28 listopada 2007

Nadszedł złoty wiek dla psychodelicznego grania. Po Animal Collective i Akron/Family przychodzi czas na Yeasayera, który atakuje debiutem aspirującym do ochowych rejonów. W roku 2007 spadł prawdziwy, muzyczny, kwaśny deszcz.

Przystawke i naostrzenie apetytów miało miejsce już w tamtym roku, wraz z wydaniem singla - 2080, który sprawnie podniósł na nogi niewielką część internetowej społeczności w oczekiwaniu na debiut. Ten ujrzał światło dzienne niedawno, i niespodziewanie przerósł i tak wysokie oczekiwania. To pozytywne zaskoczenie jednak może też dać powody do niedosytu - Yeasayer najprawdopodobniej nie zajmie należnego im miejsca indie-światku. Na tak dobrą płytę nikt nie był przygotowany, nikt nie zwolnił im odpowiedniej ilości miejsca.

Czytaj dalej...

24 listopada 2007

Odstrzelić powinno się każdą kolejną osobę, która przy recenzji debiutu Much używa sformułowań: "najlepszy polski zespół z płytą/bez płyty", "najbardziej wyczekiwany debiut tego roku" lub "Terroromans to najlepsza płyta od czasów pierwszego CKOD/Turn On The Bright Lights/Sgt. Peppersa". Brawo, nasi nadwiślańscy indierecenzenci obrzydzili mi ten album, zanim w ogóle miałem okazję go posłuchać. Po przeczytaniu kilku ton tekstu odruchy wymiotne biorą mnie na sam wydźwięk słowa 'muchy'. Szkoda, bo tak ważnej płyty u nas już dawno nie było.

Czytaj dalej...

22 listopada 2007

Bon Iver to pseudonim, pod którym ukrywa się Justin Vernon, nieznany ex-członek nieznanego szerzej zespołu DeYarmond Edison. Po nieudanych próbach zrobienia czegoś zauważalnego, wziął gitarę w rękę i wyizolował się muzyczną smutą w wydźwięku 'znowu w życiu mi nie wyszło'. Paradkosalnie, przez ową izolacje i leczenie błędów przeszłości, stworzył coś co godne jest przyszłości na muzycznych listach podsumowań tego roku. Może nie na szczytach, ale skromnie, cicho, gdzieś na wygodnch miejscach...

Czytaj dalej...

19 listopada 2007

Bo czasami bywa tak, że ogarnia nas potężne wkurwienie, a złość rozsadza od środka. Naturalnym zachowaniem będzie w takiej sytuacji dążenie do złagodzenia negatywnych emocji - tu przychodzi z pomocą, nie pierwszy raz zresztą, muzyka.

Czytaj dalej...

17 listopada 2007

Duran Duran już dwa razy próbowali wstrzelić się w nowomilenijne trendy muzyczne. Obie te próby okazały się sporym fiaskiem, dołączając do licznej już grupy albumów z dyskografii DD poziomem wydającym się pytać: Gdzie się podziały tamte lata '80? W tym roku brytyjczycy postawili na przysłowie 'do trzech razy sztuka'. Jaki sposób wybrali, by odnaleźć się w czasach, gdy miejsca na szczytach list przebojów wyznaczają Timbaland na współkę z Justinem Timberlakiem? Banalnie prosty - po prostu zaprosili ich do współpracy.

Czytaj dalej...

15 listopada 2007

Sigur Rós po dwóch latach milczenia, zbywa fanów z nadzieją oczekujących nowego albumu, kompilacją. Kompilacją, którą każdy bardziej zaanagażowany fan mógł sobie sam sklecić w domu przed monitorem. A za sam ładny art-work cena 70 złotych jest raczej wygórowana.

Czytaj dalej...

13 listopada 2007

Odkrywanie czegoś nowego, eksplorowanie świeżych, nieznanych nam dotąd płaszczyzn zawsze idzie w parze z ekscytacją zjawiskiem, często dziecięcą wręcz podnietą podmiotu. Badanie tego, co jeszcze jest czyste, nieskażone wzrokiem mas ludzi - po prostu przynosi nam radość. Tak właśnie sprawa ma się z albumem Untrue nieznanego dotąd szerzej Buriala.

Czytaj dalej...

11 listopada 2007

Po kilku nieudanych próbach wreszcie udało mi się zmienić szablon bloga (właściwie to jbg się udało, dzięki), sprawdzajcie, zgłaszajcie czy wszystko działa itd.
Taki łyk świeżości był mi potrzebny, teraz może być tylko lepiej. Zamierzam przeprowadzić w najbliższej przyszłości jeszcze kilka zmian na blogu. Być może wprowadzę oceny do recenzji (choć wtedy już pewnie w ogóle przestaniecie mnie czytać ;)), albo wprowadzę recenzje gościnne. Zresztą, czekam na sugestie i uwagii.
Dodałem zakładkę O Blogu, jest także wyszukiwarka. Największe zdziwienie wywołało we mnie to, że ona naprawdę działa! Sam sprawdzałem. Nowe teksty pojawią się niedługo, myślę, że trzymające ramy wyglądu bloga.

05 listopada 2007

Jak to w tych listopadach bywa, zachorowałem, co zaowocowało przedłużeniem i tak długiego weekendu. Nowy album Tomka Makowieckiego jako lek się nie sprawdził, no chyba, że na bezsenność.
Tomek odłożył na bok gitarę, zdjął koszulke i założył spodnie z szelkami, by wypełnić misje pierwszego w kraju retro-popowego typa. Przy okazji strasząc suchą klatą i przekolorowanymi tekstami.
Otwierający płytę tytułowy kawałek może zmylić. Słychać, trochę zepchniętą w głębie gitare akustyczną, w około roztacza się trochę sepiowy klimat. Ckliwość i smęcenie na tym poziomie mnie by zadowoliło, jednak niestety im dalej - tym słabiej. Monotonne podkłady muzyczne, nudne (a nie jak to chce się wmawiać - dostojne czy tam stonowane) aranżacje i brak pomysłu na naprawdę dobre melodie. Szum Wiatru i Stereo, Nie Jesteś Sam, Czasem i tak dalej, wszystko to wyróżnia jedno: brak pomysłu. Sporo jak dla mnie w tym zgrywania i aktorstwa, niż prawdziwych umiejętności. 'Teraz pogramy muzyke stylizowaną na filmy lat sześćdziesiątych" - ciach, płyta jest, tylko co z tego, skoro faktyczne zaplecze artystyczne i wokalne Tomka powyżej wała nie podskoczy. Do tego dochodzą napompowane instrumentalne wstawki. Skrzypce, trąbka, saksofon, niespodziewanie atakują nas z różnych stron, nie bardzo wiadomo po co. Pokazówa.
Na uwagę zasługuje za to krótkie Głosy Przyjaciół, które skutecznie, na współ z ostatnim Bonnie & Clyde, wprowadza do albumu szczypte francuskiej atmosfery.
Gorzej jest z tekstami, słabymi, gimnazjalnymi. "Miłość jest trudna bo chcemy tylko brać / więc nie opieraj się gdy będziesz czuł że możesz dać". Pretensjonalność z nich aż bije, to jeden z wielu przykładów. Wszystko to wywołuje we mnie myśli, że ten album to doskonały prezent dla mojej młodszej siostry.
Makowiecki na siłę chciał zrobić materiał z klasą, którego słuchaliby tylko piękni, wykształceni panowie w francuskich garniturach i piękne panie w wieczorowych kreacjach. Wyszło coś, co idealnie sprawdzi się w pokoju nastolatki z włosami spiętymi w kucyk, która nadal czeka na księcia z bajki. Haha, przykro mi.

04 listopada 2007

Dzisiaj nie o muzyce. Jak tak dalej pójdzie, to bez problemu będzie można tego bloga przemianować na ogólno kulturalnego, choć paradoksalnie cham jestem i nie przymierzając, oper nie nawiedzam.
Przypadkiem wpadł mi w ręce kilka dni temu filmowy debiut Pasikowskiego. Krolla oglądnąłem z nieskrywaną przyjemnością, i nagle niepozorny seans filmowy przerodził się w maraton filmów łódzkiego reżysera. Polskie kino akcji - brzmi niedorzecznie, a jednak, kiedyś naprawdę istniało. Minęło blisko dziesięć lat, od kiedy, mimo, że niewiele z tego rozumiejący, zachwycony byłem Demonami Wojny wg Goi. Teraz, już doceniający trochę inne rzeczy niż nasilenie kurw na zdanie i ilość wystrzałów w ujęciu, nadal patrzę na ten obraz z iskrą w oku, a to z sentymentu do lat dziewięćdziesiątych, a to dzięki faktycznym atutom tych obrazów.
Bo prawda jest taka, że takie Psy są po prostu definicją kultowości. Wyobraź sobie, że oglądasz film po raz pierwszy, a znasz z niego 80% dialogów. Czy to z własnego podwórka, z nawiązań innych filmów, czy nawet z nowej płyty Pezeta ('Gdyby Miało Nie Być Jutra' - Na pohybel wszystkim, to jest ładny toast). Żaden inny polski film nie wtopił się tak w naszą popkulturę jak właśnie Psy. Paradoksalnie, bo nie jest to film ani ładny, ani przyjemny - brud i brutalność, koniec etosu Solidarności i szukanie miejsca w nowo-starej Polsce. Pasikowski osiągnął tu szczyt formy, kręcąc dramat z elementami filmu akcji, obrazujący stan narodu w świeżych, postkomunistycznych czasach.
Psy 2, choć na pierwszy rzut oka przypomina klasą poprzednika, przy bliższym zetknięciu wychodzą jego braki w scenariuszu, niedociągnięcia, lub po prostu słabość w niektórych wątkach (serbska kochanka Franza - sztywna, nierealna, brzydka). Stają się przede wszystkim filmem sensacyjnym, dramat zostaje gdzieś w tyle.
Największy atut Pasikowskiego - dialogi - jednak nadal niezapomniane. Koniecznie oglądnijcie to, normalnie mistrzostwo (co ciekawe, postać więźnia jest oparta na autentycznych wydarzeniach) w rozśmieszaniu ludzi rzeczami raczej smutnymi.
Dalej - aktorstwo. Płakać się chce, jak widzę jakiego dziś z siebie pajaca robi Pazura, albo śmiesznego gościa Linda (w jakimś sitcomie występuje). A kiedyś to strasznie zajebiści goście byli.
Charakterystyczne smaczki dodawały uroku jego filmom, tak jak na przykład intrygująca, wszędobylska trąbka Michała Lorenca (dla którego właśnie Psy były gruntem do wybicia się w światku muzyki filmowej). Każdy film rozpoczynał się czerwonymi napisami, w czterech pierwszych filmach pojawia się imię Andżela itd.
Trochę zabawnie od puli filmów Pasikowskiego odstaje Słodko Gorzki, w którym brak strzelanin i policji. Tym razem Władek postanawia na polskie warunki przenieść popularny w USA model filmu młodzieżowego. Osadzony w realiach liceum końca lat dziewięćdziesiątych trochę zawiewa kiczem, lecz ma swój olbrzymi urok. Ukłon w stronę wszystkich, którzy do ogólniaka uczęszczali właśnie w tym okresie, ukłon w stronę pierwszych miłości (dedykacja na końcu), może wywołać wspomnienia i miłe emocje, szczególnie teraz, po tych dziesięciu latach.
Dalej były wspomniane wcześniej Demony wojny wg Goi, a później nagłe obniżenie formy. Nie trudno zauważyć, że epoka Pasikowskiego skończyła się z XX wiekiem, gdy popkultura amerykańska została już mocno zaszczepiona polskiemu społeczeństwu. Prawda jest taka, że właśnie Pasikowski rozpoczął ten proces w polskim kinie, i był właściwie jedynym dobrym polskim naśladowcą efektownego kina Hollywood.

Mój dom stoi na plażach Kalifornii
Najnowsze ferrari ma czerwony lakier
Kobiety są łatwe, mężczyźni potworni
Na brzegu basenu ktoś sprejem - "Star-fucker"

Dziś z Akademii dostaje Oscara
Jutro mam proces o niechcianą ciąże
Wiosną robimy "Juliusza Cezara"
Kontrakt ze studiem za gardło mnie wiąże

Tu białą ścieżką westchnął, co ośmiela
I podniósł ze stołu colt 45-tke,
Niedawno, lat osiem, odeszła Andżela
I z głowy, i mózgu na ściane pamiątke

01 listopada 2007

Co się stało, że dopiero teraz piszę o tej płycie? Wielkie emocje związane z jej wydaniem już powoli opadają, i skupiają się bardziej na stanie zdrowia artystki. Od początku jakoś przyjmowałem ten album z lekkim niezrozumieniem tego wielkiego halo, więc postanowiłem to przeczekać, tym bardziej, że żadnej jaskrawej opinii na jego temat nie posiadałem. Lecz czas ukrócić to milczenie, bo albumu aspirującego do miana popowej płyty roku nie wypada ignorować.
Roisin skończyła współpracę z Matthew Herbertem, która dała całkiem smaczne owoce dwa lata temu w postaci jazzująco-kojącego Ruby Blue. Tym razem za ex-wokalistką Moloko stoi większe grono dzwiękotwórców, na czele z Andym Cato i Seijm. Efekt? Roisin wtargnęła w strefy wpływów Kylie i Madonny, w sam środek parkietu, dokładnie pod krzyształową kulę.
Na początku zawładnął mnie jeden z singli, otwieracz i utwór tytułowy jednocześnie - Overpowered. Kwaśno-house'owy klimat, świetny bit i reeefren... głos Roisin gdy wyśpiewuje 'As science struggles on to try to explain / Oxytoxins flowing ever into my brain' sprawia, że trace wszystkie aktualne wątki myślowe. Reszte traktowałem ozięble, jako coś co jest 'kilka numerów' po Overpowered. Nie rusza mnie przesłodzony Movie Star, nie ruszają zbytnio trzy poprzedzające ten utwór piosenki - smaczków producenckich i głosu Rosin, który przybiera nadprzyrodzone formy, nie można im odmówić - nie jest to jednak na tyle oryginalne, żebym się zatracił. Inaczej sprawa ma się w Primitive, Footprints i Dear Miami - przesmaczne syntezatorki, potężne bity i zawiadacki charakter, czego trzeba więcej? Klaskany rytm w Footprints zrywa mnie z krzesła, uplifting kolejnych melodii zabójczy - spróbujcie się zdołować przy tym albumie.
Warte zaznaczenia, że cały materiał tutaj ma ogromny potencjał koncertowy, co łatwo sprawdzić na Youtubie. Tym bardziej zazdroszczę tym, którzy będą na jej koncercie w Warszawie (?), gdy już się wykuruje. BTW, nieźle pieprznęła w to krzesło, co nie?
Nie lubię robić podumowań, więc sami dojdzie do tego, że wg. mnie album tak jak w połowie doskonały, tak też nierówny.