, a co dopiero 23153 razy.

#12 Hey. Nosowska wyszła na scenę z założeniem, że musi przepraszać za to, że się tam znajduje. I trochę racji miała, kompletnie nie mam pojęcia po co Rojek ją tam upchnął, w jakim celu - zupełnie nie pasowało to do założeń festiwalu i reszty line-up'u. Pograli, poprzepraszali, posłuchałem z dystansu i nie powiem, żebym żałował tego, że nie dopychałem się dalej pod scenę. Huśtawki na plaży > Hey.

#13 Mogwai. Taktaktaktaktak. Połowa zapału i motywacji na wyjazd do Mysłowic zawierała się właśnie w tych sześciu literkach: M O G W A I. Zapalony Kamil już prawie godzinę przed występem szkotów dzielnie koczował pod barierkami, wybierając miejsce w samym środku, z idealnym widokiem. Co z tego, że Kamil w momencie rozpoczęcia koncertu był na nogach od prawie 40 godzin, i naturalną koleją rzeczy byłoby gdyby tam pod tymi barierkami nagle pieprznął z impetem w ziemie i tak jeszcze przed zobaczeniem Mogwai umarł ze zmęczenia oraz wykończenia fizycznego. Ale tak się nie stało, nagle zabrzmiał głos w słuchawce znany z Yes! I Am A Long Way From Home, i tak rozpoczęło się najlepsze półtorej godziny Off Festivalu 2008. Może to nie było do końca to, o czym marzyłem - 3/4 Young Team, armagedon, dziura w ziemi, poprzechylane drzewa i ja głuchy od ścian dzwięku - ale mimo wszystko był to najlepszy koncert Off'a. Znalazły się trochę przynudzające nowe kawałki, ale wszystko zrekomensował Mogwai Fear Satan. I nigdy nie zapomnę nażelowanego pana ochroniarza, który stał centralnie w środku odwrócony tyłem do sceny, z kamienną posturą przez cały ich występ nawet nie drgnął. Co mogło się dziać w głowie takiego gościa, gdy zaraz za nim Mogwai, mówiąc brzydko, napierdala, że aż dech zapiera? Co będzie jutro na obiad?

#14 Zniszczony już całkowicie, zgwałcony mentalnie przez Mogwai odpuściłem sobie Waglewskich i resztę towarzystwa, i udałem się grzecznie do namiotu by tam spokojnie sobie moknąć. Tak skończył się pierwszy dzień.

#15 W sobotę przywitała nas ulewa, która skończyła się w okolicach południa. Ja, znany z przemyślenia i patrzenia przyszłościowego dopiero wtedy pomyślałem, że namiot miałby się lepiej, gdyby przykryć go folią. Co też niezwłocznie uczyniłem, zgodnie z prawami Murphy'ego do końca mojego pobytu na Mysłowice nie spadła ani kropla deszczu, a ja zainwestowałem kasę w folię średnio trafnie. Plus dla organizatorów za prysznice, dużo lepsze niż w tamtym roku, przede wszystkim gorąące, czyste, tylko kolejki dość spore.

#16 Renton rozpoczął dla mnie drugi dzień koncertów. Zagrali b. dobrze 'jak na swoje możliwości', widziałem ich na Rafinerii i tu była zdecydowana większa moc. Choć wokalista ekspresją nie tryskał, i jak ktoś zauważył, kolejny koncert grał w tej samej, różowiutkiej koszulce :D Na singlach nawet zdarzyło mi się poskakać, ogólnie in plus.

#17 Baaba. Choć nie lubię takich jazzo-podobnych tworów oglądać na festiwalach, dawali zdecydowanie radę. Moretti i Duda to jak znak jakości. Świetnie bawili się muzyką, bardzo luźnie podchodzili do sprawy, dobry kontakt z publicznością. No i motyw z Borewicza, nie żałuję tej pół godziny na nich, choć pewnie w domu nigdy nie posłucham.

#18 Czesław Śpiewa. Haha, poszedłem chyba tylko z czystej złośliwości, i aby już po raz 3 przekonać się, że ten gość niczego godnego uwagi sobą nie reprezentuje, a już NA PEWNO nic godnego takiej zmasowanej podjary. Momentami to aż było śmieszne, masa ludzi klaszcząca za każdą głupotą, którą wypowiedział - normalnie jak na jakimś przemowieniu Papieża. Pozdro dla gościa, który po kolejnej już z rzędu żenadnej reakcji publiki krzyknął głośno "Wyyypierdalaj!". Zwinąłem się w miarę szybko, co by sobie zdrowia nie psuć.

#19 Karol Schwarz All Star. To na pewno nie był koncert dla tych, którzy po 18 na scenie eksperymentalnej znaleźli się przypadkiem. To na pewno nie jest projekt, który przekonuje do siebie przy pierwszym zetknięciu. Zagrali Krótkie spojrzenie, Konkret, Stocznia, i za samo to mają u mnie ogromnie pozytywny odbiór. Była Prośba z tekstem Wojaczka, była gitarowa sieka na Ostatniej Modlitwie Bohaterów (przepotężna naprawdę). Kontakt z nieliczną publiką trochę napięty (hah, nie obyło się bez 'spierdalaj' przez kogoś rzuconego), panowie wyglądali trochę jakby znaleźli się tam przypadkiem, ale mnie ogólnie bardzo się podobało - jeden z trójki najlepszych polskich koncertów. (pozdrawiam pana od recytacji tekstów, świetnie się z nim piło piwo :D)

#20 So So Modern poświęciłem dla wyżej opisanego Karola, tzn poszedłem na ostatnie 10 minut i jedyne co tam doznałem, to ból głowy. Jeśli mogę oceniać na tak malutkiej postawie to nie podobało mi się. Później masowo opuszczałem Izrael, Menomenę i Singapore Sling, kiedyś jednak trzeba zażyć internetu (haha, no dobra, nie do końca ; ), zjeść coś i wypić.

#21 Do życia muzycznego wróciłem na British Sea Power, lub jak wielu wolało - British Ssie Pałe. Ogólnie bardzo dziwny klimat wytworzył się przed samym koncertem - ze sceny zamiast atakujących reklam poleciała Trójka, w której mówiono o wojnie. Nie muszę chyba pisać, że odcięci od informacji od 2 dni byliśmy lekko zdezorientowani, i wzrokiem pytaliśmy się nawzajem wtf? No nic, po chwili na scenę wlecieli brytyjczycy i się zaczęło. Powiem szczerze, że spodziewałem się czegoś lepszego, było trochę sztywno, nie przekonali mnie do siebie. Może stałem zbyt daleko do sceny, ludzie wokół też trochę negatywnie nastawieni. Cierpliwie czekałem na Waving Flags, które *musiało* mnie porwać, niestety tak się nie stało. Stałem neutralnie bujając się, nic nadzwyczajnego, pod koniec wyszliśmy z tłumu. Pytanie tylko, po co jeden z nich miał paprotkę na łbie?

#22 Przepraszam, ale geniuszu Jamesa Chance'a nie dostrzegłem, choć się starałem. Nie podnieca mnie staruszek w białym garniturze skaczący z saksofonem, nie w tamtej chwili, nie w tamym miejscu. Bałem się trochę, żeby zawału nie dostał. Odeszliśmy od leśnej sceny po piętnastu minutach.

#23 Jacaszek. Czekałem na ten koncert jak na zbawienie, i się nie zawiodłem. Zainteresowanie trochę przerosło oczekiwania, bo dostać się do środka sceny ekperymentalnej było baardzo ciężko, wytrwać cały występ w tej duchocie było jeszcze ciężej. Jednak wytworzony tam klimat z żywymi instrumentami wszystko to rekompensował, udało mi się nawet usiąść i nie umrzeć z braku powietrza. Kapitalnie, czarująco, niesamowicie - tyle mogę powiedzieć.

#24 Lao Che dzielnie walczyło z Czesławem o miano najgorszego koncertu na festiwalu. Grali o tej samej godzinie, co poprzedniego dnia Mogwai, z lekka nieporozumienie. Po dziesięciu minutach stania ze skwaszoną miną udałem się na ławki i tam przeczekałem...

#25 ...do występu LUC'a i Rahima. Jedyny hip-hopopwy występ na imprezie, muzycznie bardzo mi się podobał, tylko momentami LUC przesadzał, zabawa w jakieś heppeningi, wyciąganie komórek, rzucanie ulotek. Mogli by więcej grać, mniej się wczuwać.

#26 Kończył festiwal Max Tundra, szkoda, że lepiej nie znałem jego twórczości, bo niektórzy bawili się nieziemsko. Ja raczej trochę zdezorientowany przyglądałem się z boku tym wszystkim wygibasom. Sam Tundra śmieszny gość, metr pięćdziesiąt i brzuszek, później wyskoczył na parkiet i sam się bawił, przytulał do dziewczyn i inne dziwne akcje. Tak to wszystko się kończyło...

#27 Iron & Wine trzeciego dnia nie dane mi było widzieć, bilety się wyprzedały szybko, a jak się później okazało, za darmo przed wejściem ludzie rozdawali, bo mieli za dużo. No cóż, gdy Sam grał sobie w kościele, ja siedziałem już w domu nieprzytomny. Festiwal był bardzo udany, do tego nie mam wątpliwości, zobaczymy co tam nam Rojek przyszykuje za rok, ale jeśli utrzyma taką tendencję, może okaże się boskim avatarem i sprowadzi mi Modest Mouse. Eh eh, już nie mam siły pisać więc pozwolicie, że z takim biednym podsumowaniem zakończę tę prawie-relacje. I sorry, ale nie sprawdze tego - za długie :D