31 sierpnia 2007
Blog Day 2007

Z początku miałem nie brać w tym udziału, jednak o Blog Day usłyszałem dziś nawet w radio, więc jednak to poważniejsza sprawa - jeśli tak... Chociaż, o ile mnie pamięć nie myli, to rok temu robiłem coś podobnego, może się powtarzać. Zasady proste, pięć ciekawych blogów, poza tymi, którzy poruszają tematykę mojego.

Kominek
To jest pewien fenomen w polskim internecie, mało kto o nim mówi, nikt nie sponsoruje, nie zajmuje się IT, a jest najpopularniejszym blogiem w naszej części internetu. Czasem kontrowersyjny, często zabawny, niestety coraz częściej przewidywalny i schematyczny. Szczególnie polecam starsze notki.

Masz Problem?
Blog z zabawnymi cytatami z najróżniejszych forów. Zdarzają się notki przezabawne, jak i takie, które zmuszają nas do przemyśleń nad głupotą ludzką.

rysunki.bardzofajny.net
Blog z bardzo minimalistycznymi, często jedno obrazkowymi paskami komiksowymi. Trafnie i zabawnie, dla przykładu.

Chlip-Hop
Blog, trochę poetycki, trochę zwyczajny, oparty na formie korespondencji między Andrzejem Poniedzielskim i Magdą Umer. Specyficzny klimat, bardzo przyjazny. Szczególnie polecam część Poniedzielskiego, zawsze lubiłem tego gościa.

Maz
Czyli mój ziomal z joggera ;) Naprawdę świetne teksty, bez żadnych naczelnych tematów. Zbuntowany artysta. No, i nawet wybaczymy mu, że kibicuje Wiśle.

28 sierpnia 2007

Niedawno, jadąc samochodem (tylko wtedy słucham radia) słuchając Trójki usłyszałem jeden utwór Xiu Xiu, to było chyba coś z płyty A Promise. Xiu Xiu, czyli coś, co w radio jak dla mnie nie ma racji bytu, i wielce się tym faktem zdziwiłem. Tak wpadłem na pomysł tego tematu - Jaki najdziwniejszy (nietypowy) utwór usłyszeliście w radio, taki, którego odtworzenia tam nigdy byscie się nie spodziewali?

27 sierpnia 2007

Trzecia część kewordsów, bo dawno już nie było. Zrezygnowałem z tych zboczonych, ponieważ to już nie jest śmieszne, a tragiczne, co Ci chorzy ludzie wypisują. Czyli czego ludzie szukali u mnie na blogu:

Miłość wisi w powietrzu:
zakochałem się - gratulacje :)
gamxx my love - hm...
gamxx i love you - yeah
gamxx kochany - dziewczyny, piszcie na maila! ;D

Mjuzik:
dżwięki do naćpania - może Merzbow?
czym trawić płytki - kwasem żołądkowym
emo sigur ros
jak ustawić piecyk zeby grać jak john frusciante
- głośniczkiem na północ
jak założyć własny zespół piosenkarski - ojej
zespul rolling stones zycioryz po polsku

Rurzniaste:
kurwa - krótko i treściwie
falunia zbrodni
godzina szatana

golenie łona na żywo
keywords co to jest? - właśnie to
nadciągają kumulusy szatan dobry jest

26 sierpnia 2007

Na wstępie zaznaczam, że to, co najlepsze w tym zespole, to ładna wokalistka.
Jeszcze dwa tygodnie temu, George Dorn Screams kojarzyli mi się głównie z Ludwikiem Dornem, czyli raczej średnio przyjemnie. Później przyszedł Off, i ich koncert na inauguracje - wsłuchałem się, i nawet mi zrekompensowali zapieprzanie przez pół Mysłowic z tym namiotem. Zaznaczyłem przy liście - Do sprawdzenia. Wróciłem do domu i wyposażyłem się w debiutancki krążek kapeli, Snow Lovers Are Dancing.
Zespół składa się z ładnej wokalistki, i kogoś tam jeszcze, ale oni są nieważni. Gdzie nie trafie na opis tej płyty, to wszędzie odniesienia do serpentyny. Jest tu gdzieś jeszcze miejsce na kreatywność i samodzielne myślenie, czy każdy musi przepisać notkę od producenta? Chuj na to kładę, jak to mawiał pan Wiesiek spod monopolki, nie widzę tutaj tej serpentyny. No, może w pojedyńczych songach, ale kurde, toż to chyba najnormalniejszy w świecie zabieg; a czego mamy się spodziewać dopiero po materiale, przy którym padają słowa post-rock? A skoro już tu jesteśmy - rozbudowane, instrumetalnie numery, pochodzące właśnie pod post-rocka, są najmocniejszym punktem albumu, zaraz obok ładnej Pani Wokalistki. Tak jak Winter Of Deceit, Galway's Song i kończące, tytułowe Snow Are Dancing. Z naciskiem na to ostatnie, zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że mają potencjał grać jako względnie pierwsi w Polsce porządny shoegaze. Jak dla mnie, wartoby ten pomysł im podsunąć, bo reszta płytki, wyraźnie slowcore'owa zbytnio mi nie podchodzi, mimo walorów głosowych niewątpliwie ładnej Pani Wokalistki.
Ładunek emocjonalno - tekstowy Snow Are Dancing krąży zdecydowanie w okolicach żuław wiślanych, to znaczy depresja i doły. Melancholia, ale na pewno nie na lato - tak wypadło, że słucham tego gdy mam wolność tudzież zabawę, i jakoś nam z tymi nastrojami nie po drodze. W muzyce plusy i minusy się nie przyciągają jednak.
Jakby nie patrzeć, to udany to był debiut. Potencjał mają spory, tak też z zniecierpliwieniem czekam na drugą płytę. Snow Are Dancing chciałbym uznać jednak za smakowitą przystawkę przed tym, co czeka mnie przy drugim wydawnictwie. Zespół brzmieniowo stoi w rozkroku pomiędzy spokojnym, leniwym slowcorem i kopiacym dupę post-rockiem, wszystko zależy, w która stronę pójdą, jeśli w ogóle ruszą się z miejsca. Kibicuje za drugą opcją.

Ps. Prawie bym zapomniał. Widziałem gdzieś porównanie z Mazzy Star. Wiecie jaką cechę wspólną mają oba te zespoły? Ładną wokalistkę.

23 sierpnia 2007

Jak to raczej powszechnie wiadomo, The Beatles nie podlega rankingowaniu, katalogizowaniu, i tym podobnym akcjom dokonywanych na ich twórczości. Ale osobiste rankingi nikomu nie szkodzą, więc dlaczegoby nie pokusić się o jakieś moje spersonalizowane zestawienie, tym bardziej, że przynosi to ze sobą kilka godzin przy muzyce Fab Four, niewątpliwe przyjemna sprawa. Wybór padł na moje ulubione 10 piosenek brytyjczyków, selekcja była zarazem bolesna i kojąca... Zaczynajmy więc:

10. Ob-la-di, Ob-la-da (The White Album)
Na przekór wszystkim tym, którzy uważają tę piosenkę za kicz, czy cokolwiek niestosownego w twórczości Beatlesów. Skrajnie prosty refren, który znają wszyscy, od indian z amazońskiej dżungli po trójpaskowców spod bloku. Dlaczego? Bo za każdym razem, niezależnie od sytuacji, gdy włącze Ob-la-di, Ob-la-da, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Zawsze.

9. You Never Give Me My Money (Abbey Road)
Sam otwierający, piękny motyw na pianinie czyni ten utwór jednym z tych naj. A dalej jest przecież równie dobrze: jest to jedna z najbardziej rozbudowanych piosenek liverpoolczyków. 4 minuty, które można podzielić aż na trzy części, gubiące się melodie zamieniają się pod koniec w drobne, instrumentalne improwizacje. Dodatkowo jest to closer dla całego Abbey Road, właśnie tak kończy się jeden z najlepszych albumów The Beatles, i tak kończy się pewna era. Delikatnymi dzwonkami i odgłosem świerszcza.

8. Help (Help!)
Jedna z dwóch najbardziej rock'and'rollowych pozycji na liście. Szybkie, skaczące tempo, wyraźna perkusja Ringo... I w sumie takich piosenek w ich dorobku jest najwięcej, energicznych, prostych jak pałka do perkusji. Zero przeintelektualizowanego grania; krzesło, a nie projekt krzesła. Drewniane krzesło, na kórym bez problemu wybijesz rytm Help.

7. Happiness Is A Warm Gun (The White Album)
Szczęściem jest rozgrzana broń. Ciepła broń oznacza, że właśnie kogoś z niej zastrzeliłeś. Kogoś, kogo baardzo nie lubiłeś, i to przynosi Ci ulgę i właśnie szczęście. Poza tym sposób i szybkość z jaką John wyśpiewuje 'She's well acquainted with touch of the velvet hand', w ogóle to przejście... aaaaaa!!

6. Girl (Rubber Soul)
Ej, no i nie wiem jak wytłumaczyć to, dlaczego tak tę piosenkę ulwielbiam. Chyba właśnie za tą gitarę, bardowskie trochę rozpoczęcie opowieści Lennona. Opowieść o chrześcijaństwie, co rzadko przez kogo jest zauważane ;)

5. The Fool On The Hill (Magical Mystery Tour)
Tak to już z tymi Beatlesami jest, że jak myślisz, że nie znasz ich melodii, to i tak znasz. Każda ich część, każdy patent jest już tak potężnie klasyczny, że nawet nigdy nie słuchając ich płyty - znasz doskonale mnóstwo piosenek. Główny motyw tego utworu również do tych klasyków zalicza. Jednak mnie głównie urzekła warstwa tekstowa - kim jest mężczyzna stojący na górze? Filozofem, może każdy introwertyk nim jest? Człowiek autystyczny, odbierający więcej niż inni? Autor?

4. Let It Be (Let It Be)
Tym kapitalnym utworem Fab Four pożegnało się ze światem, ze sobą nawzajem. Dali nam na koniec coś pięknego, uświadamiając nas, że tak musiało być.

3. Run For You Life (Rubber Soul)
Nie pojmuję, dlaczego ten utwór jest dokumentnie pomijany, ignorowany. Nawet sam autor, Lennon go nie lubił, mówił, że go po prostu machnął od niechcenia. A to jest coś fantastycznego, szybkiego, szczerego... walić już to, że ma świetną melodie, której nie sposób zapomnieć i nieziemski rytm. Przeczytajcie tekst: widzieliście jakiś prawdziwszy, bardziej autentyczny opis zazdrości? Bez zbędnych banałów, zazdrość ukazana w tej najpierwotniejszej formie, brutalnej i wulgarnej, tak jak brutalna jest natura człowieka. Prawdziwy facet, gdy opanuje go ślepa zazdrość o swój obiekt pożądania nie będzie pisał sonetów na ten temat, tylko powie: Wolałbym widzieć Cię martą mała dziewczynko, niż z innym mężczyzną.

2. Yesterday (Help!)
Bez przesady... dwie ostatnie pozycje zostawiam w spokoju. Mój komentarz wyglądałby przy tych tytułach conajmniej śmiesznie. Więc jak to jest u Was?

1. A Day In the Life (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band)

22 sierpnia 2007

Wyobraźcie sobie folkowe The White Stripes. Wyobraźcie sobie ich gdzieś pomiędzy drzewami, w spokojnej atmosferze, otoczonych harmonią. Wyobraźcie sobie The White Stripes grających dobrą muzykę, z perkusją, która nie dudni w jednym rytmie, tylko ładnie współgra z wokalem. Taki jest właśnie duet Nina Nastasia & Jim White, i w sumie z Paskami łaczy ich tylko dwuosobowy skład i nazwisko na W, ale jakiś punkt odniesienia trzeba mieć, co nie?
Ta płyta to dziecko, powstałe na skutek muzycznego małżeństwa dwójki muzyków: amerykańskiej pieśniarki Niny Nastasii (która, szczerze mówiąc samotnie też dawała radę) i perkusisty austarlijczyków z Dirty Three, Jima White'a. Dziecko wyjątkowo ładne, niebieskookie, okaz zdrowia i nie robiące śmierdzącej kupy.
Sprawa jest prosta, Nina bierze pod rękę gitarę, oraz operuje swoim pięknym, spokojnym głosem a Jim jej do tego perkusją przygrywa. Współpraca między duetem wygląda wzorowo - uzupełniają się w każdym detalu. Jim wie kiedy zwolnić, żeby żona mogła rozciągnąć swoją partie, wie kiedy porządnie walnąć w bęben, przyśpieszyć. Wszystko chodzi jak w zegarku, żony nie boli głowa, mąż wraca do domu na czas i zawsze jest trzeźwy.
Jest to na swój sposób album koncepcyjny. Głównym szkieletem tekstowym są dialogi między partnerami życiowymi, wzloty i upadki. Miłość i tak dalej, którą czuć gdzieś w powietrzu. Przedostatni utwór, How Will You Love Me może się wydać niektórym mocno rozczulający w odpowiednich warunkach ;) Poza tym zdecydowanym highlightem albumu jest Late Night, który polecam przesłuchać na myspace (ten odtwarzacz trochę niżej od standardowego, można się nasłuchać całej płytki). Ciepłe folkowe bułeczki, jak dla mnie dobra rozgrzewka przed nowym Iron & Wine. Polecam! ;)

20 sierpnia 2007

To był coś fantastycznego, o tak. Jeśli szukasz pocieszenia, Ciebie tam nie było i liczysz, że napisze: nic nie straciłeś - uciekaj. Relacja może zachaczać często o wątki znane tylko autorowi i towarzyszom, więc bierzemy to w dwa wymiary: ja na festiwalu, bauns i zabawa oraz ja słuchający koncertów. Teraz na to patrzę, i wyszedł mi potężny kawał tekstu, który przypuszczalnie przeczyta osób tyle, że na palcach jednej ręki mógłbym wyliczyć, ale trudno.
Ponadto wyjaśniając na wstępie obecność słów Fuckingood, Kingdom itp.: Festiwal był tłem (czy odwrotnie) dla spotkania grupy Fuckingood Kingdom, czyli najfajniejszych, najładniejszych oraz najlepiej znających się na muzyce ludzi w caałym internecie. Jeśli spełniasz warunki, możesz starać się o przyjęcie do Królestwa, zapraszamy.

Skrobluj dziwko!!

Wymuszony rozkładem jazdy, wstałem o godzinie, o której zazwyczaj kładę się spać - 3:30. Czas rozpocząć podróż, po której chętnie zakrzyknąłbym iHATEtrains - 9 godzin w pociągu, w towarzystwie ludzi, którzy najprawdopodobniej wychowują dzieci bezstresowo, oraz nie mają pojęcia, że dla niektórych zapach i widok bułki z okropnym mięchem to nic sympatycznego. Trudno, swoje trzeba wycierpieć. W końcu stacja Mysłowice, podążam za tłumem ludzi, owczy pęd w strone Parku Słupna. Spotykam pierwszych towarzyszy, gra George Dorn Screams, chyba pierwszy debiutant. Sennie, spokojnie - pani wokalistka z grzywką godną młodego emo daje radę, skromnie nawiązując kontakt z publicznścią. Niestety, czasu starczyło tylko na dwa kawałki, udaliśmy się na pole namiotowe, w celu pozbycia się częsci bagażu.

Only music can save us

Tam też zapoznaliśmy się już z większością Fuckingood ekipy (najpiękniejsi bohaterowie: jacc, arek, konjo, konrad_vme oraz czik, dzięki któremu przegapiłem połowę Pink Freud;)). Prawie biegiem udaliśmy się na pierwszy koncert na dużej scenie - Blue Raincoat. To, że zdążyliśmy zawdzięczamy genialnemu skrótowi przez tory, który skracał drogę z pola do Słupnej gdzieś tak dwudziestokrotniekrotnie, brawa dla organizatorów. Cud, że nikt się tam nie zabił ;) Okazało się, że nie było wcale nam się tak śpieszyć. Blue Raincoat to jeden z największych rozczarowań line-upu, zagrali strasznie bezpłciowo i bez wyrazu. Kontakt wokalista - publiczność praktycznie nie istniał, równie dobrze można pooglądać koncertówki na kompie. Zagrali kilka nowych kawałków, które raczej nie zachwyciły. A szkoda, tegoroczne Everything Is a Piece of Something wyszło im całkiem dobrze (pomijając (nie)angielski wokalisty).

Punk Freud

Po Rejnkołtach od razu udaliśmy się pod scene leśną, gdzie wystąpić miał Pink Freud. Pan zapowiadający zespół przedstawił ich jako PUNK Freud, co trochę rozbawiło towarzystwo. Po chwili się zaczęło, bardzo efektownie, żeby nie powiedzieć efekciarsko. Duda na saksofonie, wystepujący nieostatni raz, dał popis. Mazolewski i reszta również - udanie, ostra jazzda. Później Lao Che, nie ma co opowiadać, że się podobało, bowiem to odejmuje 5 punktów od lansu ;) Fanów Dezertera, Manowara, Skrzatów (eloo) oraz ludzi w koszulce Cobaina zostawiliśmy pod sceną, sami udaliśmy się na piwo i jedzenie (bigos z nerką, nie skusiłem się, przez co później miałem trochę zołądkowe jazdy). Rozmowy o tym, czy nam dzisiejsze koncerty zeskrobluje do profili i tak dalej.

Ten bigos mówi!!

Tak nam zeszło kilka mało atrakcyjnych dla mnie koncertów. Pojawiliśmy się wreszcie na Ściance, która dała niezły pokaz. Zagrali z niezłym wykopem, eksperymentalnie i zawile. Niestety odbiór popsuła grupa ludzi, która przypuszczalnie rozkeciłaby pogo nawet przy Między Ciszą a Ciszą Turnaua. Widocznie nie zauważyli, że Dezerter zszedł ze sceny godzinę temu.
Poszedłem do jakiegoś budynku coś zjeść, czekając na zapiekankę, wpadł na mnie Artur Rojek wychodzący z kuchnii (WTF?!). Zaraz potem pojawił się mój gorący, spożywczy ratunek - tak więc, zawsze mogę przypuszczać, że zjadłem zapiekankę, którą robił dla mnie sam lider Myslovitz.

Drink My Kefir!

Prawdziwe piekło wywołali Dick4Dick. Nikt nie zrobił takiego show, taniec, szaleńczy bauns i striptiz. Fantastyczny spektakl, punkowy i ostry. Pod koniec taniec na rurze pod dachem sceny, absolutne szaleństwo członków (dicków) zespołu. Widać, że bawli się jak nikt wcześniej i później. Następnie wszystko trochę się zjebało, zaczęło padać. Ja byłem już kompletnie zniszczony, minęło 20 godzin od których jestem na nogach. Schowałem się pod sceną machiny, jedyną zadaszoną. Grał Phillipe Petit Dj set, a ja położyłem się na podłodze i prawie spałem. Muzyka strasznie psychodeliczna, trochę kakofoniczna, dobrze mi się przy tym leżało, ale w innych warunkach nie do przyjęcia ;)

And I'm... Justin Timberlake

Wróciłem do życia pod koniec Piano Magic. Instrumetnalnie pojechali ostro, aczkolwiek podkłady monotonne i z czasem nużące. Fakt, fanem nigdy nie byłem, więc niczego szczególnego nie zarejestrowałem. Pan frontman za to miał świetny kontakt z publicznością i poczucie humoru.
Na sam koniec gwiazda pierwszego dnia - Architecture In Helsinki. Mimo, że ledwo tam pod sceną kontaktowałem i stałem na nogach - świetna zabawa. Jedyna Pani w składzie rozwalała wszystkich swoją energią i przeuroczym głosem. Wszyscy biegali po scenie, wymieniając się instrumentami - bawli się lepiej niż większość przemoczonej i zmulonej publiczności. Było dużo z nowej płyty i ogólnie przekazywali tony ciepła w moją stronę.

TERROOOOOOOOOORRR!!!!

Podróż na pole, jeb do pustego namiotu. Taki urok wyjazdów. Namiot wygodny niczym PKS z podwójną ilością ludzi, nie mieliśmy nic do przykrycia, żadnego śpiworu ani innych luksusów. Dodatkowo budził mnie każdy przejeżdzający pociąg, czyli praktycznie w ogóle nie spałem. Ale to nic, bo właśnie zaczynał się drugi dzień festiwalu, absolutnie czarujący.

Oto nadciągają kumulusy, chyba rozumiesz co to znaczy...

Poranne rozmowy leżąc plackiem na materacu. Mysłowice, które wyglądały na miasto całkowicie wymarłe, prawie nikogo na ulicach oprócz festiwalowiczów. Liczenie kościołów, których jest SIEDEM. Stwierdziliśmy, że najprawdopodbniej wszyscy siedzą w kościołach jednak, skoro nie widać na ulicach. Bardzo ciekawy sam poszedłem na koncert Hatifnats. Jeden z najlepiej obiecujących się polskich zespołów. To był ich 6 koncert w karierze, i niestety - zdecydowanie było to widać. Charyzma zespołu na poziomie betoniarki (niepodłączonej do prądu), wokal choć źródłem mężczyzna - całkiem kobiecy. Nie podołali, choć słuchając wcześniej grali całkiem ładnie. Powrót na pole namiotowe.

Czeeeść, żałuj, że Ciebie nie ma - właśnie gra Modest Mouse

Wzięliśmy najnowszą płytkę Modest Mouse i poszliśmy do ogródka piwnego - włączyli. To był pierwszy koncert Modest Mouse w Polsce. Śpiewaliśmy, krzyczeliśmy, głośno gadaliśmy o geniuszu Brocka - ludzie jakoś się tak dziwnie na nas patrzeli. Ile musiałem przejechać kilometrów, żeby spotkać się z ludźmi, którzy kochają ten band tak samo jak ja. Kolektywnie, w czwórkę doznawaliśmy, przypominając sobie tekst Bankrupt On Selling i tym podobne historie. Absolutnie fantastyczne zjawisko, obiecaliśmy sobie powtórzyć w nocy i w przyszłości. W efekcie upici udaliśmy się na koncerty, pierwszy Tymon.

...SZATAAAAAN, SZAAAATAAN, OŁ JEEEEE

Z krzykiem, śpiewając Szatana Kur podeszliśmy pod samą scene. Wspólnie wykrzeczyliśmy jeszcze raz ten tekst, gdy pojawił się Tymon: zauważył nas, pokazał nam znak Sejtena i oznajmił: Spokojnie, piosenki Kur też będą. Najpierw grali piosenki z nowej płyty, co dla mnie raczej obojętne. Ale w końcu poszła Jesienna Deprecha i Szatan, ekstaza totalna. Gardło zdarte na maksa, wspaniała zabawa. Ciężko mi zachować obiektywność w tym wszystkim, bo PO PROSTU, mówiąc kolokwialnie - byłem najebany, nie bierzcie sobie do serca.

Bassisters Orchestra jest numer jeden

Bassister Orchestra. Skład nieziemski: Moretti, Mazolewski, Bunio, emade i oczywiście Fisz. Kompletnie odjechali, jazz i hip hop połączone złotą nitką. Podkłady z płyty BO, teksty Fisza. O ile studyjne Numer jeden mi się nie spodobało, to na żywo dali popis. Lepiej niż Pink Freud.
Scena leśna i koncert Cool Kids Of Death. Na początek grali nowe kawałki, z czasem się rozkręcając. Druga połowa koncertu - pierwsza płyta. Ogólnie łatwo było zauważyć, że lepsze wrażenia dawały koncerty na scenie leśnej, tej mniejszej. Lepszy kontakt z publicznością, mniej ludzi i mały dystans do sceny. Wracając do CKOD - stanąłem przy dwóch fankach, które wydawały z siebie dzwięki i tony, o których pojęcia nie miałem. Darły się niewyobrażalnie, te głośniki dawały mniej. Nieźle to nas nakręciło, i szaleliśmy ogromnie. Energia, mamy Butelki z Benzyną i Kamienie - aż ludzie na boki się odsuwali. Nie rozumiem, jak można przy tej muzyce po prostu STAĆ i się nie ruszać. Nie da rady.
Więc nie bój się deszczu, bo ja jestem deszczem...

...śpiewaliśmy, choć nie padało i wcale nic na to nie wskazywało. Pogodno dało świetny koncert, przynajmniej z perspektywy osób trochę pijanych. Pan frontman wykazał się świetnym dystansem do samego siebie (-ej no tak dobrze się bawicie? rzućcie chociaż kamieniem czy coś... - spierdalaaaaj! -o, już lepiej) i sprośnym humorem (a ja jestem Sinead O'Connor, to nieprawda, że jestem łysa, ale nie pokaże wam cipki). Co mi się bardzo podobało w ich występie to to, że nie promowali na siłe nowej płyty, nie zagrali z niej chyba nic, tylko dali ładny przekrój przez największe przeboje. Wyciągneli z publiki co tylko było do wyciągnięcia.
Po ogarnięciu się, powrót na Nosowską. Oczekiwałem wiele, i chyba się przeliczyłem. W sumie to show nie mógł z tego wyjść, dużo nowej płyty - wydawało się, że nikt nie zna, bo gdy poleciał jakiś stary utwór to nagle wszyscy się ożywili i zaczęli śpiewać. Jak dla mnie trochę zawód, bo byłem w zupełnym innym klimacie w tamtym momencie.

ILOVETRAINS, czyli: Z czego się cieszysz, i tak nie byłeś na najlepszym koncercie.

Tak, czas na to, na co czekałem najbardziej: iLiKETRAiNS. I to co przeżyłem pod sceną leśną, ciężko ująć w jakąkolwiek ramkę, naznaczyć prostymi słowami. Zespół z Anglii dał taki kosmiczny popis, że prawie padłem tam na ziemie zgnieciony tymi fantastycznymi gitarami, ścianami dźwięku. Wydawałem się przy tej muzyce taaki mały, powaliło mnie (i nie tylko mnie) totalnie na kolana. Grali nowe i stare numery, o dziwo nowe podobały mi się bardziej, ta ich debiutancka płyta musi wymieść, nie ma dicka. Dodatkowo fantastyczne wizualizacje w tle, drzewo z pętlami dla samobójców na każdej galęzi, próbujacy się ratować topielec. Ekspresja chłopaków, ubranych jednakowo w koszule z krawatami i czarnymi opskami na ramieniu przeogromna. W pewnym momencie zaczęli skakać po całej scenie, wić się z gitarami... szczęka mi opadła. Złapałem się za głowę, spojrzałem w bok - Arek zrobił to samo, konjo w innym świecie. Odpłynąłem. Kolejny koncert, Electrelane sobie odpuściłem, chciałem ten festiwal zakończyć właśnie tym występem. Wychodziliśmy z terenu Parku z rozdziabionymi gębami.

TERRRRRROOOOR!!!! ZAJĄĄĄĄĄĄĄĄĄC!!!

Kupiliśmy picie, i uroczyście zakończyliśmy festiwal przy ogródku piwnym. Okazało się, że prąd uciekł i słuchanie Modest Mouse nie wypali. Co robić, w końcu sami daliśmy koncert. W naszym repertuarze znajdowali się miedzy innymi: Kury, Pogodno, MM, Radiohead czy nawet Joy Division. Niesamowite, nie do zapomnienia. Krzyki na polu namiotowym: TERRRROOOR!!, inni odpowiadający tym samym lub zającem. Atmosfera niesamowita, w końcu pojawił się prąd i słuchaliśmy Pink Floydów. Tak to się powoli kończyło... rano droga na dworzec, pożegnalny terror i powrót do domu. Festiwal się zakończył, pozostały piękne wspomnienia. I jaram się, jak nastolatek będący pierwszy raz na koncercie, ale nie mogę inaczej. Bo było pięknie.

15 sierpnia 2007

Ledwie odpocząłem po poprzednim odpoczynku, a już wybywam na kolejny. Poprzednie dni, trochę wyrwane z kalendarza sponsoruje Football Manager i resztki pasji z dzieciństwa. Mysłowice i Off Festival czeka, tak więc wracam (mam nadzieje) na początku przyszłego tygodnia, już po tonie koncertów i zabawy za sobą. Jeśli ktoś się wybiera, i chce mi postawić piwo na Off'ie, to niech pisze - będę dostępny jeszcze do jutrzejszego wieczoru ;) elo.

11 sierpnia 2007

Jako, że do Off Festivalu został już niecały tydzień, a ja wybiore się do Mysłowic niechybnie, zacząłem przyswajać reszte z tego, czego z plakatu nie znam. Tak też perspektyw na inną muzykę niż przyszłą-mysłowicką nie ma - dlatego stworze mini przewodnik po zespołach, które na Offie się pojawią. Niezobowiązujaco, w luźnej formule i bez wyznaczonego szablonu, zaczynając:

iLiKETRAiNS
Z początku: fajna nazwa; teraz przeobraziło się chyba w główny muzyczny cel mojej podróży. Słucham w kółko (podobno) EPki Progress - Reform, która ze spokojem mogłaby robić za długogrający debiut. Tak długością, jak i tym bardziej jakością odpowiada ogólnie przyjętym normom, normom Unii Europejskiej i tak dalej. Post rockowy shoegaze z trupim, grobowym wręcz wokalem - mniam, niczym ghotujące się ziemniaki. Głos Dave'a Martina do złudzenia przypomina mi wokal z tego doom-metalowego (? whatever) Moonseplla. Na początku dziwnie to wszystko wygląda, z czasem poraża wyrafinowaniem i wykopem. Na żywo musi brzmieć niesamowicie, więc zacieram ręce z uśmiechem na ustach. Ha!
www | myspace | youtube 

Architecture in Helsinki
To za to zupełne przeciwieństwo wcześniej opisywanego zespołu, szał, kolory i popowy bałns. Nie ma co się dużo rozpisywać na temat tej ekipy, zainteresowanych odsyłam do mojej recenzji, gdzie co ważniejsze - zostało napisane. Ogólnie ciesze się, bo grany pewnie będzie materiał z najnowszej płyty, a tą znam najlepiej, i ma moc. Osiem osób na scenie musi dawać radę, nie ma szans.

Dick4Dick
No to czas na coś polskiego. Pod tą bezpruderyjną nazwą kryje się czwórka równie bezpruderyjnych chłopców (phi), którym jak widać na KAŻDYM kroku wszystko kojarzy się z jednym. LPRowi i bojownikom Młodzieży Wszechpolskiej już zostawmy, dlaczego akurat temu, męskiemu organowi oddają tyle uwagi i zainteresowania (a nie tak jak bóg przykazał...). No więc wulgarność, pornografia i parodia gości w każdym utworze tej gdańskiej formacji. Zostawiając już w spokoju podłużną treść, zajmijmy się formą ich muzyki. Jest to dance'owa elektronika, często zachaczająca o coś w stylu Kraftwerka i temu podobnych. Widoczna jest zabawa stylami i znamymi motywami - można bawić się w zgadywanie na czym wzorowany był dany utwór. Jeśli nie jesteś wrażliwy na punkcie swojego penisa, tudzież nie masz kompleksów z nim zwiazanych - przy tej muzyce można wspaniale się bawić. Enjoy.
www | myspace

09 sierpnia 2007

Napiszę szybko o tej pani i jej singlu, bo zaraz wszystkim zainteresowanym wygadam na gadu i będzie po ptokach (nieraz mam wrażenie, że tego bloga czyta pięć osób, w porywach do siedemiu).
Pooop, miałem ochotę posłuchać ostatnio. Niestety, u nas pop = kupa gówna. Nawet miałem sięgnąć po tą nową płytę Dody, Diamond Bitch, ale w końcu się powstrzymałem, po przesłuchaniu singla na Youtube stwierdziłem, że to może być najwyżej tandetna, cekinowa dziwka. A traffic bloga już się cieszył na taki nowy, naganiający bodziec. W Anglii to mają inaczej... (zaznaczyć jako myśl wyjściowa do kolejnego akapitu)
Kate Nash to brytyjka, niewiele starsza ode mnie, pochodząca z Londynu. Singer/Songwriter, choć śmiesznie to wygląda w zestawieniu z gatunkiem jaki prezentuje. Jej debiutancka płyta, Made of Bricks wyszła zaledwie kilka dni temu, a w ojczyźnie już podobno machina hype'u ruszyła wnosząc ją na szczyty. Wygląda na grzeczną i udanie stoi w opozycji do tych wszystkich sex-bomb, nie musi dbać o sprzedaż swoją dupą czy opowieściami o robionych lodach w latach młodości (tak jak jej, skądinąd koleżanka, Lily Allen).
Jak wiadomo, pop singlami stoi. Więc głównie na tym się skupie, ba, w końcu jeden z nich mnie do tej płyty przyciągnął. Foundations to, co tu dużo ukrywać i mówiąc kolokwialnie - zajebista piosenka. Pierwszy raz oglądam teledysk (który zamieszcze na dole recenzji, a Wy go obejrzycie) i nie wiem, na czym się skupić: na tej świetnej, wesołej melodii; tekście; ślicznej Kate czy na jej przeuroczym akcencie? You said I must eat so many lemons.. 'couse I am so bitter, kurde! Daje Wam góra dwa - trzy przesłuchania, a będziecie tak jak ja wychodzić z domu z tym cytrynowym cytatem na ustach i z tą melodią w głowie.
Drugi singiel to Mouthwash, ale to raczej mnie już nie porwało. Ba, wesoło i wpadająco w ucho, lecz ja wybrałbym coś innego. Drugim kompletnym highlightem tej płyty jest dla mnie Shit Song, nazwa conajmniej nieodpowiadająca zawartości (no, wyłącznie na polu tekstowym). Osobiście cały utwór czekam na kolejne powtórzenie refrenu ;)
Podsumowując, cały album godny. Jeśli chcecie świeżego powiewu dźwięków, wiosenno-letniego ze swoich głośników, sięgnijcie po tą płytkę. A tymczasem, obowiązkowo przesłuchajcie Foundations:

07 sierpnia 2007

W internecie pojawiła się nowa, bardzo ciekawa wyszukiwarka mp3, a raczej cały odtwarzacz we flashu. Pod tym adresem znajdziecie program (online) SeeqPod, który wyszuka dla Was utwory jakie chcecie, może układać je w playlisty i inne bajery ;) Wszystko to oczywiście bez żadnego ściągania. Piszę o tym, bo lepszego nie widziałem - na tym znalazłem na przykład 5 wersji Black Is The Color Of My True Love's Hair ;]

06 sierpnia 2007

Jak wygląda architektura w Helsinkach? Jakiś wyjątkowy, wyróżniający się styl, czy może zwyczajny, tak jak w większości w podobnych miastach? Mówić jednak o architerkturze nie będziemy, co najwyżej tańczyć, bowiem Achitecture in Helsinki to zespół pochodzący z Australii, czyli bądź co bądź, kraju trochę od Finlandii odległego. Więcej - paradoksalnie, muzykę jaką tworzą australijczycy ciężko by pogodzić z zimowym, mroźnym skandynawskim klimatem - bowiem jest to zupełnie przeciwny biegun: ciepły, naiwny, wesoły pop. I to z tak dużą dawką energii, że wystarczyłoby jej, by ogrzać oszroniałe z mrozu helsinskie budynki...
Oprócz nazwy, mają jeszcze w sobie kilka cech, które wyróżniają ich z tłumu... szczególnie to, że mówimy o NICH, czyli w liczbie mnogiej. Otóż ta liczba jest bardziej mnoga niż zazwyczaj: skład bandu liczy sobie aż ośmiu członków. Osiem temperamentów, osiem pomysłów na każdą piosenkę; to procentuje zwariowanymi kompozycjami. Debiut był znakomity, atakujący wszystkich w zasięgu słyszalności swoją czarującą, kolorową aurą. Drugi longplay sprawiający wrażenie niedopracowania nadal dawał radę, utrzymując ten wózek w pierwszej lidze. Konsekwentnie utrzymując dwuletni cykl wydań, dziś światło dzienne ujrzał trzeci krążek - Places Like This.
I tutaj możemy spojrzeć na całą sprawę z dwóch perspektyw:
Ktoś, dla kogo ta płyta będzie pierwszym zetknięciem z Architecture in Helsinki, czyta odtąd: Wow! Co za energia, co za rozbujane, kołyszące kompozycje.. Trudno o drugi tak dobry pop w tej indie-niezależnej szufladce. Ogrom dźwięków, instrumentów, tak jakby każdy cżłonek zespołu walczył o swoją sekundę na taśmie. Tutaj trąbka, zaraz jakiś wokal, elektronika, tutaj plumkająca wstawka. Ktoś, kto patrzy na muzykę z poziomu Modest Mouse szybko skojarzy Debbie z Fly Trapped In A Jar, jak dla mnie spore podobieństwo.
Ktoś, kto ma za sobą Fingers Crossed i In Case We Die odtąd: Panowie i Panie, a może by tak w końcu coś nowego? Ile można słuchać kolejnych piosenek wyraźnie pod debiut? Jakaś innowacja, krok do przodu, w bok, skos, cokolwiek. Można mieć wrażenie, że spadamy ciągłą pochyłą z tą formą, powoli, ale jednak.
Już niedługo zawitają do Polski na Off Festival.

05 sierpnia 2007

Notkę tą należy traktować z przymrużeniem oka, bardziej jako wspominki autora niż właściwą recenzję/tekst.

Może niektórzy z Was zastanawiali się, czy od zawsze słucham takiej muzyki jaką słucham. Odpowiedź brzmi: nie, z resztą kilka razy na blogu padło zdanie rozpoczynające się od "kiedy byłem norweskim metalem...". Tak całkiem serio, to norweskim metalem nigdy nie byłem - ba, Norwegie to tylko w Google Earth widziałem. Prawdą jednak jest, że miałem w życiu okres fascynacji różnymi złomiarskimi gatunkami muzycznymi (chociaż nigdy metalem nazwać się nie mogłem, czarny makijaż i naszywki z black-metalową Nirvaną na plecaku są mi obce) - ktoś mógłby to nazwać błedami młodości, ja jednak miło wspominam. Tym odchyłom zawdzięczam przekrój w głowie przez wiele nurtów, zaczynając od bm kończąc na afrykańskiej muzyce etnicznej.
Przejdźmy jednak do meritum. Wtedy czas liczyłem w następujący sposób - to co było przed poznaniem Sonaty Arcticy i po poznaniu. Taak, Sonata Arctica to było coś. Power metal. Wiecie co to jest? Napieprzanie gitarami z prędkością bolidu F1, tak, że nawet pustymi rękoma nie dało się nadąrzyć za rytmem. Do tego krzyczenie do mikrofonu, najczęściej o wróżkach, rycerzach i kulawych smokach z impotencją - taki typowy przykład - Rhapsody (nie odpowiadam za straty spowodowane oglądaniem tego... teledysku?). Ale! Sonata była inna! Oprócz typowych baśniowych napierdalanek znalazło się miejsce dla wspaniałych, ckliwych ballad, co było balsamem na serce takiego zatraconego, romantycznego młodzieńca jakim wtedy byłem. Dodatkowo teksty... ile ja samego siebie w nich widziałem. Shy, ona jest piękna ale i tak co z tego, bo... tralala. Wspaniale, to był pierwszy zespół, od którego rozpocząłem słuchanie wyczynowe, całą dyskografią, ślęcząc nad tekstami.
Z czasem to się skończyło, ja poszedłem dalej, zapomniałem o SA, otoczyłem się alternatywnym plumkaniem. Aż... gdzieś w rozpisce nadchodzących premier dostrzegłem olśniewające swym blaskiem: Sonata Arctica - Unia. Nowa płyta! Wspomnienia odżyły, zapuściłem znów to co najlepsze... posłuchajcie chociażby Tallulah. Piękne, prawda? Nie? No ej...
Unia okazała się bardzo przeciętna, za to stare nagrania działają na mnie nieziemsko, wywołując na twarzy uśmiech. Co z tego, że tak naprawdę to jest to straszliwe. :) Wspomnień czar.
A Wy macie podobne zespoły, dziedzictwa młodości?

04 sierpnia 2007

Wreszcie do tego rockowego padołka przyszedł ktoś świeży, przynosząc ze sobą coś ciekawego i w miarę oryginalnego. Kiss Kiss ma spore szanse na dołączenie do grona Grup_Powszechnie_Uważanych_Za_Dobre dzięki debiutanckiemu krążkowi Reality Vs. the Optimist. I pewnie będziemy tak czekać na potwierdzenie słuszności tej tezy, tak jak kiedyś czekaliśmy na drugi Bloc Party (i się przeliczyliśmy, ale to swoją drogą) czy Interpol. Przynajmniej mnie się wydaje, że na to zasługują. To tak w ramach skrótu - przejdźmy do właściwego punktu recenzji.
Kiss Kiss to grupa nowojorczyków, od kilku lat przecierających swoje muzyczne szlaki w collegu. I tak po kilku latach grania w garażach czy na studenckich imprezach, przyszedł czas na kontrakt, koncerty, sławe, zabawę... Co ich wyróżnia od setek innych zespołów ze stanu? Raz - talent, dwa - brzmienie, trzy - pomysł. W dzisiejszych monotonnych muzycznie czasach, wybijają się wręcz na szczyty oryginalności wciągnięciem w zestaw instrumentów np. elektrycznej wiolonczeli, która nadaje ich muzyce symfoniczne, orkierstralne brzmienie. Weźmy na przykład takie The Cats In Your House. Zaczyna się głośną partią pianina, wspomaganą przez gitary i wspomnianą wiolonczelę. Wszystko cichnie i zaczyna się wokal, teraz główną rolę odgrywa głos Joshuy Benasha. Standardowo zwrotka-refren-zwrotka, powoli buduje się instrumentalny mostek, by wrócić do punktu wyjścia. W końcu wszystko wybucha, pasaż dźwięków pianina, skrzypiec, wilonczeli. Naprawdę energetycznie dzieje się to wszystko bardzo energetycznie, nie raz aż do przesday. Bowiem co ma zrobić mój słuch z takim natłokiem dźwięków do odbioru? Na niczym nie mogę się skupić, bo wszędzie co chwilę pojawia się nowe źródło. Z czasem odkryłem przestrzeń każdego dźwięku, promień występowania - jest lepiej, zacząłem ogarniać to wszystko. Przyjemnie. Za każdym przesłuchaniem coraz lepiej.
Niech nie zwiedzie Was opisywane tutaj instrumentarium - możnaby pomyśleć, że to jakaś muzyka poważna ;) To jak najbardziej rock z mocnym wykopem, nieraz zdradzający popowe zamierzenie - utwory krótkie, rzadko przekraczające cztery minuty. A, jeśli już będziecie w posiadaniu tego albumu - zwróćcie uwage na Shits In Suits: nie przypomina Wam to jakiegoś utworu Bregovicia i Kayah? Bo mi do złudzenia, lecz nie pamiętam nazwy, charakterystyczna melodia ;)

03 sierpnia 2007

Już miałem się rozpisywać nad tym albumem, pisać jakie Tales & Dreams jest marzycielskie, spokojne, oniryczne... Ale nie, to wideo jakby do mnie mówiło: odsuń się gupcze, ja to zrobie lepiej! Ja już ich przekonam, że warto szukać tej jedynej płyty Kwoon, że warto posłuchać późno w nocy, gdy jesteśmy jedyną nieśpiącą duszą w promieniu kilku pomieszczeń. Tralala, więc... oglądajcie mnie!
Proszę (jedno z najlepszych wizualno-słuchowych wrażeń jakie odebrałem od dawna):

03 sierpnia 2007

Rock & Roll jeste wystarczająco prymitywny i nie ma w nim bredni - to znaczy mi o ten najlepszy rock & roll. Trafia do ciebie. To rytm. znajdujesz się w dżungli, a tam też mają ten rytm, on jest wszędzie. I to wszystko, po prostu. Zaczynasz wybijać rytm, a on przenika wszystkich. To do ciebie dociera, do mnie dotarło. W rock & rollu, tym dobrym, co kolwiek to 'dobry' miało znaczyć, najważniejsze, że jest prawdziwy. I to ten realizm do ciebie przemawia, czy tego chcesz, czy nie. Dostrzegasz w nim coś prawdziwego, jak w każdej prawdziwej sztuce. Rozumiesz? Prawdziwa sztuka zazwyczaj jest prosta, i jeżeli jest prosta, jest prawdziwa. Rock nie nie może być przeintelektualizowany - nie jest pojęciem. Jest krzesłem, a nie projektem krzesła.


Te słowa powiedział prawie 40 lat temu John Lennon. Niemal pół wieku później nadal możemy odnaleźć te wzorce w współczesnej muzyce. Dinosaur Jr. swoją najnowszą płytą daje świadectwo temu, że prostota w formie nadl w cenie. Beyond nie próbuje zaskakiwać nas bogatą oprawą, intelektualizmem - jest to 50 minut głośnej, hałaśliwej, mocno melodyjnej, rockowej muzyki. Goście z Dinosaur Jr. postawili sprawe jasno: idziemy najprostszą drogą po to, by zadowolić słuchaczy i dać im radość z muzyki. Słuchając tego powrotu (7 lat bez longplay'a, dużo więcej bez DOBREGO LP) nie można im odmówić sukcesu na tej płaszczyźnie.
Wyraźna, typowo piosenkowa struktura, zwrotka - refren - zwrotka, nie pozwala się na pogubienie, dodatkowo sporo tutaj ciekawych riffów autorstwa J. Mascis’a.
To jest krzesło, nie projekt krzesła, krzesła większego, wygodniejszego, krzesła ze skórzanym obiciem. To się liczy.

02 sierpnia 2007

Pochłonięty jeszcze resztkami nowohoryzontowego klimatu, wykorzystam go do opisania kulminacyjnego punktu mojej wyprawy - seansu Control. Choć nie znam się na kinie na tyle, żebym sam w swoich oczach wydawał się na tyle kompetentny, by recenzować film, to zrobie to mimo to - odnajduję się w muzyce Joy Division i tekstach Curtisa. Znam jego życie, próbuje zbliżyć się do jego postaci. Czytam Dom Lalek, książkę, z której wziął nazwę dla zespołu. Fartownie zdobyłem chyba jedyny egzemplarz jaki był w internecie, wstrząsająca. Jeśli prawdą jest, że miał zdolność do niesamowitej empatii, to nie dziwie się, że takie wrażenie na nim zrobiła.
Wracając do filmu - pierwsze wrażenia: czarno-biały, kapitalne ujęcia Manchesteru, dobrze uchwycona jego szarość, beznadziejność. Wszędzie ten podły kryzys. Sam Riley jako Ian - nawet podobny, niestety aktora z oczami podobnie umieszczonymi jak miał Curtis w całym wszechświecie nie znajdziecie.
Filmowy Curtis, tak jak prawdziwy odpowiednik jest skryty. Reżyser nie otwiera nam umysłu Iana, daje tylko wskazówki, co mogło się w nim dziać. Dystans został zachowany, widać wyraźną przepaść między nim a resztą zespołu. Tak jak był dla nich zagadką, jest dla nas - widzów. Co mogło się niektórym nie spodobać, rola innych członków Joy Division została mocno zbagatelizowana - wszystko kręci się wokół lidera.
Bardzo udane humorystyczne akcenty filmu. Świetnie oddana została charakterystyka brytyjskiej sceny tamtego okresu - np. po napadzie epilepsji, kolega z zespołu pociesza Iana: "Zawsze mogło być gorzej. Mogłeś zostać wokalistą The Fall." ;) czy Wilson podpisujący kontrakt własną krwią - zabawne, kapitalne sceny.
Największe wrażenie zrobiły na mnie fragmenty koncertów - nie ma muzyki puszczanej z taśmy, wszystko grają aktorzy, tak jak Riley śpiewa. O dziwo, radzą sobie bardzo dobrze, z odpowiednią energią i haryzmą. Riley widać, że przyłożył się do studiowania ruchów scenicznych Curtisa, wychodzi mu to całkiem zgrabnie (przewrotne określenie, tańcowi Iana daleko było do... zgrabności ;)) - jednak obłędu w oczach brakowało zdecydowanie. Co ciekawe, jeden występ Joy Division - ten - został dokładnie przeniesiony jeszcze raz na ekran, z takimi samymi ujęciami, gestami. Zdziwiłem się, bo wcześniej oglądałem ten występ dziesiątki razy - wspaniałe pole do porównań.
Co mogło się nie spodobać - to to, że głównym szkieletem fabularnym, na którym został oparty film był wątek miłosny. Relacje między artystą a kobietami - żoną i kochanką zostały mocno zakreślone, wypchnięte na pierwszy plan. Przez to, ci, którzy pójdą na film z marszu - nie znając prawdziwego Curtisa, mogą pomyśleć, że głównym motywem jego samobójstwa były właśnie kobiety.
Podsumowująć - spłycenie postaci Curtisa jest widoczne, i jest nie w porządku. Jednak na dłuższą metę było to nieuniknione, to film jednak bądź co bądź masowy, i takie uproszenia pewnie były konieczne. Przy tym cała biografia nie miała prawa zmieścić się w dwie godziny, przez co kilka ciekawych wątków uleciało. Całość jednak składa się na bardzo dobry film - dla fanów Joy Division takich jak ja to będzie coś wyjątkowego, przy koncertowych sekwencjach dosłownie przechodziły mi ciary po całym ciele. Dla pozostałych będzie to po prostu ciekawy film, o ciekawym człowieku. Nawet gdybył miał się tłuc do Wrocławia te pięć godzin tylko na ten seans, zrobiłbym to. Warto.

[Ps. Trochę to głupie, ale nie widzę innego sposobu (tak jak również nie widzę za bardzo szansy). Jeżeli jakimś cudem czyta to dziewczyna (lub ktoś kto ją zna), która 28 lipca była na senasie The Beatles, a na drugi dzień Control, siedziała chyba w ostatnim rzędzie kilka miejsc od wejścia z lewej z koleżanką, proszę, niech się ze mną skontaktuje. Brązowe włosy (ciemny blond? zawsze mam z tym problem :D) z nietypowym naszyjnikiem. Chociaż próbuje, nie? ;>]

02 sierpnia 2007

No to jestem z powrotem, po małej przerwie mam nadzieję, że nabrałem trochę siły i witalności słuchowej. ;) Tak też wracam do w miare regularnego umieszczania nowych notek, śmiało można wpadać na bloga częściej. Jak zapowiadałem - nowy szablon jest praktycznie gotowy, lecz nie wiadomo czy będzie w użyciu - Wy o tym zadecydujecie. Znajdziecie go TUTAJ, jeśli podoba Wam się bardziej niż obecny - napiszcie to w komentarzach. Jeżeli nie - też napiszcie ;) Oczywiście po zaimporotwaniu wyglądałby znacznie lepiej, ulepszyłbym go (to niebieskie pole zostałoby zapełnione).
Kolejnych przerw w działaniu bloga nie przwiduje, wyłączając wyjazd na Off Festival.