30 kwietnia 2007

Mimo mej szczerej niechęci do języka francuskiego, którego mam nieprzyjemnść się uczyć, wczoraj i dzisiaj wykreowałem sobie iście francuskie, pod względem wizualno-słuchowym - przynajmniej. Pomijając to, że dzięki mojej nauczycielce gdy widzę gdzieś słowa po francusku, gorzej - słyszę, to wykręcam się w nieprzyjemnym tiku, kraj żabojadów nawet lubię.
Wczoraj Telewizja Polska dla odmiany zaoferowała nam coś dobrego, i w godzinach wieczornych wreszcie mogłem sobie przypomnieć Amelię. Amelia, jako, że jest to kolejny film o marzeniach, a nawet ich spełnianiu, wprowadziła mnie w dziwny stan. Filmy o marzeniach (a nawet ich spełnianiu) nie mają jakiś zbytnich właściwości leczniczych na nastrój kogoś, kogo marzenia są za Murem (o czym już kiedyś wspominałem), ba, mogą tylko popsuć. Jakoś tak mam, że im film jest bardziej optymistyczny, no bo w końcu - Amelia spotkała miłość i tak dalej - tym gorzej po takim filmie wyglądam, przynajmniej mentalnie. (Koniec tego bełkotu może, co?) Ok.
Przy okazji seansu miałem możliwość w upewnieniu się w tezie, że Tiersen to jednak świetny gość, i genialny kompozytor. Zrobił do filmu scieżkę niesamowitą, ten film nie byłby tym samym bez tej muzyki. Ten klimat (francuski bardzo), instrumenty, żywiołowość, naiwność, rozmarzenie (!) muzyki powala. Zjawiskowości omawianej się wyrazić słowami nie da, więc posłuchajcie, jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie zna.
Żeby było śmieszniej - Tiersen nie widział filmu przed tworzeniem tej muzyki. Nie mam pojęcia jak to zrobił, że klimat muzki i filmu zazębiają się idealnie, a może nawet tworzą jedność. To chyba jakaś zasada, że gdy przy filmie jest nazwisko Tiersena, to nie może być to słaba produkcja. Gdy oglądałem Good bye! Lenin, i siedziałem przed ekranem jak wryty, sam nie wiem czy bardziej zachwycałem się obrazem, czy dźwiękiem.
Amelię można oglądać z dwóch perspektyw. Przed spotkaniem kogoś takiego, i po spotkaniu kogoś takiego. Kilka lat temu oglądałem z tej pierwszej, wczoraj z tej drugiej. I nie wiem kiedy byłem bardziej przygnębiony, jeśli wiesz o co mi chodzi.

28 kwietnia 2007

John Frusciante to postać, która łączy takie zespoły jak Red Hot Chili Peppers, Ataxia, The Mars Volta czy Pearl Jam. I żeby było śmieszniej, nie lubię żadnego z powyższych zespołów, a mimo tego, Frusciantem solo ostatnio się zachwycam. Już mam swoją teorię, że takie cienkie zespoły zabijają w naszym Johnym całą kreatywność, i to wszystko ich wina. No, i dzięki temu na przykład nie mam mu za złe kompletnie beznadziejnego Stadium Arcadium, ufff.
Każdy kto zna w choćby najmniejszym stopniu biografię tego gitarzysty wie, że w niej punktem odniesienia jest heroina. Ewidentnie chłopak zbłądził, co odbiło się na nim dobitnie, na jego twórczości z resztą też. Wystarczy posłuchać Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt, płytę którą nagrywał po to, żeby mieć czym spłacić długi u dealerów. Poza samym tym wiele mówiącym faktem z tekstów i tak dowiemy się co i jak, Frusciante'a charakteryzuje zadziwiający wręcz ekhibicjonistyczny songwriting. Ciężko o drugiego tak szczerego artystę. Niadra, mimo, że nagrana na kompletnym heroinowym zwale i w beznadziejnej jakości rusza, głównie za sprawą wspomnianych już (nie zawsze jasnych dla nas) tekstów i obłąkańczym sposobem śpiewania Johna.
Później zdecydował się na długi odwyk, w końcu wrócił na scenę i zrobił coś niesamowitego. Nagrał 6 albumów (słownie: sześć) w przeciągu pół roku. Kolejno: The Will To Death, Inside of Emptiness, Automatic Writing (tutaj z Ataxią), A Sphere In The Heart of Silence, DC EP, Curtains.
Jeśli wierzyć głosom innych, i wszystkie są równie dobre co ostatnie Curtains, to mamy tu wydarzenie dziejowe. Z resztą, sam niedługo zbadam to empirycznie.
Na szczęście albumy solo stoją daleko w opozycji do twórczości chociażby takich Red Hotów. Swoją drogą, ciekawe czy zostane schłostany za 2 pierwsze zdania recenzji. ;> Nad przebojowością i piosenkowością utworów bierze górę nostalgia dźwiękowa i liryczny rachunek sumienia za życie. Gitara elektryczna jest odstawiona na rzecz klasycznej (choć tą pierwszą słuchać, rzadko), czasami fortepianu (gdy się pojawi - nadstawiać uszy, prze-prze) no i wokalu.
I co by tu więcej, po prostu słuchać. Płyta ma świetny, choć ciężki nastrój, idealny do samotnego leżenia i nicnierobienia (z nicnierobienia koniecznie trzeba wyłączyć samo słuchanie, ewentualnie analizowanie tekstów). Utwory są stonowane, pozbawione jakiś głupich udziwnień, fajerwerków - po prostu - autentyczne. Czyli posiadają cechę, którą zaliczam do jednych z najważniejszych w kwestii muzyki. Polecam.
Wracam do nicnierobienia, aktualnie zaczął się megadługi weekend, który trzeba godnie przyjąć, no to cześć.

26 kwietnia 2007

Znalazłem pogromczynie urody Joanny Newsom, ba, Asia przy moim nowym obiekcie uwielbienia to pyzata dziewczynka. Wszystko to za sprawą nagrania pewnego występu na żywo zespołu Mazzy Star, gdzie śpiewa prawdziwy Anioł. Posłuchajcie jednego z najlepszych/najpiękniejszych singli lat dziewięćdziesiątych, przy okazji oglądając kolejny Cud Świata, mój ideał, Hope Sandoval:

Czyż nie jest Panią Świata? ;)
Oglądam i się zachwycam dniami, niedługo więcej napiszę o twórczości Hope, bowiem przesłuchuje regularnie i namiętnie. Tymczasem - podziwiajcie panowie, słuchajcie Panie. ;D

25 kwietnia 2007

W statystykach bloga mam ciekawą funkcje rejestrowań fraz, przez które ludzie trafiają tutaj przez Google. Niektóre są wręcz zabójcze, więc pomyślałem, że mogę się nimi z Wami podzielić. Kursywą zapytania, normalnie moje ewentualne komentarze, enjoy ;)

Czytaj dalej...

23 kwietnia 2007

Podstawowym grzechem takiego prawie_recenzenta jak ja, jest poddawanie się hajpom najróżniejszych serwisów. Zjawisko to raczej niepożądane i niemal kompromitujące, aczkolwiek nieraz ciężko z tym walczyć. Te szuje zawsze szybciej piszą, i nic nowego bez zarzutów, mniej lub bardziej trafnych, napisać nie sposób. Doskonałym, aktualnym przykładem takiego wszechobecnego hype'a jest The Field, z debiutem From Here We Go To Sublime. Jednak sprzeciwiam się, bo kurde, tą płytę znałem przed recenzjami na Pitchforku czy Stylusie! I zamilczeć proszę.
Tak bardzo wątpliwej trafności potężnego promowania już dawno nie widziałem. Tak, Szwed kryjący się za nazwą The Field przykręca do podłogi, ale zdecydowanie nie w stylu 10 na 10.
Dla tych całkowicie nie w temacie: From Here We Go To Sublime to techno. A przynajmniej tak uparcie jest identyfikowane, zamiast przykleić jakąś przyjemniejszą w wydzwięku łate, wszyscy konsekwentnie dobierają odrzucającą nazwę: techno. Nie mniej, postępują raczej rzetelnie. Jednak zawsze spokojniej i mniej nerwowo mógłbym polecać ten album wyczulonym znajomym, gdybym mógł tą muzykę określić jakimś fajnym mianem typu (pop) ambient czy IDM.
Beaty, sample, loopy i inne takie - nie, nie znam się na tym dobrze, i wcale nie napiszę jak skonstruowane są utwory w tym albumie. Mogę napisać, jak ja odbieram to co Willner tworzy.
Czuć w jego muzyce, mimo, że przeszytej surowym, często bezkompromisowym beatem, jakąś specyficzną wrażliwość. Mimo zimnej, twardej konstrukcji utworów, przebija się do nas jakaś schowana trochę delikatność. No może to głupie, ale mam wrażenie, że treść zawarta w tych dzwiękach chce się przebić przez ograniczoną formę, co daje powatarzane dudnienie. Jakby chciała wylecieć z tych ciasnych, mocno elektronicznych ram.
Album nie jest monotonny, lecz zapętlone cykle w pojedyńczych utworach czasem same siebie zjadają, a nam czas się dłuży - jak na przykład w Sun And Ice.
W moich oczach, album ten stoi w rozkroku, pomiędzy swoistą filozofią muzyczną, a prostą formą znaną z dyskotek. I w różnych momentach płyty przechyla się na obie strony, nigdy jednak nie odrywa stopy od alternatywngo podłoża.
Niby jest prze-super, ale ja nadal nie mogę wyrzucić z myśli, obrazu, przy którym naćpani imprezowicze bałnsują przy The Field na jakiejś techno-spędowni. Ugh.

22 kwietnia 2007


Ciężko i mało sensownie jest pisać o muzyce tak zjawiskowej jak ta zawarta na 'Yesterday Was Dramatic, Today Is OK', zostawiam Was więc z tym utworem sam na sam. I wyobraźcie sobie, że cały ten album jest tak wspaniały, jak ta piosenka.

21 kwietnia 2007

Są takie chwile, w których wchodzę w stan przymulenia zaawansowanego, nieaktywności stopnia trzeciego czy zniechęcenia niekontrolowanego, jak zwał tak zwał. Rzecz w tym, że wtedy potrafię siedzieć/leżeć w bezruchu kontemplując dogłębnie plamę na ścianie czy suficie. Nic mi się nie chce, a wymuszenie ze mnie powiedzenia słowa odbieram jak wyrok. Leków na taki stan rzeczy jest niewiele, lecz i tu najczęściej z pomocą przychodzi mi... muzyka!
Z letargu potrafi wyrwać tylko ta najszybsza i najżywsza. Pojawił się u mnie taki problem, że muzyka, która kiedyś mnie budziła, teraz już nie działa. Ile razy można słuchać Butiku Paula czy wcale_nie_takiego_dobrego Bloc Party. Potrzeba znalezienia czegoś nowego była niewątpliwa i oczywista.
Klaxons omijałem sporym łukiem dosyć długo, no sorry - ale sama wieśniacka nazwa zespołu odrzuca. Kojarzy mi się z klaksonem pierdzącym głośno, lecz o niczym. Myślałem, że to kolejny zespół robiący szum jako kolejni Killersi (litości). No i oczywiście, że to już sto sześciesiąta trzecia wielka nadzieja brytyjskiego rocka ogłoszona w tym tygodniu przez NME. Błędne było moje myślenie jednak, więc kajam się kajam, oficjalnie.
Myths Of The Near Future kryje w sobie MOC. Piosenki są przebojowe, gitary ostre i szybkie, melodie roztańczone, elektronika rozedrgana, co by tu dużo mówić - dzwięki wypływające z głośników potrafią porwać. Do tego stopnia, że warto by zrobić eksperyment. Postawić przed odtwarzaczem muzyki studenta informatyki, i włączyć głośno ten album. Założe się, że zacząłby się... ruszać. Ba, zaryzykuje - może poszedłby na żywioł i zaczął podrygiwać, tupać nogą, lub nawet tańczyć. Już wierzycie, że jest w tej muzyce MOC?
(inaczej i bardziej dosadnie zobrazować nie umiem, wybaczcie ;))
Utwory przechodzą jeden w drugi, a ja nie mogę żadnego wyróżnić, bowiem wszystkie wprawiają w drżenie okno w moim pokoju w jednakowy - dobry sposób. Okno mówi, że się podoba, ono (okno, jaki to rodzaj, hm) jest chyba w tanecznym amoku.
Dziko, tanecznie, fajnie.

20 kwietnia 2007

(Wnętrze kabiny samolotu. Za sterami po prawej stronie w pełnym mundurze pilota siedzi Chigger, a po lewej stronie pierwszy pilot. Obaj mają wzrok utkwiony przed siebie)
(Do kabiny pilotów wchodzi stewardessa)
PIERWSZY PILOT
Wszystko w porządku?

STEWARDESSA
Siedzą cicho jak mysz pod miotłą.

PIERWSZY PILOT
Mysz pod miotłą?
(Do kabiny wchodzi mężczyzna. W ręku trzyma broń)

PORYWACZ
Dobra, nie ruszać się. Najwyżej w celu pilotowania samolotu.
(Stewardessa przesuwa się, żeby zapytać o coś porywacza, a ten gwałtownie odwraca się w jej kierunku mierząc z broni)

STEWARDESSA
A ja mogę się poruszyć?

PORYWACZ
Tak, troszeczkę tak. Przepraszam, nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak dogmatycznie. To jasne, że możecie się trochę ruszać. Niektórych odruchów nie można przecież pohamować. Skoro ja tu teraz rządzę, muszę to wziąć pod uwagę.

PIERWSZY PILOT
Na przykład nie sposób powstrzymać procesów wewnętrznych.

PORYWACZ
Słuszna uwaga.

PAN CHIGGER
A ponieważ cały samolot nieustannie drży, wszyscy troszkę się ruszamy.

PORYWACZ
A także poruszamy ustami.
(Porywacz śmieje się ze swojej celnej uwagi. W kabinie panuje niemalże sielska atmosfera)
Chodziło mi o nagłe...

STEWARDESSA
Przesadne ruchy?

PORYWACZ
Przesadne, gwałtowne ruchy... One są wykluczone.

PIERWSZY PILOT
Na tym właśnie polega rozkosz latania nowoczesnymi maszynami. Prawie w ogóle się nie ruszam, a samolot leci. Zaś Pancho wcale nie musi się ruszać.

PORYWACZ
Cudownie.

STEWARDESSA
Ja też nie muszę się ruszać, chyba że... coś mnie nie zaswędzi.
(Wszyscy się śmieją)

PORYWACZ
Kapitalnie. Sześćdziesiąt procent sukcesu. A teraz, pamiętając o tym wszystkim, polecicie do Luton, dobra?
(Porywacz przystawia pistolet do głowy drugiego pilota. Ten obraca się ze zdziwioną miną na swoim fotelu. Porywacz cofa broń nieskoordynowanymi ruchami)

PIERWSZY PILOT
Zgodnie z rozkładem lecimy na Kubę.

PORYWACZ
Wiem, i dlatego właśnie wszedłem tu mówiąc, żeby nikt się nie ruszał.

PAN CHIGGER
W granicach rozsądku.

PORYWACZ
Tak jest. Chcę, żebyście polecieli do Luton!

PIERWSZY PILOT
No to zawracajmy! Włączam systemy awaryjne.
(W kabinie zaczyna się ruch. Obaj piloci naciskają różne klawisze)

PORYWACZ
Nie chcę sprawiać kłopotów.

PIERWSZY PILOT
Poradzimy sobie.

PORYWACZ
Może być w okolicach Luton. Na przykład Harpenden.

PAN CHIGGER
To po drodze.

PORYWACZ
No to wyrzućcie mnie tam. Wsiądę w autobus i za dwadzieścia pięć minut będę w Luton.
STEWARDESSA
Zdąży pan na lunch.

PORYWACZ
Doskonale.

PAN CHIGGER
Chwileczkę, w Harpenden nie ma lotniska.

PORYWACZ
(Chowając broń do kieszeni)
No to dajmy sobie z tym spokój. Wyląduję na Kubie i stamtąd polecę do Luton.

PIERWSZY PILOT
Możemy panu pożyczyć spadochron.

PORYWACZ
(Wyciągając z powrotem pistolet)
W żadnym wypadku! Nie śmiałbym pobrudzić ślicznego, czystego spadochronu.

PAN CHIGGER
Rozumiemy. Przy Basingstoke jest kopa siana. Możemy pana na nią wyrzucić.

PORYWACZ
Jeśli to nie kłopot...

PILOCI I STEWARDESSA
Gdzie tam!

PORYWACZ
Naprawdę?

PILOCI
(Wstając ze swoich foteli)
Żaden kłopot.

PORYWACZ
No to fantastycznie. Dziękuję i przepraszam za najście. Do widzenia.
(koniec.)


Miała być recenzja nowej płyty Pogodno, ale pomyślałem - po co Was męczyć. Monty Python jest: ciekawszy od nowej płyty Pogodno, śmieszniejszy od nowej płyty Pogodno (choć miała w zamierzeniu być śmieszna, chyba nie wyszło), i nie jest taki prze-średniacki jak nowa płyta Pogodno. Podsumowując, lepiej pooglądać (w ostateczności poczytać) Monty Pythona. Zdecydowanie.

18 kwietnia 2007
  • Dosłownie przed chwilą ogłoszono, że Polska i Ukraina razem będą organizowały EURO 2012. Do tej pory ciężko mi w to uwierzyć, że właśnie tutaj odbędą się ostatnie mistrzostwa przed rozpieprzeniem świata w drobny mak 21 grudnia 2012 roku :D Niesamowite, niech teraz nasz kraj nie zaprzepaści tej szansy, a będzie słodko. Piszę to jako ktoś, kto sto lat temu trenował piłkę, a ten sport był dla niego prawie wszystkim (jak to było daaawno, przeszło mi).
  • Pozdrawiam wszystkich fanów recenzowanego ostatnio Hariasena, którzy w uroczy sposób wyżywają się na mnie na swoim forum. Aaa, i Muzyczny to nie moje imię, a Jogger to nie moje nazwisko :D
  • Peter Bjorn and John w ubiegłym roku wydali płytę Writer's Block, która autentycznie jest przesympatyczna. Zawsze na mojej playliście gdzieś tak z boku, jeśli się włączy to 'od tak', a mimo wszystko złapałem się na tym, że słuchanie tego albumu sprawia mi sporą frajdę. Szwecja, fajny to kraj musi być.
17 kwietnia 2007

Śmiać się z ludzi, którzy mają ewidentnie problemy z sobą nie wypada, lecz nie mogę się powstrzymać.
Przedstawiam Wam wywiad z Lechem Rochem 'Skorpionem' Pawlakiem, jednym z czołowych polskich raperów. Poczujcie ten freestyle, i to nieziemskie flow.
Wywiad + przedstawienie paru kawałków
Jeden, wielki, niesamowity freestyle
Pan Skorpion pod koniec wywiadu prosi o "recenzje, można bluzgać", a więc spełnie prośbę. Lechu, wymiatash.

16 kwietnia 2007

-Stefek, Stefek, co robić?
-Co się stało?
-No te małolaty z Blog27 się już nie sprzedają, szczeniaki przestały na to lecieć, że niby wiocha i tandeta...
-Aż tak źle, mówisz?
-Jak tak dalej pójdzie, to będzie nieciekawie, sprzedaż maleje jak poparcie dla Pisu. Trzeba znaleźć coś nowego, pomyśl no, Stefan!
-No, nie wiem... oglądałem amerykańskie MTV... ostatnio latają tam takie panienki - czarne wdzianka, długie grzywki, zapłakane makijaże...
-Ero.. eno... emo?
-Ta, właśnie, emo!
-Dzieciaki na to polecą, mówisz?
-No jak nie, jak tak! Weźmiemy jakiegoś przychlasta, zmalujemy go na dziewczynkę, dorobimy mu czarno-białą ekipe kastratów i gra gitara! Kasa leci!
-Stefan, Ty to jesteś...


Dałem sam sobie słowo, że zawsze przed tym, zanim napisze o jakiejś płycie przesłucham ją przynajmniej raz. Przy Nesairahu zacząłem w połowie, błagam, nie zmusze się do ponownego przesłuchania, przynajmniej nie teraz. Jednocześnie gratuluje sobie, że przez to przebrnąłem.
Sporo czasu zajął mi sam etap rozpoznawania, czy na wokalu jest kobieta czy mężczyzna. Gdy już prawie pewny byłem drugiej opcji, pojawiają się słowa w żeńskiej formie, nosz! Po sprawdzeniu w kilku miejscach, upewniłem się jednak słuszności mojej pierwszej tezy. Właściwie to nie wiem, od czego zacząć jechanie po tym albumie. Jest tak beznadziejny, płytki, marny pod praktycznie każdym względem, że można zasadzić mu kopa z jakiejkolwiek strony, zawsze się trafi.
Pomęczmy jeszcze trochę pana na wokalu. Śpiewa, a raczej wydobywa z gardła dźwięki, w tak niesamowicie wkurwiający sposób, że aż mi się drobne w kieszeni nie zgadzają. Nie mam określenia dla tego, jak zniekształca swój głos. Bo to chyba niemożliwe, żeby tak miał naturalnie? Nic już nie napiszę o absolutnej zżynie z Myslovitz i Rojka w utworze 'N.'. Albo.
Za gitarami stoi chyba wielkie, absolutne NIC. Ktoś im kazał ruszać łapami po strunach w jednym, jednostajnym rytmie, w jednej melodii przez 60 minut, i dzielnie wykonują zadanie. Przez cały czas trwania Nesariaha gitary wytwarzają ton - caaały czas taki sam.
Teeksty, to co tygryski lubią najbardziej. Pomijając to, że często przez ohydne maniery wokalne po prostu cieżko cokolwiek zrozumieć z tego co śpiewa Jesus (? taką chyba ma ksywkę), to gdy już wyłapiemy jakieś słowa to są dwie możliwości:
a) będziemy się śmiać
b) zrobi nam się przykro.
Mnie osobiście zrobiło się przykro. Poziom ambitniejszych zespołów gimnazjalnych, w których sami piszą sobie teksty na występy na apelach.
Wejdźcie sobie teraz na oficjalną stronę zespołu, i kliknijcie do działu BIO. Cały czas mam nadzieję, że to jednak jakaś beznadziejna prowokacja, ale pośmiać się można. Nie oszukujmy się, cała ta emo-otoczka to pieprzona farsa skazana z góry na porażkę. No, przynajmniej pod względem artystycznym - pod komercyjnym może być gorzej (czyli dobrze). A, i nazwa płyty to odwrócona nazwa zespołu! Genialne, prawda?
Jej, chyba nie powinienem. Tego stwora trzeba było potępić od razu po usłyszeniu w radiu reklamy "pierwszego w polsce zespołu emo". Ale zachciało mi się, sprawdzania, może będzie zabawnie... było przykro. I wstyd, że takie kompletne gówno promowane jest przez Polskie Radio. Ehhh.

16 kwietnia 2007

Fear of a Blank Planet to świeżo wydany album Porcupine Tree, potęgi w światowym rocku progresywnym. Steven Wilson wraz z kolegami od roku 1989 płodzą kolejne wydawnictwa z niesamowitą wręcz intensywnością. Mimo tego przesytu PT nie widać, a w Polsce mają zadziwjającą ilość 'fanatyków' (sam znam dwóch :D).
Na krążku znajdziemy sześć długich utworów (od 5 do 17 minut), po wstępnym przesłuchaniu mogę zaryzykować stwierdzenie, że wracają do formy po, jak dla mnie, słabiutkim Deadwingu. Osobiście nie będę recenzował tego albumu (odszedłem trochę od muzyki progresywnej, co chyba najlepiej po blogu widać), ale mogę polecić tekst (wspomnianego wcześniej z resztą) kolegi.

14 kwietnia 2007
  • 18 maja 2007 roku w 27 rocznicę śmierci Iana Curtisa, wokalisty zespołu Joy Division ukaże się nakładem Kuka Records płyta będąca hołdem złożonym tej legendarnej formacji. Na krążku zatytułowanym „Warszawa. tribute to Joy Division” swoje wersje utworów zaprezentują między innymi Agressiva 69, NOT, Ścianka, Kuba Wandachowicz, Pustki, Tymon & The Transistors, Komety, New York Crasnals i inni.
    Mój stosunek do coverowania legend już znacie, więc co się będę powtarzał. Nie mniej jednak - nazwy zespołów zapowiadają się ciekawie. Chociaż trudno mi na przykład sobie wyobrazić chłopców z NOT grających cokolwiek z Closera.
  • Wróciłem właśnie z koncertu Fisza/Tworzywa Sztucznego. Było przefajnie, szkoda tylko, że set mocno 13 piątkowy, a mało starych kawałków. No i nie zagrali Sznurowadeł, czyli czegoś przy czym mógłbym spokojnie umrzeć, co zmusza mnie do zrobienia miny emo w zaawansowanym stadium cierpienia.
  • Słucham Neutral Milk Hotel, i nieprzerwanie nie mogę nadziwić się nad geniuszem tego albumu. Pisałem o tej płycie dawno, i mam wyrzuty sumienia, że głośno nie wykrzyczałem, że jest to coś absolutnie wspaniałego. Więc oficjalnie prostuje - In The Aeroplane Over The Sea jest wspaniały.
  • Wydaje mi się, że poznałem dziewczynę z reklamy Nutelli. Tej z tą fajna muzyką. Ludzie zaprzeczają, mówiąc, że jest to amerykańska reklama. No i co z tego?!
  • 2:20 Oh Comely.
12 kwietnia 2007

Ostatnimi czasy (no, może już nie tak ostatnimi...) popularny stał się zespół Lao Che, głównie za sprawą albumu Powstanie Warszawskie. Mało kto wie, że nasi artyści-patrioci mają za sobą również inny projekt, ochrzczony jeszcze w zamierzchłym roku '98 nazwą Koli.
Wyobrażacie sobie połączenie stylu Lao Che (głównie z płytki Gusła) z charakterystycznym psychorapem prezentowanym przez wczesny Kaliber 44? Takie skojarzenia nasunęły mi się już po kilku minutach słuchania albumu Szemrany. Sama ta charakterystyka brzmi kosmicznie, i wcale tym nie odbiega od klimatu płyty. Na niej absurd goni absurd, czuć niewątpliwe natchnienie płynące od pewnej zielonej roślinki. Najprościej będzie powiedzieć, że Szemrany to hip-hopowy Polovirus. Czy trzeba lepszej rekomendacji?
Głównym atutem grupy są najczęsciej całkowicie abstrakcyjne teksty, w stylu: "Poszłem do sklepu po mleko, nie było / czy wkurwiło mnie to? / nie wogóle mnie to nie wkurwiło / spokoju wewnętrznego nie zburzyło" albo po prostu "Idę... tam gdzie kukurydzę widzę" wymawiane w taki sposób, że prawie płakałem ze śmiechu.
Album Szemrany był ich pierwszym i ostatnim, później przemienili się w Lao Che, a Koli poszło raczej w zapomnienie. Sam nie wiem, które wcielenie wolę.
Nie mam pojęcia jakim cudem ta płyta przeszła praktycznie bez echa na polskim rynku. Fragmenty niektórych utworów można ściągnąć:
Kukurydza (polecam :D)
Wywiadówka
Lao Che

11 kwietnia 2007

Niedawno opisywałem The Czars, zwracając uwagę na ich 4adowniczość. No to dziś jest okazja, by napisać o Blonde Redhead, grupie, która już sporo czas temu zadomowiła się w tej wytwórni.

Nowy album wyszedł kilka dni temu. Nosi nazwę 23, i nad znaczeniem tej liczby na chwilę się zatrzymajmy. Ci, którzy interesowali się (lub interesują się nadal) kiedykolwiek ezoteryką, łatwo rozpoznają w tej liczbie symbol. William S. Burroughs dawno temu odkrył dziwną synchroniczność, jaka towarzyszy tej liczbie. Gdy mieszkał w Maroko, poznał pewnego kapitana statku - Clark'a. Ten opowiadał mu, że odkąd pływa po morzu - równe 23 lata - ani razu nie wydarzył mu się żadnen wypadek. Tego samego dnia jego statek zatonął wraz z nim. Gdy wieczorem wrócił do domu - przez radio usłyszał o katastrofie lotu nr. 23. Pilotem pechowego samolotu był kapitan Clark.
Później dziwne przypadki z liczbą 23 w roli głównej nawiedzały coraz większe rzesze osób, aż obrosła wokół niej otoczka tejemniczości i misterium.
Niestety, takiego posmaku magicznego nowy album japońsko-włoskiego (ciekawe połączenie) zespołu nie posiada. Sam w sumie nie widzę jakiegoś związku między muzyką a tytułem. Nadal głównym atutem zespołu jest wokal Kazu Makino. Egzotyczny, z dziwnie dziecięcym zabarwieniem stanowi sporą siłę przyciągającą do nagrań BR. Odbiór płyty w bardzo dużej mierze zależy właśnie od tego, czy zaakceptujemy głos Kazu. Nie jest to wcale oczywiste, tak samo jak jednych przyciąga - innych niesamowicie drażni.
Krążek zaczyna się imponująco - tytułowym singlem oraz utworem Dr. Strangeluv. Oba mają spory potencjał piosenkowy, są szybkie i chwytliwie. Dwa najlepsze kawałki na początek - to był chyba zły wybór. Im dalej w album, tym bardziej towarzyszy nam poczucie niedosytu, posucha jednym słowem. Kompozycje są podobne, gitary prawie nie istnieją - albo nijakie, albo przytłumione wokalem. Przed kompletną klęską wydawnictwo ratuje ciekawe SW oraz końcówka - szczególnie Top Ranking. Jednak natychmiast dociera do nas wrażenie, że to cholernie podobne jest do utworu drugiego. I tak w kółko - różnorodnością muzycy nie zgrzeszyli.

Ci, którzy znają dotychczasowe poczynania egzotycznego tria mogą czuć się zawiedzeni, sam się do takich zaliczam. Zaciekawić może to jednak tych, którzy nie spotkali się jeszcze z Misery Is a Butterfly, choć i tak - jeśli jest możliwość - zachęcam do zdobycia tego drugiego albumu. Niewątpliwie lepszego.

10 kwietnia 2007

Dziś włączyłem The Wall Pink Floydów. Od początku do końca przerecytowałem cały Mur (jak można ten tytuł tłumaczyć jako 'Ściana'?), okazuje się, że znam na pamięć każde słowo. Umiem wypowiedzieć każdą kwestię na trzy sekundy przez Watersem. Ciągle zastanawiam się nad tym, kim jest wołana Vera w siedemnastym utworze. Mimo, że film dał mi odpowiedź, uznałem ją za mało wystarczającą (i banalną) i wyrzuciłem z pamięci. Vera zawsze była dla mnie zagadką.

Pinky, który w dorosłym życiu stał bezsilny między murem, sam go w dzieciństwie budował. To nie tylko dzieło otoczenia - to także wytwór jego samego. Jeszcze do jakiegoś czasu, gdy słyszałem od kogoś słowo "dzieciństwo", brałem to za coś, co nadal mnie dotyczy. Ludzie często wspominają lata wczesnej młodości. Chętnie się temu przysłuchiwałem, myślałem, że jestem poza tym. Ostatnio zorientowałem się, że już od paru dobrych lat tak samo jak inni mogę opwiadać o swoim dzieciństwie. Spostrzegłem, że już nic do tego okresu nie dopiszę - to skończone, oddzielone grubą kreską wieku. Za chwilę będę już oficjalnie dorosły.

Nie mam zeszytu z poezją. Nigdy nie potrafiłem pisać wierszy, chociaż chciałbym. Mam drugą osobowość, zadziwiającą umiejętność obserwacji. Mam silne pragnienie latania, lecz nie mam już gdzie lecieć. Mam popiół po spalonych listach i zamglone wspomnienia. Jesteś tam za Murem? Nasłuchuję nadal bicia Twojego serca, powiedz, że tam jesteś.

Kult rocka progresywnego jest dla niektórych niezrozumiały (z pozdrowieniami dla Och!, tak, to znowu ja;), dla mnie niezrozumiałe jest to jak można stawać plecami do takich dzieł jak The Wall na przykład. Każda gitara tutaj to mistrzostwo świata, każdy wokal Watersa pachnie geniuszem, a warstwa tekstowa składa się na jedną z najbardziej poruszających i złożonych historii zaprezentowanych w wersji audio. Ile znacie takich dwupłytowych albumów? Ile koncept-albumów?

Oglądam ostatnio sporo filmów. Opowiadają o ludziach, którzy w coś wierzą i mają marzenia. Gdy kończe je oglądać - jestem przerażony. Ja chyba w nic już nie wierzę, a marzenie pozostaje ciągle za Murem.

Ps. Film Knockin' On Heaven's Door w reżyserii Thomasa Jahna, polecam - polecam.

09 kwietnia 2007
  • Dzisiaj dzień premiery singla Björk, zwiastującego nową płytę Volta, która ukaże się już w maju. Ściągnąć go możecie o, tutaj. Sam nadal zwlekam z posłuchaniem, chyba powinienem mieć więcej zaufania do Björk. Ciekawy jestem czy uda się jej mnie czymś zaskoczyć, narazie udało się kosmiczną okładką Volty.
  • Premiera nowej płyty Bright Eyes - Cassadagi. Właściwie to sam fakt, że ta informacja figuruje tutaj, a nie w osobnej recenzji, powinien o czymś świadczyć. Nowy album jest tak bezpłciowy, bez wyrazu, nijaki - że aż nie ma o czym pisać. Wchodzi jednym uchem - wychodzi drugim. Jednak jest jedno 'ale' - utwór No Would Riot For Less - coś wspaniałego. To oaza pośrodku pustynii, wspaniały kwiat w gęstwinie chwastów albo ja między fanami Muse i Comy. No dobra, to nie było śmieszne. Aczkolwiek piosenka - przcudowna, szkoda, że tak marnieje pośrodku słabego albumu. No, a z całego tego materiału można byłoby zrobić jakąś czteropiosenkową EPkę - nadzieje na coś wspaniałego by obudzili, no i zawodu brak. Szkoda.
  • Odkryłem coś. Pamiętacie przy okazji recenzji Lost In The Tree wspominałem o zespole, w którym występował wcześniej Ari Picker? Nazywa(ł?) się The Never, raczej mało znany. Trochę zmotywowany wspomnianą EPką sięgnałem po drugi (i ostatni do tej pory) album The Never - Antarctica. Okazało się, że bardzo przyjemny to indie-pop/rock. Nawet bardzo przyjemny. Wpadłem na pewną intrygę - okazało się, że praktycznie każdy album, który ma tytule Antarktydę - jest świetny/genialny. Modest Mouse, teraz The Never - z resztą - sami sprawdzcie. Wpiszcie w RYMie wyszukiwanie albumów z Antarctica. Średnia z nich wychodzi sporo ponad 4.00 :D I'm the President of Antarctica!
09 kwietnia 2007

Na listę najlepiej ocenianych płyt roku 2007 przebojem wdarło nagranie Neila Younga z Massey z roku 1971, w obecnym wydane. Coś w tym jest, że materiał zarejestrowany 36 lat temu wygrywa jak narazie ze wszystkim, co powstało w tym roku. Oto kolejny znakomity argument dla tych, którzy uważają, że na przełomie lat 60 i 70 trawa była zieleńsza, a muzyka muzycz... lepsza.

Czytaj dalej...

08 kwietnia 2007

Dziś kolejny zespół z serii: 'nie można znaleźć o nim słowa po polsku w sieci, a szkoda'. Szkoda, bo niewątpliwie jest tego wart.
Lost In The Trees to projekt Ari Pickera. Niewiele o nim wiadomo, no może tyle, że wcześniej udzielał się w The Never, grupie, która nic szczególnego na rynku nie zwojowała. No i że ma chłopak talent.
Trudno powiedzieć czym jest Time Taunts Me, czy to album czy EPka. Faktem jest, że zawiera prawie 30 minut świeżego i różnorodnego materiału, nazywajcie jak chcecie. Rozpoczyna się żywymi skrzypcami w Lost in the Snow. Motyw to bardzo chwytliwy, łapiemy po kilkudziesięciu sekundach. W połowie piosenki wchodzi wokal Pickera, spokojny, głosu raczej nie nadwyręża.
Drugi jest utwór tytułowy. O ile opener był bardziej instrumentalny, ten jest utrzymany w klimacie spokojnej ballady, z świetną melodią w tle i wokalem.
W tym momencie już byłem zachwycony. Dalej mamy chociażby Tall Trees witający nas szybkim rytmem, trochę szarpany i niespokojny.
Środek albumu to instrumentalne I've Always Loved the Fall, z organami kościelnymi. Epka kończy się Time. It Will Not Erase Me, które Ari wykonuje w duecie z jakąś panią, niestety nie zdołałem dowiedzieć się kto to taki. Sprawia jednak bardzo miłe wrażenie.
Już dawno nie słyszałem tak równego, a jednocześnie tak różnorodnego muzycznie materiału. Klimat jest utrzymany w trochę bajkowej tonacji, oderwanej od rzeczywistości. Szczególnie zachwycają mnie utwory instrumentalne.
Nawet jeśli to tylko EPka, to sprawiła mi ogromną przyjemność. No i chyba jak narazie najlepszy debiut w 2007 roku.

Co nieco z Time Tounts Me można posłuchać na ich profilu Myspace.

Albo macie całą. Nie ode mnie, no i oczywiście usuwacie po 24 godzinach.
Przepraszam, że słabo i chaotycznie, późno w nocy pisałem, bezsenność chwilowa chyba.
[ Pozdrowienia i dzięki za płytkę dla Fuckingood Kingdom :D ]

07 kwietnia 2007

Jak pokazują statystyki, notka "O mnie" jest najczęściej czytana ze wszystkich. Nie mam pojęcia dlaczego, może macie niezły ubaw z tego czy co. No to postanowiłem zmodernizować ją, bo ta dotychczasowa była krótko mówiąc beznadziejna.

06 kwietnia 2007

Kiedy byłem młody i głupi, chciałem pisać felietony. Nie miałem jednak umiejętności, nie wiedziałem gdzie to pisać, ba nawet tematu nie miałem. Teraz jestem... starszy, brak mi nadal kilku rzeczy, ale mam bloga, którego ktoś czyta, i można to wykorzystać. Postanowiłem więc - będę pisał! (chociaż nie obiecuje, że spełni to jakiekolwiek warunki bycia felietonem, ale i tak zrobie sobie taką kategorię, ha!)

Wczoraj minęło równe 40 lat od nagrania jednej z najważniejszych płyt w historii muzyki rozrywkowej. Chodzi o Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band, choć takim mianem można by określić każdą płytę The Beatles. Parę miesięcy później trafiła na półki sklepowe, a w muzyce zaczął się praktycznie nowy okres. To ta płyta była dalej technicznym wzorem, wyznacznikiem jak powinno wyglądać prawdziwe nagranie. Był to pierwszy w historii concept-album.
Osobiście przekładam to dzieło nad wszystko inne, co wyszło spod rąk Żuczków. 40 lat muzyka zaczęła wyglądać tak jak teraz ją widzimy.

Dla mnie sprawa jest prosta - nikt nie ma prawa ruszać tego zespołu i jego twórczości. Szlag mnie trafia, gdy widzę, że ktoś bierze się za bezczelne ocenianie, pisanie, podważanie wartości. Dla mnie są nietylkalni, i naprawdę nie rozumiem dlaczego dla wszystkich nie jest to takie oczywiste jak dla mnie. Wchodzę na komunikator i dostaje linka do artykułu - "Gwiazdy śpiewają sierżanta Pieprza". Wzdrygnięcie, już wiem co się szykuje.

Legendarny album Beatlesów "Sgt Pepper's Lonely Hearts Club Band" zostanie nagrany na nowo przez plejadę artystów współczesnej sceny muzycznej, m.in., Oasis, The Killers i Razorlight.

Mogę kląć? (możesz) No kuuuurwa, tylko nie to. Rozumiem, inicjatywa, uczczenie rocznicy - ale nagrywanie od nowa? Ja pierdolę, jakim prawem?! Przede wszystkim - z kim? Oasis, The Killers? Prziecież w tytule jest 'gwiazdy' a nie 'podrzędne zespoliki do niczego'. Jeśli już tak koniecznie trzeba profanować świętość, to już w jakimś stylu! Nie wiem, jeszcze może zaprosić Arctic Monkeys i Piotra Rubika, żeby ładnie zakończył Day in the Life z orkiestrą? Dla mnie to kpiny.
Nigdy nie lubiłem coverów. Coverowania legend nienawidziłem i nadal nienawidzę. Gdy kiedyś usłyszałem High Hopes Pink Floydów w wykonaniu Nightwisha oniemiałem. Do tej pory, gdy widzę gdzieś nazwę tego zespołu robi mi się niedobrze.

Katolik może oskrżyć media (czy jakąkolwiek inną instytucje) o obraze jego uczuć religijnych, gdy te sponiewierają jakiś symbol wiary, krzyż na przykład. Gdy widzę takie rewelacje jak te opisne wyżej, to stwierdzam, że zostały urażone moje odczucia muzyczne... fanowe... whatever. Mam ochotę kogoś oskarżyć.

05 kwietnia 2007

Dzisiaj poznaliśmy część polskich artystów, która wystąpi na Openerze. Są to:

The Car Is On Fire, Indios Bravos, Smolik, Bassisters Orchestra, Apteka, Łąki Łan, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, Novika, EastWest Rockers i Pink Freud.


Pogrubiłem te, które są ciekawe, i już możecie się cieszyć z ich obecności tam. Szczególnie ucieszyłem się z Kombajnu, jakiś spory sentyment mam do tej kapeli, wreszcie będzie* okazja posłuchać na żywo. Co ciekawe, organizatorzy postanowili, że na festiwalu postawi trzecia scena, na której pokażą się utalentowane młode grupy. Coraz ciekawiej to wygląda, trzymamy kciuki za Ściankę, co nie?

* - jeżeli chcesz przygarnąć autora bloga na podróż/pobyt na festiwalu - pisz. Gwarantuje: narzekanie na Muse, narzekanie na wszystko wokół, i swoją obecność. Śmiało.

05 kwietnia 2007

Chciałbym tu pisać o płytach nowych, świeżych, dopiero co wydanych. W kolejce do poznania aktualnie mam jakieś tysiąc dwieście sto piętnaście albumów, a i tak słucham czegoś, co powstało siedem lat temu. No i jak tu pisać o nowościach, gdy dorosłe już dzieci geniuszy nie dają spać po nocach?

Czytaj dalej...

04 kwietnia 2007

2 Kwietnia wydarzyło się coś, co dla muzyki może oznaczać początek przełomu. Apple i EMI postanowiło uwolnić muzykę w formacie cyfrowym od zabezpieczeń typu DRM, i sprzedawać ją jako DRM-free. To dobry moment na to, by zastanowić się nad przyszłością muzyki, a raczej jej techniczną kwestią.

Czytaj dalej...

04 kwietnia 2007

Powoli zaczyna się czas, w którym rozliczamy artystów z naszych największych oczekiwań na ten rok. Ostatnio wydają gęsto i intensywnie, więc jest w czym wybierać. Dzisiaj pada na Waxa Tailora, który zawitał z nowym longplay'em - Hope & Sorrow.

Czytaj dalej...

02 kwietnia 2007

Co tu ukrywać, theczarsologia zajeła mnie dużo bardziej niż się spodziewałem. Więc niejako dzisiaj kontynuacja tego wpisu.
Po The Ugly People vs. The Beautiful People byłem na tyle zadowolony z tego co serwuje mi The Czars, że sięgnąłem po tytuł Sorry I Made You Cry, tym samym po najnowsze dzieło muzyków z Denver.
Płyta zawiera przede wszystkim covery. Covery ballad, które daty powstania miały gdzieś w okolicach lat sześćdziesiątych. Usłyszeć można na przykład I'm Sorry Brendy Lee czy My Funny Valentine i Song To The Siren Tima Buckleya. Miejsce znalazło się nawet dla Angel Eyes, przerobionego (dosyć poważnie) hitu ABBY (podoba mi się chyba najbardziej). Resztę czasu uzupełniają autorskimi utworami, oczywiście utrzymanymi w klimacie soł romantik.
Wiele w stylistyce się nie zmieniło, Grant nadal czaruje swoim głębokim wokalem, w tle nadal słychać nostaligiczne gitary. No i mogę użyć zalegalizowanego na tym blogu przemiotnika: 4adowniczość, trochę z domieszką amerykańskiego alt-country.
Płyta dobra do popadania w zadumę, gdybym był jakąś sentymentalną nastolatką to nawet mógłbym przy tym uronić łzę [;)]. Ale artyści usprawiedliwają się tytułem albumu, no przecież ostrzegali.

01 kwietnia 2007

Mam złą (na pewno?) wiadomość. Nie będę już mógł pisać o muzyce, oguchłem.

No dobra, nigdy nie byłem dobry w prima aprilisowych żartach. Chociaż pierwszego kwietnia moja czujność zawsze wzrasta i jestem nieufny wobec informacji do mnie docierających. No i tu się pojawia problem, bowiem przeglądając serwisy internetowe, nie mogę rozróżnić, co jest żartem a co nie. To chyba najlepiej obrazuje poziom absurdu występujący w Polsce. Nasi politycy zapewniają nam każdego dnia takie wspaniałe pomysły, które w innych krajach, nawet jako żarty prima aprilisowe by nie przeszły. [wpis całkowicie_nie_o_muzyce, wybaczcie, postaram się robić to jak najrzadziej :D]