27 lipca 2007

Ja tu tylko chwilowo, przerwa w nadawaniu nadal aktualna, jeszcze przez jakiś czas. Notka bardziej informacyjna, czy mająca raczej na celu pochwalenie się ;> Bardzo możliwe, że w najbliższych dniach Muzykofilia przybierze nowy wygląd, choć jeszcze nie wszystko przesądzone. Nowy design oceni kilka osób i zobaczymy czy zostanie.
Wczoraj miałem urodziny, możecie składać spóźnione życzenia ;) Jutro jadę do Wrocławia, na sam finał festiwalu ery Nowe Horyzonty. Główny cel to seans Control, na który czekam już kaaawał czasu. Sprawdzimy jak radzi sobie filmowy odpowiednik Curtisa, i czy czasem mi tam nie profanują legendy. Jeżeli będziecie przypadkiem niedziele rano w kinie Capitol, to ten najgłupszy w koszulce Joy Division to będę ja.
Poza tym załapie się na:

  • Garażowe Dni (13:00)
  • Zestaw FABUŁY 4 (16:00)
  • Fay Grim (19:00)
  • The Beatles (22:00)


No to cześć blog.

22 lipca 2007

Wchodząc w panel Joggera dostrzegłem datę założenia bloga. Minęło pół roku, od kiedy pomysł zakwitł mi w głowie ;) Jako, że wyznaje zasadę, że notka organizacyjna co jakiś czas musi się pojawić, to jest odpowiedni czas. Jeśli macie jakieś uwagi, spostrzeżenia, skargi, groźby co do Muzykofilii - to jest to najlepszy moment, żeby o tym porozmawiać. Czy pasuje Wam wygląd, niezmieniany od marca, czy może czas na jakiś redesign? Zapraszam do pisania komentarzy, ja tymczasem nabiorę powietrza mam nadzieję na kolejne pół roku pisania, wiecie co to oznacza ;) Tydzień przerwy w nadawaniu, mniej lub więcej. W tym czasie obowiązkowo zapoznajcie się z ostatnio recenzowanym Alcestem. ;)

20 lipca 2007

Takie słowa wypowiedział znany, lubiany, uważany za autorytet artysta polski, Szymon Wydra. Dokładniej szło to dalej tak:

"Złodziej, czyli pirat muzyczny kradnie nie tylko utwory, ale również sens życia ludzi, którzy je tworzą. Morderca przystawia ci pistolet do skroni i pozbawia cię życia. Pirat muzyczny powoduje, że sam odbierasz sobie życie"


Pomijając to, że pseudotwórczości tego barana nawet długim kijem bym nie tknął, to te cytaty mogą być dobrym punktem wyjścia dla tej notki. Zachęcony komentarzami do poprzedniej recenzji, postanowiłem poruszyć ten, i tak nieuchronny temat - "piractwo". Od razu na wstępie przyznam - tak, ściągam muzykę z internetu, i to nie w małych ilościach. I wcale się tego nie wstydzę czy nie wypieram. Piratem siebie nigdy nie nazwę, bo pirat to ten, który sprzedaje cdeki na stadionie za 10 zł. Dlaczego?
Najzabawniejszy argument przeciwników empetrójek to "zabieranie chleba artystom". Dobre sobie. Od każdej płyty wykonawca dostaje procent, dla którego palców u jednej ręki jest zdecydowanie za dużo. Przykładowo Madonna, jedna z najlepiej zarabiających piosenkarek ma podobno coś około z 2,5% z każdej swojej płyty. Przenieście to teraz na warunki dużo bardziej prowincjonalne, wychodzi tyle co nic. Z resztą, przeczytajmy co na ten temat powiedział Kuba Wandachowicz (CKOD) w jednym z wywiadów:

Jak mówisz mi „utrzymywać się z wydawania płyt”, to jest dla mnie żart, ponieważ z płyt – absolutnie nie mamy żadnej kasy i jest to w ogóle jakaś pomyłka. Natomiast płytę traktujemy jako jakiś tam gadżet promocyjny, który pozwala ludziom zapoznać się z zespołem - znaczy w ogóle materiał, który jest na płycie, bo płyta dla mnie jako przedmiot mogłaby nie istnieć. Materiał, który jest na płycie, czyli ten zestaw 13, 14 kawałków, to jest pewna reklamówka zespołu i dzięki temu ludzie przychodzą na koncerty – i te koncerty, to jest faktycznie jakieś źródło utrzymania.


Tak, koncerty to prawdziwe źródło utrzymania polskich artystów. I na te chodzę, gdy tylko w okolicy pojawia się jakiś ciekawy zespół kupuję bilet, choćby mnie nawet jakoś wyjątkowo nie interesował. Staram się jakoś tę karmę wyrównać ;)
Internet to potężne medium, które pozwala rozwijać się w wielu dziedzinach. Mnie pozwala edukować się muzycznie, bo większość albumów których słucham, nawet gdybym chciał - nie mógłbym znaleźć w przeciętnym sklepie. Nadal się uczę, nie mam żadnych źródeł finansowych oprócz rodziców - a taki Wydra mi mówi, że ściągnięcie płytki zespołu, którego on nigdy nie słyszał, czyni mnie złodziejem. Prawda jest taka, że gdyby nie "piractwo" (fatalne określenie, ale coś nie kojarzę synonimu) to tego bloga by nie było, a ja zatrzymałbym się na poziomie Comy i System of a Down.

A jaki Wy macie stosunek do "piractwa"? Czy przez ten wpis straciłem jakiegoś Czytelnika? ;)

18 lipca 2007

Teraz uważajcie, bo takie recenzje nie będą się pojawiały często. Recenzje czegoś, co za kilka lat może być powszechnie uznawanym klasykiem, tak jak teraz uznajemy Loveless czy OK Computer. Po prostu czuje w kościach, bębenkach uszu, że będzie to coś wielkiego. Mam przyjemność przedstawić Wam album Alcest - Souvenirs d'un Autre Monde.
Jeżeli nie jesteś starożytnym black-metalowcem, to najprawdopodobniej nigdy nazwy tego jednoosobowego zespołu nie słyszałeś. Nic zresztą dziwnego; wpisuję w google frazę 'alcest', wyskakuje mi stronka hotelu, gdzie byłem sto lat temu, jako mały dzieciak na kolonii. Właściwie to dzięki temu przypomniałem sobie o tym krótkim epizodzie z mojego życia, zabawny zbieg okoliczności. Koleżanka, która stoi z francuskiego lepiej ode mnie (ja z francuskiego leżę) tłumaczy Souvenirs d'un autre monde jako 'Wspomnienia Jeden Drugiego Czysty', mam dziwne wrażenie, że to tłumaczenie nie jest do końca poprawne ;)
No to teraz garść faktów. Alcest niewątpliwie ma korzenie black-metalowe, jest to projekt Neige'a, gościa mocno cenionego na francuskiej scenie. Jeszcze wydany w 2005 roku mini-album Le Secret wtapia się w tą stylistykę. Nowy, właściwie to debiutancki album (jeśliby Le Secret uznać za EPkę) przynosi nieoczekiwaną zmianę. Bo bardzo niewiele jest tu takiego stereotypowego czarnego, mocnego metalu. Zamiast tego otrzymujemy największej klasy mieszankę tego z shoegazem, okraszonego fantastycznymi post-rockowymi strukturami. Głośne ściany dźwięku przebija tu delikatny (!), subtelny wokal, śpiewający po francusku. W Les Iris jest to kobieta, nie wiem czy we wszystkich utworach ta sama, ale jakie to ma znaczenie! Gdy włączasz tę płytę świat za plecami zanika, zostajesz sam na sam z dźwiękami tłocznie wychodzącymi z słuchawek. Fantastyczne, eteryczne zjawisko. Tak, ta płyta to zjawisko.
Gdy jesteśmy dziećmi, chcemy jak najszybciej dorosnąć. Z podziwem i zazdorścią patrzymy na rodziców, pragniemy się do nich upodobnić. Lecz gdy czas zrobi swoje, a dzieciństwo stanie się wspomnieniem, zaczynamy tęsknić za tym beztroskim okresem. Ile dalibyśmy, by znów stać się małymi dziećmi. O tym właśnie jest ta płyta. Muzyka z pogranicza szczęścia i rozpaczy, radości i nostalgii. Czy cieszyć się wspomnieniami, czy rozpaczać nad brakiem możliwości cofnięcia czasu?
Wspaniałe instrumentarium, bardzo ciężkie gitary wykorzystane w shoegezowym graniu sprawdziły się znakomicie, dając nową jakość. Nawet niedociągnięcia producenckie nie zniechęcają mnie do wychwalania tego dzieła ani trochę. Wielkich poznajemy również po tym, jak radzą sobie z dostarczaniem różnorodności w swoich dziełach. Tutaj nawet tego nie zabrakło, przykładowo, ostatni utwór - Tir Nan Og zaczyna się bębnami, później wchodzi spokojna gitara i rytmiczny głos, niemal etniczne brzmienie. Ładne, oryginalne, wieloczęściowe zakończenie (ponad sześć minut).
Jeżeli pragniesz chwilowego odpoczynku od dorosłego życia, koniecznie oddaj się temu albumowi. Porwie Cię w inny świat, dzięcięcych marzeń i niewinności. Ekspresja Alcest wybucha tutaj co chwilę, co aż ciężko mi to wszystko ogarnąć. Może to trochę niepoważne, że aż tak się ekscytuje, ale nie mam wyjścia - słucham Souvenirs d'un Autre Monde od początku lipca, i nadal działa na mnie tak samo.

Teoretycznie album wyjdzie dopiero 6 sierpnia, ale tu i ówdzie jest już dostępny. Posłuchać możecie na myspace, lecz to jedynie mały procent, który nie odda piękna całego krążka. Zdecydowanie namawiam do zamówienia go, czy poszukania u innych źródeł.

17 lipca 2007

Upalne noce, spać nie mogę. Otwieram szeroko okno, wychodzę na zewnątrz, kładę się na trawie. Słucham Alcest i Modest Mouse patrząc się w gwiazdy. Nieraz usypiam, nieraz nie. Gwiazdy, wbrew pozorom, z czasem stają się monotonne, męczące. Gdy tak kieruje wzrok ku górze, wydaje mi się, że jestem w najwyższym punkcie na Ziemi. Bo gdzie się ode mnie nie oddalić, tam okrągłość świata zrobi swoje, i nie będziesz już w najwyższym punkcie, tylko coraz niżej.
Czytam Bukowskiego. Gorący Diabeł, teraz Szmira. Opowieść o nieudacznym detektywie, niby nic wielkiego, ale pocieszna lektura. Śmieszy mnie jego styl:

"Straciłem wątek, zacząłem się gapić na jej nogi. Zawsze najważniejsze są dla mnie nogi. Były pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, kiedy się rodziłem. Wtedy starałem się wydostać. Od tego czasu ciągle pcham się w przeciwnym kierunku, ale wyniki mam raczej mizerne."

Skończyłem Buszującego w Zbożu. Trochę jestem podobny do Holdena w swojej prawiemizantropii i kilku dziwactwach. Czytam hurtowo o seryjnych zabójcach, strasznie ciekawi ludzie, z naciskiem na strasznie. Zawsze wykazywałem duże zainteresowanie chorobami psychicznymi, sam nie wiem dlaczego.

Wysokie temperatury mi nie służą, nie obrażajcie się na takie nadprogramowe wpisy, będę unikał. Dobranoc. ;)

14 lipca 2007

Elliott Smith - New Moon
24 utwory powstałe w latach '95 - '97, dotąd nigdzie nie publikowane. Nie ma sensu dalej cackać się z mitem Smitha, popatrzmy na sprawę racjonalnie. Nic nadzwyczajnego, trochę za duża rozpiętość materiału, przez co ciężko przebrnąć przez płytę na początku. Można było poucinać co nudniejsze, dać na jednym nośniku. Choć jak na kogoś, kto od czterech lat leży w grobie - całkiem niezły album. (bzydki kamil!)

Lynx and Ram - The System's On And It's Flashing Red
Trafiłem przypadkiem, chyba tylko przyciągnięty ładną okładką i nienajgorszą oceną w pewnym serwisie. Zdziwko, bardzo ciekawe! Jest to duet Carli Vierke i Juliana Fane'a, ona śpiewa (hmmm... krzyczy) - on jej przygrywa (hmm... puszcza bit... miksuje?). Głośna, krzykliwa, noise'owa muzyka - coś co można chyba określić ciągiem słów trash-punk-electro-freakout. Fajna sprawa na dobudzenie, szczególnie pani operuje ciekawym głosem. Powinno się wyjątkowo spodobać emo-stworom (chociaż polecam każdemu, kto lubi electropunk).
Myspace.

13 lipca 2007

The Cloud Room. Jeszcze pół roku temu nie znałem tej nazwy, ba, naszych rodaków znających ten band można by pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Aż tu nagle sztorm - wszędzie widzę tę nazwę. Wszędzie - fora, serwisy muzyczne, komunikatory. Nagle wszyscy zaczęli się interesować The Cloud Room. Jak się później okazało, to za sprawą reklamy Pepsi, gdzie wykorzystano ten utwór. Wtedy zgodnie, wszyscy równo zaczęli zachwycać się Hey Now Now, czy to indi turbolans pindi, różowe nastolatki, czy dresy. A ja na to: KE? Nie oglądam telewizji prawie wcale, możecie mi nie wierzyć, ale nigdy tej osławionej reklamy na oczy nie widziałem.
Sprawa trochę ucichła, z ciekawości zdecydowałem się w końcu po to sięgnąć. Włączam - pierwsze mamy uwielbione przez wszystkich Hey Now Now. Singielek, nie powiem - godny. Po chwili słuchania można sie zapętlić w melodii i chwilę ponucić 'Hey now now, we're goin' down down'. Dalej, dalej, dalej... Dwadzieścia minut później, wewnetrzny monolog:
-Eee... czego ja w ogóle słucham? Aaa, Cloud Room! Ci od reklamy, no tak.
Płyta się skończyła.
-Co to było? A, to Ci. Zapuszcze jeszcze raz, chyba coś zaspałem.
I tak dalej. Cloud Room przeszło przez mój odtwarzacz niezauważone. Można stracić świadomość i zastanawiać się, co się w ogóle włączyło. Takie to płytkie, nijakie, bezpłciowe, bez wyrazu. Bo czym oni niby się wyróżniają od setek innych amerykańskich, o zgrozo, 'alternatywnych' zespołów? Co mają do zaoferowania? Wzorowy dowód wypalenia się indie-rockowego nurtu zza oceanu, gdzie każda grupa bierze wiosła w ręce, naśladując The Smiths i innych dinozaurów z lat osiemdziesiątych. Na plus dwa highlighty: #1 i #3. Przy Blackout! na chwilę się budziłem.
Co to za czasy, gdy jedna reklama potrafi wynieść na szczyt tak strasznie przeciętny zespół.

12 lipca 2007

Ostatnio sporo na blogu o młodych songwriterach, nic dziwnego, jakoś przyjemnie mi się z taką spokojną muzyką obcuje. Do Tillmana i Silbermana dołącza właśnie Benoit Pioulard. Nie dajcie się zwieść francuskiemu pseudonimowi, tak naprawdę ten dwudziesto dwu latek pochodzi z Michigan, a nazywa się Thomas Meluch. Multinstrumentalista, bard, pisarz i fotograf. Dusza bardzo kreatywna, o wyraźnym, artystycznym zmyśle.
Précis to jego pierwszym wydany oficjalnie album. Wcześniej sam produkował swoje nagrania, do obiegu w kręgu przyjaciół i rodziny, nawet nie wiem czy można to jakoś zdobyć. Tak więc, udało mu się zdobyć kontrakt z wytwórnią, i na tym krążku zawarł swoją dotychczasową twórczość.
Meluch tym się różni od wspomnianych wcześniej Tillmana i Silbermana, że nie oszczędza w formie. Dźwięków jest dużo, a instrumentarium nie ogranicza się do jednej, akustycznej gitary. Budowane, nakładające się na siebie szarpnięcia gitar, elektroniki czy innych niezidentyfikowanych narzędzi tworzy wrażenie małych ścian dźwięków. Songwriter operujący shoegaze'owymi wynalzkami? A to ci dopiero! Wychodzi mu to bardzo dobrze, jest bogato, magicznie i ciekawie. Dodajmy do tego interesujący wokal, troche szepczący, czasami mało wyraźny, wręcz rozmyty... ślicznie. To jest wręcz songwriting eksperymentalny! Melodie wyrwane z kontekstu, niebanalne, przedstawiające nieznane nam do tej pory muzyczne pejzaże - aż dziw, że ten album ominął większość podsumowań roku 2006. Jedna z mocniejszych pozycji (lepsze określnie - ładniejszych).

Ps. Myspace.

10 lipca 2007
Od dziś na tego bloga można wchodzić również przez adres MUZYKOFILIA.COM


Mam nadzieję, że ułatwi to dostęp do Muzykofilii, i adres będzie można łatwiej zapamiętać. Oczywiście dotychczasowy adres również działa.
Zdecydowałem się na zakup domeny w firmie ovh.pl. Przekierowywanie działa, nie wiem tylko jak ustawić - adres się nie zmienia w czasie chodzenia po blogu. Nie znam się na tym, czy oprócz tego mogę jeszcze jakoś ciekawie zastosować domenę? Żeby np. linki przechodziły do postaci: muzykofilia.com/link_do_notki ?

10 lipca 2007

Rząd się rozpada, Rydzyk pluje, Kaczyński mówi, że deszcz pada. Koniec jest bliski, aż uśmiech sam się na twarzy maluje! Więc dziś luźno i mało muzycznie, z dwóch powodów. Pierwszy z nich, to nominowanie mnie przez Lanooz do zabawy blogowej, która polega na wyspowiadaniu się ze swoich pięciu nałogów. Sex, drugs & rock'n'roll...

Donnie Darko
Film... dla mnie coś więcej niż film. Pierwszy raz oglądałem go jakoś półtra roku temu, od tego czasu mam za sobą już około 10-15 seansów. Poza tym, pod to mogę podciągąć ogólnie kinomatografię. Lubię oglądać filmy, robię to często, omijam te najpopularniejsze, komercyjne produkcje. Za to praktycznie nie oglądam telewizji.

Kit Kat
Wunderbaton, baton nad batony, czekoladowy król. Niech się schowają Snicersy czy inne Marsy, smaku Kit Kata nic nie przebije. Jem średnio jednego dziennie. Szkoda, że w Polsce jest tak mało rodzajów - wiecie, że na świecie jest ich ponad 150?

Hoop Cola
Zostając przy artykułach spożywczych, żadne Pepsi czy Kolo-Cole, najlepszy jest ten produkt polski! Nawet teraz popijam.

Muzyka
To jest tak oczywiste, że aż nie mam siły pisać. :D

Internet
W internecie nie istnieje długo, bowiem tylko (?) trzy lata. Jednak to wystarczyło, żeby mocno z nim moje życie powiązać. Bez internetu jestem sparaliżowany - wiadomości, komunikacja ze znajomymi, wiedza, słowniki... wszystko to w 90% biorę z tego źródła. Za to nie korzystam praktycznie wcale z telefonu komórkowego, który uważam za kolejny, cywilizacyjny nałóg. Jest tu ktoś, kto nie posiada komórki? No.

Do zabawy wytypować nie bardzo mam kogo, Ci których znam, albo nie przepadają za takimi zabawami, albo już zostali wybrali przez kogoś innego. Ale niech będzie:

09 lipca 2007

Otworzyłem edytor tekstu, bezsilnym wzrokiem patrzę się w monitor. Cóż, rutynowa czynność, którą od pół roku skrupulatnie staram się wypełniać. Słucham, czytam teksty, a później o tym piszę. Lecz nie tym razem - jak to wszystko ogarnąć? Jak sprowadzić do poziomu zwykłych, płaskich, wirtualnych literek (które same w swojej nierealności są tak naprawdę ciągami równie nierealnych cyferek) te pięćdziesiąt minut, które przed chwilą minęły? Porażająca, niespełna godzina, która prawie przeniosła mnie w inny stan świadomości i rzuciła na kolana. Bo chyba tylko na takiej, metafizycznej płaszczyźnie, można mówić o Twilight as Played by the Twilight Singers.

Długo zastanawiałem się nad tym, w jakiej formie to ująć. Pisać tylko o tej płycie, czy może o całym dorobku The Twilight Singers? A może wcale nie pisać, zapomnieć? Cóż, chyba nie po to zakładałem tego bloga, jednak napiszę. Ale... ale. Z pewnością wielu z Was album ten doskonale zna, możliwe, że wielu uważa go za jeden ze swoich ulubionych. Wiem o tym, bo wcale to nie jest nowa pozycja (siedem lat na karku), a w Polsce zespół wcale na popularność nie musi narzekać. Jednak potraktuje to jako podziękowanie, rachunek sumienia, podsumowanie.

Greg Dulli, po rozpadzie dotychczasowego zespołu, Afghan Whigs, postanowił założyć własny projekt. Żeby nie być ostamotniony, zaprosił znajomych muzyków (m.in. Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby), a produkcją zajeli się Fila Brazilia. W sumie, do tego albumu ręki przyłożyło aż osiemnaście osób.

Cały ton Twilight, charakterystykę i klimat można odgadnąć już przy pierwszym Twilite Kid. Początkowe pianino, melancholijna melodia, i zapętlone instrumenty, cicha perkusja, bas, co jakiś czas mocniejsze szarpnięcie strun. I przede wszystkim, główny aktor dzisiejszej nocy, Dulli. Jego głos, trochę zachrypnięty, nieczysty - zniewala, zauracza. Nawet nie próbuje robić jakiś technicznych sztuczek, tu liczy się autentyzm, prawdziwość i przede wszystkim emocje. Zaczyna się opowieść o miłości, opuszczeniu, samotności, kobiecie.
Wszystko jest tutaj tak doskonale harmonijne, wszystko ze sobą współgra, każdy instrument i wokal ma swoje dokładnie wytyczone miejsce. Szczególnie słychać to w trzecim utworze, Clyde - refren podzielony na trzy głosy, idealnie współpracujące ze sobą, powalające ekspresją: "you're makin' me want it so / what i feel inside, i can't deny".
King Only, Greg z gitarą, nostalgiczna partia gitarowa, i wejście w wspaniały refren, jeden z żywszysch momentów na płycie - coraz wyższe śpiewnie wraz z damskimi chórkami w akompaniamencie sekcji dętej.
Verti-Mae to z kolei instrumentalny utwór, w którym pojawiają się powycinane, wypowiedziane przez nieznaną nam kobietę, zdania. Bez większego sensu, brzmią jak fragmenty rozmów telefonicznych czy taśm wideo. Do tego rozwinięta partia gitary, basu, monotonna perkusja i od czasu do czasu nawoływanie. Kobieta ta odeszła, żegnając się mało miłym "Goodbye, motherfucker" a te taśmy to wspomnienia, oraz jedyne co po niej pozostało.
Przechodzimy od razu do końca, Into The Street. Półsenna, rozemglona ballada, w tle płaczliwa gitara i smyczki. Duet Dullego z którymś z zaproszonych artystów, nie jestem w stanie rozpoznać z kim. Niesamowity, przestrzenny, rozpływający się utwór, płynnie przechodzący do finału, tytułowego Półmroku. Jest to chyba jedyny utwór na tej płycie, który nosi w sobie krztę jako takiego optymizmu. Dulli kończy to fantastyczne widowisko dając sobie i nam nadzieję, na to, że będzie lepiej. Everything's gonna be alright...

Co składa się na taki a nie inny odbiór przeze mnie tej płyty? Może to, że gdy czytam teksty Drullego przewijają mi się przed oczami sceny z mojego życia? Może dlatego, że jest to po prostu szczerze wzruszający album, który sprawa, że każdemu cisną się łzy do oczu? W końcu, jestem pewien, że każdy, kto kiedykolwiek kochał - nie będzie obojętny na zawartą tu muzykę.
Więcej nie zdołam, dobranoc. (czwarta nad ranem, o, widno się zrobiło)

09 lipca 2007

Właśnie skończyłem oglądać Cinema Paradiso, który wyemitowała Jedynka, i autentycznie się wzruszyłem, jak nigdy na filmie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że zdecydowanie najlepsze filmy kręcone są poza USA. Jedyne co ostatnio mnie zachwyca, to kino europejskie. Muzyka Morricone fantastyczna. Ktoś?

07 lipca 2007

Pierwszy utwór płyty jest niesamowicie obiecujący, fani krzyczą, dziewczyny piszczą, w krytykach budzi się nadzieja, że to coś na miarę debiutu... Haha! I tu Cię mamy, to wcale nie jest album na miarę debiutu, daliśmy na openera najfajniejszą rzecz, jaką stworzyliśmy przez te trzy lata, resztę zapchaliśmy odrzutami z poprzednich płyt i się ciesz. I weź się tu, kurwa, nie czuj oszukany.
Zacznijmy od tego, że Interpol wcale nie jest podobny do Joy Division. Nie mam pojęcia skąd to powszechne przekonanie, bo ja tam oprócz trochę curtisowo brzmiącego wokalu Banksa wyraźnych analogii nie widzę. Siłą i cechą rozpoznawczą JD był bas, prowadzący, wyniesiony na piedestał, surowy bas - tutaj gdzieś cichutki, schowany pośród gitar się nie wyróznia.
Hasło przewodnie recenzji: Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. W muzyce Interpolu przez te trzy lata posuchy wydawniczej nie zaszły pratycznie żadne zmiany. Nie ma co wyróżniać, nie ma co omawiać piosenek - to już po prostu wszystko było. Od 2002 roku była wśród młodych zespołów moda na jechanie pod Interpol, często ostre jechanie. Potępiałem to, ale teraz obserwujemy paradoks - Interpol chyba zaliczył jakieś rozdwojenie jaźni, i jeździ już sam pod siebie, zjadając własny ogon. Zero innowacji, otrzymaliśmy za trzy lata czekania album wypełniony po brzegi średniakami, z góra dwoma momentami (opener; Rest My Chemistry).
Nie ma sensu się dalej wyżywać, bez wątpienia jeden z największych zawodów tego roku. Bez odbioru.

06 lipca 2007

Ostatnimi czasy lubię bawić się w odkrywcę. Odkrywce muzyki, mało znanych zespołów, artystów, takich, którzy unikają kolorowych magazynów i wielkich studiów nagraniowych, a swój byt ograniczają do skromnej strony internetowej, profilu na myspace i małych wpisów na blogach muzycznych, takich jak ten. I tak jakoś wyszło, że na przykład zamiast słuchać nowego Interpola, zachwycam się jednoosobowym projektem Petera Silbermana - The Antlers. Ten chłopak (tylko dwadzieścia jeden lat!), mimo młodego wieku nagrał już pięć płyt, w tym dwie w ramach The Antlers. Zajmijmy się jednak jego nowym dzieckiem - In The Attic Of The Universe. Jest to właściwie bardziej EPka niż pełny album, pół godziny grania w stylu, który mieści się tak gdzieś między Sufjanem Stevensem a Jeffem Mangumem. Peter doskonale posługuje się gitarą akustyczną, pianinem czy nawet własnymi rękoma (rytm klaskany). Jednak największą jego zaletą i darem jest fantastyczny falset, który wykorzystuje wspaniale.
Co do samego albumu, nie sposób doczepić się do kwestii technicznych. Wyprodukowany jest naprawde mizernie, niedociągnięcia w brzmieniu są wyraźne, wrażliwy słuch to wyłapie i będzie narzekał. Ale na to można przymknąć oko, jeszcze przy okazji dodamy fajnie wyglądającą szufladkę lo-fi ;)
I najważniejsze! Album ten można ściągnąć całkowicie legalnie i za darmo ze strony artysty. Naprawdę warto, jeśli macie wątpliwości - posłuchajcie tutaj On The Roof, ewentualnie tego ostatniego utworu.
Całe EP dostępne tutaj.

05 lipca 2007

Jeżeli słuchaliście letniej kompilacji, to znacie przynajmniej jeden utwór The Teenagers. Numer ósmy na owej składance okupuje ich pierwszy singiel, Homecoming, który szczerze mówiąc mocno mi się spodobał - usłyszałem pierwszy raz tej nocy, kiedy układałem set, i od razu wylądował na playliście.
Zespół tworzy trójka francuzów, z 'funky hair' na głowach oraz bardzo rozrywkowym podejściem do życia, które toczy się dla nich wokół seksu, zabawy, muzyki, seksu i seksu. Z teledysków i tekstów można łatwo wyczuć ich słabość do lat siedemdziesiątych i mitycznej, wyciągniętej żywcem z kina postaci pospolitego, amerykańskiego nastolatka. Niewiele materiału nagrali, lecz widać w tym dużą wolę tworzenia i przede wszystkim zabawy z tego co robią. Typowi rude boys, z kudłatymi myślami, od których nieraz aż bije wulgarnością (Fuck Nicole), nie oszczędzają w słowach. To co wychodzi z pod ich rąk można nazwać pop trance rockiem, lecz sami określają się tak: "brzmimy jak Kraftwerk robiący ścieżkę dźwiękową do porno filmów" - czy nie wystarczające, by Was zainteresować? ;)
Poniżej teledysk do Homecoming, gdybyście chcieli więcej, macie myspace.

05 lipca 2007

Poznałeś fajny zespół na myspace, chciałbyś mieć ich piosenki na dysku, lecz nie ma możliwości ściągnięcia? Teraz to już nie problem, ten serwis oferuje możliwość downloadu wszystkich piosenek z myspace, nawet tych, które nie zostały przeznaczone do ściągania. Wystarczy wpisać login zespołu i ściągać ;) Bardzo przydatne narzędzie.

03 lipca 2007

Już miałem się zająć pisaniem o pewnych Nastolatkach, ale nie - nie mogę, Placebo wydało kompilację, o której dowiedziałem się dopiero teraz, a ma już trzy miesiące. I słucham z zaciekawieniem - wreszcie jakieś oficjalnie, płytowe scalenie tych ich wszystkich coverów; do tej pory okazja do posłuchania to jedynie bootlegi.

1. Running Up The Hill (Katie Bush)
Oryginał w wykonaniu Kate jakoś mnie nie zachwyca, ta trochę tandetna elektronika, plastik w dźwiękach. Molko zaśpiewał to wolniej, z większym dramatem w głosie i bardziej aktorsko. Spodobało mi się, jest ciemno, smutno, nostalgicznie - czyli wszystko, za co lubię Placebo (sic! ;)). No i fajne chórki żeńskie słychać w tle, początek na plus.

2. Where Is My Mind? (Pixies)
Ojej. Ojejku. OMG. Uwielbiam, ubóstwiam ten utwór - czy nie jest to najprawdziwszy wzór, geniusz formy singlowej? I wcale nie jestem z tych, którzy odrzucają wykonanie wszystkich oprócz Pixies. Powiem więcej, najlepsza wersja jaką słyszałem, została zagrana właśnie na koncercie Placebo, wraz z Black Francisem, do odsłuchania tutaj. Wersja na Covers jakoś mało mi odpowiada.

3. Bigmouth Strikes Again (The Smiths)
Hmm, coverowanie The Smiths, jeszcze z The Queen is Dead, odważnie, nie ma co. No i małe zaskoczenie, bo Placebo bardzo zgrabnie poradziło sobie z tym utworem - zagrali trochę mocniej i szybciej od Kowalskich. Właściwie to dopiero teraz, przy tej reinterpretacji obudziłem się, jaki to świetny kawałek. Widać, że The Smiths miało ogromny potencjał kompozycyjny, ale wokal Morrissey'a... to nie moja bajka, zdecydowanie.

4. Johnny And Mary (Robert Palmer)
5. 20th Century Boy (T-Rex)
6. The Ballad Of Melody Nelson (Serge Gainsbourg)

Kolejne trzy utwory to nic szczególnego, jechanie mocne po oryginałach, tego ostatniego nawet nie znam (kojarzy ktoś?).

7. Holocaust (Alex Chilton)
Wstyd przyznać, ale do tej pory myślałem, że Holocaust to utwór This Mortal Coil (zagrali to na debiutanckim It'll End in Tears). Ale wersję oryginalną chyba mało kto zna, bo nawet youtube odpowiada na zapytanie tylko jednym wynikiem. Mało odbiegające od pierwotnej wersji, nie ma co oceniać.

8. I Feel You (Depeche Mode)
Nieee, niee... piszczący wokal Molko, jak dla mnie nie do przyjęcia. Znając upór i fanatyzm niektórych fanów Depeche Mode, dziwie się, że nie ma żadnych doniesień o zabójstwie wokalisty Placebo... :D

9. Daddy Cool (Boney M)
Tutaj mnie zaskoczyli, nie widziałem żadnego bootlega z wykonaniem tej piosenki. Ogólnie to chyba raczej traktować to trzeba na płaszczyźnie średnio śmiesznego żartu ;)

10. Jackie (Sinead O'Connor)
Dobre zakończenie płyty.
Swoją drogą, ciekawe ilu fanów Bush/Pixies/The Smiths, a ilu zwykłych anyfanów Placebo rzuci się na mnie po tym wpisie. ;)
Płyta zdecydowanie na plus, coś świeżego po słabym Meds się przydało.

01 lipca 2007

Długo nad tym myślałem, czy jest sens coś takiego robić - zdecydowałem się. Stworzyłem dla Was kompilację 13 utworów, utrzymanych w klimatach wakacyjno - dance'owych, starałem się, żeby żadna sekunda tego miksu nie dawała wytchnienia tupajacym nogom. Elektroszał, smierć na parkiecie i tak dalej - wszystko to, czego najlepiej mi się słucha w skwarze lata. Soczyste dźwięki, headphonesex rzekłbym ;) Remiksy m.in. Justine, Daft Punk, Gold Chains. Na tapecie również Uffie (oooch ten głos!), Dragonette czy nowa Ellis-Bextor. Całą noc na to poswięciłem, i nawet dobrze się bawiłem tym selekcjonowaniem - możliwe, że będę co jakiś czas tworzył takie kompilacje, jeśli będzie na nie oczywiście popyt i zainteresowanie - jeśli tak, dajcie temu wyraz w komentarzach. Okładka fatalna, nie mam pojęcia o grafice, wybaczcie. Enjoy, poniżej tracklist i link do ściągnięcia paczki z całym Disco Freaky Fly - Summer`07 (sam nie wiem skąd ta nazwa ;))


1. !!! - Must Be The Moon
2. Justice (ft. Uffie) - The Party
3. Klaxons - Gravity's Rainbow (Kavinsky Remix)
4. Dragonette - I Get Around
5. Xiu Xiu - Hello From Eau Claire (Gold Chains Remix)
6. Spoon - The Ghost Of You Lingers
7. Justice - D.A.N.C.E
8. The Teenagers - Homecoming
9. Dragonette - Black Limousine
10. Psychocukier - Harry J.
11. Sophie Ellis-Bextor - Catch You
12. Daft Punk - One More Time (Aerodynamic Remix)
13. The Field - The Deal

Razem: 59:51
Plik: 91mb

Ściągnij Disco Freaky Fly Summer`07