
Bob Dylan w czerwcu w Polsce, za barbarzyńską cenę 260 złotych. I w sumie to wcale się nie przejmuję, bo takiego burżujskiego Dylana chętnie zamieniłbym na pana kryjącego się pod pseudonimem artystycznym The Tallest Man On Earth. Człowiek ten mieszka w Szwecji, a swoją prezencją, talentem i natchnieniem jest kolejnym żywym dowodem na to, że ten niebiesko-żółty kraj musi być rajem na ziemi. Przydomek jego wcale nie bierze się z tego, że jest jakimś mutantem - po prostu buja głową w obłokach.
Podstawianie go pod Dylana przypadkowe nie jest, widać, że Kristian Matsson wybrał go sobie na mistrza, choć wcale nie brzmi jak jego osobisty tribute-band. Samotnych chłopców z gitarą nam się mnoży ostatnio, ale The Tallest Man On Earth zdecydowanie wychodzi na prowadzenie w tym małym wyścigu, ponieważ już w debiutanckim krążku brzmi jak doświadczona legenda bardowskiego folku. Co jeszcze przemawia za tym, żeby Najwyzszego Człowieka na Ziemi uznać za czarnego konia wyścigów? Głos. Absolutnie fantastyczny, oryginalny, zajmujący i niezrozumiale przyciągające uwagę głos.
Co tu więcej pisać - trzeba posłuchać, szczególnie warto Honey Won't Tou Let Me In, w czym może Wam pomóc jego myspace. Jak to na jakimś zagranicznym blogu wyczytałem: spróbuj sobie wyobrazić ogolonego Davendra Banharta, Jose Gonzaleza z banjo lub nowego chłopaka Joanny Newsom. To The Tallest Man On Earth.


Komentarze do wpisu "The Tallest Man On Earth - Shallow Grave":
1
andy warhol napisał(a):
‘se ściągłem’ i bardzo dobra rzecz to jest.
debiut?
28 marca 2008, 22:23:40
2
tzynamoon napisał(a):
kocham kocham kocham go….
05 kwietnia 2008, 02:56:42
Dodaj komentarz: