Krótkie zainteresowaniem SOADem chyba każdy musi przejść, to tak jak z Nirvaną - posłuchasz w młodości, a później już Ci się nie chce do tego wracać. Tak też miałem i ja kilka lat temu, więc gdy Serj ogłosił zawieszenie zespołu, raczej przeszło mi to koło ucha. Gdy jednak wydał album 'solowy' i podniosły się głosy, że to jedna z najważniejszych płyt roku - tego zignorować nie mogłem.
Co my tu właściwie mamy? To nie jest debiut Tankiana, to jest szósta płyta System Of a Down. A przynajmniej spokojnie mogłaby nią być, i tak nikt by nie zauważył różnicy. To kolejne 12 piosenek z charakterystycznymi, energetycznymi riffami, gwałtownymi wybuchami, przejściami, zrywami - z tym wszystkim, co sprawia, że muzyki Systemu nie da się pomylić z żadną inną. I choć, że w tym wszystkim Serj zjada (nie do końca swój) ogon, trzeba przyznać - przez te lata wraz z kolegami udało mu się wypracować STYL i ORYGINALNOŚĆ, która właściwie jest zagrożona tylko przez nich samych.
Jedyne, co Tankianowi wyszło w pełni, to dobór singli. Oba trzymają naprawdę dobry poziom (do tego świetny teledysk Empty Walls), i gdybym znów miał czternaście lat, to po samych Empty Walls i The Unthinking Majority byłbym bliski dostania usznego orgazmu. Dalej już jest bardzo średnio na krzyż z bardzo miernie, może z wyjątkiem w postaci dobrego Saving Us. Jednak dla ludzi, którzy przebywają w klimatach okołosystemowych w dni powszednie może to być coś naprawdę świetnego, nie zaprzeczam.
A, i jeszcze mała dygresja, której nie dam rady pominąć. Czy tylko mnie Serj kojarzy się z Boratem? Ale tak bardzo, że nieraz łapie się na tym, że myśle "o, Borat wydał solówkę". Paranoja. No powiedzcie, że też tak macie?
Jeszcze kwestia, której nie sposób pominąć - teksty. Nie lubię, gdy muzycy biorą się za zbawianie świata, angażując się politycznie, a już naprawdę nie lubię, gdy robią to słabo. Serj mimo chęci, często wkracza w rejony już patetyczne, które nie powinny się pojawić. Terroryści, wojna w Iraku - serio, zostawmy to innym.
Średnio jest. Podsumowując - przeciętny czytelnik bloga powinnien zainteresować chociaż singlami. Fani SOADu, czy innych tego typu stwórów - wystąp i kupić/ściągnąć. Odmaszerować.
W połowie października tego roku, szwedzki Kent dał podręcznikowy przykład tego, jak w przeszłości dobry i wartościowy zespół może przerodzić się w definicje muzycznej miernoty i ciotowatości.
Lubiłem Kent, szczególnie ten wczesny, brit-popowy, lekkie i chwytliwe brzmienie, plus egzotyczne pochodzenie i język, który przyciągał. Hagnesta Hill to jedna z fajniejszych pozycji w europie końca lat dziwięćdziesiątych, nawet do teraz utrzymuje to zdanie, może z sympatii, a może bardziej z rzeczywistej wartości tego albumu. Po tym niewątpliwym sukcesie Hagnesty, Kent zaczął zbaczać ze ścieżki, w bardziej te zboczone, disco-rockowe kompozycje. Te też miały w sobie jakiś urok, chwytliwość - na przykład Vapen & Ammunition jest całkiem przyzwoite. Lecz teraz, to już naprawdę przegieli.
Panowie przyodziali lśniące skóry, obcisłe spodnie, okulary i zaczęli tworzyć dico-polo. Tillbaka Till Samtiden pełna jest tandety i kiczu, którego wcześniej albo nie było, albo nie byłem w stanie go dostrzec. Z resztą, sprawa się wyjaśnia, gdy dowiemy się, że zespół opuścił gitarzysta, a zamiast niego wkroczył nowy producent. I mamy przepis na klęskę.
Nie ma co się rozpisywać i znęcać nad tym niegdyś sympatycznym tworem, niech całą beznadziejność i trywialność zobrazuje Wam, to, komiczno-futurystyczne wcielenie Kent.
Jakoś we wrześniu Pezet przerwał denerwujące milczenie, i pokazał światu nowy singiel - Na Tym Osiedlu. Jedyną moją reakcją było wtedy wielkie WTF?! i nadzieja, że to tylko jakiś chwyt, mający na celu pociągnięcie sprzedaży. Nadzieja matką głupich.
Kilka zdań w ramach disklajmera. Pezet nigdy dla mnie nie był obojętny, już od wydania debiutu konsekwentnie czekałem na kolejne produkcje. Aż śmiać mi się chce jak przypomnę sobie gdy jako gówniarz doznawałem przy Muzyce Klasycznej, później już bardziej uświadomiony pochłaniałem Muzykę Poważną. Dla mnie te dwie płyty to już teraz zdecydowanie coś więcej niż zwykłe, dobre hip-hopowe produkcje. Potężne bity Noona i niedoścignione flow Pezeta (do teraz tak uważam), no i przypomnienie sobie Bitwy Płockiej, na której PZ uratował honor Obrońców Tytułu miażdżonych przez Tedego (! szukajcie bo mocna rzecz).
Nie dajcie się zwieść tytułowi tej płyty, Muzyka Rozrywkowa nie jest w żadnym stopniu kontynuacją stylu obranego na Klasycznej i Poważnej. Obie pierwsze Muzyki balansowały między nostalgicznym i inteligentnym rapem, a zabawą i umiarkowanym bossostwem. Idealnie wpasowały się w rynek, a odbiorców znalazły zarówno między blokami, jak i w ładnych domach na przedmieściach. Pezetowi widocznie to się nie podobało, bo postanowił pojechać całkowicie po bandzie, pokazując kto tu kurwa rządzi na Ursynowie, kto rucha najlepsze dupy i kto najzajebiściej się ubiera, kurwa kurwa i jeszcze kurwa. Jeśli to miał być sposób na pozbycie się części audytorium, to się chyba uda.
Przy pierwszym przesłuchaniu byłem bliski zamknięcia się w sobie i uznania tego za kiepski żart. Treść. Treść... jest na tak niskim poziomie, że nie chcę się nad nią znęcać. Wyobraźcie sobie album w całości wypełniony porzez różne wariacje i interpretacje na temat Seniority. Ugh?
Odbiór tej płyty jest uzależniony od tego, na ile będziemy w stanie przymknąć ucho na teksty i na wydźwięk treści. Bo... kurwa, Pezet pozostaje bossem formy. Flow najlepsze w całym tym bagienku zwanym polskim rapem, nieustannie od tych sześciu lat notuje ciągły progres. Technicznie, to jest mistrzostwo.
Duży wpływ na zmiany na pewno miała zmiana producenta. Nie wiem właściwie z jakiego powodu niemożliwe było kontynuuowanie doskonale współpracującego duetu Pezet-Noon. Szogun to zdecydowanie inna kategoria niż Noon, inny styl, i w ogóle bez porównania. Wszystko jednak zależy od indywidualnych upodobań, bo bity Szoguna wcale nie są złe (no, chociaż są i wpadki - refren Noc i Dzień = zniesmaczenie na mojej twarzy). Na wyróżnienie zdecydowanie zasługują te z Halo, Pornogwiazdy czy Gdyby Miało Nie Być Jutra. Krótko mówiąc - mój strach o poziom produkcji był nieuzasadniony raczej.
Na szczególną uwagę zasługują gościnne występy, które wyjątkowe liczne i jakościowo zróżnicowane. Wdowa ze swoim jęczeniem i pseudonamiętnością w głosie sprawia, że mam ochotę naciskać next przy kawałkach z jej udziałem. Za to mamy tu jedno mistrzostwo - Pornogwiazdy, z zajebistymi nawijkami 2Cztery7 i nie gorsze Czterdzieściprocent z Mesem.
Uwagę może zwrócić kawałek Mam Ten Styl, który niewiele różni się od Szyku tegorocznego Eldo. Warto zapuścić oba utwory obok siebie, i porównać. Czyżby Eldo w znacznie lepszej formie?
I tak właśnie wyszło, pomieszanie z poplątaniem. Początkowe zażenowanie może powoli zaniknąć z kilkoma przesłuchaniami, co niestety nie zmienia ogólnego obrazu albumu: nie na to czekaliśmy, delikatnie ujmując. Jedyna nadzieja w szykowanej płycie z Ajronem, na myspace można posłuchać W Moim Świecie, który udanie przywołuje najlepsze momenty twórczości Pezeta, ahhh, czekamy. Tymczasem pozostając przy Muzyce Rozrywkowej, jedyne zdanie, które przychodzi mi na myśl na koniec tego przydługiego wywodu: Pezet, jak mogłeś to wszystko tak spierdolić, zmarnować tak?
Wczoraj i dzisiaj otworzono archiwum Gazety Wyborczej. Okazji nie przepuściłem, i wyszukałem kilka ciekawych tekstów (polski rynek muzyczny na początku lat dziewięćdziesiątych - jeden wielki rotfl), na przykład recenzję Kid A. Przeczytałem jak zapatrywano się na ten album zaraz po premierze, i uśmiechnąłem się pod nosem. Czy to nie przypomina aktów paniki towarzyszącym wydaniu In Rainbows?
Jako, że archwum zostanie niedługo zamknięte, zamieszczę tekst w całości:
W poniedziałek ukazują się dwa albumy wykonawców, którzy należeli do ścisłej czołówki ubiegłej dekady. Albumy "OK Computer" i "The Bends" zespołu Radiohead oraz "Music For The Jilted Generation" i "The Fat Of The Land" Prodigy znalazły się na szczytach podsumowań lat 90., które przetoczyły się przez światową muzyczną prasę z okazji końca dziesięciolecia, wieku i tysiąclecia zarazem. Aby uzmysłowić sobie presję spoczywającą na wątłych ramionach Thoma Yorke'a - wokalisty, lidera i autora repertuaru Radiohead - wystarczy zacytować wyniki plebiscytu na album wszech czasów, w którym wzięło udział 200 tysięcy Brytyjczyków. Ich albumy znalazły się na 2. i 4. miejscu, pomiędzy trzema historycznymi albumami The Beatles. Stonesi, Dylan czy Pink Floyd znaleźli się daleko dalej. Oczekiwania związane z nowym albumem były więc ogromne. I Thom Yorke postanowił najwyraźniej tych oczekiwań nie spełnić. Na płycie "Kid A" nie ma ani jednego przeboju na miarę "Karma Police" czy "No Surprises". Nie ma też ani jednego utworu tak dynamicznego jak np. fragmenty "Paranoid Android" ani klimatów pinkfloydowskich jak w "Exit Music". Mało jest też muzyki gitarowej, co w przypadku zespołu gitarowego jest co najmniej zaskakujące. Jest sporo elektroniki, obróbki studyjnej i utworów wręcz eksperymentalnych, jak zaskakujący "Fitter, Happier, More Productive". Są też utwory orkiestrowe i klimaty, które stanowiły momenty uspokojenia i oddechu pomiędzy momentami najwyższego napięcia w neurastenicznej suicie, jaką był w istocie album "OK Computer". Czy "Kid A" jest jednak płytą złą? Ton rozczarowania będzie prawdopodobnie dominował w jej ocenach. Jednak zespół tej klasy co Radiohead nie nagrywa słabych płyt. Jestem ostatnią osobą, która namawiałaby do słuchania w kółko, aż się spodoba. W muzyce wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia - jeśli muzyka nie spodoba się od razu, to nie ma się co dalej katować. Jednak po kilkakrotnym przesłuchaniu tej niewiarygodnie trudnej, mrocznej i apokaliptycznej płyty chce się jej słuchać dalej i mam wrażenie, że prędzej czy później poznam język tego szyfru. Jedyne informacje na oficjalnej stronie www.radiohead.com są wezwaniem do antyglobalistycznego protestu przeciwko szczytowi Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Pradze.
Robert Leszczyński, GW
Czekaliśmy cztery lata, wielu z nas na coś rewolucyjnego. Dostaliśmy In Rainbows, być może jedynie z rewolucyjnym sposobem dystrybucji. Czekaliśmy na drugie OK Computer, na drugie Kid A. Dostaliśmy... pierwsze In Rainbows.
Ostatnio przypomniałem sobie, że latem, podczas naszych offowych muzycznych rozmów, często używaliśmy określenia 'robi mi'. Ta piosenka mi robi, ten album mi robi i tak dalej, w różnych kombinacjach. Co oznacza, że coś nam robi? Otóż, sprawia, że targają nami skrajne uczucia, tak też album robiący nam: albo wywołuje u nas scisk w gardle, dziwne wzruszenie; albo kolokwialnie mówiąc, kopie dupe.
Podstawowym i bazowym pytaniem, na które chciałbym odpowiedzieć w tej recenzji jest: Czy nowy album Radiohead mi robi?
Pisanie o Radiohead nie jest wcale wygodne. Pisanie o tej płycie tym bardziej - pięć dni wystarczyło, żeby zazwyczaj żelazni niczym elektorat Pisu fani Radiogłowych podzielili się na dwa wrogie sobie obozy. Jak nie trudno się domyślić, na tych za i na tych przeciw. Dziwi mnie to trochę, bo takie podziały tworzą się zazwyczaj przy jakimś zwrocie o 180 stopnii, w stylu graliśmy rock to pogramy teraz elektronikę. Jednak przy Radiohead wystarczy nawet to, że zamiast dziejowej, genialnej płyty nagrali płytę po prostu bardzo dobrą.
Presja, oczekiwanie, wymaganie. Do końca kariery będą traktowani jak maszyna, która MUSI wydawać genialne dzieła. Patrzenie z tej perspektywy skazywało In Rainbows na porażke w przedbiegach. Do tego stopnia, że niektórzy mieli wyrobinione zdanie o tym albumie przed pierwszym przesłuchaniem.
10 października, budzę się wcześniej niż zazwyczaj. Nie do końca jeszcze przytomny, wchodzę na maila, gdzie czeka na mnie trzeźwiący link. Ściągam, wrzucam na odtwarzacz, ruszam do szkoły, do której jednak ostatecznie nie docieram. Szukam spokojnego miejsca, jest, naciskam play...
Robi mi 15 Step. Klaszczony, szybki rytm, bas (!), przypomina najlepsze elektroniczne wycieczki Brytyjczyków. Jedynie Everything in Its Right Place nie pozwala mi nazwać tego numeru najlepszym openerem Radiogłowych.
Robi mi jazgot gitar w Bodysnatchers. No powiedzcie, że ostatnie pół minuty to nie jest ostre kopanie dupy, jak za ich najlepszych, rockowych lat.
Po Nude niektórzy mogą być już w kawałeczkach, ale to nie wszystko. All I Need to w moim przekonaniu najlepszy utwór In Rainbows, i najlepszy utwór Radiohead od dawna. Pachnąca trochę klimatem How To Disappear Completly ballada, która na wysokości 2:56 przechodzi w coś nadprzyrodzonego, wspaniałego. Ciach, Trach, kabuuuum!
Nie ma tak dobrze jednak, album nie jest pozbawiony słabszych momentów. Działać na nerwy może szczególnie pościelowe, miękkie, banalne House of Card. Nie podobać się może proste Faust Arp. Tak jak brak jakiegoś spektakularnego zamknięcia - Videotape, mimo, że to całkiem ciekawa kompozycja (to pianino!) nie jest jakąś wielką kropką nad i, tak jak kiedyś był chociażby Motion Picture Soundtrack.
In Rainbows nie jest płytą wybitną. Nie wprowadza nic szczególnie nowego, jest inspirowane tym co było wcześniej, oparta na sprawdzonych patentach. Ma jednak swój czar, urok, piękno, którego nie odkryjemy, przesłuchując dwa razy w dniu wydania, w trakcie jedzenia śniadania.
Naprawdę starałem się pokochać Beirut, serio. Widząc jak ta muzyka pochłonia kilku znajomych, którzy potrafili słuchać Gulag Orkestar bez większych przerw po kilka miesięcy, rozdziabiałem paszcze ze zdziwienia. Niektórzy żyli tym albumem, a ja - hmm, spasowałem po trzecim, bodajże, przesłuchaniu. Dla mnie to była mierna, mało konkretna, przeźroczysta wycieczka w klimaty, które i tak mało mnie interesują, no może poza kilkoma filmami Kusturicy. Chociaż i tak już bardziej mi odpowiadają autentyczne folkowe przyśpiewki z Czarny Kot, Biały Kot, niż wysiłki jakiegoś amerykanina, który nawet na Bałkanach nigdy nie był.
Ten rok przynosi nam nowy album Zacha Condona, który tym razem, swoje klimatyczne zapatrywania przeniósł o kilka tysięcy kilometrów na północny-zachód, lądując w kraju ślimakożerców. Gdyby ktoś od razu nie poczaił gdzie jesteśmy (tak jak ja, haha), to tytuły służą za drogowskaz: Nantes, La Banlieu itd. Wspominałem już kiedyś, że nie lubię Francji?
Dla odmiany, The Flying Club Cup zaczyna się wyśmienicie. Po ledwie dwudziestosekundowym intrze, dochodzi nam do uszu kapitalna melodia (zabijcie mnie, nie wiem jakie jest tego źródło, instrument), która ogarnia całe Nantes, i tym samym winduje ten kawałek na największego highlighta płyty.
Cały album podobno został zainspirowany starą, grubo przedwojenną fotografią, pokazującą Pole Marsowe w Paryżu. Fakt, album swoją atmosferą może przypominać starą, zżółkłą fotografię, wyniszczoną przez czas, jednak zachowaną gdzieś w ukryciu przez lata. Condom próbuje przenieść nas do starego Paryża, pełnego kawiarenek i sztuki, Paryża będącego jeszcze kulturalną stolicą świata. Na tym polu sukcesu nie można mu odmówić, ale co z tego, skoro muzycznie nadal kuleje?
Prosty sposób na przekonanie się o tym, że BYŁO wcześniej i lepiej: posłuchajcie scieżki dźwiękowej do Amelii Yanna Tiersena. Tyle w tej sprawie, choć Latający Klub wyzwolił we mnie jakąś ciekawość i chęć kolejnych odsłuchów, i w sumie podoba mi się dużo bardziej niż debiut - to nadal nie to.
A tak poza tym: Kamil znów posłuchał The Moon & Antarctica (rzadko to robi). Znów został pochłonięty całkowicie, znów poczuł geniusz w czystej postaci na swoich uszach. Kamil przeczytał swoją recenzje tego albumu, dodaną dawno temu, i zażenowany usunął ją. Później usunął recenzje We Were Dead... Gdyby napisał kiedyś jeszcze coś o Modest Mouse, prawdopodobnie też by to teraz usunął.
Tak wyszło, że w bardzo krótkim odstępie czasowym płyty wydały dwie tuzy, z trójki wielkich amerykańskich (no, może nie do końca), folkowych songwriterów. Do walki i bezpośredniego pojedynku doszło między Samem Beamem znanym jako Iron & Wine a Davendrą Banhartem. Lider klasyfikacji generalnej, Sufjan Stevens w tej kolejce pauzuje.
Do obu płyt podszedłem bez uprzedzeń, bo obu zawodników cenię. Iron & Wine za magnifique debiut, Banharta za Cripple Crow, którego nawet recenzje możecie znaleźć gdzieś w czeluściach tego bloga. Tak więc sędzia obiektywny w swojej subiektywności, myślę.
Kto zna twórczość Davendry wie, że jego albumy cechuje niebywała nierówność. Choćby nagrał materiał doskonały, i tak byłby przeplatany w najlepszym wypadku średniakami. Kto liczy na jakiś progres w tej sprawie, to niech lepiej przestanie. Ale o tym trochę później, najpierw o treści. Mamy tutaj 16 piosenek, tradycyjnie urzymanych w klimacie latynoskim, do leżenia pod drzewem z wymalowanym na twarzy hasłem "pierdolę, nie robię". Banhart jednocześnie przeszedł sam siebie, jeśli chodzi o rozrzut stylowy materiału, żonglowanie melodiami i klimatem. Są tutaj leniwe ballady, są inspirowane latami pięćdziesiątymi piosenki a'la Elvis (Shabop Shalom). Jest soul w Lover, uważny znajdzie nawet wpływy reagae (The Other Woman). Ciekawie to wygląda chyba tylko na papierze, muzycznie to wielki misz-masz nie trzymający się kupy. Album jest sporo za długi (ponad siedemdziesiąt minut), i w połowie mimowolnie spoglądamy na to, ile jeszcze utworów przed nami. Materiał rozlazł Banhartowi w rękach, i zamiast to jakoś zespolić, wygląda jak taśma przed sensownym montażem. Wywalić z dwadzieścia minut zapychaczy, i mamy bardzo dobrą płytę. Dlaczego się na to nie zdecydował? Wtedy może takie perełki jak na przykład Bad Girl (to łaaaa, boskie!) nie tonęłyby w tonie przeciętności.
Brodaty Beam wie jak to się robi. Spokojniejszy, bardziej stonowany od latynoskiego kolegi konsekwentnie brnie do przodu, i wydaje kolejną, równą, i równie dobrą płytę. Pomimo stylistycznych styków z Banhartem to jednak zupełnie inny biegun. O ile ten pierwszy potrafi wywołać uśmiech swoją ekstrawagancją i sympatycznym dziwactwem, to Sam Baum to bardziej muzyczny introwertyk, kultywujący raczej zachowania typowe dla chociażby takiego Nicka Drake'a. Na kolejnej już płycie daje temu wyraz, wypełniając krążek często melancholijnymi, nostalgicznymi kompozycjami (cały album dostępny na myspace, posłuchajcie ostatniego Flightless Bird, czysta magia). Czujemy spójność materiału, autentyczność (na dobre wyszedł powrótd do Sub Pop) i wszystko pięknie się układa, dając naprawdę dobre wydawnictwo.
Werdykt jest prosty - zwycięstwo należy do Iron & Wine.
Meemix to nowa (jeszcze w zamkniętej fazie beta) aplikacja internetowa, mająca wypełnić lukę powstałą na skutek zamknięcia przed europejczykami Pandory. Czyli krótko mówiąc, utrzymane w stylistyce web 2.0 spersonifikowane radio internetowe, jak najbardziej dostosowujące się do naszych muzycznych upodobań. Radio może dobierać nam utwory na podstawie wcześniej wybranego, artysty, gatunku czy roku powstania. Możemy ustawić nawet, czy radio ma nas zaskoczyć, dobierając utwory mniej znane. Wygląda to mniej więcej tak:

Na tym etapie funkcjonalność nie jest jeszcze doskonała, zdarzają się zwiechy i wpadki z doborem utworów (pełno... U2 :/) ale wszystko idzie w dobrym kierunku, i wszystko wskazuje na to, że powstała doskonała alternatywa dla Pandory.
Mam 7 zaproszeń do serwisu, jeśli ktoś chce, proszę email podać w komantarzach.
To już chyba standard, że od Ulvera z każdą kolejną płytą oczekuje się zwrotu obranego muzycznego kierunku o 180 stopni. Zaczynali od black-metalu, przechodząc przez folk i elektronikę (!). Nikt by się nie zdziwił, gdyby na Shadows of the Sun norwegowie z pierwszym numerem zaatakowaliby nas dancowym beatem i roztańczonym klimatem. Albo gdyby zaczeli grać szanty. Albo gdyby przeszli operacje zmiany płci, i koncertowali jako radosny girlsband... no dobra, zagalopowałem się.
O dziwo, żadne cuda się nie dzieją, i grupa chyba powoli się statkuje, konsekwentnie względnie niewiele (jak na Ulver) zmieniając ze stylistyki Blood Inside. Nadal mamy tu posępną, oniryczną elektornikę, jakieś zbłąkane instrumenty, i przepięknie odnajdujący się w tym wszystkim wokal Garma.
Ale to nie środki są najważniejsze, tylko końcowy efekt. Mamy tu niewyobrażalnie gęsty, ciężki, melancholijny klimat. Jakiś apokaliptyczny pierwiastek zawieszony jest w tej muzyce, i czymkolwiek są tytułowe Cienie Słońca, nie jestem pewien co do ich sympatyczności. A może to dlatego, że jest już baardzo ciemno, i jestem tu sam? No, podsumowując, faktem jest, że Shadows Of The Sun nie nastraja jakoś wyjątkowo optymistycznie, tak jak też nie wypełnia radością mego serca. Raczej sprawia, że rozglądam się na boki niepewnie.
I choć brzmi to nieciekawie, jest to niebywały plus tego krążka. Zdolność wywołania takiego klimatu w głowie odbiorcy to wyjatkowa sztuka. Ale żeby nie było zbyt miło - mimo tego, że album buduje tą nostalgiczną atmosferę, czegoś zdecydowanie mu brakuje. Jest jak wspaniała foremka, której nikt nie wypełnił piaskiem. Zarys, kontury dźwiękowe są, niepowtarzalny, nocny klimat też, jednak jakby trochę treści brakowało. Gdyby wykorzystali cały potencjał drzemiący w tych utworach, teraz mogliby spać spokojnie, czekając na zasypanie laurami. Może lepiej, że stało się jak się stało, i wydali album tylko dobry, co by im się w głowach nie pomieszało od dobrobytu. Niekażdy nagrywa wspaniałe albumy jeden za drugim, do tego ma własną wytwórnie i respect na mieście. Czekamy na więcej.
Filmik, który bawi mnie do łez drugi dzień z kolei.
Poza tym miałem przez weekend spłodzić milion tekstów, których starczyłoby na jakiś tydzień wypełniania bloga, ale na drodze stanął mi Leopold Staff i interpretacja jednego z jego wierszów. Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Słuchawki zakupione, wybór padł jednak na Kossy, jestem bardzo zadowolony. Dźwięk mięcciutki, wszystko gra, śpiewa, łał, łał! Przy otwarciu opakowania trochę się przeraziłem, wyglądają na delikatne, i pałąk krótko mówiąc jest wkurzający, ale po dniu użytkowania człowiek się przyzwyczaja.
A co u Was? Może chcecie mnie zabrać na jakiś koncert? ;) W Berlinie niedługo Arcade Fire, Klaxons, Interpol... W lutym The Cure w Polsce (szał). Anyone?
No to czas na recenzje z serii tych istotniejszych. Bowiem gdy gdzieś na przełomie grudnia i stycznia ukaże się tutaj podsumowanie roku 2007, tej płyty na pewno tam nie zabraknie.
Akron/Family to typowe (?), amerykańskie folkowe freaki. Czwórka facetów z długimi włosami i/lub brodami, najprawodpodobniej mieszkającymi razem w jednym, zgruchociałem samochodzie, aczkolwiek to tylko moje domysły. Ich trzecia płyta to bezczelna wycieczka 40 lat wstecz, do samego środka rock'and'rollowego i hippisowego boomu. I choć bezczelna, cholera - niesamowicie udana.
Czym się różnią dzisiejsi bohaterowie od Jensa Lekmana, który niedawno poszedł tą samą drogą? Lekman z każdym kolejnym przesłuchaniem jest coraz nudniejszy (haha!) a Akron/Family wciągający. Jeśli już odnosimy się do najlepszego okresu w historii muzyki, to róbmy to jak najlepiej, co nie?
Objętość tej płyty jest ogromna, praktycznie w każdej płaszczyźnie - multum melodii, motywów, odniesień, form muzycznych. Najlepszym przykładem niech będzie chociażby takie There's So Many Colors, z środka stawki utworów. Zaczyna się mantrowanym tytułem śpiewanym a cappella, wchodzi krótka zabawa gitarą, i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdzki nasz utwór przeradza się w trochę bluesowany, powolny folk. Ale to nie koniec, w połowie czwartej minuty wchodzi gitarowe solo, i zakończenie - "Sun rise, sun set / sun never set and rise, reach" wyśpiewane już dużo głośniej i ostrzej niż otwarcie piosenki. Akron/Family może dawać wykłady jak to zmieścić w ośmiominutowym kawałku 3 różne style, 4 pomysły na piosenkę. Są w tym mistrzami, co udowadniają w każdej dłuższej kompozycji.
Po drugiej stronie są jednak krótkie formy piosenkowe, które już po prostu przechodzą same siebie. Dwuczęściowy Love, Love, Love i Don't Be Afraid, You're Already Dead toczą w mojej głowie zacięty pojedynek o to, co mam teraz nucić. Poczujcie prostotę i zarazem geniusz tych utworów, przejadłe melodie nabierają tu ogromnej siły w zetknięciu z tymi cholernie bezpośrednimi tekstami:
Don't Be Afraid, It's Only Love
Don't Be Afraid, You're Already Dead
Loove Is Simple
Do tego premiera, która miała miejsce 11 września, raczej nieprzypadkowo. Tyle dobra i miłości wypuścić akurat w ten dzień, to nie może być przypadek.
Reszta utworów albo zbzikowana całkowicie, albo dająca po uszach wspaniałością w swojej postocie. Te pierwsze poruszają się w klimatach Animall Colective, i tu mała dygresja. Jak można przesłuchać płytę Animal Collective raz, i stwierdzić, że jest słaba? Coś, co z założenia jest przy pierwszym zetknięciu mało słuchalne? Nie rozumiem, tak też jest to tym samym mała aluzja co do Love Is Simple. Jeśli już zdecydujecie się zaopatrzyć w tą płytę, to nie wystawiajcie oceny po dwóch przesłuchaniach. Ja, aby dostrzec jej piękno potrzebowałem tych przesłuchań sporo więcej.
Nowy album Radiohead 10 października. Przypominam, że dziś nie jest 1 kwietnia.
O w pytę, zaczynamy odliczanie ;)
