Właśnie w tym momencie rozpoczyna się koncert Phila Elveruma w Trójce, chyba nikomu zorientowanemu nie trzeba mówić co należy w takiej sytuacji zrobić. Ci którzy przegapią, lub nie mają możliwości posłuchania - nagrywam i niedługo gdzieś tu udostępnie. Najważniejsze muzyczne wydarzenie roku rozpoczyna się - już powoli nie jestem w stanie myśleć o niczym innym niż o tym co będzie się działo 1 czerwca w Kisielicach (jeśli ktoś chce mnie spotkać tam - ten zahipnotyzowany w pierwszym rzędzie to będę ja :P). (Phil właśnie powiedział Dzienkui) aaaaaa
![]()
Na pięć minut ten blog zamienia się w blog filmowy. Kolejny raz dostałem opieprz za rzekome 'niezrozumienie' fimu Juno. Kolejnego razu 'nie zniese', więc tu postaram się wytłumaczyć, dlaczego ten film jest tak przeraźliwie słaby.
Większość nieszczęść tego obrazu rodzi się w samej Juno, czy raczej w odgrywającej ją Ellen Page. Otóź Ellen ma 21 lat, w filmie gra 16 latkę. Zasadniczym problemem jest tu fakt, że Ellen w niczym nie przypomina typowej szestnastolatki. Ni to z wyglądu, a już na pewno nie z zachowania. Do tego jej gra... doprawdy, szybciej uwierzę w świat wykreowany w Na Wspólnej, niż w Juno. Wyluzowana nastolatka, szalona, pyskata i przemądrzała, *zabawna*. Zabawna zostało wyróżnione, bowiem scenarzyści zadbali o to, żeby żarty serwowane w tym filmie były pierwszej suchości. Przykład pierwszy z brzegu: Juno dzwoni do przyjaciółki, by powiadomić ją o swojej ciąży, nawiązuje się dialog: "-Juno? / -Nie, tu Morgan Freeman, czy masz jakieś kości do mojej kolekcji? / -Tylko te w moich majtkach". Czy już mogę skonać ze śmiechu?
Czy ktoś jeszcze obecność Weezer na rynku traktuje serio? Jakby komuś się zapomniało lub nie wiedział, Weezer to czwórka facetów o wyglądzie przeciętnego geeka (a może to już tylko pieśń przeszłości?), która w latach '90 nagrała dwie niesamowicie rządzące płyty - Pinketron (ta dobra) i Blue Album (ta lepsza). Te pryszczate w tamtych czasach buzie wymyśliły patent na granie britpopu w wersji wschodnie wybrzeże i wychodziło im to nieziemsko. Niestety później dobra seria się skończyła, a panowie z nowym wiekiem zaczeli wydawać suchary jeden po drugim: Green Album (2001), Maladroit (2002) i Make Belive (2005) to szybka jazda po równi pochyłej.
Jakoś z początkiem roku (?) zespół zapowiedział swój trzeci self-titled, tym razem w kolorze czerwieni. Rozum odradza czekanie na ten album, lecz serce nadal nieśmiało żywi nadzieję, że coś się w nich naprawi i nawiążą na Red Album do lat świetności. Okazuje się, że album już gdzieś wyciekł, a teledysk do singla Pork and Beans wisi na youtube. Mało tego, że wisi, to jeszcze jest zajebisty. A utwór też nawet daję radę, enjoy.

Duffy - Rockferry (2008). Nie wiem jak Wy, ale ja już tych śpiewających panien z UK mam dosyć. W tamtym roku promowanie Kate Nash przyjąłem ze sporym entuzjazmem (kapitalny singiel!) i sam właściwie w nim uczestniczyłem, ale teraz mówię pass. W tym roku była już Adele, która nic muzycznie sobą nie prezentuje, teraz pojawiła się Duffy, z którą pod tym względem jest trochę lepiej, ale i tak nie wystarczająco, żebym nie rzucił Rockferry pod łóżko po 3 przesłuchaniach. Dodatkowa przewaga Duffy to jej śliczna buźka, którą świeci z okładki debiutanckiego krążka.
Produkcją płyty zajeli się Bernard Butler z Suede i Jimmy Hogarth, dla mnie anonimowy. Cudów nie zdziałali, udało im się pod Walijkę podłożyć przeciętny retro-popowy klimat, balladowy, Amy wyśpiewała co swoje i tyle. Mi się nie podoba i brit-girls-wave mówię nie.

Unkle - Never, Never, Land (2003). Jednak sprawdziłem tego Hogartha od Duffy, i okazało się, że gość maczał palce w Never, Never, Land Unkle, tym samym przypomniałem sobie tę znakomitą pozycję. Należe do nielicznego grona osób, które właśnie ten album przekładają nad Psyence Fiction nagrane jeszcze z Shadowem. Debiut ma dwie przepotężne karty przetargowe - Rabbits in Your Headlights i Lonely Soul, lecz Never Land wydaje mi się równiejszy i ciekawszy całościowo. Na trackliście plejada gwiazd - m.in. Jarvis Cocker, Brian Eno i Ian Brown, w środku kapitalny, dziki, trochę psychiatryczny (lol?) klimat. Niezapomniane intro (gdybym robił ranking najbardziej specyficznych początków płyt, to ten miałby murowane pierwsze miejsce) i Reign. Czy coś trzeba dodawać?

Kayo Dot - Choirs of the Eye (2003). Follow-up Maudlin of the Well rozwiązanego w 2003 roku. Jako, że raczej wolę powstrzymywać się od recenzowania ciężkiej muzyki, powiem tylko, że jest to najlepszy album w tym klimacie jaki słyszałem od bardzo, bardzo dawna. Całkowity mus.
![]()
Droga Scarlett,
mogło być nam razem tak pięknie. Nie żeby na moje uwielbienie względem Ciebie decydujący wpływ miało moje przekonanie, że jesteś jedną z kilku najpiękniejszych istot chodzących po Ziemi. Wcale nie. Przy pierwszym ujęciu w Lost in Translation nie widać Twojej twarzy, więc o jakimś szowinistycznym zachowaniu nie może być mowy. A jednak od tego właśnie ujęcia pokochałem Cię, i z zachwytem oglądałem gdy spacerowałaś sobie sennie przez Tokio, czy grałaś zagubioną nastolatkę w Ghost World.
Gdy zapowiedziałaś, że wydasz album byłem bardzo ciekawy, tym bardziej, że kiedyś już udowodniłaś, że potencjał wokalny masz, nagrywając swoją wersję klasyka George'a Gershwina - Summertime.
Czesław Śpiewa (gorzej nazwać się nie można było) wyskoczył na mainstream jak filip z konopii, czołówka sprzedaży płyt w Polsce, wszędzie go pełno. A ja się pytam - KE? Szukam choćby jednego zadowalającego uzasadnienia tego hype'a. Czesław od 6 roku życia zamieszkuje Danię, może w tym szkopuł? Taki zagraniczny, nietypowy. Słucham i nie wierzę, już dawno nie miałem doczynienia z bardziej przereklamowanym produktem.
Bardzo ciekawe radio internetowe, które można ustawiać w hmm.. nietypowy sposób? No nie wiem, sami sprawdźcie, na pewno godne uwagi i przetestowania jako alternatywa dla last.fm i Pandory. Musicovery.
Pierwszy teledysk Scarlett coverującej Toma Waitsa. Mówcie sobie co chcecie, ale to ścisła czołówka dotychczasowych singli roku. Kapitalna aranżacja, trochę w klimatach Sigurów, plus niski wokal Scarlett, taki zwyczajny, beż żadnych upiększaczy, czasami nawet chrypliwy. Prze, przemiodność, u mnie ciąle na repeat'cie. Płyta już za dwa tygodnie ujrzy światło dzienne (podobno w sieci można przesłuchać całość - gdzie?!), już widzę te krucjaty gotowe zrównać cokolwiek tam zaśpiewa, z ziemią. W pierwszym pojedynku jednak obronną ręką wychodzi Dunka, która podbija moje serce na kolejnym polu. Ach.
