Jens Lekman - Night Falls Over Kortedala
Poszedł w świat nowy hajp - Jens Lekman nowym, sezonowym bogiem. Z niechęcią do zjawiska w końcu zbadałem jego nowy album, Night Falls Over Kortedala, i zdaje się być conajmniej sympatyczny, ale ludzie - bez przesady.
Dziwne to zjawisko, gdy artysta ma na koncie więcej EPek niż albumów i singli razem wziętych. Mamy tu bardzo miłą, ciepłą i lekką w odbiorze płytę. Melodie chwytliwe, ale nic na tyle oryginalnego, żeby nie było wcześniej. I w zasadzie miękkość tej muzyki, to, że jest gładka jak pupa niemowlaka, mnie odrzuca. Nie dla mnie, nie w jesień.
PJ Harvey - White Chalk
Wydanie nowego albumu PJ Harvey to zawsze musi być wydarzenie. Do artystki mam stosunek ambiwalentny, bo tak: lubię jej styl, całą oprawę jej muzyki, okładki płyt (prawie zawsze świetne!), zdjęcia, ale sama muzyka mnie nie zachwyca. I czy to To Bring You My Love czy White Chalk, tak też zmian nie ma, Polly dla mnie neutralna, i jeśli miałbym stawiać ocenę temu albumowi, strzelałbym w sam środek skali. Choć momenty są, jak chociażby The Devil.
Mam trochę kasy, i postanowiłem zainwestować w słuchawki. Jako, że specjalnie się na tym nie znam, a wiem, że kilka osób tego bloga czyta - co doradzilibyście?
Koss Porta Pro czy Sennheiser HD 202?
Zależy mi na dobrym, rockowym brzmieniu, i żeby mi bass nie dudnił zbytnio. Kossy wyglądają ładniej, i ewentualnie ruszyć się z nimi poza dom by było łatwiej, ale o wspaniałości Sennheiserów trochę się nasłuchałem. Więc?
Weekendowe niepisanie sponsoruje geniusz Sufjana Stevensa. Nie mogę się nadziwić tej jego ascetyczności, skromności, folkowemu brzmieniu. Choć to w zasadzie awykonalne, to chciałbym, żeby zrealizował swój projekt o poświęceniu po płycie każdemu ze stanów USA. I żeby te płyty utrzymały poziom Illinois i Michigan - wyobrażacie sobie jeszcze 49 tak zajebistych płyt? Jeśli raj istnieje, to gdybym tam trafił, na półce miałbym całą tą kolekcje, choćby na ziemi byłaby niezrealizowana. No więc wracając do początku, zachwycam się Sufjanem i co ja biedny mam począć? Chciałoby się dodać notkę, ale przecież nie napiszę recenzji płyt cztero i dwuletnich. A nowości suche coś ostatnio.
Dwa, Radiohead jest za fajny żeby go nie słuchać. Wydali nową płytę i nie wiedzą co z nią zrobić. Podpowiem - WYDAĆ! No proszę, chociaż nie. Jeśli nie są pewni, że to nas nie powali na kolana, to lepiej niech nie wydają. Kolejnego megazawodu mogę nie przeżyć.
Tak więc cześć blog, obiecuję poprawę. A Wy, drodzy czytelnicy, jak mawiał Fryderyk Nietzsche: "Ubierajcie się cieplutko". :)
Ten rok jest obfity w powroty. Dopiero co Page i Plant ogłosili światu, że Led Zeppelin wracają na scenę po dwudziestu latach, a za nimi poszli już kolejni.
Na jeden koncert, z okazji 30 rocznicy powstania ich jedynej płyty, reaktywują się Sex Pistols. Co z tego, że swoją kultowość zawdzięczają według mnie tylko tym, że po debiucie szybko się rozwiązali, co by nie zepsuć dobrego wrażenia. Kiedy Ci wszyscy muzycy zrozumieją, że trupy trzyma się pod ziemią, a nie stawia na scenie? To podchodzi pod nekrofilię, tym bardziej, że te wszystkie powroty są na poziomie powrotów Andrzeja Gołoty do boksu. Ale to nie koniec! Co tam Zeppelini, co tam Police, co tam Sex Pistols! Reaktywują się nawet Spice Girls! (nie śmiać się, posłuchać Viva Forever, wzdychałem do tego gdy miałem cyfrę zamiast wieku, posłuchałem teraz i nadal rządzi) To jest dopiero powód do zmartwień.
Do tego dochodzi również zapowiadany na przyszły rok powrót My Bloody Valentine, ale to niekoniecznie musi być nokaut w pierwszej rudznie, więc czekam niecierpliwie na dalszy rozwój akcji. Kto następny, kogo obstawiacie? Abba? The Beatles? Just 5?
Jak mało tego życia, żeby żyć, a co dopiero pisać, ale jakoś zaradzim. Mimo, że gubię się w zeznaniach, i przymiotniki, które szykowałem na nową płytę Mum mieszają mi się z cechami literatury baroku, nie odmówię sobie tej przyjemności, by wytknąć islandczykom kolejną świetną pozycje w dyskografii.
Nie będę zgrywał cwaniaka, z Mum to tylko debiut i coś z Finally We Are No One ogarnąłem, tak też mogą mi być obce niektóre drogi, które artyści przetarli może już dawno, a ja się obudzę dopiero teraz. Pierwsze co rzuciło się w uszy - zmieniony całkowity wydźwięk płyty. O ile Yesterday Was Dramatic... mogło przyprawić o stany poddepresyjne, to najnowsze dziecko islandczyków tryska optymizmem z każdej strony. Wszystko się do nas uśmiecha, tętni radosnym, żywym rytmem. Pani zima nadchodzi! Oczywiście forma pozostała bez większych zmian, czyli firmowe, zimne smyczki, stuki, dzwoneczki, delikatna elektronika. Wszystko razem daje wrażenie unoszenia się w eterze, w iskrzącym, zimnym powietrzu, gdzieś na odludziu, gdzie spowija nas wielka, nieograniczona masa śniegu. Zaiste magiczny efekt, poza tym nie ma co ukrywać: ogół twórczości Mum ma w sobie sporo z bajkowości, magii, i to, czy zostaniemy pochłonięci tą muzyka, zależy od tego, jak w ten klimat się wczuwamy.
Więcej mamy również wokali, bardziej chórkowych niż solowych, jednak niesamowicie harmonijnych i melodyjnych. Dzięki temu album jako całość staje się bardziej przystępny. Oprócz wycieczek czysto elektronicznych, nie brakuje ciepło brzmiących standardowych instrumentów: chociażby początek School Song Misfortune, który brzmi trochę jakby Tiersenowsko.
Mum kolejny raz zasłużyli na mocną czwórkę, może nawet z plusem. Najważniejsze, że gdy słucham Go Go Smear the Poison Ivy, boję się spojrzeć za okno, z obawą, że może już tam leżeć śnieg. I tu obiawia się cała moc albumu. Brrr.

Dzisiaj oglądałem jeden z najfajniejszych filmów, tak po prostu najfajniejszych. Lubię te klimaty w stylu surrealizm powlekany najnormalniejszą normalnością, poza tym całe wykonanie filmu, kartonowe serca i tak dalej - fantastyczne. I myślę sobie, że nazywanie Science des rêves komedią romantyczną powinno być karane, bo to strasznie smutny film bez happy-endu. Z serii tych o miłości i marzeniach, które i tak się nie spełniają. Razem z Samotari, dokonał aktu bolesnego kopnięcia mojego umysłu, przez co tą najbardziej szarą jesień mam już w połowie września.
Poza tym odkryłem, że czytanie filmów jest prawie równie ciekawe co ich oglądanie. Szczególnie Samotari lubię czytać, bo ma świetne dialogi, polecam:
Rozstanie?
Za każdym razem, gdy się z kimś rozstajesz, zostawiasz u tego kogoś kawałek swojej duszy.
A ten ból...to jest brak tego kawałka. Boli, bo jest u kogoś innego. Ten kawałek kiedyś wróci, ale to trwa długo.
Czasem widzę te kawałki na różnych ludziach, jako takie małe niebieskie światełka.
Kawałki dusz ludzi, którzy Cię kiedyś kochali i już nie kochają. Mogą to też być nadzieje, które pokładali w tobie twoi rodzice. To jest taki drugi rodzaj.
Wszyscy mamy na sobie takie światełka. Naprawdę. Japończycy już nawet umieją to mierzyć.
-Japończycy, tak?
-Japończycy już to mierzą.
-Może ja poprowadzę?
-Czemu? Ze mną wszystko ok.
No, raz na jakiś czas musi być blogowo, co nie.
Na początku był Chaos. Później powstawały oceany, lądy, rybki, ptaszki, roślinki. Każdy tę historię zna, wnioski: z chaosu mogą wyniknąć naprawdę zacne, i ciekawe zjawiska. Najnowsza płyta Animal Collective jest najlepszym przykładem na to, że ta zasada w muzyce także się sprawdza.
Przepis na Dżem Truskawkowy a'la Panda Bear i Avey Tare:
1. Truskawki. Choć wbrew pozorom, nie są one wcale głównym składnikiem naszego pysznego dżemu. Oprócz tego czerwonego przysmaku, równie dobrze możemy dodać innych, koniecznie kolorowych owoców! Obok siebie możemy zestawić słodkie, jak i kwaśne, takie jak cytryny. Eklektyzm smakowy wskazany.
2. Cukier. Gorzki jam to niesmaczny jam! Ważne są lekkie, oderwane od banału nutki smakowe, które cukier wywołuje. Istna melodia w podniebieniu. Musi stać w opozycji do tych hałaśliwych, kwaśnych podkładów, z truskawek mniej dojrzałych, twardych, jeszcze trochę zielonych, które jednak są fundamentem i tłem końcowego efektu.
3. LSD. Lub marihuana, dla tych bardziej stonowanych, choć i tak szaleńczych smakowych kompozycji. To ten, niestety nielegalny składnik, przenosi cały nasz przysmak na właściwy tor. Tor całkowicie oderwany od rzeczywistości, kolorowy, wesoły, nieodpowiedzialny. Uzyskana psychodeliczność przenosi nas w nowe wymiary odbioru, nasze kubki smakowe buzują ze szczęścia.
Przygotowanie:
Truskawki pokroić bez ładu i składu. Wszerz, wzdłuż, po skosie, tu walnąć młotkiem, robiąć miazge, tam zostawić w całości. Taka, truskawkowa papka będzie naszym podkładem. Następnie dodajemy cukier i LSD. Wkładamy to wszystko do jednego słoika, garnka, whatever. Zamykamy pokrywkę i zaczynamy trząść. Agresywnie, tak żeby wszystko dokładnie się wymieszało, nachodziło na siebie i stworzyło razem nierozerwalne połączenie. Po 5 minutach przestajemy. Oto powstał nasz Strawberry Jam.
Ze zgiełkliwych, niemal niesłuchalnych podkładów po kilkakrotnym przesłuchaniu wyławiamy naprawdę fantastyczne melodie. Słodkich, kwaśnych, krzykliwych i spokojnych wokali nawet nie musimy wyławiać z morza dźwięków, są na miejscu. Psychodeliczne kompozycje, soczyste dźwięki, naprawdę przepyszny Strawberry Jam wyszedł, choć nie kupicie go w zwykłym spożywczaku.
Czy autorowi grozi niebezpieczeństwo? Czy po atakach na fanów Linkin Parka, Happysada i dziewczyn w arafatkach zaryzykuje, i zwróci na siebię uwagę fanów Riverside'a? O tym dowiecie się już dziś, bo oto recenzja najnowszej płyty tej formacji!
Wrzesień już pewnie poczuł się na kalendarzu, to znak, że ta tania dziwka - jesień, już za pasem. Dobry to moment, żeby zebrać ze sobą najlepsze jesienne płyty. Takie akurat na ścieżkę dźwiękową do kopania żółtych liści, chodzenia w deszczu, długich wieczorów. Będzie to również rekapitulacja moich osobistych, jesiennych smętów, więc nie bierzcie jej sobie zbytnio do serca. Oczywiście liczę na Was, że wzbogacicie listę o swoje typy w komentarzach, co by tu piękny zbiór takich jesiennych albumów powstał.
Interpol - Turn On The Bright Lights
Jedziesz autobusem, za oknem ciemno, w szybach odbijają się mijane latarnie. Autobus jest prawie pusty, siedzisz sam, z twarzą wpatrzoną w szybę. A w słuchawkach debiut Interpola, nie ma lepszytch warunków do słuchania tego albumu, przynajmniej dla mnie.
Low - I Could Live In Hope
Opus Magnum zespołu z Minnesoty. W zasadzie sam gatunek jest wystarczająco wymowny: Slowcore/Sadcore.
The Cure - Pornography
To już w ogóle jest ciemny dół, ba, czarna dziura. Tego słuchali starożytni emo. A tak bardziej na serio to Pornography + deszcz za oknem = wielkie przygnębienie. Do tego można od razu dorzucić Disintegration w pakiecie, troche mniej mroźne i z cieplejszymi akcentami, takie gdyby właśnie przestało padać.
The Czars - The Ugly People vs. the Beatiful People
Co by nie było, że samymi pewniakami zarzucam. Kolejna płyta slowcore'owa, choć raczej nie dorównuje poziomowi debiutu Low, też ma swój, smętny urok.
The Twilight Singers - Twilight as Played by the Twilight Singers
Tu jest wszystko, co miałem w tym temacie do powiedzenia. Po prostu cudo.
Blackfield - Blackfield
Poboczny projekt Stevena Wilsona, który na chwilę przerwał odgrzewanie kotletów w Purcupine Tree, i nagrał naprawdę dobrą, i ważną dla mnie płytę. Poza tym znajduje się tu jedna z najlepszych jesiennych piosenek - It's Cloudy Now. Włączam jesienią, gdy jest pochmurno, jednak coraz częściej tylko z czystego sentymentu.
Michael Andrews - Donnie Darko OST
Obejrzycie Donniego Darko, to zrozumiecie. No i Mad World!
Mum - Yesterday Was Dramatic, Today Is OK
Właściwie, to gdby to był ranking najlepszych płyt na zimę, to Yesterday... zajęłoby bezapelacyjnie najwyższy stopień podium. Stuki, puki, dzwoneczki, tęsknota bez odbiorcy wyczuwalna w muzyce, wszystko to daje niepowtarzalny klimat. Dobry również na jesień.
C.D być może nastąpi

Niewiele brakowało, a iLiKETRAiNS na stałe wpisałby się do listy uwielbianych przeze mnie zespołów. Wybudowałbym im mały ołtarzyk w rogu pokoju, stawał na baczność przy słuchaniu i tak dalej. Niestety, tak się nie stało, zaprzepaścili szansę, zjebali mówiąc kolokwialnie. A wystarczyło nagrać debiut dorastający poziomowi EPki...
18 sierpnia zapamiętam na długo. Finał mysłowickiego fesiwalu, na scenę wchodzi oczekiwane przeze mnie iLiKETRAiNS i zaczyna się - godzina totalnej miazgi sensorycznej. Przygnieciony potęgą tej muzyki nie byłem w stanie wypowiedzieć słowa. I jak po takim czymś nie wymagać wiele? A Elegies to Lessons Learnt jest do cholery, tylko i wyłącznie poprawną płytą! Jak mogli nagrać poprawny album? Byli zobowiązani nagrać najlepszy!
Nie ma tutaj już takiego ciężkiego klimatu jak na Progress - Reform, nie ma tak absolutnie niszczących gitar, które przeszywały każdą komórkę mojego ciała na wspomnianym koncercie. Kompozycje są statyczne, nieruchome, brak jakiś masowych odjazdów instrumentalnych. Mało się dzieje. Utwory oparte na schematach, mantrycznym wręcz wyśpiewywaniu pojedyńczych zdań w kółko, z powoli narastającą linią dźwiękową. I w taki sposób właśnie powstaje chociażby takie We All Fall Down, gdzie większość utworu powtarzane są słowa 'We play a waiting game / And we play a waiting game' i tak (sic!) pięć minut! Dopiero pod koniec zaczyna się coś dziać, i nawet to nie ratuje tego openera, że koniec jest zaiste świetny. Niee, to nie o to chodziło, chłopaki. Przez całe 50 minut trwania albumu, nie znalazłem nic, co godnie zastępowałoby takie A Rook House For Bobby. Płyta pod każdym względem przegrywa w starciu z Epką, którą w tym miejscu wyjątkowo polecam. Jak się okazuje, czas nie zawsze przynosi rozwój w dobrą stronę.
Jasne światełka w tunelu to rozbudowane Spencer Perceval, i Remnants of an Army.
Przykro, co nie? Nie wyszło, a miało być tak pięknie. Jednak, jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazje pójść na ich koncert, to macie obowiązek się tam stawić. Odmaszerować.
Dawno nic nie pisałem, szkoła ruszyła z kopyta szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, i większość mojego czasu poświęcam na nienawidzenie francuskiego (giiiiiiń!) i obserwowanie nowych uczniów. Przypinki My Chemical Romance, Punki i inne cuda na patyku, zabawnie jest.
Potrzebny był mi nowy odtwarzacz mp3 (stary zdechł), kasy zbytnio nie miałem, więc zdecydowałem się na wychwalaną przez wielu, a tanią, Sansę M240. Plajer przyjemny, wyświetlacz szczególnie (duży), dźwięk w miare ok... padł po dwóch dniach. I podejrzewam, że to wcale nie energia z najnowszego albumu Animal Collective (sprawdźcie!) go zabiła. Nic to, gwarancja jest - ale przestrzegam, nie kupujcie tego gówna.
Niestety tak tylko przelotem jestem, w weekend nadrobię; możecie pisać w komentarzach jakieś ciekawe muzyczne odkrycia, chętnie posłucham coś nowego i nieznanego ;] Tymczasem wracam do nienawidzenia francuskiego, bywajcie.
Sopot Festival 2007
Wczoraj, w oczekiwaniu na Ghoticke, widziałem kawałek Sopot Festiwalu. Fajna sprawa, jeśli ktoś chciał się przekonać na własne uszy, jak to Polacy mają dokumantnie spieprzony gust. Zwycięski Feel uświadomił mi, że disco polo się rozwija, i tandetną elektronike zamienić można na tandetne gitary. I niech mi ktoś powie - co w takim towarzystwie robiła Sophie Elis-Bextor?

The Doors
Twórczość The Doors ni to mnie grzeje, ni ziębi. Lubię pierwszą płytę, ale później to już niebardzo. Morrison też mnie nigdy zbytnio nie fascynował, i może to to zadecydowało o tym, że film The Doors w reżyserii Olivera Stone'a mocno przemęczyłem. Film swoje lata już ma, pamięta rok '91. Val Kilmer w roli głównej, całkiem przyzwoicie zagrał, choć co do podobieństwa do oryginału się nie wypowiem. Początek był przerażająco nudny, w efekcie czego zabierałem się do oglądania aż trzy razy (przy dwóch podejściach usypiałem po kilku minutach) co chyba wystarczy za komentarz. Wątek indiański kretyński kompletnie, jednak trochę się to wszystko broni klimatem i obsadą. Po godzinie wreszcie zaczęło się coś dziać. Morrison przedstawiony jako kompletny pijak i ćpun, nic ciekawego - już chyba wiem na czym wzorowali się twórcy Skazanego na Bluesa. Sekwencje koncertowe zdecydowanie przydługawe, nudziły się szybko. W sumie to już bardziej opłacało się przeczytać całą biografię Jima, pewnie ciekawsza, a na pewno bliższa prawdy. Jednak jeden wątek świetny - przyjęcie u Andy Warhola, w tle muzyka The Velvet Underground i rola Nico, no świetne, choć i tak nie naprawi bardzo przeciętnego przyjęcia całego filmu.
Zasadnicze pytanie: co mogę zrobić z najnowszą płytą Happysad? Oczywiście przychodzą do głowy banalne rozwiązania, typu: posłuchać. Ale nie tylko! Okazuje się, że najnowszy album tego popularnego zespołu ma wiele, uniwersalnych zastosowań, bardzo ułatwiających życie, za co należy się uznanie na wstępie. Tak więc, co jeszcze?
Na ten krążek możemy wyrywać masę gimnazjalistek. I nie tylko gimnazjalistek jak się okazuje, licealistki też na to polecą. Instruktaż:
1. Zdobywamy jak najszybciej po premierze Nieprzygodę
2. Odpowiednio nagłaśniamy fakt zdobycia przez nas owej płyty
Teraz wystarczy tylko czekać na rezultaty, czyli błagania, prośby, zaczepki o pożyczenie albumu przez mnogą ilość przedstawicielek płci pięknej. Te za to charakteryzują się: młodym wiekiem, arafatkami na szyi i koszulkami Pidżamy Porno. Bardzo prosty sposób na stanie się bożyszczem czternastolatek.
Możemy przekonać siostrę, że wymiana na tygodniowe sprzątanie w Twoim pokoju wzamian za tą płytę to naprawdę świetny interes. Wiem, bo sam taką mam. A młodsze siostry mają to do siebie, że uwielbiają happysad! I zrobią wszystko, żeby mieć tę cholerną płytę.
Są to tylko dwa przykłady z wielu. Tak naprawdę, to ten album (gdy jeszcze nie jest tak rozpowszechniony) jest przepustką na każdą impreze, otwiera każdą bramę, gdzie bawi się kwiat polskiej młodzieży.
Ok, a teraz tak bardziej na serio. Do całego tego smutno-wesołego fenomenu, jak i do tej płyty mam stosunek trochę ambiwalentny. Bo tak ze szczerej strony, muzycznej, lirycznej i ogólnie artystycznej, to żenada przeokropna. Ale jednak mamy tu coś piosenkowego, lekkiego, banalnego... no i zdobędzie to odbiorców na pewno, więc dlaczegoby nie? Melodie strasznie banalne, i już wtóre (no w końcu trzecia płyta, patenty się wyczerpują), granie prostackie wręcz. Akurat dla studenckiego audytorium, co by się na juwenaliach było przy czym bawić, przy grochówce i wygazowanym piwie. Druga sprawa, o wiele bardziej bolesna - teksty. Nosz... o ile melodie dają się z czasem nawet polubić, to od tych grafomańskich tekstów niestrawności można dostać. 'Bo Ty tak pięknie pachniesz, kiedy przechodzisz pod oknem' Agrh! Następne: 'Reszka, znowu wypadła reszka / a ja tak liczyłem na orzełka'. I tak można wymieniać w kółko, każda piosenka przynosi nam tu jakieś literackie horrorki. Toż to są sprawy podstawówkowe, najdalej wczesno gimnazjalne. Tekściarz chyba pomyślał o młodych fankach, które skrupulatnie będą teksty zespołu wstawiać na opisy gg. Być może nawet wyliczali odpowiednią ilość znaków, inaczej nie umiem wyjaśnić tego zjawiska.
Na zakończenie małe podsumowanie: ta płyta jest aż słaba, ale do posłuchania - jak znajomi zapuszczą gdzieś na imprezie, to ucieczka nie jest konieczna. Wszystko toczyć się będzie dalej: Ci z słuchem trzymać się będą zdala, fani będą skakać z radości, moja siostra nadal będzie mnie męczyła głosem Cegły, czy jak mu tam.
Recenzja minimalnie zedytowana, ze względu na to, że są ludzie, którzy nie wyczują ironii/żartu, nawet gdy ta wyszłaby zza krzaków i kopnęła ich w dupe. Pozdrawiam wszystkich pieniaczów, którzy mają dystans do ulubionej muzyki mniejszy, niż do podłogi. I kolejny raz powtarzam, recenzje z założenia NIE SĄ OBIEKTYWNE. Zrozumieliście, głąby? ;)
