30 marca 2008


1. Mirah - Cold Cold Water
2. Mice Parade - Double Dolphins on a Dime
3. Mount Eerie - In Moonlight
4. Mount Eerie - (The Moools Cover)
5. Woelv - Drapeau Blanc
6. Damien Jurado - Hoquiam
7. Thanksgiving - I Am Yours & Fuck The World

Za namową znajomego, zainteresowałem się podcastami. Sprawa okazała się być ciekawa, tak też mam przyjemność zaprezentować premierowy odcinek mojego podcasta. ;)
Osiem utworów, większość utrzymana w klimacie lo-fi lub jego okolicach, przy połowie z nich grzebał Phil Elverum, to tak z okazji zbliżającego się jego przyjazdu (confirmed!). W tym kontekście warto zwrócić uwagę na utwór numer 5 - Woelv najprawdopodobniej będzie mu w tej trasie towarzyszyła. Osobiście jest chyba życiową partnerką Phila, ale nigdzie nie mogę znaleźć potwierdzenia.
3 to numer z najnowszej EPki Mount Eerie - Black Wooden Ceiling Opening, btw, bardzo dobrej. Taka zachęta do zapoznania się z całością. Czwórka to zapis z koncertu w Kopenhadze, Phil śpiewa po 'japońsku' cover tokijskiego bandu. Pojawia się tylko na jednym bootlegu, warto.
Mój czarny koń to Double Dolphins on a Dime, utwór z zeszłorocznego self-titled Mice Parade, trochę przemilczanego krzywdząco.

Podcast można przesłuchać online, wystarczy kliknąć w przycisk play poniżej, lub ściągnąć w formacie mp3 (40mb). Smacznego.

[PLAY]
Ściągnij plik mp3

29 marca 2008

A ja naiwny myślałem, że polskie pseudo-produkcje muzyczne już mnie niczym nie zaskoczą. Lech Roch Pawlak był zabawny, bo wiadomym było, że do końca jasno pod sufitem nie miał. Lecz teraz, gdy posłuchałem Małej Kasi jestem mocno zmieszany: śmiać się czy płakać? A może płakać ze śmiechu? Bo to co robi "Lil'ka" jest traktowane serio, tak przez nią, jak i przez wielu odbiorców.
Posłuchajcie Małej Kasi tutaj. Pierwszy utwór, tj Podniecenie wyjaśnia wszystko - Mała Kasia to polska Uffie! Czy trzeba lepszej rekomendacji? Jaki kraj, taka Uffie.
Uwaga, ten 'utwór' nakreśli Wam nowe granice żenady, o których wcześniej nie mieliście pojęcia. Uważajcie.

27 marca 2008

Bob Dylan w czerwcu w Polsce, za barbarzyńską cenę 260 złotych. I w sumie to wcale się nie przejmuję, bo takiego burżujskiego Dylana chętnie zamieniłbym na pana kryjącego się pod pseudonimem artystycznym The Tallest Man On Earth. Człowiek ten mieszka w Szwecji, a swoją prezencją, talentem i natchnieniem jest kolejnym żywym dowodem na to, że ten niebiesko-żółty kraj musi być rajem na ziemi. Przydomek jego wcale nie bierze się z tego, że jest jakimś mutantem - po prostu buja głową w obłokach.

Czytaj dalej...

26 marca 2008

W końcu stało się to, na co wielu, przez wiele lat czekało, oczekując przy tym wiele (tak, byłem w tej grupie) - rodzina Waglewskich wydała wspólną płytę. Najstarszy z Wagli na stare lata odkrył w sobie jakieś duże złoża ambicji: rok temu Koledzy z Maleńczukiem, pod koniec '07 wiersze Twardowskiego z VooVoo, a teraz Męska Muzyka z synami, choć wydanie tej płyty od dawna było tylko kwestią czasu.

Jedno jest pewne: jest ona zdecydowanie najlepsza z wymienionych wcześniej produkcji. Jest klimatyczna, mocno eklektyczna, trochę do picia, trochę do samotnego smęcenia. Kawał dobrej roboty odwalił Emade, który ożywił znacznie bluesowe granie ojca, które po tych czarach miejscami zamienia się w energiczne country.
Największym plusem albumu są jednak miejsca, gdzie wyraźnie widać wpływ Fisza (który notabene udowadnia, że potrafi *śpiewać*) - Majty, Sport, Badminton. Najlepiej wypadło chyba jednak Zimno, które jest chyba najbardziej wspólnym i wycentrowanym utworem wszystkich panów - produkcyjne smaczki Emadego, zwrotki Fisza, i świetny refren śpiewany wraz z WW.

Czytaj dalej...

25 marca 2008

Wcale nie kocham Marka Lanegana, a na jego wyczyny w QOTSA jestem nieczuły i obojętny. A Stich In Time, gdzie ostatnio startły się głosy Grega Dulliego i wyżej wymienionego, na pewno nie jest moją ulubioną produkcją Twilight Singers. Gdy w styczniu usłyszałem dwa kawałki zapowiadającę ich wspólną długogrającą płytę, byłem zawiedziony. The Stations i Idle Hands nie są najwyższych lotów, a przede wszystkim nie są utrzymane w tej stylistyce, w której Dulliego mógłbym słuchać zawsze. Langan jest dla Grega jak złe towarzystwo dla przeciętnego nastolatka. Sprowadza go w złą, dawno porzuconą drogę, pełną gitarowych zgrzytów i metalicznych wokali. Nie, nieee... oddaj nam Dulliego, tego z debiutu TS, tego uwodziciela, mr ever lover...

Czytaj dalej...

25 marca 2008

Ciekawe ilu czytelników przez swoją nieobecność straciłem? No nieważne, dzięki wszystkim którym chciało się czekać, podwójne dzięki dla tych wpisanych pod ostatnią notką. Wracam do gry, i mam nadzieję na brak powtórki takich kryzysów w przyszłości. Od dzisiaj warto zaglądać tu częściej niż raz na tydzień, postaram się publikować co najmniej co drugi dzień, choć na początek w intencji odkupienia grzechów - codziennie.