
Bon Iver to pseudonim, pod którym ukrywa się Justin Vernon, nieznany ex-członek nieznanego szerzej zespołu DeYarmond Edison. Po nieudanych próbach zrobienia czegoś zauważalnego, wziął gitarę w rękę i wyizolował się muzyczną smutą w wydźwięku 'znowu w życiu mi nie wyszło'. Paradkosalnie, przez ową izolacje i leczenie błędów przeszłości, stworzył coś co godne jest przyszłości na muzycznych listach podsumowań tego roku. Może nie na szczytach, ale skromnie, cicho, gdzieś na wygodnch miejscach...
Skromność to słowo-klucz podczas jakichkolwiek rozważań nad tą płytą. Vernon nie ma ochoty dopychać się używając łokci do piedestału. Zamiast tego woli zaszyty gdzieś w swoim skromnym domu (najprawdopodobniej kolor domu jest stonowany, w ogródku drzewa dające dużo cienia, po między nimi biega duży lecz przyjacielski pies. Jabłka czerwone, smaczne, choć prawie nigdy nie zrywane) zapewne na uboczu, pisać skrome piosenki i aranżować je w skromne formy. Swoim debiutem dołączył do niepisanej szkoły songwriterskiej Nicka Drake'a, pełnej introwertyków z gitarą, którzy potrafią zawstydzić się przy wywiadach.
W uskutecznianiu swoich emo-folkowych zapędów oprócz gitary akustycznej pomaga Vernonowi głos. Operuje charakterystycznym falsetem, który odpowiednio wykorzystany potrafi poruszyć. Oto Bon Iver, człowiek z gitarą, wspomnieniami i melancholią wpisaną w struny głosowe.
W najlepszych momentach, czyli chociażby hightlightowym Skinny Love przewyższa poziomem tegoroczne Iron & Wine. Zresztą, to porównanie nie jest nieuzasadnione - Bon Iver brzmi, jakby pół życia przesiedział podsłuchując te bardziej markotliwe piosenki Sama Beama.
Trudno znaleźć odpowiedź na to, kim jest tytułowa Emma, skąd i dokąd prowadzi droga do niej. Vernon przeplata odbicia swojego życia (często zrozumiałe tylo dla niego), takimi tematami jak na przykład niezbyt prawidłowa współpraca ludzi z naturą (The Wolves, re:stacks).
Podsumowując, album zdecydowanie do polecenia tym, dla których zwykła gitara akustyczna to najlepszy budulec klimatu. Dla tych, którzy lubują się w ascetycznych formach Sama Beama, częściowo też Phila Elveruma. Czyli, jakby nie patrzeć - dla mnie.

Komentarze do wpisu "Bon Iver - For Emma, Forever Ago":
1
Ciastko napisał(a):
Opis skromego domu jest powalający.
22 listopada 2007, 20:54:10
2
lucf napisał(a):
hm – po tej recce przypomniał mi się płyta DECLAN DE BURRA’y :) Wokalisty Clan Zu
świtne płyta [akustyczna + głos + wiolonczella]
ale słyszałem tylko 5 numerów – reszty nigdzie nie mogę znaleźć [te 5 można ściągnąć z jego oficjalnej stronki]
reszte słuchalem w samplach (30 sek , każdego kawałka)
POLECAM
i jeśli ktoś miałby lineczka…bardzo bym był w szoku.
„Throw Your arms around me” —- ściągnijce z www.declandeburra.com i ODJAZD! —-kłania się klimat ONE BEDROOM APARTMENT :D
23 listopada 2007, 16:04:47
3
och napisał(a):
chyba jednak delcan de barra…
http://en.wikipedia.org/wiki/Declan_de_Barra
23 listopada 2007, 17:03:01
4
neunziger napisał(a):
o, cieszę się że w końcu mogę przeczytać parę dobrych zdań o tej płycie po polsku
24 listopada 2007, 17:08:14
5
wuju napisał(a):
Płyta jest genialna!! Miałem ją na mp3, ale wczoraj dostałem oryginał prosto od Wielkiego Brata i nie mogę się oderwać! Polecam po tysiąckroć!!
15 kwietnia 2008, 13:51:40
6
Baletnizza napisał(a):
Płytę dostałam niedługo po jej wydaniu. Nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Po kilku miesiącach natrafiłam na nią przypadkiem i… jestem urzeczona (The Wolves!!!). Kwestia nastroju?
16 czerwca 2008, 23:52:00
7
mon napisał(a):
swietne gitara zwlaszcza w lump sum, jestem pod duzym wrazeniem,polecam na zywo…potrafi budowac nastroj i nie jest on przygnebiajacy
15 lipca 2008, 00:01:37
8
jakuzz napisał(a):
po tej recenzji postanowiłam sprawdzić, bo oczywiście nie miałam pojęcia, co to – i naaaajs, dzięki.
10 października 2008, 14:34:04
Dodaj komentarz: