Jeszcze ciągle styczeń, więc chyba na taką wishlistę mogę sobie pozwolić. W zestawieniu kilka najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt w 2007 roku.
Co się stanie, gdy dwójka zafacynowanych New Wave didżejów spróbuje nagrać płytę utrzymaną w klimacie gotyku? Odpowiedzią jest ciekawa nazwa zespołu, a zarazem ich pierwszej płyty - She Wants Revenge.
Muzyczne inspiracje, i wcześniejsze doświadczenie dają całkowity stylowy misz-masz. Na jednej płycie słychać surowość Joy Division, klimat The Cure, warstwę tekstową godną najmroczniejszego zespołu gotyckiego a to wszystko przyprawiane skocznością Dance. Z tych szalonych składników wychodzi mniej więcej post-punk-dance. Niezachęcające? Zależy dla kogo.
Zajmijmy się wokalem. Gdy pierwszy raz usłyszałem Justina Warfielda, wydałem z siebie stanowcze: 'eee tam'. Jego głos jest wręcz... schizoidalny, od razu szybkie skojarzenie z Ianem Curtisem.
Klimat piosenek zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz gorycz, mrok, cierpienie, by zaraz Warfield zaskoczył nas szleńczo porywającym numerem. Wszystko to przez teksty, które warte są poświęcenia odzielnego akapitu.
Płyta tworzy jedną, spójną historie. Opowiada o chłopaku, który ma dosyć cieprień i wewnętrznych trosk, bowiem jest on standardowym, wrażliwym i ghotyckim nastolatkiem. Postanawia nigdy więcej się nie zakochać, choćby nie wiem co! (I Don't Want Fall in Love). Niestety, z planów nici. Na imprezie u kumpla spotyka dziewczynę - spełnienie wszystkich jego ideałów, marzeń, itd... (These Things). Przez kilka dni miota się z samym sobą, obmyśla to jak ją zdobyć, szuka jej domu, traci głowę zupełnie. W końcu ją znajduje. Śledzi, wzdycha z daleka, aż zbiera siły i podchodzi. Udało się! Umawia się na randkę na następny dzień. Jest w siódmym niebie, już wyobraża sobie jak to będzie im razem wspaniale. Aż... [tutaj końcówka historii, to tak jakbym recenzował film i miał wsadzić potężnego spojlera, więc jeśli chcesz się przekonać jak to skończyło się na własne uszy, przejdź do następnego akapitu] Zaczyna rozmyślać. Targają nim wątpliwości, a może nie wyjdzie, może nie pokocha... Dochodzi do wniosku, że jest nienormalny, i następnego dnia, zamiast na randkę, udaje się do psychiatry. (She loves me not)
Polecam każdemu, kto interesuje się Nową Falą. Ci, którzy nie lubią muzycznych eksperymentów mogą się na tą płytę obrazić.
Ostatnio mam szczęście do znajdowania w sieci dobrych, darmowych płyt. Ba, ja nawet ich nie szukam - to one znajdują mnie, po czym ja przyjmuje je z otwartymi ramionami, ponieważ, wbrew pozorom, znalezienie prawdziwej perełki to nie jest rzadkość.
The Dresden Dolls to jeden z tych zespołów, przy których próby nadania mu konkretniejszego gatunku zawsze upadają. Rock, punk, glam? Do niczego nie można zaliczyć, ucieka wszelkim klasyfikacjom.
Znacie jakąś muzykę, który przyciąga do swojej twórczości głównie mężczyzn? Gdyby zadano mi takie pytanie, niechybnie powiedziałbym: Uffie.
Pochodzi z Francji, jest wschodzącą osobistością w środowisku klubowym i elektro. Mimo, że wydała dopiero dwa single, jej pierwsza płyta jest jednym z najbardziej oczekiwanych debiutów 2007.
Jej niewątpliwym atutem jest niebanalny styl i urok osobisty. Kolorowe tenisówki, krótkie szorty, a w głowie może się wydawać same niegrzeczne myśli. Przebojowa, niezależna i wyluzowana. Nawet przeklinanie wychodzi jej uroczo :) Sama przyznaje, że nie umie śpiewać (sprzeczałbym się), a wszystkich wrogów kwituje krótkim "If You don't like me - fuck you".
Jeśli chodzi o samą muzykę. Jej głos to po prostu dźwiękowy feromon. Ma w nim coś takiego, że przyciąga ogromnie. Nagrywa pod podkładami Mr. Oizo, wychodzi mocno chwytliwe elektro, przy którym dosłownie trudno usiedzieć w bezruchu.
Zostaje czekać, aż label Ed Banger wyda jej pełny album, bo zapowiada się ciekawie. Chociaż to muzyka raczej dla tych, którzy nie traktują jej przesadnie poważnie.
Wywiad z Uffie
Virgin Suicides zostało stworzone na potrzeby debiutu reżyserskiego Sophie Coppoli, filmu na podstawie książki Jeffrey'a Eugenidesa o tej samej nazwie. Dla mnie słuchanie ścieżki dźwiękowej bez uprzedniego oglądnięcia filmu jest jak czytanie książki do góry nogami (można i tak, ale ciężko i trudno cokolwiek zrozumieć;)). Tak więc, gdy polecono mi tą płytę jednocześnie zmuszono mnie do obejrzenia filmu.
Opowiada on o piątce nastoletnich, dojrzewajacych dziewczyn, które wychowywane są przez konserwatywnych i rygorystycznych rodziców. Trzymane są pod kluczem w domu, nie mogą spotykać się z rówieśnikami. Są izolowane od świata, świata ich potrzeb, Najmłodsza z sióstr popełnia samobójstwo.
Tak jak obiecałem - szerzej o tym, czego słucham, i tym samym o gatunkowym kierunku, który obiorę na prowadzenie bloga. Zasadniczno nie lubię i unikam szufladkowania muzyki. Zawsze znajdzie się ktoś, komu podział nie będzie pasował, lub artysta, który za nic nie da się wcisnąć w ramy żadnego z gatunków, lub wręcz przeciwnie - najchętniej zaliczylibyśmy go do kilku z nich. Dzisiaj łączenie styli to norma, ciężko się dziwić, że coraz częściej na pytanie, co gra dany zespół odpowiadamy mniej więcej: "Grają... yy...". No właśnie.
Dlatego najwygodniejszym i głównie stosowanym przeze mnie podziałem jest podział na muzykę dobrą i złą. Tutaj będę zajmował się muzyką dobrą, jednocześnie ganiąc ją, gdy nie jest wystarczająco dobra i przeciwnie. Pod pojęciem dobra kryje się mniej więcej: ambitność, niezaleźność, oryginalność, niekomercyjność, pomysłowość. Nie oznacza to czywiście, że nie napisze o zespole, ponieważ jest komercyjny. Uniknięcie komercyjności w dzisiejszych czasach jest niemożliwe. Ale mniej więcej muszą spełniać te warunki, bym uznał go za dobry.
Jednocześnie podziałów uniknąć nie sposób. Bo to, że muzyka The Beatles a Mike'a Oldfielda różni się od siebie diametralnie nie podlega dyskusji. Dlatego przedstawie to bardziej obrazowo, i mam nadzieje przejrzyście.
Nocy pewnej, gdy popełniałem kolejną, muzyczną notkę do mojego prywatnego bloga, spostrzegłem, że w tej kategorii ląduje około 1/3 wszystkich moich wpisów. Muzyki słucham odkąd pamiętam, jest jedyną moją pasją (samo słuchanie muzyki może być pasją), i towarzyszem w każdym kolejnym dniu. Nie dziwne więc, że często o niej piszę. A jeśli już to robię, może warto dać tym notkom autonomiczność i podarować im to oto miejsce publikacji ;)
