30 czerwca 2007

Oto J. Tillman, człowiek z którego muzyką witałem pierwsze dni wakacji. Uwielbiam te nocne życie, kiedy chodzę spać z słuchawkami na uszach, gdy za oknem jest już jasno, a wstaje o 12 rano. Jestem z tych, którym noc dodaje siły, lepiej mi się myśli, gdy na zegarku widzę godzine jednocyfrową - więcej pomysłów itd. Do takich osób pewnie należy również J. Tillman, ale tego już mogę się jedynie domyślać.
Jego "kariera" rozgrywa się dosyć szybko - minęły dopiero dwa lata od podpisania kontraktu z wytwórnią KEEP Recordings, a ma już na koncie cztery długogrające albumy. Nie, nie jest w naszym kraju znany - najprawdopodobniej nigdy nie będze, i właśnie dlatego warto zatrzymać się nad jego muzyką trochę. Jest to typowy akustyczny, folkowy bard - bardzo przypominający w tym opisywanego kiedyś Ola Podrida (btw, ta płyta dla mnie okazała się hitem, do teraz słucham często i gęsto), jednak różniący się od niego nieco bardziej ascetyczną, surową formą. Tillman prawie szepcze do mikrofonu, jakby śpiewał nam do ucha. Wystarczy chwila, by padło niechybne porównianie - Nick Drake! Tak - to jest ten styl, może bardziej ubogo instrumentalnie, lecz wokalnie - na pewno. Minimalizm, oszczędność formy w twórczości Tillmana jest spora i nie ukrywana, jeśli ktoś oczekuje od tej muzyki fajerwerków to się zawiedzie. Kompozycje są powolne, cierpliwe, ktoś powie monotonne, ale to chyba dla tych, którzy nie wychylają ucha poza granicę rocka.

Ps. W pewnym utworze jest w refrenie dźwięk, który brzmi identycznie, co mój dzwonek do drzwi. Za każdym razem zrywam się z siedzenia.
Pss. Posłuchacie tutaj.

27 czerwca 2007

Na Marginesie, czyli to, co przeleciało swego czasu przez moje uszy, ale jakoś nie było okazji/weny do udokumentowania tego faktu na blogu ;)

Arctic Monkeys - Favourite Worst Nightmare
Jakoś tak się nawinęło dzisiaj na odtwarzacz, choć płytę mam już od premiery. Przemilczałem ją cierpliwie, bo zawsze mogłem rozpętać tu burze jak tą z Linkin Parkiem ;) Szczerze mówiąc, teraz nie odrzuciło mnie tak jak 2 (?) miesiące temu, choć i tak nie wytrzymałem do końca albumu. Singiel fatalny, a to ich granie zaczęło się robić nużące gdzieś w okolicach piątego utworu. I to coś niektórzy śmią porównywać do Beatlesów, parodia. Teddy Picker jak dla mnie jedynie się broni, jako płyta - do kosza.

Harmonium - Si on avait besoin d'une cinquième saison
Harmonium to skok w zupełnie inne rejony, tak stylistyczne jak i czasowe. Album ten powstawał w złotym okresie progresywnego rocka, w czasach Floydów i Kinga Crimsona, tyle, że po drugiej stronie kanału La Manche. Francuski progres Harmonium to muzyka, która pachnie kwiatami. Niesie ze sobą wizje łąki, sielanki - piękny, progresywny folk. Polecam, jeśli gdzieś złapiecie ten album.

VA - Warszawa. Tribute to Joy Division.
No, i w końcu znalazłem. Jak to na składankach bywa - ogromnie nierówno. Dużo by tu było pisania - kto jak się spisał, więc będę oszczędzał w słowach. To nie mogło wyjść dobrze i nie wyszło. Joy Division to tak skrajnie charakterystyczny zespół, że wszelkie reinterpretacje ich utworów zazwyczaj kończą się kompletną klapą. Na wyróżnienie jednak zdecydowanie zasługują chociażby Pustki, które odważyły się zaśpiewać po polsku - do tego pani na wokalu ma głos, którego nie można nie polubić. Drugie wyróżnienie - Jolanta Kossakowska - New Dawn Fades w wersji smyczkowej - miód! Niestety wokal pozostawia wiele do życzenia, ale za te skrzypce... Reszta albo średnio, albo słabo.

26 czerwca 2007

Dziś krótko i treściwie, wybaczcie ale dochowałem się dorodnej kontuzji ręki i jedyne co robie najlepiej to zwijam się i jęcze w różnych tonacjach. A zaraz do szpitala, więc szybko napiszę co mam do napisania.
Spoon od lat nagrywa nam nieznośnie równe, dobre albumy. Najnowsza płyta Łyżek z dziwnym tytułem jakoś nie przerywa tej dobrej passy, i zapewnia rozrywki na kilka godzin. Siła Spoon tkwi w melodii, piosenkach - nie jest to raczej band zbytnio eksperymentujący - znaleźli swoją drogę, swój patent na muzykę i intensywnie go wypełniają. Ga Ga Ga Ga Ga to mocna pozycja tego roku. Na szczególną uwagę zasługuje utwór numer dwa, The Ghost of You Lingers, z kapitalnymi klawiszami, trzeba posłuchać (singiel, singiel! to mógłby być jeden z singli '07). Łapcie:

24 czerwca 2007

Małpy Morskie dostałem od razu po premierze, i wtedy przesłuchałem kilka razy. Miałem o nich napisać, ale po prostu... zapomniałem o tej płycie. Jeden z najbardziej oczekiwanych polskich debiutów w gitarowym graniu, szumnie zapowidany, rekomendowany, a ja po kilku przesłuchaniach zwyczajnie o istnieniu tej płyty zapomniałem. Coś tu jest nie tak.
Nazywanie Małp Morskich debiutem jest jednak chyba sporym niedociągnięciem, bowiem zespół ma już za sobą dwa całkiem obszerne dema - jednak problemy z wytwórniami nie pozwoliły im wydać oficjalnie czyściutkiego, oryginalnego longplaya. Dopiero label Love Industry przyszedł Psychocukukrowi z pomocą.
Nie należę do grona tych osób, które zachłannie obserwowała każdy krok tego łódzkiego składu, a naprawdę zdarzają się takie ;> I mimo, że znam tylko jedno wcześniejsze demo, jakoś świeżością ten materiał mi nie pachnie, ale o tym później.
Album rozpoczyna się utworem Ametyst 104, i tu małe zaskoczenie - bo tak, znam to, ale bardziej z nazwy niż z dzwięków. Tutaj zedytowany jest pod elektornikę, teneczny kawałek - może elektropopowy. Przypomina trochę te bardziej ruchliwe momenty na nowej płycie Kobiet. Drugi, Harry J już przynosi ukojenie w postaci gitarowego jazgotu, piekielniego szybkiego tempa, mocnego energetycznego kopa. Chciałbym to usłyszeć na koncercie, niestety okazji nie było. Razem z kolejnym utworem - Mama - Druga Bateria przywołuje mi to na myśl twory Sonic Youth na wysokości Sister. Czyli całkiem całkiem, tres symphatique.
Asfendyklis następny, zastanawiam się skąd oni biorą te nazwy. Tutaj przychodzi małe uspokojenie, monotonny rytm z uwypuklonym mocno wokalem i bardzo, bardzo wkręcającym się refrenem „Ktoś podaje rękę Alanowi G / Czarek jedzie 4 nazwisko ma na B”. Usłyszysz raz i zostaje w głowie. Pod koniec mocne nawalanie wszystkich instrumentów i przejście do kolejnego utworu, utrzymanego w podobnej bardzo koncepcji - Częściowej Awarii Podstacji.
Dalej są Syreny, mocno wyróżniające się na tle całej płyty. Spokojne gitary, spokojna perkusja i wokal, na pół senny czy tam rozmarzony śpiewający po... francusku? Teraz czytam, że to śpiewanie w nieistniejącym języku, jednak jak dla mnie jak najbardziej po francusku ;) Fleur, żem plę i tym podobne. Z resztą, jak dla mnie każdy wyraz z odpowiednim akcentem i przedrostkiem la/le jest po francusku, o! Wracając do Syren, jest to najbardziej melancholijna i spokojna część albumu.
Dalej mamy odpowiednio: coś co możemy chyba nazwać dance - punkiem spod znaku wykrzykników i tym podobnych; oraz na końcu typowy utwór, niczym się nie wyróżniający Orbison.
Rzadko się zdarza, żebym omówił prawie każdy utwór w recenzji. Gdzie przyczyna, że przy Małpach Morskich tak się stało? Zdecydowanie - długość albumu, a raczej jego krótkość. Jedynie 31 minut, czyli krócej nawet od pierwszego dema! Tragedia, ledwo włączymy, a już musimy ustawiać odtwarzacz od początku - jest to chyba największy minus tego wydawnictwa. Bo jakim prawem te 9 utworów szybko nam się nie znudzić? Każdy wie, że Psychocukier ma w szufladach pochowane dużo, dużo więcej - dlaczego tego nie wyciągneli i nie udostępnili przy takiej okazji - nie wiem.
Poza tym, nie jest to do końca premierowy materiał. Ametyst 104, Harry J., Mama - Druga Bateria, Częściowa Awaria Podstacji - to wszystko już było na demach. Niektóre, tak jak Ametyst mocno po renowacji, a niektóre praktycznie w tej samej postaci wylądowały na tym krążku. Naprawdę spodziewałem się więcej.
Lekcje zostały odrobione, nic więcej. Psychocukier wydał chyba płytę po to, żeby dotychczasowy materiał mieć w ładnym pudełku z ładną okładką. Niektórym to wystarczy do zachwytów, niektórzy poczują spory niedosyt, tak jak ja.

22 czerwca 2007

Tak, tak - nareszcie nastał ten dzień, na który czekałem od 4 września 2006 roku, godziny 10:00 - wakacje! Jako wyznawca lata i niewolnik lenistwa, musiałem o tym napisać na blogu :) Nie wiem czy wpłynie to jakoś na Muzykofilię, ale raczej nie powinno - dużo wolnego czasu i spory nadmiar myśli w głowie. Wróciłem do domu i włączyłem Klaxons, może postaram się słuchać w te wakacje tylko wesołej muzyki; może zrobie coś pożytecznego, a może ten czas minie mi na spaniu między kolejnymi Chlej Party ;] Zobaczymy.
Ze spraw bieżących - poddałem się i założyłem sobie konto na Twitterze. Możecie mnie dodawać do znajomych, żebym się tam nie czuł samotny ;P

Ps(t). Tytuł notki to piosenka The Never z płyty Antarctica, btw świetnej, polecam.

20 czerwca 2007

Dragonette to półkanadayjski - półbrytyjski elektropopowy zespół, powstały gdzieś tam w roku 2005. Drzewo genealogiczne członków zespołu jest zawiłe i złożone, otóż człon grupy tworzy Martina Sorbara, kanadyjska songwiterka (ktoś kojarzy, The Cure for Bad Deeds?) i jej córka, Dan Kurtz. Ojciec Martiny i dziadek Dan za to jest wysoko postawionym w Kanadzie politykiem. Reszta składu to anglicy - Joel Stouffer i Will Stapleton.
Tyle z spraw personalnych Dragonette, zajmijmy się muzyką. Galore zawiera jedenaście mocno elektropopujących utwórów, gdzie plakietka pop nie została przyczepiona za darmo. Ten album został stworzony chyba jako ścieżka dźwiękowa dla gorących spacerów po plaży, zabaw tych spod znaku najbardziej upojonych, dyskotek, tanecznych nieprzespanych nocy. Otrzeźwia i budzi do życia lepiej niż Powerade i Redbull razem wzięci. Wystarczy posłuchać pierwszego singla - I Get Around (disign progilu majspejsa też może wiele powiedzieć :D), by się przekonać o magicznych, wprawiających w tańeczny ruch właściwościach tej płyty. I wyobraźcie sobie, że cały album jest utrzymany w równie dyskotekowym klimacie. Aj, bardzo bym chciał, żeby w radio leciał taki pop, może bym je od czasu do czasu włączył ;)

19 czerwca 2007

Za sprawą ostatniego podsumowania lat '90, dwa tygodnie pod względem nowych wydawnictw i nowych pozycji w mojej kolekcji zostałem całkowicie zablokowany. Dwa tygodnie nadrabiania zaległości ze starych lat zaskutkowało zasypem płyt do przesłuchania teraz, jakoś muszę sobie z tym radzić ;)
Wreszcie dostałem debiutancką płytkę kieleckiego zespołu Bruno Schulz, który wypłynął na fali modnego ostatnio w Polsce Indie-rockowego slognu. Coraz częściej mam wrażenie, że ta fala, a właściwie falka (falunia?) skończyła się, zanim tak naprawdę się rozpoczęła.
Słucham tego albumu, i rozdarty trochę jestem. Między mną - kimś, od kogo niektórzy oczekują merytorycznej, w miarę obiektywnej opinii, a mną - człowiekiem, który kocha muzykę. Bowiem to, co znajduje się na tej płycie nie ma prawa nikogo zaskoczyć. To wszystko już było, tu - tam, nieraz robione lepiej, raz gorzej - ale było. Czuć wpływy chociażby Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach (raczej z pierwszej płyty), Myslovitza czy innych Negatywów. W ciemno możemy obstawiać, skąd znamy np. motyw z refrenu Tańca Bałwochwalczego. Żadnych odkrywczych rozwiązań, ale! Sprawia przyjemność. Melodie są proste, chwytliwe, wszystko wypada bardzo piosenkowo i pozytywnie.
Druga sprawa - teksty. Nazywając się Bruno Schulz z góry nałożyli na siebie jakieś zobowiązanie - niestety, wywiązywanie się z tego średnio im wychodzi. Mam wrażenie, że autor tekstów na siłe chciał im dodać onirycznego charakteru, co nie wszędzie odniosło dobry skutek. Zresztą, sami możecie ocenić wchodząc tutaj.
Na wyróżnienie zasługują Elektrownie, z całkiem ciekawym tekstem, singlowe Więdną Kwiaty i mój faworyt - Dziewczyna z Bałut. Za tym banalnym tytułem kryje się nawet całkiem ruszająca akustyczna ballada, czyli to co lubię najbardziej ;)

Tutaj macie Myspace z kilkoma utworami do przesłuchania. Poza tym, jeśli wybieracie się na Opener`a, to ten zespół będzie inaugurował otwarcie tegoż na trzeciej, najmniejszej scenie. Warto się przyjrzeć.

17 czerwca 2007

1 przesłuchanie:
Która to już ich płyta? Tak, 6. Krótki rachunek sumienia - co znam? Hmmm, debiut, osławiony Elephant i Get Behind Me Satan, to z 2005. Z tej trójki jakoś najbardziej trawiłem to ostatnie, całkiem znośne granie. No i tam jest Passive Manipulation, Jack się zlitował i oddał Meg caałą piosenkę, którą wyśpiewała całkiem uroczo (niekoniecznie czysto). I to był taki jasny punkt na tym albumie, który pozwala mi zapamiętać go całkiem pozytywnie.
Elephant jednak w moich oczach to jedna z najbardziej przegadanych płyt ever, wywyższana przez prasę, która przypisywała jej boskie właściwości, sam nie wiem dlaczego.
RYM sugeruje, że jest to najbardziej równy wydawniczo zespół na świecie - sześć albumów, wszytkie w przedziale ocenowym 3.54 - 3.85, przy czym aż trzy mają takie same oceny, co baardzo rzadko się zdarza przy takich ilościach głosów.
My tu pisu, pisu, a już leci mi tu 4 kawałek, utrzymany w latynoskim klimacie Conquest. Agresywna przygrywka, taka typowo hiszpańska, corrida, OLE! i w ogóle. Oddycham z ulgą, wreszcie coś oryginalnego, co obudziło moje uszy, pozostające do tej pory chyba w uśpieniu.

2 przesłuchanie:
Nie wiem jak oni to sobie wyobrażali, że to przyjedzie. Na tej płycie praktycznie każda piosenka grana jest na jedno kopyto. Jack pokazywał chyba żonie w co ma stukać, a ona potulnie wykonywała. Sekcja perkusji wygląda tak, że wybijany jest jeden koński rytm - np. stuk-puk-stuk, i zapęlony przez cały utwór, co wygląda jak jakieś proste rockowe techno. No naprawdę, jeżeli wg. The White Stripes kluczem do sukcesu jest śpiewanie do bitego rytmu, wstawiając gdzie niegdzie bluesowe przerywniki, to ja podziękuje. Trzeciego przesłuchania nie będzie (albo czwartego, straciłem rachubę;)).

16 czerwca 2007

Z końcową piątką męczyłem się niemiłosiernie - dziś, kiedy miałem gotowe już prawie wszystkie opisy płyt, wyłączyli mi prąd. Musiałem pisać wszystko od początku, jak na złość padł też serwer Joggera, przez co kolejne opóźnienie.
Kto się nie zmieścił na liście? Na pewno wielu boli brak Loveless, no cóż - mnie to w ogóle nie rusza. Do pechowców należą na pewno Smashing Pumpkins - ich dwie płyty nie dostały się na listę, choć były blisko (Siamese Dream i Mellon Collie and the Infinite Sadness). Podobnie Nine Ichn Nails (The Downward Spiral) i Talk Talk z Laughing Stock. Nie byłem pewny czy dobrze zrobiłem, nazywając serię "Najlepsze płyty", czy nie są to bardziej "Moje ulubione płyty", jednak zostało tak jak jest. Lista, jak każda ma mocno subiektywny (często też sentymentalny) charakter.
Jeżeli któregoś z Waszych ulubieńców pominąłem lub nie doceniłem, możecie tu na mnie śmiało bluzgać, dyskutować i jak chcecie podawać swoje czołówki tych lat. :)


Miejsca od 25 do 16
Miejsca od 15 do 6
Miejsca od 5 do 1

16 czerwca 2007

5.

Placebo - Without You I'm Nothing
Tak wysokie miejsce dla tego albumu może niektórych zdziwić, sam przyznaję, że jakieś szczególne dzieło to to nie jest. Lecz mam do Without You I'm Nothing jak i całego Placebo całą tonę sentymentu. Jest to kawałek mojego życia, gdzie pojedyńcze utwory przywołują obrazy z preszłości. Na pewno macie też takie płyty, co się będę tłumaczył. Swoją drogą, za tamtych czasów ten zespół był naprawdę porządny - jeszcze bez tego indie-gotyckiego imidżu. ;>



4.

Modest Mouse - The Lonesome Crowded West
Z rozmów z rodzicielką, za czasów, gdy intensywnie dręczyłem rodzine Modest Mouse w ogromnych ilościach:
-Czego Ty słuchasz, co to za muzyka?
-Najlepsza.
-Ale przecież on nawet nie śpiewa, drze się (wymowna mina, leciało wtedy bodajże Alone Down There)
-Ale jak się drze...

To co różni Lonesome i The Moon & Antarctica to tylko koncept tej drugiej. To dlatego ona jest uważana za najlepszy album Modest Mouse. W takim układzie The Lonesome Crowded West jest 'tylko' zbiorem zajebistych, żywych, zabójczych, energicznych piosenek. 70 minut materiału, przy którym nie ma mowy o sekundzie nudy. Każdy utwór zasługuje na to, by o nim pisać wypracowania. Ah, i Bankrupt On Selling, chyba mój the best song Modestów.



3.

Neutral Milk Hotel - In the Aeroplane Over the Sea
Gdy ten blog, powiedzmy, dopiero powstawał, popełniłem recenzję tego albumu. Przeczytałem ją dzisiaj i przeraziłem się. Pomijając okropny styl, to chyba za wcześnie powiedziałem hop. Pisałem o nim, a nie poznałem go jeszcze wystarczająco - dopiero później poznałem kolejne zachwycające strony tej płyty. Szczególnie songwriterski fenomen Jeffa Manguma, który ruszył całe Elephant 8. Co ciekawe, udało mi się rozpowszechnić ten album wśród znajomych, którzy najczęściej średnio przychylnie spoglądali na moje muzyczne rekomendacje - In the Aeroplane Over the Sea przyjeli ze sporym entuzjazmem. Na koniec nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem komentarza Papaja spod tamtej recenzji: "NMH jest świetne, genialne i basta, a Communist Daughter to już całkowity orgazm i ‘sperma plami szczyty gór’. A tak właściwie to świetna płyta, naprawdę więcej takich. " ;>.



2.

Radiohead - OK Computer
No i tu pojawia się problem. Bo co napisać o albumie, o którym powiedziano już absolutnie wszystko? Analizowano od pojedyńczych wersów po okładkę? Sprawdzano zależność między barwą głosu Yorka w Exit Music a sytuacją traw na stepach Akermanu? Przez wielu uznawany za album wszech czasów. A ja spotykam ludzi, którzy uważają, że znają się na muzyce rozrywkowej, a na pytanie o Ok Computer odpowiadają "no... coś tam słyszałem". Phi.




1.

Sigur Rós - Ágætis Byrjun
No i oto zwycięzca. Kto pamięta zamieszczaną tu kiedyś recenzje tego albumu wie, jak ciężko mi o nim pisać. Ponieważ jest to ponad godzinny lot ponad chmurami, czysta magia. Więcej niż muzyka, to jest coś co ociera się o granicę percepcji. Strasznie ciężko ubrać to wszystko w słowa, tak marnie wyglądające na tle tych dźwięków. W stosunku do muzyki bardzo rzadko używam przymiotnika 'piękny'. Ten album jest przepiękny, na każdej płaszczyźnie.




15 czerwca 2007

15.

Nick Cave and The Bad Seeds - Let Love In
Za Cave'm nigdy jakoś szczególnie nie przepadałem. Dawno temu poznałem jego płytę The Good Son z 1990, i odrzuciła mnie od niego na dłuższy czas. Drugie podejście z Let Love In odniosło już zupełnie przeciwny skutek, i polubiłem bardzo. Nie chcąc jednak ryzykowania utraty tej sympatii, jakoś ignoruje jego kolejne płyty, wracając tylko do tej. Świetbe teksty, granie spokojne, lecz ciężkie (paradox?). No i miłość, miłość.



14.

Świetliki - O.Gród K.Oncentracyjny (Dwa Dni Później)
Marcin Świetlicki, to jeden z niewielu Polaków, o których z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest artystą. O.Gród K.Oncentracyjny to jego debiut w śpiewaniu/melorecytowaniu swoich wierszy. 23 utwory, a w każdym wyjątkowa muzyka, zmiany tempa, melodii, klimatu... no i najważniejsze - teksty. Liryka tego albumu to coś wyjątkowego, ciężko byłoby mi szukać w pamięci coś lepszego po Polsku. Całe zdania na stałe zapadły mi w pamięć, np. 'Dziś kupiłem dwa pory na kolację, niosłem je za plecami trzymając jak kwiaty.' Najlepsza polska płyta lat '90.

13.

Rowland S. Howard - Teenage Snuff Film
Podejrzewam, że Rowland S. Howard będzie tutaj najmniej znanym nazwiskiem na liście. Niesłusznie, bowiem występuje tutaj już drugi raz. Należał do Nick Cave and The Bad Seeds, gdy nagrywali Let Love In, później nagrał tę płytę. Też nie do końca sam, bowiem pomagali mu Mick Harvey, który wcześniej również miał etat w The Bad Seeds, oraz Brian Hooper. Siła tkwi tutaj głównie w tekstach (choolernie mroczna natura Howarda) i gitarach, przesterowanych, wibrujących... Szkoda, że na tym albumie się skończyło.

12.

Eels - Electro-Shock Blues
Była, byłaa recenzja.










11.

Pixies - Bossanova
Miałbym chyba spory problem z wyborem mojej ulubionej płyty Pixies. Wszyscy zawsze zgodnie wystawiają Doolittle na piedestał, mi chyba jednak bardziej podoba się Bossanova. Kolejne moje niezbyt popularne sądy ;)







10.

Radiohead - The Bends
Ta płyta to proglog, zapowiedź. Zapowiedź jednego z najlepszych rockowych zespołów wszech czasów. O ile Pablo Honey było obiecującym debiutem, to The Bends stało się schodami do sławy, geniuszu. To wtedy, w roku 1995 zaczeli się prawdziwi Radiogłowi.





9.

Porcupine Tree - Signify
Lata dziewięćdziesiąte dla rocka progresywnego to czas konsekwentnego staczania się, marnienia. Wszyscy wielcy albo właśnie pokończyli działalność, albo ngrywali kiszki, tylko wywołując wspomnienia o potędze tego gatunku w latach '70 i '80. O dobre imię art-rocka intensywnie wlaczył jednak pan Steven Wilson, i po części udało mu się zatrzeć ten gorzki posmak tamtej dekady. Signify, jak dla mnie to zbiór wszystkiego, co w Porcupine Tree najlepsze. Trochę ostrego grania, trochę spokoju i melancholii, trochę psychodeli. Jeśli ktoś ciągle dziwi się, po co ten szum w okół PT, to niech posłucha Signify.

8.

Burzum - Filosofem
Heh, no ta pozycja może wyglądać trochę śmiesznie w takim towarzystwie. Jak już gdzieś wspominałem, dawno temu byłem norweskim metalem. Z tamtego okresu zostało już mi chyba tylko uwielbienie dla tego albumu. Absolutnie nie zagłębiam się w to co zrobił Varg Vikernes, i jego chore ideologie, jednak szacunek za Filosofem mam. Zwykły odbiorca, po włączeniu tego krążka albo się skrzywi, albo odskoczy od głóśników, ja odkryłem w tej muzyce tytułową filozofię. Bo za tym potężnym, black-metalowym jazgotem kryje się tajemniczość, wrażliwość (sic!), transowość i przede wszystkim transcendentalność. Varg, gdy tworzył ten album był chyba na skrzyżowaniu black metal - ambient. Połączył oba style w idealny sposób. A, i co jest chyba małym paradoksem - gdy jestem mocno zdenerwowany (no dobra - wkurwiony), włączam Filosofem w słuchawkach, kłade się na łóżku, i przechodzi.

7.

Angelo Badalamenti - Soundtrack From Twin Peaks
Nie wiem na ile w tym przypadku oceniam samą muzykę, a na ile serial. O tym drugim mogę pisać wiele, o tym jaki ma genialny klimat, pomysł, atmosferę, jak jest zrealizowany... geniusz. Aż się nie chce patrzeć, jak wszyscy zachwycają się takim Lostem czy Prison Breakiem, a nie znają Miasteczka Twin Peaks. Najlepszy serial, z ścieżką dźwiękową dopasowaną idealnie. Ta muzyka jeszcze bardziej nadaje barw temu klimatowi, magii Twin Peaks. Polecam szczególnie, powiedzmy, że ten OST dostaje szczególne wyróżnienie ;)

6.

Modest Mouse - This Is a Long Drive for Someone With Nothing to Think About
Na potrzeby właśnie tego zestawienia, włączyłem sobie debiut Modest Mouse. Rok 1996, Isaac Brock daje pierwsze sygnały światu, że jest geniuszem. I jak włączyłem w okolicach godziny 18, tak teraz, gdy zaraz wybije północ - słucham nadal. I to jest całe Modest Mouse, że mogę słuchać na okrągło, czy to debiut, czy kompilacje, bootlegi. W latach '90 powstały dwie płyty MM - i obie są w tym podsumowaniu.


Finałowa piątka naturalnie jutro.

14 czerwca 2007

25.

Mike Oldfield - Tubular Bells II
Zelektronizowany rock symfoniczny, progresywna elektronika, rock progresywny, artrock, new age... blablabla, ile osób, tyle podpięć. Każdy skrawek Oldfielda urywany jest do innej szufladki, i to chyba jego główny atrybut - eklektyzm. Osobiście serię Tubular Bells poznawałem dawno temu, w sposób jak najmniej chronologiczny - najpierw dwójka, później trójka i na końcu debiut Mike'a, pierwsza część TB. Jak to przeważnie bywa, największy sentyment pozostał mi do części, którą poznawałem najwcześniej, czyli tego albumu. Ciepłe plumkanie jest tu przerywane całkowicie odjechanymi kawałkami - posłuchajcie chociażby Altered State.

24.

Kent - Hagnesta Hill Pisałem o tej płycie całkiem niedawno, chyba nic nie muszę dodawać, odsyłam do recenzji.












23.

Afghan Whigs - Gentelmen
Afghan Whigs tak samo jak The Twilight Singers, drugi projekt Grega Dulli (ten sam, pod zmienioną nazwą?) jest dla mnie zespołem momentów. Z całych płyt uwielbiałem kilka pojedyńczych piosenek, reszty płyty nie trawiłem. I to była reguła potwierdzająca się w Black Love, Twilight Singers czy Blackberry Belle. Wyjątek stanowi ten właśnie album, który cały pochłaniam z przyjemnością. Jednak jak zwykle mam tu swojego faworyta - I Keep Coming Back, coś absolutnie wspaniałego.


22.

Nirvana - Nevermind
Gamxx mówi:
heh
nie słuchałem Nirvany z dwa lata

Redbull mówi:
i jak wrażenia?

Gamxx mówi:
hmmmm, bardziej wspomnienia niż wrażenia

Chyba każdy, kto interesuje się muzyką gitarową, musi prędzej czy później trafić na tą płytę, i przeżyć chociażby najkrótszy okres fascynacji Nirvaną. Po prostu tak jest.


21.

Pink Floyd - The Division Bell
Płyta ta przez fanów Pink Floyd zawsze była traktowana trochę po macoszemu. Po odejściu Rogera Watersa "już nic nie było takie same", powstało bardzo przeciętne A Momentary Lapse of Reason. Wielu skazywało Division Bell z góry na porażkę, moim zdaniem mocno niesłusznie. Album powstawał jak nigdy w niewzburzonej harmonii, współpracy między wszystkimi członkami - co odbiło się na poziomie bardzo pozytywnie. Spokojne, stonowane melodie, pasaże mocno wyrysowanych instrumentów klawiszowych i długie, lecz nienarwane solówki Gilmoura - coś wspaniałego. Album ten przynosi mi również jeden z moich ulubionych utworów Floydów - High Hopes. Wspaniałe zakończenie kariery jednego z najlepszych zespołów wszechczasów.




20.

Godspeed You! Black Emperor - F#A#∞ [1995-1997]
"Wszystkie budynki zapadły się
Matki ściskają swoje dzieci podnosząc się z gruzu
i wyrywają sobie włosy z głowy
Horyzont wyglądał pięknie w ogniu
Powykręcany metal piętrzył się ku górze
Wszystko było skąpane w rzadkiej pomarańczowej mgiełce"







19.

Jeff Buckley - Grace
"Był czystą kroplą w ocenie hałasu". Miał 31 lat gdy zmarł, udał się tam, gdzie czekał na niego ojciec. Pozostawił po sobie tylko jeden album - Grace. Jedna z większych strat dla muzyki tamtego okresu. Debiut, a już niemalże songwiterskie mistrzostwo. Grace wypełniona jest piosenkami o miłości, smutku, wierze. Hellelujah kojarzy chyba więcej osób właśnie z nim, niż z prawdziwym twórcą - Leonardem Cohenem.





18.

Belle and Sebastian - If You're Feeling Sinister
If You're Feeling Sinister już chyba na zawsze zostanie wizytówką i klasykiem tego szkockiego zespołu. 10 akustycznych, spokojnych utworów, utrzymanych w klimacie indie-popowym. Właściwie to z niczym mi się nie kojarzy, żadnych większych wspomnień - lecz kiedyś śniła mi się pewna melodia, nawet słowa. Pół dnia chodziłem, miałem to w głowie i nie dawało mi za nic spokoju. Przekopałem pół kolekcji, aż w końcu trafiłem! To był The Fox in the Snow :)


17.

Myslovitz - Miłość w Czasach Popkultury
Jakby to śmiesznie, czy głupio nie zabrzmiało - jest to płyta mojej generacji. Nie ma chyba takiej osoby, która przeżywała młodość w latach dziwięćdziesiątych, a nie zna tej płyty. Długość Dźwięku Samotności, czy tego chcemy czy nie - wyrosła już na coś w rodzaju hymnu, rozpoznawalnego już z pierwszego dźwięku. Nic lepszego wcześniej ani później nie nagrali, mówcie co chcecie.
[nie mogę patrzeć na tę okładkę]




16.

Low - I Could Live in Hope
Slowcorowy klasyk, tak jak w przypadku Kent, wystarczyć powinna recenzja.










Miejsca 15-10 jutro, mniej więcej o tej samej godzinie.

13 czerwca 2007

Znalazłem fajne narzędzie, które może wykorzystać każdy, kto posiada konto na last.fm. LastGraph generuje do naszego profilu plik .pdf z graficznym zaprezentowaniem zespołów, których słuchaliśmy na przestrzeni jakiegoś okresu. Genialny plugin dla wzrokowców, i dla tych, którzy lubią powspominać swoje muzyczne odkrycia.
Żeby wygenerować swój wykres, trzeba:

  • Wejść tutaj
  • Wpisać swój username na last.fm, Create new graph; wybrać datę od i do kiedy brać dane
  • Poczekać około pięciu minut, wtedy otworzy nam się strona ze ściaganiem plików
  • Najlepiej ściągnąć wersję .pdf i otworzyć np. w Adobe Reader

Enjoy.
Wróciłem i zabieram się z powrotem za bloga. Jutro najlepsze płyty lat '90, a raczej ich część ;>

10 czerwca 2007

Wybywam na mini-urlop, więc przez najbliższe dni mnie tu zabraknie. Nie narozrabiajcie tu za mocno pod moją nieobecność :> Wracam w środę lub czwartek, i od razu zaczynam serię notek rankingowych najlepszych płyt lat '90. Chyba jest na co czekać, tak myślę.
Do przeczytania, adios, sajonara... :)


Ach, bym zapomniał!
Od słuchania muzyki można stać się homoseksualistą. Uważajcie na siebie, tutaj macie nazwy podejrzanych zespołów.

08 czerwca 2007

Już tylko miesiąc dzieli nas od wydania czwartej płyty UNKLE - War Stories. Zapoznałem się z Epką Night's Temper, która zawiera cztery utwory z tej płyty - mój apetyt mocno się zaostrzył. Widać zmianę w stylu, który poszedł mocno w stronę rocka, rezygnując częściowo z mocno elektronicznego brzmienia - najlepiej widać to w pierwszym utworze, całkowicie instrumentalnym Chemistry. Cała epka jest mocno osadzonym materiałem, wiele obiecującym. Jest na co czekać.
Ogólnie należe do tych nietypowych odbiorców UNKLE, bowiem Never, Never Land stawiam wyżej niż Psyence Fiction. Zobaczymy jak będzie tym razem.

[teraz i tak najważniejsza część notki, tak tak - na to czekałem! ]
Mój ulubiony teledysk, który pokazuje wszystkim, gdy tylko nadaży się okazja (co by tłumaczyło trochę tę notkę ;>). Jeśli jeszcze nie znacie - oglądać do końca koniecznie.
UNKLE - Rabbit in your Headlights

05 czerwca 2007

Miesiąc temu napisałem (pseudo)recenzje nowej płyty Linkin Park, a raczej coś na wzór prowokacji. Napisałem wtedy, że skrytykowanie jakiegoś popularnego zespołu (niekoniecznie dobrego) zawsze kończy się wzrostem ruchu na blogu. Tym razem to co się działo, zaskoczyło nawet mnie. Do tej pory fani i niefani Linkin Park spłodzili tam już setkę komentarzy.
Czytałem średnio kilka powiadomień dziennie, mężnie to znosiłem i chyba się opłacało. W efekcie mam znakomity przekrój przez wszystkie trollowe zachowania fanów swojego zespołu. Do Linkin Park mam stosunek mocno olewający, znaczy wyśmiwanie się z tego bandu znudziło mi się sto lat temu, gdy byłem nordyckim metalem z Norwegii. Fani jednak najeżdżają na ten wpis z zamiarami bojowymi - likwidują wszystkich niesprzymierzeńców, czyli każdego, kto nie uwielbia ich zespołu. Nieważne jak bardzo merytoryczna byłaby krytyka ich nowej płyty (KyK nawet na początku próbował), mają to gdzieś i idą w zaparte.
Jeśli ktoś orientuje się w serwisie RateYourMusic - tam występuje również ciekawe zjawisko. Wystarczy dać tam jakiejkolwiek płycie Porcupine Tree ocene niższą niż 3 - atakują nas fani owego zespołu na privie. Dlaczego, jakim prawem, itd. - jakbym musiał się im tłumaczyć. Robią to regularnie, do KAŻDEGO kto wstawi niesatysfakcjonującą ich ocenę. Dodatkowo zakładają sobie dodatkowe konta, by oceniać maksymalnie tylko płyty PT. Nie trzeba chyba mówić, że mocno zabija to przyjemność z obcowania z tym serwisem i jego wiarygodność.
Skąd się biorą tacy fanatycy? Co im to daje? Nie wiem.
Aa, i na koniec deser. Niejaka Nadiya89 we wspomnianym wcześniej wpisie wywołuje taki oto argument na obronę LP:

tak bo zeby kogos krytykowac to trzeba osiagnac choc tyle co ta osoba badz grupa a nie zazdrosnie krytykowac.

Czy nie jest to najbardziej kretyński argument we wszechświecie? :))

04 czerwca 2007

Dzisiaj padał deszcz, gęsty, intensywny, głośny. Wyszedłem z domu sam, z słuchawkami na uszach, na ulicach brak żywej duszy. Słuchałem Pornography The Cure, i doznałem olśnienia. Ta płyta idealnie wpasowuje się w taką aurę - w odgłos kropel, w ponure, nostalgiczne ulice, wilgotne powietrze. Ta płyta ma niesamowitą atmosferę, porównywalną chyba jedynie do tej z Closera. Te dźwięki można by kroić nożem. Najprawdziwszy Cure for optimism.
Uwielbiam deszcz. Gdy wszyscy się przed nim chowają w domach, ja wychodzę na zewnątrz i się bawię. Powodem podobno jest to, że mam deszczowe, bagienne usposobienie.
[I urodę też chyba bagienną, ale to pomińmy milczeniem]
Tak więc z dzisiejszym dniem Pornography oficjalnie trafia do moich albumów sto jeden na sto. A podobno tego słuchali starożytni emowcy, prawda to?

No i czas chyba zadać sobie jedno, ale to zajebiście ważne pytanie:
Pornography czy Disintegration?

04 czerwca 2007

Od ostatniego czasu, gdy chwaliłem się keywordami minęło sporo czasu, a i trafiło się kilka perełek. Czyli czego ludzie szukają na tym blogu, enjoy ;)

Czytaj dalej...

02 czerwca 2007

[Rolę wstępu do notki przejmuje wyżej zamieszczona grafika, i jednocześnie okładka omawianego albumu. Powiększenie zawdzięczamy mojej opinii, jakoby była jedna z lepszych okładek in the universe]

Brand New, jak przystało na porządny, amerykański band zaczynali w piwnicy. Tam chyba tak jest, że muzykalni nastolatkowie chodzą kanałami, czy jakimiś podkopami. Spotykają się tam przypadkiem, w małych grupkach wychodzą na powierzchnie do jakiejś piwnicy czy garażu i zaczynają grać.
Ich korzenie sięgają do nowojorskiej sceny hardcore, na szczęście zeszli na dobrą drogę. Dorobek to trzy płyty długogrające, gdzie zajmę się ostatnią, wydaną rok temu The Devil and God Are Raging Inside Me.
Chyba trochę niedoceniony to zespół, a raczej płyta. Na darmo szukać wzmianki o niej w polskich serwisach, o recenzji nie ma nawet co marzyć. A jest to materiał nielichy. Główną jego siłą jest eklektyzm stylistyczny, a raczej połączenie różnych stylów w sposób znakomity, całkowicie się niegryzący. Złoty środek, panie. Tak samo odnajdą się tutaj emo-ludki, tak samo gadatliwi fani Linkin Park, tak samo środowiska indie. Wszystko jest tu idealnie wyważone. Znajdziemy tu chwytliwe melodie, ostre riffy, niekiedy nawet ściany dzwięku (Welcome to Bangok, czek dis ałt!), krzyk, emocje... Coś dla niepewnych obranego kierunku ;) Lub po prostu lubiących dobre, ostre (zaznaczam) granie.
Posłuchacie ich tutaj.