Korzystając z tej okazji, że od założenia bloga mija miesiąc (+/- trzy dni) pozwoliłem sobie na małe zmiany. Jak widzicie całkowitej modernizacji uległ wygląd Muzykofilii (duża w tym zasługa Flegmatyka), i teraz zamiast kolorów czarno-czarnych mamy zieleń. Mnie się bardzo podoba, czekam na Wasze opinie co ewentualnie zmienić, błędy i tak dalej.
Tym samym jeśli macie jakieś ogólne uwagi dotyczące bloga, propozycje - prosiłbym o podzielenie się nimi w komentarzach. Co tam, niech ten wpis będzie księgą skarg i zażaleń ;)
Ps. Bloc Party pojawi się na Openerze. Robi się coraz ciekawiej.
W Anglii przeprowadzono ankietę na temat piosenki, która jest najlepszym hymnem nastolatków. Wygrał utwór My Generation The Who. Tak się zastanawiam, gdyby taką ankietę przeprowadzono w Polsce, jaka piosenka miałaby największe szanse? Mi od razu na myśl przychodzi Autobiografia Perfectu, a Wy co o tym sądzicie? ;)
Ps. Gdyby ktoś byłby na tyle wspaniałomyślny i wyraził chęć przeportowania pewnego szablonu na joggera, to prosiłbym o kontakt na jid: gamxx@jabber.autocom.pl
Na początku lat dziewięćdziesiątych w muzyce panował niepodzielnie grunge. Nie wszystkim jednak pasowało takie energiczne, żywe granie i postanowli tworzyć coś, co kontrowałoby ten styl. I fiu, tak powstał... slowcore.
Chcielibyście cofnąć się do czasów prehistorycznych? Zobaczyć tworzenie się pierwszych plemion, jaskinie, rytualne tańce wokół ogniska? Bębny, drzewa, dzikie zwięrzęta. Natura. Czasem dzika i niebezpieczna, czasem łagodna i bajkowa. Taką podróż gwarantuje Phil Elverum, sam tworzący projekt zwany Mount Eerie (wcześniej The Microphones) na płycie No Flashlights.
Dziwna sprawa z nim i z tą płytą. Bo niby można o niej napisać ogrom materiału, zachwycać się nad kompozycjami, klimatem, wszystkim. Ale zaczynam i jakoś nie mogę, bowiem wszystko to zamyka się w jednym, krótkim: musicie tego posłuchać.
To nie jest płyta mojego dzieciństwa, wcale przy niej nie dorastałem i nie słuchałem na kasecie na starym magnetofonie. Nie mantrowałem podczas młodzieńczego buntu. Mimo to, już teraz wiem, że to będzie (jest) jedno z dzieł, które będą mi towarzyszyć zawsze i nigdy o nim nie zapomne. Co z tego, że historie Joy Division zna pewnie większość z Was - nie byłbym sobą, gdybym tu o tym nie napisał.
Zespół składał się z czterech młodych anglików, którzy beznadziejność industrialności otoczenia postanowili odreagować w muzyce. Ich debiut "Unknown Pleasures" zapewnił im rozgłos w świecie, odbywali trasy koncertowe po europie i wszystko układało się wspaniale. Do czasu, gdy lider zespołu - Ian Curtis zaczął chorować na epilepsję. Tutaj zaczyna się również historia albumu Closer, który to Curtis nagrywał z zespołem przez cały okres choroby powoli go wyniszczającej. Gdy materiał został już nagrany, Curtis w swoim mieszkaniu w Manchesterze powiesił się na kablu od suszarki.
Ta nadchodząca śmierć nadała ton całemu albumowi - możemy spobie wyobrazić jaki bez słuchania. On wygląda jak list pożegnalny Iana. Krzyk bezradności, cierpienia, zrezygnowania.
Więc tak już będzie – duma zniszczyła miłość
Co kiedyś było niewinnością, przekręciło się
Wisi nade mną chmura i znaczy każdy mój ruch
A głęboko w mej pamięci coś, co kiedyś było miłością
Jak dobrze zrozumiałem, że pragnąłem czasu
We właściwych proporcjach, starałem się go szukać
Przez chwilę zdawało mi się, że odnalazłem drogę
I gdy odkryłem przeznaczenie – ujrzałem że mi się wymyka
Ta muzyka ma w sobie zawartą niesamowitą wręcz ilość emocji - mimo, że brzmi zupełnie tak, jakby grający ją byli ich pozbawieni. Surowość dzwięków poraża. Wszechobecne zimno, załamujący się głos Curtisa, znów krzyk o pomoc, a zaraz potem znowu krzyk bezradności. Toczy tutaj walkę z samym sobą, ze swoją chorobą, jak i otaczającym go brudnym światem. W tym albumie jest wszystko, co może dziać się w psychice człowieka skazanego na śmierć. Napisałem, że ta muzyka jest zimna? Odwołuje. Ona jest lodowata. Z każdym kolejnym utworem posuwamy się wciąż dalej, a apokaliptyczny klimat otacza nas coraz bardziej. Dwie ostatnie piosenki to dla mnie coś w stylu ostatniego namaszczenia samobójcy. Wszystko się wtedy zatrzymuje w miejscu, a dla mnie istnieje tylko źródło muzyki i moja głowa.
Egzystowanie? Czym ono jest?
Żyję najlepiej jak potrafię
Przeszłość jest częścią mojej przyszłości
Teraźniejszość wymyka się spod kontroli
Reszta niech pozostanie milczeniem.
Za sprawą Pippina zostałem wciągnięty do zabawy blogowej, czyli pięć ciekawostek z mojego życia + typowanie kolejnych pięciu ofiar. Jako, że blog muzyczny do czegoś zobowiązuje, pojade bardziej pod tym względem.
1. Gdy byłem jeszcze naprawde małym dzieckiem moim ulubionym wykonawcą był... Król Lew. Przynajmniej tak wynika z jakichś tam wywiadów przeprowadzonych przez moją starszą kuzynke. Musiała mi się ścieżka dźwiękowa podobać. :D
2. Mój ojciec był uzdolniony muzycznie, miał nawet jakiś swój mały zespół - mimo wszystko ja jestem kompletnym muzycznym beztalenciem. Nie umiem grać na żadnym instrumencie, ponieważ brak mi cierpliwości i wolę słuchać. Zdecydowanie.
3. Jestem agnostykiem i wegetarianiem, a jednocześnie mam gdzieś los biednych, bezbronnych zwierzątek. Wstręt do mięsa bez pobudek ideologicznych.
4. Boje się pilniczków. Może to śmieszne, ale uciekam w popłochu gdy widze kobiete z pilniczkiem w ręce. Brrr.
5. Mam słabość do kobiecych, długich rzęs. Nie pytajcie, nie wiem dlaczego, ale uwielbiam.
Do zabawy zapraszam:
Snufkina
Dzikiego
Markolfa
Papaja
Czarnowidze
Wczoraj światło dzienne ujrzała nowa płytka Ostrego. Wygląda na pierwszy rzut oka ciekawie, chociaż 23 kawałki to chyba przesada (przypomina mi się od razu The Car Is On Fire :P). Jak zwykle, od OSTRa nie mogliśmy się spodziewać niczego innego niż kawał porządnego rap jazzu, myślę, że spełnił oczekiwania, aczkolwiek jak narazie album na ziemie mnie nie rzucił. Warstwa tekstowa mam wrażenie mocno pojechała w strone polityki, nie powiem, żebym specjalnie za tym przepadał. Zauważyłem również kilka szybkich, dziwnych skojarzeń charakterystycznych dla Fisza. Jak dla mnie ten drugi chyba zawsze zostanie numerem jeden na scenie.
Kontynuuje temat z wczoraj.
Krytycy też są omylni i zdarzają im się poważne wpadki, które wychodzą dopiero po latach. Dla przykładu - w podsumowaniu rocznym magazynu Village Voice Czwórka Zeppelinów zajeła 30 miejsce. Rolling Stone po premierze II przyznało albumowi trzy gwiazdki z podsumowaniem "płyta spodoba się tylko nabuzowanym nastolatkom". Jak bardzo się pomylili teraz już wiemy.
Sposób na obiektywny ranking wszech czasów, jak sam stwierdził, znalazł Andrzej Buda. Wydał książke - Historia Rocku, Popu i Hip-Hopu według krytyków - w której znajdują się roczne zestawienia obiektywnie najlepszych płyt od roku 1974.
Jakim sposobem? Fragment wstępu książki, w której wyjaśnia metodę, którą się kieruje:
Aby wydobyć prawdziwe intencje ktytyków, koncentruję się wyłącznie na podsumowaniach z danego roku – pomijam podsumowania opublikowane po latach. Wyjątkiem są te z książki Ego Trip The Book Of Rap Lists, które wykorzystałem by zachować równowagę stylistyczną, bowiem do lat 90-tych dominowały pop-rockowe pisma i brakowało hiphopowego magazynu, który publikował podsumowania jak czyni to od kilkunastu lat choćby The Source. Z kolei pierwsze fachowe tytuły poświęcone muzyce klubowej pojawiły się dopiero w połowie lat 90-tych, podobnie jak brytyjskie wyróżnienie Mercury Music Prize.
Oczywiście jako fizyk teoretyk zrobiłem założenie, że co roku istnieje “obiektywna” lista “najlepszych” płyt, a opinie krytyków są co najwyżej pomiarami -czyli jej niedokładnymi przybliżeniami. Są one obarczone błędem – niepewnością pomiaru. Zwykłe podsumowanie byłoby po prostu sumą błędów. Dlatego aby je wyeliminować, stosuję metody statystyczne, bo liczba pomiarów - czyli opinii, co roku wynosi od kilku do kilkunastu, co uprawnia mnie do użycia m.in. rozkładu Studenta.
Dodatkowo, jak wspomina w innym miejscu, pod uwagę brał też takie kwestie jak względy etniczne krytyków, czy wytwórnie. Jak wygląda ta lista? Proszę bardzo:
- 1974 Steely Dan - Pretzel Logic
- 1975 Bob Marley - Natty Dread
- 1976 Bob Dylan - Desire
- 1977 Sex Pistols - Never Mind The Bollocks: Here's The Sex Pistols
- 1978 Elvis Costello - This Year's Model
- 1979 Talking Heads - Fear Of Music
- 1980 Talking Heads - Remain In Light
- 1981 Elvis Costello - Trust
- 1982 Richard & Linda Thompson - Shoot Out The Lights
- 1983 R.E.M. - Murmur
- 1984 Bruce Springsteen - Born In The USA
- 1985 Tom Waits - Rain Dogs
- 1986 Prince - Parade
- 1987 Prince - Sign O'The Times
- 1988 Public Enemy - It Takes A Nation Of Million To Hold Us Back
- 1989 De La Soul - 3 Feet High And Rising
- 1990 Sinead O'Connor - I Do Not Want What I Haven't Got
- 1991 Primal Scream - Screamadelica
- 1992 Arrested Development - 2 Years 5 Months And 3 Days In Life Of Arrested Development
- 1993 Nirvana - In Utero
- 1994 Portishead - Dummy
- 1995 Tricky - Maxinquaye
- 1996 Beck - Odelay
- 1997 Radiohead - OK Computer
- 1998 Air - Moon Safari
- 1999 The Chemical Brothers - Surrender
- 2000 Eminem - The Marshall Mathers LP
- 2001 The Strokes - Is This It
- 2002 Wilco - Yankee Hotel Foxtrot
- 2003 White Stripes - Elephant
- 2004 Kanye West - The College Dropout
- 2005 Kanye West - Late Registration
- 2006 Arctic Monkeys - Whatever People Say I Am That's I'm Not
Czy tak może wyglądać obiektywna lista? Nie mam pojęcia, i pewnie szybko (jeśli w ogóle) tego nie sprawdzimy. Ale powiedzieć, że zgadzam się z tą listą to więcej niż skłamać. No ale w końcu kieruję się subiektywną opinią... ;)
O muzyce rozmawiam często, w różnych sytuacjach i z różnymi ludźmi. Bardzo często spotykam się wtedy ze znaną maksymą: "O gustach się nie dyskutuje." Otóż strasznie mnie to stwierdzenie irytuje. Jeżeli ktoś słucha namiętnie Piotra Rubika, i uważa jego twórczość za muzyczny absolut, to ja nawet nie mam prawa powiedzieć wprost "słuchasz gównianej muzyki" bo od razu zasłoni się tym powiedzeniem. Zostało ono wpojone w nasz tok rozumowania i uznane za prawdę oczywistą i niepodważalną. Nie zgadzam się z tym - tchnęło mnie to do zadania sobie pytania: Czy w muzyce możliwy jest obiektywizm?
Już niedługo, bo w marcu, zostanie wydana druga płyta The Arcade Fire zatytułowana Neon Bible. Po debiucie zostali okrzyknięci mianem rockowej nadziei na miere Radiohead. Na NB przekonamy się, na ile te słowa były słuszne.
Z tej okazji warto przyjrzeć się debiutowi grupy - albumowi Funeral - bowiem jest to pozycja nieprzeciętna.
Wax Tailor zapowiedział nowy krążek. Po świetnie przyjętym debiucie (Tales of the Forgotten Melodies) czas na to, by potwierdził swoją wielkość, i to, że nie na darmo porownównywano go do DJ Shadowa. Tales of... sprzedało się w nakładzie około 30 tysięcy egzemplarzy, oraz długo okupowało europejskie listy przebojów.
Styl Wax'a opiera się na świetnym doborze sampli, z których składa niemal scieżkę dźwiękową do nieistniejącego filmu. A może lepiej - tworzy właśnie ten film - trzeba posłuchać.
Nowy album zatytułował będzie Hope & Sorrow, trailera możemy posłuchać na jego profilu MySpace. Data wydania to pierwsze dni kwietnia.
Polecam gorąco Tales of the Forgotten Melodies, a H&S dodaje do listy płyt niecierpliwie przeze mnie oczekiwanych.
Ile to ja nasłuschałem i naczytałem się o The Car Is On Fire. Że światowy poziom, rewolucja w polskim rocku itp, itd... Tak przyglądałem się temu wszystkiemu, i w duszy zadawałem sobie pytanie: wtf?
Słuchałem pierwszy raz od razu po premierze - o ile dobrze pamiętam - nie dotrwałem do końca. Po tych wszystkich ostatnich zachwytach stwierdziłem, że coś musi być nie tak - mogłem się tak pomylić za pierwszym razem? Zaciekawiony sięgnąłem po tą płyte znów, nastawiony na to, że jeśli to takie znakomite, drugą szansę wykorzysta niechybnie, a mnie zmusi do walnięcia się w głowe i przyznanie do winy.
Jak powinien wyglądać nowoczesny rock progresywny? Może odejść od złożonych, instrumentalnych kilkunastominutowych kompozycji? Może powinien poromansować z elektroniką? Moim zdaniem na to pytanie idealnie na to pytanie odpowiedziała grupa Archive w 2002 roku albumem You All Look The Same To Me.
Członem zespołu jest duet Danny Griffith/Darius Keeler, którzy do każdej nowej płyty zapraszają innych wokalistów, i praktycznie na każdej z nich dzięki temu ukazują inny styl. Tutaj wspierał ich akurat Craig Walker.
Wspominałem o modelu neo-prog rocka - Archive przedstawiło mniej więcej taki przepis: melodyjność i klimat Pink Floydów + wszystko co najlepsze z trip-hopu. Wszyszło to naprawdę wspaniale. Długie, niesamowicie melodyjne kompozycje z elektroniczną oprawą sprawiają, że po wciśnięciu play przerywamy, jeśli coś akurat robimy, kładziemy się na łóżku, zamykamy oczy i odpływamy. Ale w tym czasie nie uśmiechamy się - Archive przekazuje nam taką porcje smutku i melancholii, że przestajemy o czymkkolwiek myśleć i zapominamy jak się nazywamy z wrażenia (tak, właśnie tak na mnie działa(ła) ta płyta.
Nie znam się na muzyce klasycznej tak jakbym chciał, więc nie czuje się na tyle kompetentny by zrecenzować tą płytę. Dlatego tylko krótka rekomendacja.
Mam dziwną skłonność do interesowania się rzeczami smutnymi. Jakoś one mnie bardziej przekonują, zajmują, są dla mnie bardziej autentyczne niż jakaś pseudoradość. Taki już ze mnie melancholik, w głębi duszy lubiący jesienne, ponure wieczory. Ta cecha ma poważne ujście właśnie w słuchaniu przeze mnie muzyki - często te smutniejsze pozycje bardziej przykuwają moją uwagę. Obok Maxa Richtera i jego Niebieskich Notatników nie mogłem przejść obojętnie.
Richter to niemiecki kompozytor i pianista, mieszkający na stałe w Anglii. Na Blue Notebooks pokazał jak powinna wyglądać nowoczesna muzyka neo-poważna. Pianino, partie smyczków, odgłosy otoczenia, nautury i dopełniająca dzieła odrobina elektroniki. Od czasu do czasu słyszymy aktorkę Tildę Swinton, recytującą cytaty z Kafki i Miłosza (!) na tle stukających klawiszy maszyny do pisania.
Wszystko trafia w szarym, nostalgiczny i jesienny klimat.
Sukcesy niektórych zespołów powinno mierzyć się ilością samobójstw popełnionych przez ich fanów. Na myśl przychodzą od razu takie kapele jak Joy Division czy The Cure, a ja do grup godnych tego niesmaczengo miernika dodam Xiu Xiu.
Steven Wilson, może już zmęczony ciągłą pracą w Porcupine Tree, może chcący stworzyć coś nowego w innym towarzystwe, w 2004 rozpoczął z początku mały, poboczny projekt. Stworzył duet z Avivem Geffenem pod nazwą Blackfield, a ich płyta spotkała się z niespodziewanie ciepłym przyjęciem. Wilson wrócił do PT, zostawiając rozpaczonych fanów (w tym mnie), którzy niecierpliwie czekali na następny album. Po trzech latach doczekali się.
Z wymyślaniem nazwy zbytnio się nie wysilili, po prostu - Blackfield II. Okładka przedstawia jakiś kamienny napis, coś w stylu starego budynku, fabryki. Nie podoba mi się to bardzo. Koniec oglądania, włączam.
W każdej dziedzinie sztuki, z upływem czasu wyłaniają się ikony dla konkretnego przedziału czasowego. Tak jest z malarstwem, rzeźbą, czy nawet filmem. Jednak owy precedens chyba najbardziej widoczny jest w muzyce. Od zawsze była centrum popkultury, przez co artysta wyniesiony na piedestał okresu zostawał w pamięci milionów na bardzo długo. Spróbuje wyłonić takie postacie, ikony muzyczne dekad od lat sześćdziesiątych.
Przez pojęcie Ikona rozumiem osobę, która wpłyneła zasadniczo na rozwój muzyki (lub wybranego gatunku), jest muzykiem reprezentatywnym dla swoich czasów, i zna ją praktycznie każdy, nawet jeśli muzyką się nie interesuje. Zaczynamy.
Trafiłem przez przypadek na grupe Au4, i tak od godziny od niej nie odchodzę. Projekt trojga braci (Ben, Aaron i Nathan Wylie) i ich przyjaciela, Jasona Nickela. Inspirowani Massive Attack, Bjork i Nine Inch Nails, postanowli stworzyć coś razem, gdyż wszyscy wcześniej ocierali się o muzykę osobno. Wyszło bardzo trip-hopowo, dreampop'owo i klimatycznie blisko Islandii. Na pierwszy rzut ucha wyjątkowo przyjemne.
Całego albumu możemy posłuchać wchodząć na ich stronę, i klikając "listen".
Są zespoły, do których przekonać mnie nie sposób, irytują mnie każdą piosenką, a twórczości owych strawić nie mogę. Jednym z takich zespołów nie jest Neutral Milk Hotel, ale każdą recenzje trzeba jakoś zacząć ;)
O Lo-Fi można sporo powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest to (pod)gatunek popularny. Jednak druga płyta niszowego (jeszcze wtedy? nadal?) NMH - In The Aeroplane Over The Sea zdobyła niebywały rozgłos (niestety nie w Polsce) i sprzedała się w ilości 100.000 kopii. Coś w tym musi być, prawda? Sprawdziłem.
Dzisiaj ogłoszono nominacje do Fryderyków 2006 - jak zwykle okazał się konkursem tylko dla tej bardziej komercyjnej strony sceny. Miałem napisać jakąś notkę na temat nominacji, ale brak KDZKPW (stworzyli najlepszą polską płyte roku moim zdaniem) w jakiejkolwiek kategorii tak mnie poirytował, że zrezygnowałem. Mam nadzieję, że Fisz i Smolik zgarną wszystko.
Każdy ma płyty, które są dla niego w jakiś sposób wyjątkowe. Uważa je za genialne, wiąże je z nim sentyment czy wspomnienia. Mogą to być płyty, które nawet kształtowały jego osobowość, w końcu muzyka dla niektórych jest niesamowitym bodźcem.
Mam takich kilka, to one sprawiły, że jestem kim jestem, i pisze właśnie te słowa. Dzięki nim zakochałem się w muzyce i stała się moją największą pasją. Wpadłem na pomysł, by je uporządkować, i prezentować tutaj w specjalnej kategorii (co z tego, że większość te płyty zna;)).
King Crimson - In The Court of Crimson King
O dziwo jeszcze nie recenzowałem żadnej płyty polskiego artysty. Czas to zmienić.
Za muzyką Fisza stałem prawie od zawsze, pamiętam Polepione Dźwięki, pamiętam gdy kręciłem w wyobraźni teledysk do Czerwonej Sukienki. Obserwowałem jego przeobrażenie z rapera operującego tłustymi bitami w dojrzałego artystę, lidera nu-jazzowego Tworzywa Sztucznego, udzielającego się w Bassisters Orchestra. Na każdy jego krok przytakiwałem z zadowoleniem. Okazuje się, że Fisz zrobił pełne kółko. Wrócił do korzeni - bitów i rapowania, wraz z swoim bratem - Emadem.
Przeglądając program TV na dziś wieczór, moje oczy przyciągneła jedna pozycja - Wzmacniacz (program muzyczny). Dobrego programu muzycznego w polskiej telewizji po prostu nie ma. Jakiś rok temu widziałem zamiary stworzenia czegoś takiego, z średnim potencjałem - Czarna Owca to się chyba nazywało. Oglądnąłem ze dwa odcinki, muzyka ani to oryginalna, ani forma zbyt ciekawa - nudy. Już utwierdziłem się w przekonaniu, że obejrzenie w TV dobrego programu muzycznego nie będzie mi dane. A tu proszę, ten taki ma być.
Delirium «stan zaburzenia świadomości połączony z podnieceniem ruchowym, bredzeniem i halucynacjami» (sjp)
Spółka Leeb - Fulber nie popełniła hipokryzji nadając taką nazwę swojemu projektowi. W ich muzyce czuć transowość, oderwanie od rzeczywistości, ezoteryczność. Krocząc swoją muzyczną drogą, zboczyli ze ścieżek przestrzennego ambientu, zaprosili do nagrań kilkanaście (!!) wokalistek i nagrali Chimere - płytę elektro-popową.
"Pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze" o prawdziwości tych słów Franka Zappy dobitnie przekonałem się dzisiaj, gdy próbowałem ubrać w słowa to, co prezentuje sobą grupa Devil Doll.
Jest to formacja założona przez niejakiego Mr. Doctora w 1987 roku jednocześnie we Włoszech i Słowenii. Szokują swoją muzyką, stylem i przede wszystkim szalenie intrygującą osobistością - samym założycielem. Jest to postać wyglądająca na całkowicie oderwaną od rzeczywistości, żyjąca w swoim hermetycznie zamkniętym świecie, obłąkana swoją muzyką. Na Dies Irae Doctor przedstawia nam apokaliptyczną wizje Dni Gniewu. Wszędzie śmierć i zniszczenie, szaleństwo i obłąkanie. Ta płyta jest jak znakomity horror, i tak powinno się ją traktować. Słuchać w samotności, najlepiej późno w nocy.
Muzyka wywołuje skrajne emocje. Albo przeraża, albo napawa wstrętem. Przywołuje stare lęki, fobie, a gdy podczas słuchania damy się porwać i zamkniemy oczy, zaczną nam się rysować niesamowite obrazy przesiąknięte gotyckim, ciężkim klimatem. Słuszymy organy kościelne, instrumenty smyczkowe, wrzaski, krzyki mordowanych ofiar i wreszcie samego Mr. Doctora. To, co wyprawia ze swoim głosem jest niesamowite, nie do opisania. W jednym momencie jego głos przemienia się w przerażający, diabelski syk, by za chwile przybrać kreacje małej dziewczynki. Osiąga to bez żadnych modulatorów czy przesterów, wszystkie te wcielenia wydostają się naturalnie z jego strun głosowych - absolutne mistrzostwo.
Suita Dies Irae trwa 72 minuty, jest podzielona na 18 części, z czego żadna nie ma nazwy. Już po kilku minutach słuchania można stwierdzić - to co słyszysz jest nieporównywalne z niczym innym. Opera, muzyczny spektakl, sztuka przez duże S. Gdy tylko do nas dotrze, osiada głęboko w umyśle, bo po prostu nie może przejśc bez echa w naszej psychice. Nie dla osób o słabych nerwach i traktujących muzykę jako lekką rozrywkę. Nie będę wydawał wyroków, gdyż szansa na to, że uciekniesz od tej płyty po pierwszym utworze, a na to, że oszołomi Cię swoim pięknem jest porównywalna.
