Postanowiłem zostać wielkim basistą. Odkurzyłem starą, wysłużoną Jolanę Diamant i coś tam próbuję. Możliwe, że będę tutaj zapisywał swoje postępy z obługą tego instrumentu, zaczynam od teraz, a więc narazie:
nic nie umiem
[jeżeli znacie jakieś fajne strony, czy macie książki na zbyciu...]
O płycie tej dowiedziałem się bardzo późno, bo tylko miesiąc przed premierą. To chyba dobrze, oszczędziłem sobie kilka tygodni niecierpliwości. Po miesiącu krążek ujrzał światło dzienne, a wszyscy zaczęli go wychwalać, szczególnie - Nosowska. Rzadko się zdarza, by artysta sam o swojej płycie wypowidał się tak dobrze, Kasia przy każdym wywiadzie ekscytuje się Unisexbleus bardzo. Przy pewnym pytaniu, obawia się, że jest sama w tej swojej euforii - nie trzeba, przynajmniej jednego zwolennika już ma.
To był dobry pretekst do przypomnienia sobie wcześniejszych muzycznych dzieci Nosowskiej. Muszę od razu się przyznać do dużej, nieskrywanej sympatii do niej. Znam wszystkie albumy Heya, łączy mnie z nimi niebywały sentyment, i cenie sobie bardzo - choć to chyba odważne wyznanie, znając niektórych czytelników. Uwielbiam tę dekadencje i kobiecość w jej głosie i tekstach. Urzeka(ło) mnie to ogromnie, i stawia ją w jednej linii z Świetlickim, w moich oczach jej męskim odpowiednikiem. Wspaniałe artystyczne małżeństwo by to było, nie uważacie? Przy okazji, Nosowska kiedyś mocno przyłożyła ręki do jednej z płyt Świetlików - Złych Misi. Duet Kasia-Marcin jest naprawdę świetny, polecam posłuchać.
O solowych dokonaniach już nie mam tak dużo do powiedzenia. Znam tylko Sushi, które nomen-omen nie przypadły mi do gustu. Zimne, ultra-elektroniczne kreacje Nosowskiej były dla mnie kompletnie nietrafione. Całkowicie do niej nie pasujące, bo co to ma być - ciepła, romantyczna Pani w jakimś technicznym, syntezatorskim trzaskaniu, zgroza. Od premiery Sushi minęło aż siedem lat, więc powtórki z rozrywki raczej nie powinienem się obawiać.
Podstawowym ruchem, i punktem wyjścia do oceniania zmian, jest wymiana producenta płyty. Dotychczasowy opiekun solówek Nosowskiej - Andrzej Smolik został zastąpiony Marcinem Macukiem z Pogodno. Zmianę widać na pierwszy rzut ucha - pozbyto się wszechbędącej elektroniki, zastępując ją żywymi instrumentami. Oczywiście jest - lecz w bardziej skondensowanej formie, mniej i delikatniej. Za to dużo tutaj chociażby gitary akustycznej. Nie znaczy to równocześnie, że artystka poszła w stronę nostalgiczego smęcenia - wręcz przeciwnie. Singlowy Era Retuszera, czy chociażby Poli Dno przesuwa nas na siedząco. Mocno popowy materiał, wpadający w ucho, drapieżny.
Przyjrzyjmy się na przykład drugiemu utworowi - Grand Prix. Z zasady nie lubię piosenek z takim końskim rytmem: klask-trzask-blabla, jednak to mantrowane w refrenie "gotujmy, gotujmy się" chodzi za mną jak cholera. I tak jest z większośćią płyty, żeby zobrazować jej nośność, piosenkowość: gdy wychodzę z domu bez odtwarzacza, natychmiast w głowie pojawia się albo wspomniane "gotujmy, gotujmy się", główny motyw z Metempsycho czy refren z openera. No i tak chodzę i nucę, bez przerwy.
I jeśli nawet to nie przekona jakiegoś smutasa, to jest na tym albumie utwór, który musi w sobie rozkochać każdego, albo przynajmniej wywołać na twarzy uśmiech. W Metempsycho Kasia śpiewa, a raczej melorycytuje tekst głosem dziecka. Bez żadnych syntezatorów, naturalnie - przeurocze to jest, naprawdę.
Typowej, nosowskiej melancholii również nie brakuje, chociażby warto zwrócić uwagę na utwór tytułowy, w którym usłyszeć możemy również zaproszonego Stanisława Sojke. Coraz dłuższy się ten tekst robi, wypadałoby zamykać. O czym tu jeszcze? No tak, jeden z najważniejszych aspektów płyty - teksty. Warstwa liryczna Unisexblues jest fantastyczna - czyli Kaśka... wyrabia normę. Wszystkie teksty, oprócz Karatetyki i My Faith Is Stronger Then The Hills, są jej autorstwa. Cieżko przytoczyć jakiś dłuższy fragment, każdy liryk ociera się o poezję (?).
"A kiedy zaniknie, jak mięsień zanika
Korzonek, którym w pozór tak wrosłam
I znaki rozpoznam iluzji - szczególne, to
Runę w szaleństwo, w stuporze zastygnę
Gdy wyda się, że wydaje się to wszystko..."
Absolutnie polecam, Kasia pokazała kto tu rządzi. Najlepsza polska wokalistka wydała najlepszą polską płytę roku. Przynajmniej na razie nikt jej do szyji nie dosięga.
...czyli co potrafią nasze uszy. Koniecznie załóż na głowę słuchawki, zamknij oczy i włącz to.
Tak, nie byłbym sobą, gdybym się nie podzielił. ;)
- Zabawnie to wygląda, bo albo mi się wydaje, albo na joggerze powstaje ostatnio sporo blogów o tematyce muzycznej. Jak przez rok mojej obecności tutaj, takie akcje praktycznie nigdy nie miały miejsca, to teraz jakiś wysyp. Conajmniej jeden tygodniowo ;) Whatever, powodzenia.
- Z takim pytaniem do Was wychodzę. Znacie jakieś dobre radio internetowe, grające muzykę alternatywną (no.. coś takiego, jak 70% prezentowanej tu na Muzykofilii)? Wchodzę na jakieś, rozpieprzone na pół ekranu "niezależne" czy "alternatywne", a w playliście widzę Habakuk i Iron Maiden. Słabo się robi.
1. Wejdzcie na myspace Clann Zu
2. Odpalcie trzeci numer - One Bedroom Apartment
3. Słuchajcie, odpływajcie - zachwycajcie się! Przegenialny utwór, choć w wersji płytowej jest trochę inny, może nawet lepszy.
Tylko na tyle mnie dzisiaj stać, straszliwie wrażliwy i delikatny jestem na kacu. Właśnie, czego można słuchać na kacu, taka woda dla uszu? ;-)
...czyli something like Mogwai.
Co w tym gatunku jest takiego, że jednak post-rock polubiłem? Z ogona, nagle wskoczył w czołówke najczęściej męczonych przeze mnie gatunków.
Jest to muzyka bardzo działająca na wyobraźnie, to przede wszystkim. Brak wokalu zmusza nas do wymyślania historii do utworów samodzielnie, nikt nam nie podpowiada, nie sprowadza na właściwy tor interpretacji albumu. Każdy może stwarzyć własną fabułę, koncept. Zamykamy oczy i widzimy niebo lub piekło, wiatr, huragany albo spokojne morze, ocean. Granic nie ma, jeśli nasza wyobraźnia nie ma granic. Jest to chyba największy plus, ta cała obrazowość post-rocka jest absolutnie wspaniała. Połóż się na łóżku w nocy, z tym w słuchawkach - i lataj. Uniwersalność, i to piękno.
Eklektyzm instrumentalny, stylowy.
Zawsze zastanawiałem się, jak artyści wymyślają nazwy do tych piosenek. W nagraniu nie pojawia się żadne słowo, do niczego nie można się odnieść - co wtedy zrobić? Daje to spore pole do popisu, tak też mogą powstać takie cudaki jak Paris Hilton Sex Tapes, omawianego kilka dni temu Maybeshewill.
To wszystko można znaleźć w debiucie pięcioosobowego bandu z Seattle - Joy Wants Eternity. You Who Pretend to Sleep to ich pierwsze nagranie, od razu powiedzmy - udane. Skomponowane z rozmachem, typową dla nurtu patetycznością. Płytkę wypełnia w większej połowie ciągłe, intensywne eksperymenty ze ścianami dźwięku. Atakują nas z każdej strony, że pff - można poczuć się otoczonym.
Całość daje nam kolejnego, fajnego, choć wtórego kuzyna Mogwai i Godspeed You! Black Emperor. Bo mimo, że dobrze, to chce się czasem powiedzieć "to już byyyyyło". I to jest chyba największa bolączka dzisiejszego post-rocka - jest jak Murzyni - wszyscy podobni.
Siedzę jak zawsze w tym dniu, o tej godzinie na technologii informacyjnej. Przeważnie są to godziny wypełnione cierpieniem i potężną nudą (ewentualnie odsypianiem). Dziś pomaga mi przeżyć pewien amerykański zespół i jego profil myspace. O Manchester Orchestra z wiadomych przyczyn jeszcze wiele się nie dowiedziałem, lecz całą płytkę I'm Like a Virgin Lost Child można legalnie posłuchać w sieci. Bardzo sympatyczne. Jeżeli jesteś w podobnej co ja sytuacji - Posłuchaj ;>
Są takie zespoły, które prawdopodobnie podobają się tylko mnie. Na polskiej scenie mam dwa dobitne takie przypadki, dziś napiszę o pierwszym z nich.
"Tylko mnie" jest oczywiście przesadzone, i specjalnie przekolorowane. Podobają się na pewno większej rzeszy ludzi, ale na pewno nie z mojego kręgu czy środowiska z którym mogę się kojarzyć - no wiecie, alternatywa-indie-snob-antyanty. Dla niektórych mogą to być nawet pagórki obciachu.
-Lubię Ocean.
-Co z Tobą, stary??
Jest to wrocławski skład, na koncie trzy płyty i masa, masa koncertów - podobno jedna z najczęściej koncertujących grup w Polsce. Sami określają swoją muzykę jako, po prostu - alternatywną, sam dodam, że trochę noise'owy to rock, czasami popowy. Zadebiutowali w 2002 roku z albumem 12, później odpowiednio Depresyjne Piosenki O Niczym - 2004 i Niecierpliwy Dostaje Mniej dwa lata później. Debiut słyszałem tylko raz, pozostałe wydawnictwa znam lepiej - widoczny jest mocny progres umiejętności. 12 to raczej nieporozumienie, Depresyjne Piosenki O Niczym (też sobie wymyślili ten tytuł, takie nadstawienie policzka krytykom) mają mocne przebłyski przeplatane z nudą. I właściwie tutaj pojawia się problem. Bo podoba mi się to bardzo, lecz gdybym miał się bawić w obiektywne rozpatrywanie tego - to raczej nienajlepiej. Kompozycyjnie leży, mocno jedntostajnie, monotonnie. Gitary, mimo, że rozbujane - nieraz głośno pomagające wiązać je z noisem, powielają schematy i same siebie zjadają.
Lecz coś mnie przy tych dźwiękach trzyma, nie pozwala skrytykować. Może to niejawny sentyment, w końcu poznawałem ten zespół w czasie życiowych wzlotów, kojarzy się tak - och, ach. Podświadomie przywołuje projekcje przeszłości i tamtego... szczęścia. Nieważne.
Tekstowo nie jest najgorzej, nie bawią się w jakieś patetyczne, grafomańskie pieprzenie. Choć też można znaleźć kwiatki, przy których chce się zapytać WTF? Wybaaaczam.
Kamień z serca. Tak całkiem serio, to zespół został w moim mniemaniu trochę skrzywdzony przez całą indie-alternatywną brać. Wprowadza mnie w dziwne stany, są niedoceniani. (tym ślicznym rymem kończę i idę spać. dobranoc.)
Post-rock elektroniczny? Post-elektronika? Post... Czym jest Maybeshewill, trudno powiedzieć.
Skład, mając dwóch ojców-założycieli - Johna Helpsa i Robina Southby, powstał w 2005 roku. Licząc sobie rok, nagrali w Field Records czterowutworową Epkę Japanese Spy Transcript. Kilka miesięcy później zostali zaproszeni przez label XTAL, czyli ten sam, gdzie nagrywali np. Yndi Halda. Tam spłodzili rozwiniętą, dłuższą epkę, sygnując ją Japanese Version. Właśnie ona wydobywa się z moich głośników.
Szkoda, że to tylko Extended Play, dużo im nie brakowało, żeby móc nazwać ten materiał długogrającym albumem. A tak stoją w miejscu, a ja nie wiem jakie mają plany, zapowiedzi żadnej nie ma - no co jest.
Ale wracając do zawartości albumu. Jest to coś na kształt romansu elektroniki z post rockiem, takie piękne dziecko. Chociaż, może nawet nie - nie elektroniki, elektryczności. Spójrzcie na okładkę. Muzyka nabiera tutaj często napięciowego charakteru, klimat wisi w okolicach linii wysokiego napięcia. Nieraz nasze uszy odbierają coś, co przypomina przepływ prądu. Ciekawy pomysł, ciekawie wkomponowane w rockowe, rozbujane zagrywki.
Dla ciekawych, rozeznanych w post-rockowym światku podpowiem - ostro podchodzące pod 65 Days of Static, lecz z własnym pomysłem; coś jak Yndi Halda pozbawieni smyczków, którzy wzamian dostaliby elektronikę.
Polecam, posłuchać możecie tutaj (omijajcie raczej pierwszy utwór, jakiś śmiechowy remiks).
„Jesli moge wyrazac swoje mysli, moge to robic jedynie przez muzyke. Niech wiec sie tak stanie. Ta plyta wszyscy, którzy ja tworzylismy chcemy glosno dac wyraz naszego niezadowolenia z braku zdrowego dystansu do odmiennosci, z zasciankowej mentalnosci i dziwnego poczucia moralnosci, która odrzuca milosc, ale pozwala potepiac i przesladowac drugiego czlowieka.”.
Music For Boys And Gays to składanka dla gejów, skompletowana przez Kayah, naszą wielką nadwiślańską gwiazdę. Ogólnie to już teraz jest to dla mnie faworyt na żenadę roku w polskiej fonografii, być może wyprzedzający debiut Hariasena. Nie wiem co prezentowała sobą Kayah wcześniej, ale dla mnie jest całkowicie spalona (właściwie to kojarze ją tylko z jednej płyty Republiki, anyone? :>). Tak beznadziejnego kłiku marketingowego już dawno nie widziałem. Nie żebym zabierał stanowsko co do homo, ale jak mają być traktowani na równi ze wszystkimi, skoro wyróżnia się ich odmienność przy każdej okazji? Składanka dla gejów, po to, żeby nie było żadnych podziałów. Więc dlaczego nikt nie robi składanek dla łysych lubiących brunetki, albo piegowatych impotentów?
Co w środku? Kylie Minogue, Moloko, Suede, Antony And The Johnsons, The Knife oraz Madonna. Reszta żenadna, albo nie kojarzę. Ciekawy jestem kryteriów, jakie były przyjmowane co do doboru artystów, bo...
KYLIE WCALE MI NA GEJA NIE WYGLĄDA!
Wielkiemu muzykowi nie wypada żyć dłużej, niż 27 lat. Jimi Hendrix i Janis Joplin zmarli w wieku 27 lat, jedno po drugim w odstępie kilkudziesięciu dni. Morrison kilka lat później - 27. Kurt Cobain gdy się zastrzelił, brakowało mu trzech lat do trzydziestki. Dlaczego więc Ian Curtis zrobił to tak wcześnie? 24 lata... Dzisiaj mija dokładnie 27 rocznica śmierci lidera Joy Division, a wokół tej ikony w ostatnich dniach zrobiło się, paradoksalnie - żywiej.
Wczoraj festiwal w Cannes zaingurował seans filmu Control. Jest to adaptacja książki wdowy po muzyku, Deborah Curtis - "Przejmujący z oddali" - tym samym biograficzny zarys Iana. "To nie jest film o zespole Joy Divison, ale portret Iana Curtisa" - mówi Anton Corbijn, reżyser debiutujący w tej roli. Obraz jest czarno biały - co ma za zadanie uwypuklić klimat panujący wokół zespołu, brudny i szary Manchester. Film pojawia się na wielkich festiwalach, gdzie oglądają go dupki w garniturach, a ja nie mogę. Tak więc oprócz wstępnego opisu więcej powiedzieć nie mogę, choćbym chciał. Liczmy na to, że nie będzie to chałka całkowita, panu C coś się jednak należy.
Polacy też dadzą coś od siebie, w tę okrągłą rocznice. Warszawski Tribute to Joy Division dzisiaj pojawił się na półkach sklepowych. Oczywiście nie pojawił się na półkach sklepowych w moim pseudo-mieście, więc o tym też zbyt wiele powiedzieć nie mogę. A ciekawość co do tego produktu mnie zżera dosłownie, gdy w końcu zdobędę - podziele się wrażeniami. I mają tu wybudować podobno Empik specjalnie na moje potrzeby.
Gdyby Curtis żył te 3 lata dłużej, jak na prawdziwego rockmana przystało - jakby to wyglądało? Może stworzyłby jakąś kupę, i z całego kultu nic by nie zostało? Ale nic to - zostaje nastawienie odtwarzaczy na Love Will Us Tear Apart, co sam właśnie czynię, i Wam radzę. Pamiętajcie.
Ostatnio cienko tutaj - na pół gwizdka, co poradzić. Wakacje się zbliżają, co budzi we mnie zwierzę - niesamowitego leniwca. Podobno powinienem się uczyć, ale im bardziej muszę, tym bardziej mi się nie chce i mimo, że chodzą pogłoski, iż się obijam - dawno tak nie cierpiałem na deficyt czasu, jak teraz.
Czas wyrwać się z tego letargu, i coś napisać - choć nawet to nie będzie pełnoprawna notka - bowiem o filmie. The Pick of Destiny to produkcja Tenacious D, jajcarskiego zespołu, krążącego w klimatach hard rocka. Film ma podobny charakter - dwóch rockmanów próbuje ukraść z muzeum Rock & Roll'a starożytną Kostkę Przeznaczenia - przepustkę do sławy. Komedia nieziemska, humor, mimo, że raczej z tej niższej półki - śmieszy.
Tutaj macie teledysk Tenacious D, Tribute Najlepszej Piosenki Na Świecie. Oddaje klimat filmu.
Polskich. Głównie starszych, mimo, że w większości popowa papka, to można znaleźć ciekawe rzeczy i powspominać ;] Tutaj.
Zależy mi na wieloplatformowości tego bloga, i na tym, żeby docierał do każdego. Bez względu na wiek, pochodzenie, kolor skóry, kastę... itd. Tak więc powstały nowe wersje tego bloga, przestosowane dla pewnych subkultur. Teraz bez problemu w treść Muzykofilii będą mogli się zagłębiać wszyscy! Pierwszy w Polsce muzyczny blog z takimi ułatwieniami. Przedstawiam Wam i oddaje do dyspozycji:
Wersja dla dresów - wśród czytelników może znajdują się przedstawiciele tej swojskiej, trójpaskowej subkultury. W tej wersji czytanie nie będzie już takie trudne, poczujecie się jak przed blokiem.
Wersja dla nasolatek - teraz każda trzynastolatka zrozumie o czym piszę, będzie mogła to zżynać do swojego blogaska na onecie.
W pewnej notce, przy akapicie o Peter, Bjorn and John napisałem: "Szwecja to jednak musi być fajny kraj". Dzisiaj mówię: Szwecja to MUSI być zajebisty kraj. Nie może być inaczej, skoro eksportują do moich uszu tyle wspaniałej muzyki. Pomijając już wspominanych PBaJ - chociażby The Field. Daje głowę, że będzie to elektronika roku 2007, idąc w ślady The Knife, który dokonał to rok temu. Także ze Szwecji. Dalej - The Mary Onettes, opisywany przeze mnie kilka dni temu. Na Pitchforku ukazała się recenzja ich debiutu, bardzo pozytywna. Widać, że redakcja PM czyta mojego bloga, i bierze z niego mini-hajpy ;D Cóż, opiniotwórczość, te sprawy.
No i przechodzimy do meritum. Kent poznałem przypadkiem, gdy potrzebowałem na gwałt jakiś chwytliwych rockowych piosenek, z wokalem po szwedzku. Polecony został mi właśnie ten zespół, za co polecającemu bardzo dziękuje ;)
Po pierwszym zetknięciu z Hagnesta Hill miałem mocno mieszane uczucia. Niby chwytliwe, niby rockowe - ale jakieś takie ckliwe, płaczliwe, wydawało mi się nawet tanie. Miałem podejrzenia, że słucham nie daj boże jakiegoś Szwedzkiego Bajmu, czy coś. Kilka przesłuchań wystarczyło, żeby rozwiać wątpliwości. Bliżej im do hm... ulepszonego, szwedzkiego Myslovitza. Z resztą - historia obu zespołów jest całkiem podobna. Kent powstał dwa lata wcześniej, za to płyty wydawali prawie całkowicie zgodnie, jak umówieni - '95, '96, '97, '99, '02. Także zgadza się data wydania ich najlepszego albumu - '99. Hagnesta Hill i Miłość W Czasach Popkultury. Kent ma w swojej ojczyźnie status niepodważalnej, chyba największej gwiazdy rodzimej sceny. Z Myslovitzem jest chyba podobnie, pomijając to, że nasi rodacy mają okropny gust.
Wracając do płyty - w całości śpiewana jest po szwedzku, co dodaje sporo uroku. Jak zwykle - nic nie rozumiemy, i nawet nam z tym dobrze - gdy przeczytałem losowy ich tekst po angielsku, raczej zachwycony nie byłem. No, chyba, że Musik Non Stop był mało szczęśliwym trafem, w teksty zagłębie się jeszcze.
Wokal odgrywa tutaj znaczącą rolę, daje sporo dramaturgii i zastępuje nieraz inne narzędzia - Kent na pewno wybitnymi instrumentalistami nie są. W tej muzyce chodzi o coś innego - emocje, nie zachaczając oczywiście o prostacki wydzwięk "EMOcjonalności", jeśli wiecie o co mi chodzi. Piosenki są niesamowicie proste w swojej konstrukcji, ale tym samym - genialne w swojej prostocie. Łapią nas za serce, ta muzyka jest po prostu ładna, śliczna. Z góry zakładam, że swoją urodą przypomina szwedzkie krajobrazy, bo ten kraj musi być niesamowity.
Nie jest to żadene alternatywne granie, żadne indie - nie ma się co łudzić. To pop-rock, o ile na Hagnesta Hill bardziej rock, to na kolejnej płycie - Vappen & Ammunition już bardziej mainstream. Ta druga z resztą przyniosła zespołowi niesamowitą popularność, nawet za granicami Szwecji.
Nie mam wyboru - muszę poznać resztę twórczości tego zespołu, jak to zwykle bywa - nie skończe, dopóki nie przyswoje wszystkiego. A Wam, jeśli nawet nie podzielacie mojego entuzjazmu - polecam zapoznanie się chociaż z Hagnesta Hill.
Moje doświadczenie w prowadzeniu tego bloga pozwala mi stwierdzić, że najbardziej ożywał on przy okazji recenzji zespołów, które mają swoich fanatyków, są bardzo popularne i lubiane. Druga zasada - opinia koniecznie negatywna. Tak stało się po dodaniu The Car Is On Fire, i ostatnio po recenzji płyty Hariasena. Pomyślałem więc - skoro tak to wygląda, to muszę co jakiś czas zaatakować jakąś świętą krowę polskich nastolatków, co by tu ładny przepływ ludzi obserwować. Dziś zabierzemy się za... Linkin Park! Yeah.
Dalsze obserwacje doprowadziły mnie do tego, że bez znaczenia jest, jak bardzo rzetelnie podejdę do sprawy. Łatwo to zobaczyć pod recenzją Hariasena, która w moich oczach była porządna - merytorycznie całkiem wyczerpująca, mimo to plebs w komentarzach i tak nagadał swoje. Postanowiłem, że nie będę się wysilał, i nie przeanalizuje tej płyty, skoro wszyscy i tak będą mieli to gdzieś. Po prostu powiem, że:
- ten album jest beznadziejny
- coś co określane jest jako mocny rock, a nawet metal, w rzeczywistości brzmi jak przeciętny, przyszczaty licealny hamerykański band
- nie_wiadomo_co_grający
- no dobra, przy tych pseudoballadach to mi wygląda na taki pop z gitarami
- nie chce mi się szukać mocnych punktów
Ufff, mam to za sobą
Przypadkiem poznajemy jakąś muzykę. Znamy jedynie nazwę zespołu, nic nie wiemy o gatunku, muzycznych zależnościach, pustka. Mimo to, strasznie nam się podoba. Chcemy poznać więcej pokrewnych artystów, o przybliżonym kierunku - co wtedy robimy? Mam dwa dobre sposoby, którymi się z Wami podzielę ;)
MusicMap
Działanie mapy jest proste - wpisujemy nazwę zespołu, czego efektem jest pojawienie się kilkanastu rozrzuconych wokół niego artystów, którzy wpisanych przypominają. Im bliżej są środka - tym większy związek. Czy jest skuteczna? Nie narzekam, z resztą sami możecie ocenić - link. Działa to wszystko na zasadzie - kto chce, wypełnia ankietę, gdzie wypisuje swoje ulubionme zespoły. Na ekranie pojawiają mu się kolejne nazwy grup, a on musi je oceniać.
Pandora
Tutaj jest jeszcze fajniej - nie tylko poznajemy podobne zespoły, ale możemy ich także posłuchać... [pięć minut później]
Psikus, okazało się, że Pandora zamknęła radio dla osób z poza USA. Tak więc tą notkę zamieniam w oficjalny protest. Może jakieś jułesejowskie proxy?
Obecnie prawie każdą nowa formacje kreuje się na gwiazdy rockowej rewolucji z mocnym zapatrzeniem na Wielką Brytanię. Momentami już tym po prostu rzygam, gdy widzę kolejny Interpol czy Bloc Party, każdym odbiegnięciem od schematu zachłystuje się jak powiewem świeżego powietrza. Tak jest teraz, gdy poznałem debiut self-titled The Mary Onettes. Grupa ze Szwecji, wykonuje wieelki ukłon w stronę muzyki lat osiemdziesiątych. Popowe melodie, jednak w języku rockowym. Ciężko się nie uśmiechnąć, gdy muzyka nam podpowida: światła, jaskrawe kolory, wymyślne fryzury - hell yeah. Panowie czerpią z wielu oblicz tego muzycznego okresu, który nomen omen był bardzo bogaty. Wychwycić z łatwością można inspiracje chociażby XTC, The Cure (najbardziej mi się rzuciło w uszy), Joy Division w spóle z New Order, Jesus & Mary Chain... Jeżeli to Wasze klimaty - sprawdzajcie jak najszybciej. Macie okazje na myspace The Mary Onettes.
A tak w ogóle to okładka też jest wyraźnym mrugnięciem okiem w stronę Curtisa i reszty.
Björk mnie nieźle oszukała. Volte zapowiadała jako powrót do korzeni - skoczność, przebojowość, przystępność jak z czasów Post. Współpraca z Timbalandem, producetem - hiphopową szychą. Do tego singiel - bardzo nośny, rytmiczny Earth Intruders, który dosłownie porwał mnie za pierwszym przesłuchaniem. Wszystko wskazywało na zwrot artystki o 180 stopnii, a tu psikus - Volta ma prawie taki sam awangardowy posmak jak Medulla. Myślę, że nie jestem sam w tych odczuciach. I właściwie - żeby do razu zaznaczyć - odetchnąłem z ulgą. Wcale nie chciałem przebojowej Björk, ascetyczne, humanistyczne wcielenie Islandki szalenie mi się podobało, co z resztą potwierdza recenzja dodana w marcu.
Tak samo jak w przypadku Medulli, przez nową płytę przedrzeć się nie było łatwo. W całości przesłuchałem dopiero za trzecim razem, oczywiście bez obaw, to musiało się zakończyć zachwytem. Nawet jeśli nie ogółem krążka, to pojedyńczymi utworami; z Björk jest tak zawsze.
Pomimo tych podobieństw w odbiorze, Volta różni się sporo od poprzedniczki. Duży nacisk położono tu na rytm, w większości piosenek możemy usłyszeć wyraźny kręgosłup dla partii wokalnych. Zgadzałoby się to z wizjami artystki, ostatnio czytałem w jakimś wywiadzie, że muzyka jest dla niej jak algebra (chociaż jak dla mnie, bardzo niefartowne porównanie).
Usłyszeć możemy również mocny ukłon w stronę etnicznej muzyki. W instrumentarium znalazły się takie cuda jak kora (21-strunowy instrument będącym połączeniem harfy i lutni) czy pipa, chińska lutnia. Zaproszono do współpracy 10-osobową islandzką sekcję dętą, która w niektórych momentach daje z siebie mocną porcję patetyczności. Niezbyt fajnie, ale da się przeżyć. Same egzotyczne instrumenty używane są z róznym skutkiem, raz pasują, niekiedy niesamowicie drażnią.
Tak jest przy otwierającym, wspomnianym już Earth Intruders. Po pięciu minutach, żywiołowa, świetna piosenka zamienia się w kilkudziesięcio sekundowe dudnienia. Okropnie to niepasujące, i wybijające z rytmu, no proszę - wyciąć. Utwór ten zainspirowany był koszmarem Björk, jednocześnie koszmarem dla Indonezji - tsunami. Jest to wizja fali stworzonej przez ludzi zalewającej Biały Dom. Nie jest to jedyny na tej płycie komentarz do sytuacji na świecie, jednak nikogo chyba to nie obchodzi, po co opisywać, skoro można posłuchać.
Opozycją do spontaniczności Timbalanda, miało być zaproszenie Antonego Hegarty, lidera grupy Antony & The Johnsons. Był to, moim zdaniem, strzał w dziesiątke. Antony cechuje się bardzo charakterystycznym, wibrującym i dramatycznym (nieraz aż przesadzonym) wokalem. Do Björk pasuje idealnie, najlepiej słuchać to w The Dull Flame of Desire, ponad siedmio minutowym utworze, opartym na koncepcji dialogu między wykonawcami. Zachwycił mnie najbardziej z całego albumu, jest prze-prze. Antony pojawia się również pod koniec - My Juvenile, chociaż tam nie jest już tak zjawiskowo. Jeżeli zaangażowanie Timbalada w projekt było dobrym pomysłem, to Antonego - genialnym.
Niestety, album ma też słabsze punkty - co gorsza, całkiem rozciągniete. I takie See Who You Are jest strasznie monotonne, jakby bez pomysłu. Podobnie Vertebrae by Vertebrae i kolejne Pneumonia, mimo, że bardzo w klimatach Medelluy, nie trafione i po prostu - nudne. Na szczęście budzimy się przy Declare Independence, który jest ostrym kopem wymierzonym przez naszą Bjorkównę. Agresywne, niemal industralne dźwięki atakują nasze uszy - a my szeroko się uśmiechamy. No kurde, ona to się potrafi wszędzie odnaleźć, nawet jako punkówa by sporo zwojowała ;) Czołówka.
Byłby to album znakomity. Byłby, gdyby nie ten środek nieszczęsny, kiedy można zapomnieć, że w ogóle czegoś słuchamy. Wlatuje mi to jednym uchem, wylatuje drugim. Volta jest dobra. Sami wiecie najlepiej, czy aż dobra, czy tylko dobra.
David Wingo to raczej mniej niż średnio znany kompozytor filmowy. Jego muzyka pojawia się w filmach Davida Gordona Greena (Undertow, All the Real Girls, George Washington), czyli produkcjach w Polsce niezbyt popularnych. Wingo zaangażowany w kolejne filmy nie miał czasu spełnić swoich ambicji - nagrać własny, songwriterski album. Po długich przygotowaniach, kompozytorowi - niedoszłemu bardowi, udało się to. Fiuuu, i tak powstał self-titled Ola Podrida.
Album to typowo indie-folkowy, ogólnie przy pierwszym zetknięciu wygląda to wszystko na bardzo typowe. Jednak przy każdym kolejnym przesłuchaniu muzyka nabiera kolorów, teksty nabierają ilustracji, widać filmowe korzenie. Kreowaniu rozdmuchanych historii sprzyja głos Davida. Jest bardzo... kołysankowy? Na pewno nie jest to głos typu przepitego, postarzałego faceta po czterdziestce. Wingo oprócz własnych strun głosowych ma do dyspozycji najczęściej gitarę akustyczną, lub fortepian.
Tak więc płytę wypełniają prawie w całości ballady (A Clouded View - ktoś szlocha? ;)) czy typowe piosenki o miłości i jej utracie (Jordanna), które aż proszą się o popicie alkoholem (oczywiście w samotności). Jedyny powiew żywszej energii to chyba tylko utwór numer osiem - Lost and Found.
Co do muzycznych podobieństw, to mógłbym wymienić Iron and Wine, Red House Painters i może te spokojniejsze kawałki Sufjana Stevensa.
Muzyka Ola Podrida jest jak zjawiskowy ptak, do którego, jeśli podejdziesz cicho i spokojnie - nie ucieknie, a Ty będziesz mógł go podziwiać.
Tutaj macie profil OP na MySpace, czekają chyba cztery utwory - smacznego.
Ulubiony katalog reklamowy brytyjskich zespołów z grzywkami, New Musical Express, opublikował ich zdaniem listę dziesięciu najważniejszych hymnów muzyki niezależnej.
1. Oasis - 'Live Forever'
2. Nirvana - 'Smells Like Teen Spirit'
3. Pulp - 'Common People'
4. The Smiths - 'There Is A Light That Never Goes Out'
5. The Libertines - 'Don't Look Back Into The Sun'
6. The Libertines - 'Time For Heroes'
7. The Smiths - 'How Soon Is Now?'
8. The Stone Roses - 'I Am The Resurrection'
9 The Strokes - 'Last Nite'
10 Arctic Monkeys - 'I Bet You Look Good On The Dancefloor'
Od komentarza, tak jak to w przypadku hymnu dla nastolatków się powstrzymam. Tylko jedno mnie zastanawia: niezal - Nirvana? Wtf?
W ostatnim tygodniu można zauważyć mocną tendencje spadkową pod względem częstotliwości ukazywania się notek, wszystko to wina długiego weekendu. Korzystam i nicnierobie najlepiej jak umiem, spełniam się w tym wręcz. Do regularnego Was zanudzania wróce już za kilka dni. ;)
Morawski Waglewski Nowicki Hołdys, te nazwiska powinny być znane każdemu, kto historią polskiego rocka się interesuje. Ok, w ostateczności odrzucamy pierwsze i trzecie - jeśli nie kojarzycie to wstyd, i raz-dwa chować mi się do szafy.
Jest to chyba jedyna polska formacja, przy której gdy mówię 'supergrupa' nie maluje się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek. Ten imponujący skład był pozostałością po słynnej sesji nagraniowej I Ching. Udało się im wydać tylko jedno - omawiane przeze mnie wydawnictwo - Świnie. Później Hołdys odpadł, a Waglewski założył Voo Voo.
Rok powstania to 1985 (poprzedzony rocznymi (!) nagraniami), czyli jak się można spodziewać - polityczna to płyta bardzo. Nawet ja, młody dzieciak, którego wizja PRLu i komunizmu łagodnie oszczędziła, wyczuwam w tym albumie bardzo agresywny atak na czerwonych. I tak się zastanawiam, jakim cudem to zostało wydane, niedosięgnięte (o ile mi wiadomo) łapskami cenzury? W pewnych miejscach panowie nawet nie kryli się zbytnio za jasnymi metaforami, tylko po prostu krzyczeli kogo nienawidzą.
To jest jawny protest-album. Nawet nazwa grupy to nawoływanie do demokracji, muzykę tworzyli wszyscy, nikt nie był liderem. Co do warstwy muzycznej, czyli tego co powinno nas najbardziej interesować. Przepiszę tutaj notkę od wydawcy:
"Świnie" super-grupy Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, to jeden z najbardziej intrygujących polskich rockowych albumów lat 80-tych. Rockowa niepoprawność Hołdysa, zapowiedź awangardowych poszukiwań Waglewskiego plus jedna z najlepszych sekcji rytmicznych składają się na prawdziwie nieprzeciętne dzieło. Surowy klimat, trans-gitarowe granie oraz tekstowe i muzyczne prowokacje tworzą zupełnie nową jakość w polskim rocku.
Normalnie taki zabieg nie mógłby mieć miejsca, lecz w tym przypadku to całkowita prawda. Wydawcy, którzy zawsze wychwalają swoje produkty pod niebiosa, najcześciej ocierając się o śmieszność, tutaj trafili w sedno.
Świnie doczekały się reedycji przez Metal Mind Productions. Dzięki temu poznałem jedno z najlepszych dzieł polskiego rocka z tamtego okresu. Może nawet najlepsze, polecam bardzo gorąco.
- Dzisiejszy dzień przynosi kilka zmian. Nie mogę nie wspomnieć o nowym designie Strony Głównej Joggera, która od teraz nabrała kolorów i... rysunkowości? Wygląda całkiem sympatycznie, gorzej z funkcjonalnością, ale to pewnie kwestia przyzywczajenia. Góra spisała się znakomicie, i wiecie, jeśli chcecie zakładać bloga - to tylko na Joggerze ;)
- Dzisiaj również dopełnił żywot mój blog prywatny. Trzymałem go całkiem długo, dziś został całkowicie usunięty. Szczęśliwi, którzy nie znali adresu ;)
- Nowa płyta Tymona & Transistors jest tak nudna, że nawet mi się nie chce słuchać do końca. Powrót do koncepcji "prosta piosenka ze zwrotką i refrenem" chyba niecałkiem udany. Tak, żeby było coś o muzyce.
