31 marca 2007

Brakuje mi w słowniku kilku przymiotników, które znacznie ułatwiłyby mi wyrażanie swojego zdania. Jednym z nich jest 4adowniczość. Każdy, kto spotkał się z dziełami, które wychodziły spod rąk tej wytwórni, dobrze zna charakterystyczne cechy muzyki, która tam powstaje. Czym Ninja Tune jest dla hip-hopu, tym 4AD jest dla fanów smutnych, często mrocznych dźwięków. No, więc taki przymiotnik powinien powstać, chociażby po to, żebym mógł teraz spokojnie powiedzieć, że The Czars jest 4adowe.

Czytaj dalej...

30 marca 2007

Jak na polskie warunki, sporo zamieszania towarzyszyło premierze tego albumu. 'Nowość', 'rewelacja', 'wschodząca gwiazda alternatywy', i takie tam najróżniejsze tagi, które strasznie mnie rozśmieszyły, gdy dowiedziałem się, że kapela liczy sobie już osiem lat. Składa się z członków CKOD, Agressivy 69 i Hedone, czyli jakby nie było - supergrupa! Hah, no to mamy swoje The Good, The Bad And The Queen.

Czytaj dalej...

28 marca 2007

Jest 28 marca, wszystko co miało być w miesiącu, zostało wydane. No, zakładając, że mam gdzieś kolejną płytę Jenifer Lopez i Good Charlotte (mam). Tak więc nic nie stoi na przeszkodzie podsumowania pierwszego kwartału roku pańskiego (hie hie) 2007 w muzyce.
I niech będzie już na wstępie jasne - muzyczny rok już dawno tak dobrze się nie zaczynał. Dla porównania, rok temu o tej porze wszyscy zachwycali się beznadziejnym debiutem Arctic Monkeys, średnim nowym albumem Placebo, a najlepszym krążkiem mógł się poszczycić weteran - David Gilmour. Dwa lata temu wcale nie było lepiej. Tak więc mogę śmiało takie małe podsumowanko zrobić, bez obawy, że nie będzie o czym pisać (oj będzie!).

Czytaj dalej...

27 marca 2007

Wydał cztery kompletne albumy, a przy jego nazwisku ciągle wisi etykieta "przyszłość amerykańskiego folku". Taki bard w Stanach to nie ma łatwego życia. Skoro talentem jest się nadal z pięcioletnim stażem, to żeby zyskać miano spełnionego i doświadczonego, to nagrać 50 płyt musi lekko.
Włączam tę płytę, zamykam oczy i widzę amerykę łacińską, jakąś wioske, czas sjesty. Podstarzały mulat z brakami w uzębieniu gra na gitarze spokojne, rozmarzone ballady. Wokół dzieci biegają za udomowionymi zwierzętami, a ludzie leżą w hamakach, patrzą w niebo lub śpią. Ta płyta zabiera nas wprost do takiej wioski, i choć nigdy nie byłem w Peru czy Boliwii (najdalej Francja, haha) to mogę się założyć, że tak tam wygląda popołudnie na wsi.
Zapędy w strone dalszych południowych sąsiadów nie są tutaj zaskoczeniem. Korzenie Banharta sięgają głęboko Wenezueli, gdzie z resztą jako dziecko mieszkał.
Pierwsze skojarzenie gdy usłyszałem Cripple Crow to Sun King Beatlesów. Typ to bardzo trafiony, bowiem motywy i wariacje na temat Lennona i jego bandy pojawiają się tu często. Raz, spójrzcie chociażby na okładkę - nie przypomina Wam czegoś? Jak nic - taka biedniejsza wersja Sierżanta Pieprza. Dwa, nawiązania tekstowe są tu nierzadkie - ba, nawet jedna piosenka nazywa się... (tutaj zaskoczenie) The Beatles. No i trzy - Devendra ze swoim stylem wstrzela się wprost do końcówki lat sześćdziesiątych, opanowanych przez Żuczków. Dzieci Kwiaty, pokój, marihuana.
Długość materiału jednak nie pozwala na to, by nazwać go równym. 22 piosenki, w tym genialne, świetne, średnie i nudne. To też jest chyba największym minusem albumu - najlepsze piosenki przeplatane są tymi słabszymi. Dobrym rozwiązaniem jest ułożenie sobie własnego seta, w którym pozbędziemy się przeciętniaków.
Atmosfera wytwarzana na płycie jest ciepła i leniwa. Ballady z świetnymi tekstami (no, przynajmniej ich angielska część) potrafią zauroczyć. Ideał dla lubiących spokojny, choć dziwny folk.

26 marca 2007

Dzięki Amusedowi trafiłem na ciekawe narzędzie. Posiadasz profil na last.fm i uważasz, że słuchasz najbardziej niezal muzyki na świecie? Masz okazje się sprawdzić ;). Mainstream-O-Meter po wpisaniu użytkownika, oblicza jak bardzo mainstreamowe zespoły mamy w swoim TOP30.
Wynik poniżej 40% jest już raczej dobry, chociaż snoby nad snobami uzyskują bliski 1%, czyli chyba sami te zespoły zakładają i ich słuchają. Miłej zabawy ;)

26 marca 2007

Śmierć jest największą inspiratorką (inspiratorem? przez Prattcheta zawsze się waham) w historii muzyki, i chyba sztuki w ogóle. Przywołując chociażby takie Funeral, chociaż znakomitych przykładów nasuwa się masa. Coś w niej jest niesamowitego, że wbrew pozorom za taką raczej średnio przyjemną sprawą powstają dzieła wybitne. Do czego pije? Do powstałego w roku '98 Electro-Shock Blues'a grupy Eels.
Taka nieprzyjemna się historia z tą płytą wiąże, że lider - Mark Everett napisał ją po śmierci swojej siostry. Popełniła samobójstwo w zakładzie psychiatrycznym. Teksty są w sporym stopniu oparte o jej zapiski ze szpitala, które po sobie zostawiła.
Trochę mi wstyd, że takie klasyki z lat dziewięćdziesiątych poznaje dopiero teraz. Gupio się przyznawać, bowiem materiał to nieprzeciętny. Everett włożył w tę płytę serce, i przede wszystkim szczerość. Po stracie bliskej osoby wylał wszystko z siebie na nuty. Ładnie wyszło, choć to złe słowo.
Pod względem czysto muzycznym jest ciekawie i różnorodnie. Klimaty (electro?)bluesowe przeważają, nieraz słychać jakieś jazzowe wstawki. Ciężko oderwać warstwę instrumentalną od wokalu i treści, więc nie będę tego na siłę czynił.
Wprawia mnie ona w jakiś dziwny stan radosnego zniechęcenia. Jest spokojna noc, a ona jakby szeptała 'napisz coś o mnie'. No to nie miałem wyboru.

25 marca 2007

Minęły ponad dwa lata od kiedy Łona wraz z Webberem stwierdzili, że Nic Dziwnego już ich nie spotka. Wracają z początkiem wiosny z albumem Absurd i Nonsens, by pokazać kto rządzi w inteligentnym rapie (dżizas, jak ja nie lubię tego określenia).

Czytaj dalej...

24 marca 2007

Ostatnio miałem okazję oglądać dwa filmy muzyczne, chociaż może lepszym określeniem byłoby: o tematyce muzycznej. Pierwszy z nich to U Progu Sławy.

San Diego, rok 1973. Piętnastoletni William Miller jest zagorzałym fanem rocka i marzy, by zostać dziennikarzem muzycznym. Zbieg okoliczności chce, że wpływowy reporter Lester Bangs zleca mu przeprowadzenie wywiadu z członkami grupy Black Sabbath dla wydawanego przez siebie magazynu "Creem". Chłopak nie posiada się ze szczęścia... Na koncercie William spotyka piękną Penny Lane, która przedstawia go członkom wybijającej się grupy rockowej o nazwie Stillwater, wokaliście Jeffowi Bebe i gitarzyście Russellowi Hammondowi. Wkrótce wydawca prestiżowego magazynu "Rolling Stone" proponuje Williamowi napisanie profilu grupy Stillwater, nie zdaje sobie bowiem sprawy, że ma do czynienia z nastolatkiem. Mimo obiekcji matki, Elaine, William postanawia wyruszyć w trasę koncertową wraz z zespołem. (za filmweb)


Film świetnie obrazuje nam atmosferę lat siedemdziesiątych - szaleństwo za rockiem,
groupies, narkotyki, powstawanie legend muzyki. A wszystko to widziane oczami młodego, niewinnego i ambitnego pietnastolatka. Bardzo ciekawy motyw jest z Lesterem Bangsem, postacią autentyczną, legendarnym krytykiem muzycznym Rolling Stone. Człowiek ten mieszał z błotem niejedną legendę rocka, zmarł w roku '82. Przy okazji polecam poczytanie jego tekstów - coś świetnego.
Co do tego co leci w tle - głównie to utwory bohaterów filmu - zespołu Stillwater, czyli postaci fikcyjnych, no chyba, że słabo szukałem (w roku 1977 taki zespół wydał płytę, ale czy to oni - nie wiem). Poza tym The Who, Bowie, Black Sabbath i inni, mniej znani. Film polecam wszystkim, nawet tym, których motywy muzyczne nie interesują. Naprawdę dobra produkcja, z resztą - Crowe dostał za niego Oscara.

Drugi z filmów to Empire Records, opowiada o grupie przyjaciół pracujących w sklepie muzycznym o takiej właśnie nazwie. Jeden z nich, niezbyt rozgarnięty Lucas otrzymuje zadanie zamknięcia sklepu. Jednak zamiast podliczyć dzienny utarg, wyjeżdża do Atlantic City i wszystko przegrywa w kasynie. Na drugi dzień Joe - właściciel sklepu dowiaduje się o tym. Tak zaczyna się pozornie zwyczajny dzień w sklepie z płytami.
Akcja dzieje się już w czasach współczesnych, gdzieś środek lat dziewięćdziesiątych. Jest to trochę mniej film muzyczny niż U Progu Sławy, bowiem główna historia dotyczy raczej relacji między przyjaciółmi. W tle jednak słychać najróżniejsze dźwięki - od The Cranberries po Dire Straits.
Film łatwy w odbiorze, przyjemny i zabawny.

Znacie jakieś inne filmy w tym klimacie warte polecenia? Chodzi głównie o filmy fabularne, gdzie muzyka towarzyszy fabule, a nie o filmy mocno tematyczne, jak chociażby The Wall (btw, uwielbiam).

22 marca 2007

Post-rock to na pewno nie jest mój gatunek. Muzyka ta mnie zwyczajnie męczy i dłuży mi się niemiłosiernie, dlatego najczęsciej omijam szerokim łukiem. Jak zwykle od zasady musi być jakiś wyjątek, który burzy całkowicie całą niechęć i zastrzeżenia.
Odkrycie to swieże, bo mające dopiero jeden dzień - lecz już zdążyło opanować wszystkie moje odtwarzacze dźwięku. Mowa tu o Brytyjczykach z grupy Yndi Halda, powstałej w roku 2001. Długość istnienia nie przekłada się jednak na ilość stworzonego materiału - na koncie mają tylko jedną EPkę - Enjoy Eternal Bliss. Niech to jednak Was nie zmyli. Zawiera ona cztery utwory, z czego najkrótszy ma... 12 minut. Razem to daje około 60 minut muzyki. Co do tego co nam serwują przez tą godzinę, to mogę powiedzieć, że jest to coś wspaniałego. Mimo, że cały album jest wyłącznie instrumentalny, ma w sobie siłę ogromną. Bardzo dużą rolę odegrały tu skrzypce - budują doskonałą atmosferę. Utwory mają skomplikowane kompozycje, długie, rozbudowane. Aranżacje są podniosłe, momentami niemal monumentalne.
Polecam wszystkim tym, do których przemawia muzyka spod znaku Godspeed You! Black Emperor czy Explosions in the Sky. Sam nazywam Yndi Halda post-rockowym Sigur Ros.

Posłuchać Yndi Halda możesz na ich profilu Myspace.

18 marca 2007

Piękna księżniczka została uwięziona w zamku strzeżonym przez smoka. A oto różne wersje zakończenia opowieści w zależności preferencji muzycznych rycerza-wybawcy.

GLAM ROCK:
Zjawia się bohater, smok pada ze śmiechu na jego widok i pozwala mu wejść do zamku. Bohater kradnie księżniczce kosmetyki i maluje cały zamek na piękny, różowy kolor.



Dla mnie klasyk, płacze przy tym zawsze gdy gdzieś trafię. ;) Reszte możecie poczytać tutaj (za długie by umieścić w całości na blogu).

18 marca 2007

Gdyby Bóg słuchał muzyki, to co by to było? Zastanawiam się nad tym kilka sekund - i odpowiadam pewnie - Agaetis Byrjun. Kwartet Sigur Ros siedem lat temu zarejestrował najbardziej magiczne, anielskie dźwięki jakie świat słyszał. Nie wiem jak tego dokonali, ale gdy włączam tę płytę, wszystkie moje dotychczasowe ulubione albumy nie istnieją - liczy się tylko to co w słuchawkach.

Czytaj dalej...

17 marca 2007

Szukając w sieci informacji o Modest Mouse spostrzegłem, że w polskiej części tego medium MM praktycznie nie istnieje. Kilka stron z tekstami do Good News For People Who Loves Bad News, kilka recenzji i to wszystko, ślad się urywa. O Fansajcie nawet nie ma co marzyć. Zdziwiony takim stanem rzeczy stwierdziłem, że tak zajebisty zespół nie może nie mieć polskiej strony :D

Czytaj dalej...

16 marca 2007

To może teraz Wy mi polecicie jakąś muzykę, hę? ;)

15 marca 2007

Nie lubię słuchać pojedyńczych utworów, nauczony jestem, że prawdziwą wartość, którą można oceniać to gotowy album. W tym wypadku jednak nie mam wyjścia - muszę napisać ;)
Chodzi o nowy utwór Much, zespołu okrzykniętego nadzieją polskiego indie już jakiś czas temu. Nadal nie mają kontraktu i nadal nagrywają świetne kawałki (całą płytkę Galanteria można ściągnąć z ich profilu last.fm chociażby). Miasto Doznań zostało stworzone na potrzebe składanki Piostra Stelmacha - Offensywa, zawierającej piosenki Muchom stylistycznie zbliżone - od TCIONF po Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach.
Krótkie obserwacje znajomych każą mi stwierdzić, że utwór ten wpada w ucho praktycznie natychmiastowo, i ciężko się od niego uwolnić. Co jak na lekkie, półpopowe granie chyba najlepsza rekomendacja - polecam.

Posłuchaj Miasta Doznań (link from Porcast)

15 marca 2007

Długo szukałem czegoś, co stylem przypominać mi będzie znakomity In The Aeroplane Over The Sea NMH. Takim sposobem sprawdziłem Davendre Banhart, The Gerbils czy Eels, lecz wszystkie te zespoły kwitowałem krótkim "ehh, to nie to", wracając szybko do osławionej płyty. W końcu trafiłem na Castaways And Cutouts The Decemberists - o to chodziło. Już myślałem, że to powiązanie jest jakieś niezbyt zaawansowane, skoro do tej pory na nie nigdzie nie trafiłem - a tu wszyscy przy okazji tej płyty piszą o naśladowaniu Neutral Milk Hotel. Ehh.
Owego naśladowania nie zauważyć nie sposób. Powiedziałbym nawet, że sam nie jestem pewny, czy pewna granica inspiracji nie została przekroczona. Ta płyta wygląda jak ciągła kontynuuacja osiągnięć Jeffa Manguma - nieudolna jak dla mnie, ale tym później.
Grupa pochodzi z Portland, powstała wokół Colina Meloya, który jest niewątpliwym liderem formacji. Oszałamiającej historii to oni nie mają, wszystko potoczyło się szybko - EP 5 Songs z sześcioma piosenkami (haha), podpisanie kontraktu i debiut opisywaną właśnie płytą. Jeśli ktoś nie czytał recenzji Neutral Milk Hotel, nakreślić trzeba styl muzyki jaką grają. Jest to neofolk z akustykiem na czele, którego czasem wspomagają fortepian czy skrzypce. Prawdziwym autem zespołu jest jednak recytujący wokal i niesamowite teksty. Meloy w songwriterskim fachu sprawdził się znakomicie, tworząc warstwe tekstową, która jest znacznie ciekawsza od muzycznej. Zgodnie z nazwą, piosenki na płycie to historie ludzi, którzy często nie kłamiąc mogą powiedzieć "znowu w życiu mi nie wyszło". O życiowych rozbitkach wyrzutkach, którzy nigdy nie zrealizowali swoich marzeń.
Nie jest to jednak coś, co mogłoby chociaż powalczyć o moje Top 5 (niezbyt licznego) gatunku. Zbyt banalnie, i zbyt wtórze.
Nie chciałbym Was zniechęcać do tej płyty tylko dlatego, że na mnie nie działa zbyt mocno. Ja nadal zapatrzony jestem na cudo, które spłodził Jeff Mangum, i chyba niebardzo chce przyjąć coś, co mocno nim inspirowane - lecz nie dosięgające poziomowi pierwowzoru. A, i nie dotyczy to całej płyty - trzy ostatnie utwory są naprawdę dobre. Bardzo dobre, nawet potrafią mnie wprawić w dziwny, nastrój zniechęcenia, na plus bardzo.

12 marca 2007

Kontynuując wątek kilkunstosekundowych uniesień muzycznych.

Tool - Parabol. A dokładniej przejście z Parabol do Paraboli - jeden z najlepszych przeskoków utworu jaki słyszałem. Ogólnie cały Lateralus jest wypełniony takimi ciekawymi technicznymi motywami, więc daję mu tutaj miejsce.

Czytaj dalej...

11 marca 2007

Polskich kapel britpopowych mamy jak na lekarstwo - Myslovitz ciągle poza zasięgiem Negatywu czy od niedawna The Car Is On Fire, więc gdy pojawią się w zasięgu wzroku jacyś nowi śmiałkowie - powinni być nagłośnieni w odpowiedni sposób. Tak jednak nie jest - o debiutanckiej płycie Kapitana Da dowiedziałem się przypadkiem w programie Kuby Wojewódzkiego po prawie trzech miesiącach od premiery. Coś jest z tą promocją nie tak.
Gdy zaciekawił mnie ich występ w tym programie (wykonywali singlowy utwór pod koniec programu) postanowiłem czegoś o nich poszukać. Heh, bezskutecznie. Dopiero po dwóch tygodniach zdobyłem płytkę i garść informacji.

Czytaj dalej...

09 marca 2007

Formacje Violent Femmes powołał do życia na początku lat osiemdziesiątych Gordon Gano. Grupa pochodząca z Milwaukee w stanie Wisconsin przez dwadzieścia lat działalności wydała aż dwanaście albumów długogrających, lecz w moim mniemaniu żadna z nich nie przebiła debiutu - Violent Femmes powstałego w roku '83.

Czytaj dalej...

08 marca 2007

Wiedzieliście, że istnieje Google Music? ;)

07 marca 2007

Niedawno pisałem o The Arcade Fire i ich wielkim debiucie, dziś mamy już na sklepowych półkach Neon Bible. Przesłuchałem kilka(naście?) razy i chyba jestem gotowy do tego, żeby coś o tym albumie napisać.

Czytaj dalej...

06 marca 2007

Czy muzyka tworzona przez jednego artyste nieprzerwanie nawet kilkadziesiąt lat może być dobra? Tak, to właśnie charakteryzuje specyficznych starszych panów z przyklejoną etykietą: singer/songwriter.

Czytaj dalej...

05 marca 2007

W dyskusjach o filmach często możemy trafić na pytanie: Jaka jest Twoja ulubiona, kultowa scena filmowa? Każdy może mieć jakąś swoją ulubioną, która zapadła mu w pamięć. Dla mnie to na przykład golenie brwi Pinkiego w The Wall czy finał Donniego Darko. A czy można takie zestawienie stworzyć w muzyce? Z tym, że sceny zatąpimy ulubionymi zrywami, zwrotami muzycznej akcji. Chwila w piosence, przy której po prostu ciężko się ruszyć, bo przez moment to co leci z głośników paraliżuje.
Spróbuje stworzyć własną liste patrząc pod tym względem. Powiedzmy, że granica górna to 20 sekund trwania akcji.

Czytaj dalej...

03 marca 2007

Matt Johnson tworząc jednosobową formacje wiedział jak się nazwać - to właśnie dzięki tej intrygującej nazwie sięgnąłem po Mind Bomb. Ostatnio słuchałem tego zeszłego lata, dzisiaj przypadkiem znowu trafiłem, i muszę chociaż wspomnić o tej niebalnej grupie. Chociaż określenie 'grupa' średnio tutaj pasuje - The The tworzy praktycznie sam Johnson, niekiedy zapraszając do projektów innych muzyków.

Czytaj dalej...

02 marca 2007

Niektóre mogą wywołać niekontrolowane wybuchy śmiechu, litości lub zażenowania :D Polecam.

Ps. Ta Pani wpis niżej zapowiedziała wydanie swojego nowego albumu na 7 maja. Nowe wydawnicto Bjork będzie nosiło nazwę Volta i zawierało dziesięć utworów. Radujmy się ;)

01 marca 2007

Co jest podstawą dźwięku i muzyki? Czy tysiące lat temu pierwotną jej formą było wystukiwanie rytmu uderzając kamień o kamień, czy może pierwszy był ludzki głos? Czy można nagrać płytę po brzegi wypełnioną dzwiękami i piękną muzyką, i praktycznie nie używać do tego instrumentów? Dla czarującej islandki Björk to żaden problem.

Czytaj dalej...