
Obiecałem w wakacje relacje z festiwali, więc spieszę z i tak już spóźnionym opisem Rafinerii. Dla niezorientowanych Rafineria to festiwal 'młodych kultur', czyli polskich zespołów, głównie sceny indie (trzeci dzień hip-hop), odbywający się w tym roku po raz pierwszy w Redzie w dniach 10-12 lipca.
Pierwsze co mnie zaskoczyło na miejscu, to wielkość przedwsięwzięcia - właściwie to tej wielkości brak - scena porównywalna do tej leśnej na Offie, skromne pole namiotowe nie oddzielone od placu koncertowego, na nim 20 namiotów na krzyż. W sumie to nawet i pozytyw, taka kameralność mi pasuje, odpadają problemy przedzierania się na koncertach przez zlepioną masę ludzi.
Rafineria trwała 3 dni, z czego ostatni dzień był hip-hopowy, i obchodził mnie tak jak ostatnia płyta Rolling Stones, więc zostałem tylko 2. W każdej szanującej się relacji festiwalowej tu powinien nastąpić sznurek nazw zespołów, które tam usłyszałem, i zaraz obok sznurek opinii o tym, co usłyszałem. Przykro mi (albo... nie, nie przykro mi), ale przyznać się muszę, że z 22 zespołów występujących na Rafinerii w całości słyszałem tylko 4 koncerty. Mieszkając w namiocie odległym od sceny jakieś 20 metrów takie dokonanie to nielada sztuka, doceńcie.
Tak też inauguracją Rafinerii był dla mnie koncert Rentona, po którym sporo się spodziewałem - bardzo dobre Take-Off, singlowy potencjał co drugiego kawałka na tej płycie przecież. Wyszło neutralnie - mogło być bardziej żywiołowo i energicznie, panowie na instrumentach trochę zbyt zachowawczo, takie wierne odtwarzanie płyty. Nie żebym się zawiódł, ale liczyłem na trochę więcej. Po Rentonie przyszedł czas na drugi koncert, moim skromnym zdaniem najlepszy na całym festiwalu - Cool Kids Of Death. Nagle ze wszystkich zakamarków terenu MOKSiR w Redzie wyłonili się ludzie, a pod sceną wreszcie tworzyło się coś, co można było nazwać tłumem. Kulki zagrały fantastyczny koncert utrzymany w klimacie nowej płyty, grali długo, nic nie robiąc sobie z ograniczeń czasowych - widać w tym było czystą chęć grania i zabawy. Za barierki wskakiwali ludzie, na scenę co jakiś czas wchodziły fanki CKOD aby uściskać członków zespołu - co dawało pole do popisu ochronie, co by mogła pokazać, że karki ma nie z powietrza, i porządny wpierdol spuścić potrafi.
Pierwszy dzień kończył występ George Dorn Screams, co było średnim pomysłem - po burzy jaką wywołali Cool Kids, pod sceną zostały już jednostki z resztkami sił. Sam opuściłem ten występ po kilku pierwszych kawałkach, grali wszystko z nowej płyty, czym dezorientowali publiczność czekającą na coś, co znają, hie hie.
Drugi dzień zdominował deszcz i Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Ci drudzy to moja stara miłość, czyli ta z tych nierdzewiejących - czekałem na nich niecierpliwie. Warto było - świetny koncert, przynajmniej dla tych, którzy znali teksty - czasami trzeba było śpiewać zamiast 'zmęczonego' Zagańskiego. No cóż, alkohol widocznie pomaga mu się wczuwać, bo doznawał na tej scenie bardziej od fanów. Pisałem tu już kiedyś, że Kombajn to świetny zespół? Pewnie nie, więc nadrabiam: KDZKPW to zajebisty zespół, ścisła czołówka polskiej muzyki. Osobista praca domowa odrobiona, jedziemy dalej.
Hah, rozpędziłem się z tym 'jedziemy dalej', bo dalej to już jest naprawdę niewiele. Ostatni koncert - Dick4Dick - co by tu napisać.. może i bym się dobrze bawił, gdyby nie rozdzierający mnie ból brzucha. No tak, zapomniałem, że na festiwalach też trzeba jeść. Co by nie mówić, dicki miały w swojej karierze lepsze koncerty. W tym miejscu wypadałoby pozdrowić ekipe psycho-fanów z Lęborka, do zobaczenia na Offie mam nadzieję.
No to czas na podsumowania chyba. Organizacyjnie impreza trochę kulała, nadgorliwa ochrona, problemy przy wydawaniu biletów, no ale w końcu to pierwsza edycja - trzeba uczyć się na błędach. Pogody oceniał nie będę, bo nikt na nią wpływu nie miał - ważne, że w namiocie się nie utopiłem. Czy było warto? Zdecydowanie tak.
Ps. Dziękuje za ten tydzień, uwielbiam mimo wszystko, i chciałbym, żeby ten podpunkt inaczej wyglądał. Ty wieeesz.
